Skip to main content

Full text of "Wspomnienia z przeszłości: opowiadane Deotymie"

See other formats


This is a digital copy of a book that was preserved for generations on library shelves before it was carefully scanned by Google as part of a project 
to make the world's books discoverable online. 

It has survived long enough for the copyright to expire and the book to enter the public domain. A public domain book is one that was never subject 
to copyright or whose legał copyright term has expired. Whether a book is in the public domain may vary country to country. Public domain books 
are our gateways to the past, representing a wealth of history, culture and knowledge that's often difficult to discover. 

Marks, notations and other marginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journey from the 
publisher to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commercial parties, including placing technical restrictions on automated ąuerying. 

We also ask that you: 

+ Make non-commercial use of the file s We designed Google Book Search for use by individuals, and we reąuest that you use these files for 
personal, non-commercial purposes. 

+ Refrainfrom automated ąuerying Do not send automated ąueries of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a large amount of text is helpful, please contact us. We encourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attribution The Google "watermark" you see on each file is essential for informing people about this project and helping them find 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just 
because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can't offer guidance on whether any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
any where in the world. Copyright infringement liability can be ąuite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's Information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps readers 
discover the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli text of this book on the web 



at |http : //books . google . com/ 




Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznych pólkach, zanim została troskliwie zeska- 
nowana przez Google w ramach projektu światowej biblioteki sieciowej. 

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego 
dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego 
dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony 
dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy. 

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając 
długą podróż tej książki od wydawcy do biblioteki, a wreszcie do Ciebie. 

Zasady użytkowania 

Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich 
upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych 
pokoleń. Niemniej jednak, prace takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostarczać te materiały, podjęliśmy środki, 
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów 
komercyjnych. 

Prosimy również o: 

• Wykorzystywanie tych plików jedynie w celach niekomercyjnych 

Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w niekomercyjnych 
celach prywatnych. 

• Nieautomatyzowanie zapytań 

Prosimy o niewysyłanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia 
badań nad tłumaczeniami maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków łub innymi dziedzinami, w których przydatny jest 
dostęp do dużych ilości tekstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym 
dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni. 

• Zachowywanie przypisań 

Znak wodny "Google w każdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowych 
materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać. 

• Przestrzeganie prawa 

W każdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że 
skoro dana książka została uznana za część powszechnego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam 
sposób traktowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych krajów, a 
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność 
jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej używać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za 
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe. 

Informacje o usłudze Google Book Search 

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book 
Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst 



tej książki można przeszukiwać w Internecie pod adresem http : //books . google . com/ 



SU/ 111^^,20,2. 



\ 



o 







HARVARD 

COLLEGE 
LI BRARY 




a'łi f^<^/ 



'// /, 



/c 



i. ; //^ 





lii 



n i m\ 




I fi 
lii. 



OPOWIADANE DEOTYMIE 



przez 



ANTONIEGO EDWARDA ODYŃCA. 



|^!^2M-«o— 



WARSZAWA. 



I 88 A. 



ilav' 111% 3.0.10 



AoBBOJieHO I(eH3ypoit>. 
Bapmasa, 9 <&eBpaj[fl 1884 ro;^a. 






w Drukarni Stanisław* Niemiery,— Włodzimierska Nr 2 lit. A. 



DE o TYMIE, 

OADWniZE tOSZCZEWSKlŁlJ 

Siłą tylko Tiv6j woli i Twego natchnienia, 
Mogłem z grobów przyjaciół zebrać te Wspomnienia. 
Przyjmie je, ku ich chwale, jak pomnik ostatni 
Czci mój dla Cię serdecznej i przyjaźni brainiój. . 

Si. &. 0B\ynicc. 



ZAMIAST PRZEDMOWY 

LIST DO REDAKTORKI J[RONIKI RODZINNEJ. 



1880 Stycznia 1. 

Jak niegdyś przed dwunastu laty, podając 
do pisma Pani pierwszy mój „List z Podróży," tak 
i dziś czuję się w obowiązku poprzedzić kilku sło- 
wami nowy ten szereg „Wspomnień z Przeszłości", 
który znów na żądanie Pani do Kroniki Rodzinnej 
przesyłam. Cel ich wprawdzie sam tytuł już 
wykazuje, ale naturę i granice przedmiotu, powód 
chyba może wyjaśnić. Otóż powodem tym był 
najprzód wiersz Deotymy do mnie, umieszczo- 
ny w Bibliotece Warszawskiej^ a wzywający mię, 
w imię ogółu, do napisania życia Mickiewicza. 
Odpowiedziałem, co czułem, że byłby to zamiar 
nad moje siły; i z tej to odpowiedzi dopiero wy- 
niknął pierwszy pomysł, plan i program niniej- 
szych opowiadań. Pozwolisz więc Pani, że przy-^ 
toczę tu najprzód ową moje: 

„Odpowiedź Deotymie." 



8 



Jest słowo-potgga, co z danym rozkazem, 
I siłę dpełnienia daó umie zarazem: 

Tóm dla mnie jest twe, Deotymol 
Lecz słońce, choć samo wciąż gore jak latem, 
Nie zawsze jednako panuje nad światem: 

Acht przemódz nie może nad zimą. 

,1 dość w nićj dla ziemi niebieskiej dobroci, 
Że mgły jćj rozproszy,, że chmury ozłoci. 

Że mrok jćj rozjaśni jak tęcza. 
Ol wieszczko natchnional siostrzyczko ty drogal 
To wszystko, przez ciebie zesłane od Boga, 

Brat tobie nad grobem zawdzięcza. 

Lecz darmo! nie ludziom z naturą pospołu 
Chcieć myślą i sercem odkwitać ż popiołu, 

Jak młodość odzyskać na lice. 
A czyżby i zapał sam starczył — by kara 
Kie spadła na śmiałka, co skrzydłem Ikara 

Nad siłby swych sięgnął granice? 

Kto z ludzi dopatrzył, drogami jakiemi 
Natchnienie na wieszcza zstępuje na ziemi. 

Lub gieniusz gwiazdą nań spada? 
Eto z ludzi obliczył wpływ pieśni, jak słońca. 
Gdy wszedłszy jak ono, ożywcza, świecąca, 

Nad światem dusz gore i włada? 



9 



O! córko natchnienia! któż nad cię na świecie 
Tajemnic tych mógłby być świadom? A przecie, 

Rzecz prawdę! — czy znasz ty je- sama? 
A jeśliż ich w sobie dociekasz daremnie, 
O! pomyśl, czy możesz wjrmagaó odemnie 

Dziejów natchnień i pieśni Adama? 

I cóż żtąd, żem świadek jój świtu i wschodu, 
Jak niebios zjawiskiem, współ z rzeszą narodu, 

Zachwycał się, cieszył, lub dumiał? 
Ach! jednój jam chyba nie próżen zasługi, 
(Co przez cię i dla cię poczuwam raz drugi). 

Żem wielbić i kochać go umiał. 

A jeśliż jak w ziemi od słońca promieni, 
Z tych uczuć, podobne do drogich kamieni 

Wspomnienia się w duszy złożyły: 
Zamierzchłe mgłą czasu, owiane żałobą, 
Na głosby twój chyba wstać mogły przed tobą, 

Jak duch wywołany z mogiły. 

Boś ty jest najmłodsza z tój wielkiój plejady 
Gwiazd pieśni ojczystój, co za nim szła w ślady. 

Pod barwą i godłem tóm samom. 
A jako cykl przezeń zaczęty — Ty kończysz. 
Tak w życiu i sercu tóż mojćm się łączysz 

Jak siostra rodzona z Adamem. 



10 



Bo jako On niegdyś, u dni mych rozwicia, 
Dał piśrwszy mi poczuć poezyą życia, 

PrSJez wyższość i przyjaźń swą bratnią,: 
Tak dzisiaj u kresu, po długich lat próbie, 
Przez ciebie ja znowu odczuwam i w tobie 

Tęż samą pociechę — ostatnią. 

Więc jako bezsilny już wojak, co krzyże 
I kule z ran swoich na jedną nić niże, 

By je na ołtarzu zawiesić: 
Gdy żądasz — obaczę — czy g'woli twój chęci, 
Jak iskier w popiele, nie zdołam w pamięci 

Dawnych wspomnień odgarnąć i wskrzesić. 

A gdybyś z nich może, jak z żywych postaci-, 
Poznając chór zgasłych śpiewaków, twych braci, 

I duch ich poznała wyraźniój: 
Jak lampa przed zgonem, tą myśląbym ożył. 
Że płacąc dług serca, i jam tóż wam złożył 

Hołd, wart ich i twojój przyjaźni. 



Ostatnia strofa wiersza zawiera i wyraża za- 
razem cały właściwy program i cel niniejszy cli 
opowiadań. Chcę opowiedzieć przyj aciółce-poetce, 
niektóre szczegóły i wspomnienia o przyjaciołach- 



11 



poetach, towarzyszach życia i pracy, w przewro- 
towej epoce poezyi naszej, i do poezyi tylko wy- 
łącznie i jedynie odnoszące się. Że zaś na brak 
podobnych wspomnień z epok przeszłych, sły- 
szymy utyskiwania powszechne: zdawałoby się, ze 
chcący brak ten choć w części wedle sił i możności 
zapełnić, nie powinienby się obawiać zarzutu sa- 
mochwalstwa czy samolubstwa, a tern mniej ścią- 
gnienia przez to na siebie czyjejś nienawiści i obelg. 
Nauczony jednakże smutnem doświadczeniem, 
czuję się zmuszonym niejako zabezpieczyć się 
przeciw nim z góry, powtarzając raz jeszcze wy- 
raźnie, że nie są to ani historyczne, ani literackie 
studya; ani dokładne biografie pojedynczych osób; 
ani krytyczne sądy i rozbiory ich pism, działal- 
ności lub wpływu; ale wprost własne moje osobi- 
ste wspomnienia, z przyjacielskich lub towarzy- 
skich z nimi stosunków, na tle zwykłego codzien- 
nego życia; z których przyszły historyk lub ma- 
larz epoki, będzie mógł chyba może skorzystać 
o tyle, o ile opisujący jaką kampanię strategik, 
z opowiadań prostego żołnierza, który sam miał 
w niej udział i bohaterów jej na własne oczy 
oglądał. 

Doświadczenie zaś, o którem napomknąłem 
yżej, przyszło mi z powodu moich j^Listów z Po- 
foiy!^ znajomych czytelnikom Kroniki Rodzinnej^ 



12 



jako w niój najprzód w ciągu wielu lat ogłasza- 
nych. Jeden z grona upatentowanych gazeciar- 
skich krytyków i recenzentów warszawskich, pan 
Piotr Chmielowski, nie znalazłszy w tych listach, 
czego ja bynajmniej pisać nie myślałem, to jest, 
jak się wyraził: ani yfjospaniałego obrazu społecznego 
rozwoju ludówy stojących na czele oświaty;^ ani ^uwag 
nad wytworami rolnictwa^ przemysłu^ handlu; nad 
skarbami wiedzy i sztuki; ani nad ich ogólnem cywi-- 
lizacyjnem znaczeniem,^ i t. d.; nie znalazłszy nic 
z tego wszystkiego, zmieszał autora, jak to mówią, 
z błotem, i to w tonie, jakiego dotąd przykładu 
w piśmiennej u nas krytyce nie było, i nikt pewnie 
w przyzwoitym towarzystwie nie słyszał. To też 
sprawdziło się przysłowie, które mówi: „W zbytku 
trucizny ;bywa antidotum." Zamach stał się prze- 
machem, i uchybił celu. Mnie samego nie dotknął, 
nie obraził nawet, a wywołał cały szereg prote- 
stacyj: już to ze strony pojedynczych osób, zna- 
nych chlubnie tak w piśmiennictwie jak i w spo- 
łeczeństwie naszym; już ze strony najpoważniej- 
szych organów prassy, tak w Warszawie, jak 
i gdzieindziej. Jedno z tych pism scharaktery- 
zowało dobitnie ton owój recenzyi, mówiąc: „iVi» 
każdej karcie zniewaga; w każdym zarzucie cynizm;^ 
a oraz odgadło i wyświeciło jej powód, dodając 
dalej: „TT autorze Listów chciał krytyk uderzyć na 



13 



ię świetną tradycyą związku serc i duchów^ otaczającą 
kolebkę romantyzmu; chciał poniiyć i skalać to, co 
było najpiękniejszą chwilą w rozwoju duchowym 
kilku pokoleń^ (N, 263 Gazety Polskiej^ z d. 
22 Listopada, ISJSTr.J. Że zaś ta chwila wła- 
śnie stanowi przedmiot opowiadań niniejszych, 
łatwo przewidzieć, źe taż sama przeciw niej pozy- 
tywna niechęć, nie zaniedba objawić się podo- 
bnież, jak się z powodu j^Listów^ objawiła. Za 
całą więc odpowiedź, tak za przeszłość jak i na 
przyszłość, pozwalam tu sobie przytoczyć wyjątek 
z prawideł, będących niegdyś obowiązującćm pra- 
wem dla uczestników właśnie owćj chwili w Wil- 
nie, i które dla nich w dalszym ciągu życia obo- 
wiązuj ącemi być nigdy nie przestały. 

„Jeżeli kto naruszy twoje łagodność, znieś 
cierpliwie i bądź spokojny. Jeśli cię dotkliwićj 
obrazi, przebacz mu. Jeśli natrętnik dalej się 
uniesie, ulituj się jeszcze nad jego nierozsądkiem, 
przebacz mu jeszcze, i proś go jeszcze aby się 
upamiętał, i nie używaj nigdy gwałtownego od- 
poru, chyba w przypadku napaści i niebezpie- 
czeństwa." 

Że zaś napaść w tym razie niebezpieczeń- 
stwem. Bogu dzięki, nie grozi: odporu więc nie 
używałem i używać nie będę. 



14 V 

Te zaś słów kilka zwracam wyłącznie do 
czytelników dobrej wiary, pod którycłi sąd rzecz 
samą oddaję. 

A, £ Odyniec, 

* 

(1 Maja 1884 r.). 

Dla czytelników tśjze kategoryi, to jest, nie 
przesądzających, ani posądzających z góry autora, na 
mocy własnych swoich kombinacyj lub domysłów krj- 
tycznych; ale radych jednakże mieć niejaką rękojmię 
prawdziwości tego, co pisze: — pozwalam sobie, przy 
osobnóm wydaniu niniejszych „Wspomnień z Przeszło- 
ści," popraedzić je przytoczeniem wyjątku z listu do 
mnie przyjaciela mojego, Ignacego Domeyki, który ze 
wszystkich dziś jeszcze żyjących na świecie, (choć na 
drugiśj jego półkuli), jako uczestnik i świadek wszy- 
stkich właśnie tych chwil i zdarzeń, które przedmiot 
niniejszych „Wspomnień" stanowią, jest niewątpliwie 
najwłaściwszym sędzią, o ile się w nich istotna, owo- 
czesna prawda odbija. Oto są te jego słowa: 

„Santjago 24 Lipca 1883 r. 

y,7Ł wielką rozkoszą odebrałem twój list majowy, 
któiy przyniósł mi nasze Zielone Świątki, tak zawsze 
piękne, tak urocze! Tóm piękniejsze dziś dla mnie ich 
przypomnienie, kiedy od dwóch miesięcy mamy tu słotę 



15 

i chłód, a słońce zaledwie raz na tydzień, na krótki 
czas się pokaże. Ręce krzepną w pisaniu, choć częśd 
mego ogi-odu, magnolie, ficus i palmy, tak zielone, jak 
były latem; tylko jabłonie i inne z naszych sadów przy- 
bylce, stoją obnażone, jakby z tęsknoty za ki-ajem^ 
a górujący nad niemi dąb, zdaje się je pocieszać, choć 
i sam nie lepiśj wygląda, z poschłym liściem, i poczer- 
niały. Nie wesoła to pora; wieczorami więc przy ko- 
minie, czytam waszą ^Kronikę^^ nCzas,"^ lub stare dzieje 
naszego narodu. A i Adam tuż przy mnie, i ty, i Bohdan, 
i Stefan, i Zygmunt; a na przemian i Kochanowskich, 
i Górnickiego, i Karpińskiego, i Krasickiego z mojój 
biblioteczki do siebie zapraszam. Nie dziw tedy, że 
w tak dobrom towarzystwie i północ mnie często przy 
gasnącóm ognisku zdybie. 

„Owóż nie jedną godzinę, czytając w Kronice 
twoje „Wspomnienia z Pi'zeszłości," mile przemarzy- 
łem, i chciwie wyglądałem dalszego ich ciągu. Czyż 
tylko pojmie je tak dzisiejsza młodzież, jak ja dziś stary 
je pojmuję? Wiemy jest w nich i wydatny, chociaż 
nie tak jaski^awy, jakby, tego sobie może życzyli tego- 
cześni noweliści, koloryt owego czasu. Osoby i czyny, 
jak je widzieliśmy; pogoda i spokój w sercu, chociaż 
umysł zagrzany.... Wiara i Miłość wzajemna, budziły 
i utrzymywały Nadzieję. 

„Ezecz to prawie do niepojęcia, co się dzieje z pa- 
mięcią na starość. Nie wiem, czy i ty tego doświad- 
czasz? To, co się niedawno, od trzech, od dziesięciu czy 
dwudziestu lat stało; na co patrzałem, co słyszałem; 
co mię dziś jeszcze zasmuci, czy zaboli; złe, czy dobre; 
łatwiśj się jakoś i prędzój zapomina, niż to, co się 
bardzo dawno działo. I kiedy myślę o naszych przed 



16 

50 laty czasach, to cala prawie półwiekowa przeszłość 
ed naszego rozstauia się, tak mi się wydaje pustą, mo- 
mentalną, jak gdyby pięćdziesiątfuntowa bomba, z Kru- 
powego działa wyrzucona, przeleciała przed oczyma 
mojemi; i tylko widzę łudzi i ziemię z owych czasów, 
jakby dziś na jawie, i tak żywo, wyraźnie, że gdybym 
był malarzem, odmalowałbym najdokładniój postacie, 
rysy każdego człowieka, i obrazy nie jednśj wioseczki; 
nie zapominam imion, nawet wielu dziecinnych wypad- 
ków, które sam nie wióm, jak mi zostały w pamięci. 

„To tśż, kochany mój druhu, z owój przyczyny 
nikt może, z większą ode mnie pewnością, nie może po- 
wiedzieć i zaręczyć, że twoje „Wspomnienia z Prze- 
szłości" są wiei-ne, wski-zeszające ludzi i wypadki, po 
prostu, jak były. Musi być i dla ciebie miło pisać 
te wspomnienia, kiedy dla mnie czytać je tak przy- 
jemnie." 

Twój Żegota. 



I. 



Do ósmego roku życia, nie wióm czy jakie wier- 
sze czytałem: chyba tylko „Kolędę dla małych dziatek'' 
o różczce, którą „Duch Święty dziateczki bić radzi," 
będącą integralną częścią ówczesnego elementarza, na 
którym, w piątym roku życia i w ciągu pięciu tygo- 
dni, matka moja nauczyła mnie czytać, na niespodziankę 
dla ojca, który na ten czas właśnie z domu na sejmiki 
wyjechał. Odtąd czytaiem chętnie i skwapliwie co mi 
tylko wpadło pod rękę, najczęściśj nie rozumiejąc co 
czytam. Ojciec miał tylko xiążki prawne lub histo- 
ryczne; matka same pobożne; między temi Żywoty Świę- 
tych, do których zaglądałem najczęściój. Ale choć nie 
wiedziałem co to jest poezya, piśrwsze moje dzieciń- 
stwo, jak teraz przypominam i widzę, było ciągle sa- 
mą poezyą. Przez lat trzy byłem jedynakiem; przy- 
szedłem zaś na świat po dwóch siostrach, które przed 
urodzeniem się mojóm pomarły. Łatwo więc pojąć jak 
musiałem być pieszczony i psuty, i to nie przez samych 
tylko rodziców. Szesnasto-letnia siostra, z piórwszego 
małżeństwa mego ojca, kochała mnie passyami; z nią 

Wspomnienia z przeszłości. .2 



18 

zas razem mieszkała czasowo u nas, osierocona po 1*0- 
dzicach, młodsza nieco od niój sąsiadka, Małgosia Kun- 
cewiczówna, śliczna jak Anioł, a od wszystkich rybek 
i ptasząt weselszego humoru panienka. I ona także 
kochała mię jak siostra, ale ja ją więcśj od siostry. 
I rzecz . dziwna, źe wszystko co ma z nią związek, 
najlepiśj z tego czasu dzieciństwa mego pamiętam. 
Otóż obie te panienki były zwłaszcza rozmiłowane 
w słuchaniu bajek; a opowiadała im je również rozmi- 
łowana i niezmordowana w ich ciągłem opowiadaniu, 
wyprawna panna mojej matki, niegdyś j6j piastunka 
w dzieciństwie, a potom zarządzająca całym naszym 
domem, panna Kornelia . Ręczyńska. Umiała ona do- 
skonale na pamięć całe j^ Tysiąc nocy i jedna^" i ^Ty- 
siąc dni i jeden-" i mnóstwo najrozmaitszych czaro- 
dziejskich i ix)mansowych powieści, jak np. „Ó pięknej 
Mduzynie,^ i całą Historyą Świętą, i niezliczone cu- 
downe legendy z Żywotów Świętych, i nakoniec wszy- 
stkie baśnie ludowe. Umiejętność tę winna była na- 
miętnemu czytaniu xiążek, których dostarczał jej zwła- 
szcza starający się o jśj rękę pan Jan Zabłocki, odzie- 
dziczywszy po stryju- proboszczu ogromny zbiór dzieł te- 
go rodzaju. A że sam był wielki próżniak i niczem 
prócz czytania zająć się nie chciał: zjednawszy więc 
tym sposobem serce niemniej gorliwej literatki, ożenił 
się z nią i osiadł przy niój u nas na łaskawym chle- 
bie, zamieszkując na folwarku alkierzyk, tuż obok izby 
drugiego rezydenta, pana Franciszka Ejdziatowicza, 
byłego porucznika wojsk polskich, przyjaciela mojego 
ojca, który kłócąc się wiecznie z sąsiadem o nieład 
i nieporządek w jego xiążkach, wzi^ je wszystkie 
nakoniec pod straż swą i opiekę, i mnie czasem sto- 



19 

sowne do czytania wybierał. Otóż w długie wieczory 
i ranki zimowe, pani Zabłocka zgromadzała zwykle 
w swoim pokoju wszystkie pokojowe i folwarczne dzie- 
wczęta, a także i wszystkie dzieci i małych pastu- 
szków z folwarku, z któremi odmówiwszy najprzód 
wspólny pacierz, zasadzała je do prząśnicy lub do dar- 
cia pierza, a sama, z pończoszką w ręku, rozpoczy- 
nała swoje opowiadania panienkom, przy których i ja 
zawsze byłem nieodstępny, siedząc zwykle u stóp M^- 
gosi, i drąc pierze wraz* z pastuszkami. Odbywało się 
to zazwyczaj przy świetle kominka, lub łuczywa za- 
tkniętego w kominie, a sam ten rodzaj oświetlenia 
musiał się wiele przyczyniać do podniesienia wrażeń 
słuchaczy. Bo pamiętam, że meraz taki mnie strach 
albo żal ogarniał, słuchając o nieszczęściach lub o nie- 
bezpieczeństwach jakiójś heroiny, i&e di^żąc cały albo 
szlochając, tuliłem, się w objęcia Małgosi, . która mnie 
pocieszała i koiła tem zapewnieniem: że to jest wszy- 
stko bajka tylko, nie prawda. Mimo to, tak byłem 
zamiłowany w tych wieczorach i rankach, że codzień 
o to były spory z matką, która mnie "chciała wćze- 
śniój zapędzić do łóżka, albo z którego rano uciekałem. 
Skutkiem tedy opowiadań tych i tych wrażeń, ima- 
ginacya moja od dzieciństwa tak nawykła do bujania 
samopas w sferze fantazyi i marzeń, że gdy się zbli- 
żył wreście czas porządniejszej nauki, rodzice ze mną 
rady dać nie mogli. Przy jednśj tylko Małgosi mia- 
łem cierpliwość pisać ną. woskowanym papierze, bo ona 
innie tego uczyła; ale gdy sam ojciec np. chciał mnie 
uczyć początków gramatyki łacińskiśj i arytmetyki 
aby mnie przygotować do piórwszój klassy w szkołach; 
ja tak dalece uwagi skupić nigdy nie mogłem, że za- 



20 

miast słuchać co mówi, wtedy owssŁem najczęściój ma- 
rzyłem o sylfach, gierduszach, i zaklętycłi królewnach, 
których uosobieniem była dla mnie Małgosia; albotóż 
w białych znakach liczbowych na czarnój tablicy, szu- 
kałem lub dorabiałeiji w myśli podobieństwa do różnych 
przedmiotów; podobnie jak w ruchomych obłokach na 
niebie; co było zwłaszcza moją szczególniejszą rozryw- 
ką, tak, że mogłem całe godziny leżeć na wznak na 
trawie, nieruchomie wpatrując się w obłoki. Ojciec, 
który mnie bardzo kochał i pieścił, a wreście z natu- 
ry łagodny, nie miai siły spróbować grozy. Postano- 
wił więc oddać mię z domu do guwernera w sąsiedz- 
twie. A skłaniało go jeszcze do tego, że dom nasz 
był zazwyczaj tak gwarny, iżby w nim ani dosyć spo- 
kojności dla nauki, ani cichego ustronia dla nauczy- 
ciela nie było. Sąsiedztwo nasze było niezmiernie li- 
czne, blizkie i wesołe. Złożone z właścicieli miernćj 
fortuny, ale opływających wtedy w dostatki, z powodu 
nadzwyczajnych ui^odzajów i nadzwyczajnych cen na 
zboże, w skutek potrzebowania jego za granicę, gdzie 
wojny Napoleońskie o rolnictwie myśleć nie dozwalały; 
sąsiedztwo to, połączone nawzajem węzłami* pokrewień- 
stwa lub ścisłój przyjaźni, bamło się, jak to mówią,' 
na zabój, zjeżdżając się prawie codziennie w tym lub 
owym domu, i niestetyl dodać poti*zeba — grając naj- 
częściój w karty, i to w gi-y azardowne, jak stos, fa- 
raon, i t. p. 

Dom rodziców moich, częściej niż inne, bywał 
właśnie miejscem tych zebrań; raz dla tego, że ojciec 
mój był najstarszy wiekiem w sąsiedztwie, a powtóre 
że u nas mieszkała Małgosia. Oprócz bowiem rzad- 
kiój ui'ody i zalet charaktei^u, była ona dziedziczką 



21 

\^cale znacznego posagu, co wszystko pi*zywabiało li- 
cznych konkurentów. Zbierano się więc, grano, tań- 
czono, śpiewano, słowem bawiono się— nie wystawnie, 
ale serdecznie i wesoło. I gdy dziś sobie przypomi- 
nam te czasy; te gwai^y, śmiechy, żarty, i figle panień- 
skie; te stoły zasypane holenderskióm złotem i srebrem; 
te szeregowe kawalkaty mężczyzn, z moim ojcem na 
białym koniu na czele; te zimowe kuligi z dzwonkami, 
przy pochodniach lub pękach łuczywa; kiedy to wszy- 
stko przypomnę, a porównam z czasem obecnym: przez 
porównanie możnaby powiedzieć, że się Arabia Obfita 
przemieniła w piaszczystą Saharę. We mnie wszakże 
te ciągłe zjazdy i zabawy, na których byłem zawsze 
obecny, do czczych marzeń o niebieskich migdałach, 
dodały jeszcze dwa wcale niepożądane, realne, ziem- 
skie uczucia: namiętną chętkę da kart, i zazdrość wzglę- 
dem Małgosi. Czy i to może, jeżeli dostrzegał, skła- 
niało mego ojca do wydalenia mię na czas jakiś z do- 
mu, ja nie wióm; ale to wióm, że gdy się dowiedziałem 

tśm, oświadczyłem i postanowiłem stanowczo, że się 
piórwśj pójdę utopić, niż dobrowolnie miałbym przy- 
stać na to. Wątpię, czy ten mój opór miałby jaki sku- 
tek. Ale gdy wnet potśm Małgosia zrobiła nakoniec 
wybór, i wyszła za mąż, za bardzo zacnego i miłego 
człowieka, p. Marcellego Wojewódzkiego, powietnika 

1 przyjaciela naszego; dom stał mi się tak smutnym 
po jój z niego wyjeździe, że sam wreście prosiłem oj- 
ca, aby ów projekt względem mnie przyśpieszył. 

Tak więc tedy, ledwie w zaczętym ósmym roku 
ąego żywota, a z wiosną roku 1811, wyjechałem z ro- 
Iziciełskiego domu na naukę — do najbliższych sąsiadów 
rzyjaciół, o pół mili tylko od niego. To tóż zamiast 



22 

formalnej nauki, spotkała mię tam najprzód nowa mi- 
łośó, a potom, nowa pokusa— do wiei^szy. 

Skład tego domu był arcy-poetyczny. Gospoda- 
rzem był p. Krzysztof Skrzydlewski, były oficer artyl- 
leryi polskiój, towarzysz i przyjaciel bliski Jakóba 
Jasińskiego, o którym zawsze czule opowiadać lubił; 
ożeniony, z dziedziczką tego majątku, Honoratą z Ja- 
nuszewiczów, pełną cnót i niewypowiedzianój dobroci, 
chrzestną niegdyś matką mojój matki, a mnie kocha- 
jącą jak babka. Przy niój mieszkała osiemdziesięcio- 
letnia. j6j matka, całkiem bogobojności i modlitwom 
oddana, i siedemnastoletnia synowica, córka brata, Re- 
gina, Jadna, smukła, czarnooka greczynka, ale jak sło- 
wik ze skowronkiem różniąca się całkiem z Małgosią* 
O ile tamta, żywa i wesoła, żyła tylko śpiewając i bu- 
jając swobodnie w błękitach pogodnej myśli; o tyle ta, 
marząca i melancholijna, szukała tylko cienia i samo- 
tności jak słowik, do którego i z głosu miała podo- 
bieństwo. Przy samym t^ż panu domu mieszkał nie- 
mniój sędziwy od matki żony ojciec, dawny konfede- 
rat Barski, i hodował się rówienmk mój, syn brata, 
Tadeusz, z którymeśmy się czule kochali, i przeto ra- 
zem mieliśmy się uczyć. Mistrzem naszym i przewo- 
dnikiem był żyjący dziś jeszcze, gdy to piszę, p. Adam 
Bai'anowicz, uczeń szkoły Boruńskiej, który skończy- 
wszy w niój szóstą klassę, dla zebrania sobie fandu- 
szu na koszt piśrwszój podi*óży do uniwersytetu do 
Wilna, przyjął na rok nauczycielstwo domowe. 

Było mi tam dobi^ze jak w raju. Dom rodziciel- 
ski widać było jak na dłoni; mimo to wszyscy domo- 
wnicy tameczni starali mi się osładzać tęsknotę odda- 
lenia; a wzgląd ten zwłaszcza zjednał mi szczególniej- 



23 

szą czułość panny Eeginy, jako samśj od rodziców da- 
lekiej, a dla którśj ja też nawzajem najżywsze przy- 
wiązanie powziąłem. Że zaś prosiła mię przytóm ażebym 
pilnie się uczył: zatśm pan guwerner w tym względzie 
nie miał mi nic do zai'zucenia. Nauka owszem przy- 
chodziła mi łatwo, zwłaszcza uczenie się na pamięć; 
uwagi tylko przy arytmetyce nigdy skupić nie mogłem. 
Rodzice przyjeżdżali często, a co sobotę i przed ka- 
żdem świętem- przysyłali po mnie: w pogodne zaś dni 
letnie nad wieczór, panna Begina brała mnie z sobą 
na spacer do gaiku, na połowie drogi od mego i^odzin- 
nego domu, gdzie się z siostrą moją schodziła. 

.Tak upływał początek mego naukowego isawodu; 
gdy dnia jednego, (a było to w Maju), położywszy się 
już spać zauważyłem, że pan guwerner, zamiast się 
także położyć, zasiada owszem do pisania, ale co we- 
źmie pióro, to znów je położy; co napisze jakie słowo, 
to zmaże; aż nakoniec zerwawszy się z krzesła, zaczął 
chodzić wkrąg po pokoju, gadając coś sam do siebie, 
i ruszając na powietrzu palcami, jakby coś na nich 
rachował. Zaciekawiło mię bardzo, co to znaczy? 
Przyczaiłem się więc jak mogłem, żeby jego uwagi 
nie zwrócić, a sam śledziłem go ciągle oczyma— aż 
wi'eście sen je zamknął, nim on to swoje chodzenie za- 
kończył. Nie wióm więc jak długo trwało; ale obu- 
dziwszy się nazajutrz obaczyłem, że ubrany, jakby się 
nie kładł, siedzi znów przy stoliku, i z pokreślonego 
strasznie arkusza przepisuje coś na pocztowym złoto- 
brzeżnym papierze, który wtenczas był drogą rzadko- 
ścią. Udałem zatóm znowu że śpię, i patrzałem. On 
skończył, odczytał sobie wpół-głośno, uśmiechając się 
i machając ręką, (widać że bardzo był kontent), scho- 



24 

wał papier do szufladki— i wyszedł. Zerwałem się na 
równe nogi, i bez ski-upułu wysunąłem szufladkę, aby 
wiedzieć, co on to pisał? Mój Boże! mógłżem. prze- 
widzieć, że to jest chwila stanowcza w mśm życiu, 
która mu cały przyszły kierunek ma nadać! 

Były to wiersze; powinszowanie nadchodzących 
imienin pannie Zofii Korejwiance, pięknśj także sąsiadce 
naszśj, a razem i oświadczenie serdecznych aflfektów. 
Nie treść ich, ale sama miara i rymy. tak jakieś cza- 
rodziejskie sprawiły na mnie wrażenie, że bosy iw pół 
nagi, jak byłem, zacząłem klaszcząc w ręce skakać po 
pokoju, powtarzając je sobie na pamięć. Jakem się- 
ich nauczył, sam nie wićm; ale jakoś przyszło to samo. 
Nie miałeni nic pilniejszego jak powtórzyć je pannie 
Eeginie, od którój o nich dowiedzieli się drudzy. Pan 
guwerner jednakże tak był kontent z mego uwielbie- 
nia, że nie tylko mi niedyskretną ciekawość przebaczył, 
lecz tak mię owszem od tój chwili pokochał, że miłość 
ta, przez cale życie niezmienna, jest dziś, jak mi sam 
w listach swoich powtarza, ostatnią pociechą dziewięć- 
dziesięcioletniego już blizko starca, a którą ja mu na- 
wzajem ze szczerą wdzięcznością odpłacam. Odtąd 
tóż stałem się powiernikiem wszystkich jego dawniej- 
szych i nowych utworów poetyckich, zazwyczaj treści 
miłośnój, i na wzór ich, sam zaraz ułożyłem wiersz 
takiż do panny Eeginy, który tak się widać nawza- 
jem Mistrzowi mojemu podobał, że mię sam odtąd for- 
malnie, nie tyle do uczenia się pensy, co do pisania 
dalszych wierszy zachęcał, ucząc mię przytóm ich mia- 
ry, średniówek i dobierania rymów. Nie przestając 
wszakże na wzorach swoich, dał mi zai-azem w ręce 
Kochanowskiego, Krasickiego, Karpińskiego i Knia- 



25 

żnina, których w dawnych wydaniach posiadał, i sam przy 
ich czytaniu dopomagał mi do zrozumienia tego, co sam 
rozunńałi wiedział. Nieraz bowiem zdarzały się wiersze, 
jak np. ten Krasickiego, w Satyrze p. t. Marnotrawstwo. 

„Przynoszą trzy Yandyki i cztery Rubense/ 
które dla obu nas pozostały zagadką. Zresztą nie szło 
mi wcale o ścisłość rozumienia. Sam dźwięk' lymów 
i muzyczna harmonia miary wierszowśj tyle dla mnie 
miały ui'oku, a wiersze same przez się tak jakoś lgnę- 
ły w pamięci: że nie ucząc się umiałem ich kopami, 
a powtarzanie ich samemu sobie, czy to w słowach, 
czy tylko w myśli, stało mi się prawie nałogiem. Że 
zaś kończyło się zazwyczaj memi własnemi dodatkami, 
w tym samym tonie i miarach, (chociaż wcale bez 
związku z ich treścią), przyzwyczaiłem się powoli wszy- 
stkie moje najpospolitsze myśli układać w rymy i miary 
'wierszowe. Aż nakoniec, bez najmniejszego wyobra- 
żenia o prawidłach i prawach kompozycyi, ale wprost 
tylko przez naśladownictwo formy, zacząłem sam skła- 
dać wiersze. Mówię składać, bo składałem je tylko 
w myśli, nie umiejąc sam jeszcze na papierze napisać. 
Dyktowałem je więc zazwyczaj coraz bai^dziśj kocha- 
nśj pannic Eeginie, a i składałem je tóż najłatwiój 
siedząc przy nićj na ławeczce przed gankiem, i wpa- 
trując się z nią razem w gwiazdy, albo w ówczesną 
kometę, a najczęściój w jasne jej oczy. Tym sposo- 
bem, po przeczytaniu „Myss^eidy'^ Krasickiego, zacząłem 
zaraz w myśli układać „Pigmeidę,'' to jest wojnę Pigme- 
'' z żórawiami, o czśm nie wiem już zkąd wiedzia- 
j. Chcąc zaś przytem wiersze przenieść na papiśr, 
c się gorliwie wziąłem do nauki pisania, że w bar- 
1 krótkim przeciągu czasu, na liniowanym przez 



26 

pannę^ Regilię papierze, mogłem juz sam jako tako kom- 
pozycje moje nabazgrać. Stało się to tóż jedyną pra- 
cą moją i nauką z ochoty; bo wszystkiego innego uczy- 
łem się tylko z obowiązku, i to może najwięcój dla 
przypodobania się pannie Eeginie, która mię zachęcała 
do tego^ i przed dobrom wydaniem wszystkich lekcyj 
bawić się ze mną nie chciała^ 

Tak przeszło lato, je§ień i zima z r. 1811 na 
1812,^ a poetycka sława moją w tym czasie rozniosła 
się szeroko po całej parafii, jeżeli nawet nie po za jój 
granice. Szerzył ją mianowicie sam p. Ski^zydlewski, 
który może przez pamięć przyjaciela swojego Jasiń- 
skiego, był, chociaż nie literatem, ale niezmiernym 
lubownikiem wierszy, i musiał moje uważać za dobre, 
kiedy je przepisane przez pannę Reginę woził ż sobą^ 
i czytywał w sąsiedztwie. Wiedziałem o tóip od panny 
Reginy, a zaś wpływ i skutek tśj sławy czułem zwłaszcza 
z wielką radością w obejściu się z^ mną sąsiednich 
panienek, które wcale inaczśj niż mego kolegę Ta- 
deuszka, albo jak mnie samego przedtóm, traktowały 
mię i obsypywały względami, za co ja znowu przez 
wdzięczność pisałem wiersze na pochwałę każdej. Ojciec 
mój nie rad był z tego, i owszem bojąc się, widać, 
jako człowiek rozumny, ażeby te pochwały i względy 
nie zawi'óciły mi głowy, powtarzał mi ciągle, pamię- 
tam, że wiersze są tylko zabawką a nie nauką; że 
pieszczoty są tylko grzecznością dla liziecka, a więcój 
jeszcze dla jego rodziców; ale że potrzeba się uczyć 
rzeczy poważnych, aby mieć chleb, szacunek i życzli- 
wość ludzi. Dopiśro gdy raz xiądz Prefekt i Profes- 
sor wymowy z Borun, X. Martynian Komar, poważny 
i poważany powszechnie człowiek i kapłan, będąc wraz 



• 27 

z rodzicami mojemi na obiedzie u państwa Skrzydle- 
wskich, pokazane mu wiersze moje pochwalił i do dal- 
szego postępu w nich zachęcił; ojciec mój także prze-, 
stał je lekceważyć^ przynajmniój w rozmowie ze mną; 
chociaż nigdy nie odstąpił od tego, że nauka rzeczy 
poważnych, jak do życia tak i do wierszy nawet, jest 
najprzód nieodbicie potrzebną. Matka zaś ciesząc się 
bezwai'unkowo obecnóm mojem powodzeniem i sławą, 
podwajała mi tylko dowody czułości i przywiązania. 
Tym sposobem poezya, odsam^o początku, stała się 
dla mnie źródłem nowych tylko ui^oków i ix)zkoszy 
życia. A nie powióm, żeby . i w dalszym jego ciągu 
gorycz jaka wypłynąć z niój miała* Owszem^ wszy- 
stkie najmilsze i najszczęśliwsze chwile, wypadki i stOr 
sunki, z niśj to lub przez nią wzięły zwykle początek; 
licząc w to i ten słodki i braterski stosunek z tobą, 
moja najdroższa siostrzyczko! który jakby gwiaździstą 
klamrą cykl podobnych dawniejszych zamyka, a żal 
po nich i tęsknotę osładza; tak, że je na twój rozkaz 
wznawiając w pamięci, czuję w sercu jakby ostatnią 
pociechę Ossyana, gdy już nad brzegiem grobu, osa- 
motniony i ślepy, o dniach swojój szczęśliwój młodości 
i o jój bohaterskich towarzyszach, przed ukochaną 
Malwiną wspominał i opowiadał. 

Ale że celem tych wspomnień mają być same 

tylko wrażenia i. stosunki, pośrednio lub bezpośrednio 

z poezyą związek mające: pomijam więc milczeniem 

cały peryod wejścia i pobytu u nas Francuzów w r. 

12, podczas którego wszystkich myśli i serca zwró- 

y się ku czemu innemu, a i dziecinna Muza moja 

ód szczęku oręża zamilkła. Wprawdzie i na dzie- 

iną duszę wrażenia te potężny wpływ miały; ale 



28 

czyżbym je dzisiaj mógł dokładnie przypomnieć albo 
obliczyć? chociaż niektóre chwile i wypadki tak żywo 
A tak jasno stoją mi przed oczyma, jak gdyby się 
wczoraj zdarzyły. Tak np. pamiętam wrażenie przy 
widzeniu piśrwszego ułana, jakiegoś Andi*zejewsldego 
z 9-go półku, który wziąwszy mię na siodło, galopował 
ze mną po dziedzińcu, i różne sztuki chorągiewką wy- 
rabiał. Ale tśż niemniój wyraźnie,^ niestety, pamiętam 
i późniejsze rabunki maroderów francuzkich; i niebez- 
pieczeństwo życia ojca, kiedy go jeden z nich chciał 
po pijanemu zastrzelić, aż go zaledwie obronili drudzy; 
i kilkotygodniowe potom tułanie się po lasach, wraz 
z wielu sąsiadkami i dziećmi, w liczbie których była 
też i Reginka. Matka moja była w tym czasie chorą; 
ona więc wraz z siostrą moją, i z czułością siostry, 
czuwaia mianowicie nade mną. Ja zaś, w przewidy- 
waniu ciągłóm napaści, i przemyśliwając wzajem o jej 
obronie, tak nakoniec znienawidziłem Francuzów, że 
nawet po fi^ancuzku uczyć się nie chciałem. Dostali- 
śmy się wreście do miasteczka Holszan, gdzie mie- 
szcząc się na poddaszu w starym zamku niegdyś xiążąt 
Litewskich, żyliśmy literalnie suchym chlebem i wodą, 
kiedy mleka w miasteczku zabrakło; aż nakoniec, do- 
stawszy załogę, w połowie Sierpnig, T7i'6ciliśmy do 
domu. 

Załogą tą był żołnierz Kozłowski, z Legii Nad- 
wiślańskiój, który odbył kampanię Hiszpańską, a po- 
lubiwszy mię bardzo, opowiadaniami swojemi o niój, 
i śpiewaniem mi piosnek żołnierskich, wpłynął nie- 
zmiernie na imaginacyą moje i uśpioną wenę rozbudził. 
Dotąd nie mogę widzieć żytnich mediów na polu, albo 
smukłój brzozy płaczącśj, z rozwieszonemi gałęźmi do 



29 

ziemi, żebym wnet nie przypomniał Hiszpanów, w krót- 
kich czaiiiych płaszczach, albo pięknych czaniookich 
Hiszpanek, otnlonych w długie mantylle, do których je 
przyrównywał Kozłowski. Gdy zaś ten razu jednego— 
dowiedziawszy się, że Francuzi w Borunach rabują 
kościół i miasteczko, i że jeden z nich dla igraszki 
zastrzelił stai-uszka kowala— poleciał tam oklep na 
koniu, z karabinem w ręku, na pomoc tamecznemu 
załodze, koledze swemu, i zebrawszy z nim razem 
mieszczan, nie tylko maroderów wypędził, lecz nadto, 
wymierzając sprawiedliwość doraźną, sam, z karabina 
także, zabójcę trupem położył; ja tak byłem uniesiony 
tern i ucieszony, że na cześć tego bohaterskiego czynu 
ułożyłem dla niego piosenkę, na wzór tych, które mi 
śpiewał, a z którój on nawzajem tak był uradowany, 
że nie tylko jój się sam na pamięć nauczył, ale mi 
obiecywał, że półk cały śpiewać ją będzie. Pamiętam 
dotąd dwie ostatnie strofy, i przytoczę je tutaj dla 
osobliwości. 

Dobrze tak, Francuzie, tobie. 
Dobrze tobie taki 
Nie będzie stał na twym grobie 
Święty krzyża znak. 

Ciało twoje jak pies zgnije, 

Ty synu czartowski! 

A ja wołams niechaj żyje 

Bohater Kozłowski! 

Wiersze te, pamiętam dobrze, układałem płacząc 

ewnie, nie tyle z żalu, co ze złości i z nienawiści 

rancuzów. Nienawiść ta tak się stała panującą we 

ie, że dopióro podczas rąjterady, gdy nieraz byłem 

,/iadkiem strasznego losu jeńców, uczucie to niena- 



30 

wiśoi ustąpiło miejsca niemniśj głębokiśj litości, i zwró- 
ciło się samo w odmiennym kiermika. 

We Wrześniu, szkoły w Bonmach zostały otwarte 
jak zwykle, i ja w nich, razem z Tadeuszkiem Skrzy- 
dlewskim, i pod zwierzchnictwem tegoż p. Adama Ba- 
ranowicza, rozpocząłem zawód studenta klassy piór- 
wszój. Niedługo to jednak trwało; bo wnet zbliżająca 
się znów groza wojny rozproszyła uczniów, których 
rodzice, jak mnie moi, napowrót do domów zabrali. 
Wrzesień więc następnego^ 1813 roku, był właściwie 
początkiem moich nauk szkolnych. A że wpływ ich 
gra ważną rolę tak w dziejach poetycznego kształce- 
nia się mojego, jak i poetycznych stosunków na przy- 
szłość, które są głównym przedmiotem tych wspomnień: 
przeto i obszerniejszą wzmiankę temu nowemu peryo- 
dowi mego życia (1813—1820) zamierzam w tóm miejscu 
poświęcić. Wprzód jednak chcę dodać słów parę o losie 
tych dwóch piastunek-stróżek piśrwszych moich poe- 
tyckich wrażeń i marzeń, o których wyżśj wspomniałem. 

Charakter i usposobienie ich obu, były jak gdyby 
przepowiednią przyszłego ich losu. Panna Regina, 
uboga i sierota bez matki, ulegając zwłaszcza wpły- 
wowi ojca i braci, (bo opiekunowie jój, państwo Skrzy- 
dlewscy, zupełną jój zostawiali swobodę), poszła za mąż 
za jednego z sąsiadów, dziedzica porządnśj wioski,* ale 
który właśnie dla tego, że miał być j6j dziedzicem, 
w szkołach uczyć się nie chciał, i skończył je na 
klassie czwartój; osiadłszy zaś niby na gospodarstwie, 
hulał tylko, polował, pił i gi^ał w karty; aż nakoniec 
zakochał się śmiertelnie w pannie Reginie. Doradzcy 
jśj sądzili, że go wpływ jśj poskromi i upamięta; ale 
sama ona tylko, niestety, stała się smutną ofiarą 



31 

głupstwa, brutalstwa, i dziwactw istnego półwaiyata, 
który w lat kilka wtrącił ją do grobu. Małgosia zaś, 
sama majętna, poszła za głosem serca, i wybrawszy 
człowieka, który właśnie natenczas zawód pracy chlubnie 
zaczynał, dożyła z nim najszczęśliwiój złotego wesela^ 
i dziś jeszcze, kiedy to piszę, chociaż już wdowa po 
nim, żyje w poojcowskim majątku, na łonie licznśj 
i zacnśj rodziny, otoczona szacunkiem i życzliwością 
powszechną, i zachowując sama, w osiemdziesiątym 
przeszło roku życia, całą świeżość umysłu, a pokój 
i pogodę serca. 



II. 

Ozasy szkolne. 

„Czas leci niewstrzymany!— Ludzie, co niedawno 

Na kolanach dzieciństwo nasze piastowali, 

I lub dziejami przodków, lub baśni% zabawną. 

Duch w nas wieszczy i miłość kraju zapalali, 

Gdziei są.? Znikli ze świata! Zmarli, lub zgrzybiali, 

Z myślą znużoną, z sercem wpół skrzepłóm już w łonie, 

Jako szczątki rozbicia nad brzegami fali. 

Czekają, zda się — ^rychło^ jak morze w swe tonie, 

Wieczność ich coraz bliższa zajmie, i pochłonie! 

Ale czas, jak pojedynczych ludzi, porywa tóż 
i pochłania zarówno instytucye ludzkie i zwyczaje; 
a do tych pochłoniętych nazawsze, należą ju^ dawne 
szkoły Litewskie, i panujący w nich ogólnie obyczaj. 
Szkc^y te, osnute na zasadzie prawideł przez War- 
szawską Komissyą Edukacyjną ułożonych, zajęły miejsce 
szkół Jezuickich, po skasowaniu Zakonu; a te z nich, 
które przeszły pod zarząd duchowieństwa innych za- 
konów, w niczśm, ani pod względem wyHadu nauk, 
ani pod względem sposobu prowadzenia, nie różniły 



33 

się zgoła od świeckich; chyba, że kapłański charakter 
nauczycieli, jak powadze ich i posłuszeństwu uczniów, 
tak nawet samój nauce, świętość religijnego obowiązku 
nadawał. To tśż szkoły duchowne dostarczały zazwy- 
czaj uniwersytetowi w Wilnie kontyngens najpilniej- 
szych i najmoralniejszych uczniów; i sam ów czysty, 
wzniosły, estetyczny kierunek i nastrój duchowy, który 
się w tym uniwersytecie rozwinął, i z którego następnie 
nowa nasza poezya wykwitła, winien był swój początek 
uczniom szkół tego rodzaju. Piękny i wierny ich 
co do ducha wizerunek masz, siostrzyczko, w „Obra- 
zach Litewskich'^ Chodźki, p. t. Boruny; i o tych tśż 
to właśnie Boranach, ja po prostu i prozaicznie mam 
zamiar dodać tu Jolka rysów, któreby, jako komentarz, 
uzupełnić mogły wyobrażenie o tym wiejskim, małym, 
cichym zakątku, w którym wszakże, jak słońce w kropli, 
odbyał się wiernie zarazem cały charakter i obyczaj 
ówczesnych szkół Litewskich i studenckiego w nich 
życia nd:odzieży. 

Otóż wyobraź sobie, siostrzyczko, wieś, zwaną 
miasteczkiem dla tego, że ma duży i piękny kościół 
murowany i otoczony mui^em; zegarową wieżę, kapli- 
czkę na środku rynku, i dwupiętrowy klasztor, ale 
zresztą zabudowaną prostemi drewnianemi domami, 
w liczbie najwięcój 25—30, licząc w to szkołę, dwie 
karczmy zajezdne w rynku, i dwie tuż za ntiasteczkiem, 
oraz stary w pół pusty dom w środku, rodzaj ratusza, 
zwany Kaffenhauzemy ale w którym jak rady miejskiój, 
•ik i kawy nigdy nie było, a mieszkał tylko stary 
iemiec z żoną, przedającą studentom kołacze, obwa- 
aanki i mleko, póki jagód i owoców nie było. Wszy- 
Wspomnienia z przeszłości. . 3 



34 

stkie te domy, należące do mieszczan, nieróżniących 
się niczóm od włościan, a raczój od zaściankowśj 
szlachty własną ręką uprawiaj ącój rolę,' zabudowane 
były częścią w rynku naprzeciw kościoła, częścią wzdłuż 
trzech tak zwanych ulic, ale rzeczywiście wzdłuż 
trzech dróg najzwyczajniej szych, z wybojami i kole- 
jami, piaszczystych i błotnistych po deszczu, rozcho- 
dzących się na trzy strony z miasteczka, ale przez 
które wpoprzek nawet ścieżki brukowanśj nie było. 
Struktura ich ogólna, z malemi wyjątkami, była taka: 
Dziedziniec, oddzielony od rynku nizkim parkanem lub 
płotem. Z dziedzińca wejście do sieni, z niój zaś na 
prawo i na lewo do dwóch osobnych mieszkań, złożo- 
nych każde z dwóch izb, nie więcój, a rozdzielonych 
pomiędzy sobą jak sienią, tak równą j6j co do rozcią- 
głości kuchnią czy piekarnią, do którśj się wprost 
z sieni wchodziło. Ta część domu była zawsze mie- 
szkaniem gospodyni, utrzymującój studentów, czy była 
nią sama właścicielka, czy tylko dzierżawczyni domu; 
a w takim razie* właściciele mieścili się w oddzielnój 
od domu chałupie. — Otóż te dwa apartamenta w każdym 
domu służyły za pomieszczenie dla uczniów, a mieściło* 
się w nich tylu, ile łóżek mogło stanąć wki^ąg ściany. 
Niekiedy obie połowy miały nad sobą jednego tylko 
guwernera, niekiedy w każdój panował osobny. Grono 
uczniów, pod jednym guwernerem będących, nosiło 
ogólną nazwę stancyi tego a tego. Stancy e- więc, jak 
ki-aje, były większe i mniejsze, ale nigdy nie mogły 
ogarniać dwóch domów; panowanie nawet nad obiedwie- 
ma połowami jednego, było tylko udziałem samych li 
guwernerów emerytów, to jest takich, co sami skoń- 
czywszy już szkoły, obowiązek w nich nauczycielski 



35 

spełniali. Wszyscy jednak guwernerowie w ogólności 
stanowili właściwie patrycyat szkolny, który sam bez- 
pośrednio stykał się już ze sferą i władzą rządzącą, 
to jest z professorami i prefektem. Prefekt był, jeśli 
nie Dyktatorem, to przynajmniój Konsulem tśj całój 
Rzeiczypospolitój studenckiej; gdyż xiądz Superior ^ 
zarządzający całym klasztorem, częścią jego kościelną 
i majątkową, dla studentów był tylko jakby mytem, 
który sam nigdy z Olimpu ku nim nie schodził i bez- 
pośrednio do nich się nie mieszał. 

Na takióm to tle miejscowości i śród tych hie- 
rarchicznych towarzyskich warunków, rozwijało się 
i upływało rok rocznie życie około dwóchset młodzieży, 
najwięcój synów szlacheckich właścicieli ziemskich, 
z Oszmiańskiego i sąsiednich powiatów, od 9—18 lat 
wieku. Me tylko zaś jako sam wychowaniec Boruń- 
ski, ale z bestronną śmiałością dodać tu mogę i muszę, 
że mało było szkół innych, któreby tylu swoimi uczniami 
sprawiedUwiój poszczycić się mogły. Wielu używają- 
cych słusznśj wziętości na wyższych potom obywatel- 
skich urzędach, tak w powiatach swych i w guberniach, 
jak i w Królestwie Polskiśm, tu wzięło swe wycho- 
wanie; jak np, znany chlubnie jako gubernator Płocki 
a potom Lubelski, w r. 1862, p. Stardsław Mackiewicz, 
A są tśż i imiona, które ztąd na horyzont literacki 
wybłysły. Do tych ostatnich należą np. między innymi: 
AnŁoni Wyrmcz, professor matematyki w uniw. Wileń- 
skim; Wincenty Karczewski, adjunkt professora astro- 
mii w tymże uniwersytecie; Antoni Odrowąż Kamiń- 
, autor uznanych za elementarne; jeografii i arytme- 
:i, i nakoniec Leonard i Ignacy Chodźkowie. O tym 
•".atnim będę mówił kiedyś obszemiśj w dalszym 



36 

ciągu tych moich wspomnień; ale tu potrąciwszy o imię 
Leonarda, nie sądzę by być miało zboczeniem od głó- 
wnego ich celu, gdy tóż i o nim, nawiasowym sposo- 
bem, kilka drobnych szczegółów dołączę; a to tóm 
bardziśj, że i wpływ literacki, jaki miał na mnie, na 
tę właśnie mniój więcój epokę przypada. Nie był on 
już moim kolegą szkolnym, ale był krewnym po matce, 
i przeto będąc w szkołach, gdy ja byłem dzieckiem, 
Często pomniejsze święta w domu naszym, jako bliższym 
Borun, przebywał. Byliśmy z nim zawsze w najlepszśj 
komitywie; ale raz pokłóciwszy się o coś przy ukła- 
daniu ziarn bobu w szeregi lecących źórawi: ja, mając 
w ręku blaszaną półkwaterkę z bobem, tak mocno 
uderzyłem go nią między oczy, że się obM cały krwią 
z nosa. Zamiast jednak oddać wet za wet, albo skarżyć 
mię przed rodzicami, on tak owszem wspaniałomyślnie 
postąpił, że widząc żal mój i skruchę, nie tylko po- 
rywczość przebaczył, lecz nawet winę niby przypadku 
przyjął całkowicie na siebie; aż ja potem ruszony 
ski'uchą sam się do niśj dobrowolnie przyznałem. Od- 
tąd stosunek nasz z mojśj strony przybrał charakter 
serdecznego przywiązania, którego on nie odrzucał, 
a które potom z laty zamieniło się we wzajemną przy- 
jaźń. W roku jeszcze 1830, gdy go po raz ostatni 
widziałem w Paryżu, pokazywał mi biały znaczek po- 
między oczyma, ślad uderzenia owój półkwaterki, który 
często mu, jak powiadał, robił miłe wi^ażenie, przypo- 
mnieniem czasów dzieciństwa. Wpływ zaś jego lite- 
racki na mnie był zwłaszcza tego rodzaju, że mając 
prześliczny charakter, przepisywał sam sobie mnóstwo 
różnych wierszy, i tych mi do czytania udzielał. Tym 
sposobem, będąc już w szkołach, czytałem po raz piór- 



37 

wszy „NttrM'' Szyllera, w przekładzie J. N. Kamiń- 
skiegOj i czytanie to sprawiło na mnie zwłaszcza ten 
skutek, że zaraz nazajutrz, sam z własnój oclioty posta- 
nowiłem i zacząłem się uczyć po niemiecku, co nie wcłio- 
dziło koniecznie w program nauk szkolnych. Inną jeszcze 
anegdotę o xią?;ce, przywiezionej mi przez Leonarda 
Chodikę do Bonin, do później szśj nan^acyi zostawiam. 
We wrześniu 1813 r., jak już wyżśj wspomnia- 
łem, rozpocząłem na nowo zawód studenta — nie pod 
dyrekcją jua pana Bai^anowicza, który do Wilna na 
uniwersytet pojechał, ale p. Bonifacego Brodowskiego, 
który także emeryt Bomński, w roku przeszłym zacią- 
gnął się byt do wojska, i odbywszy całą. kampanię 
1812 roku znowu tu na guwemerkę powrócił. Nie miał 
on poetycznych usposobień swojego poprzednika, (przez 
co i moje nie budzone usnęły), ale był to człowiek ener- 
giczny i zdolny, czego najlepszym dowodem była dalsza 
jego kary era. Odbywszy uniwersytet w Wilnie, zo- 
stał nauczycielem matematyki w gimnazyum tamecznem, 
i umarł jako Dyrektor tegoż gimnazyum. W Borunach 
juź miał on opinię najlepszego pedagoga; był naczelni- 
kiem, i nawet sam gospodarzem najlepszój stancyi w mia- 
steczku, i miał pod sobą grono najwybranszych uczniów. 
I on, i wszyscy kfoledzy byli dla mnie dobrzy. Tadeusz 
Skrzydlewski był razem; przez sień zaś naprzeciwko 
mieszkali, pod guwernerem Hajką, trzej Laskowiczo- 
wie z Lidzkiego, z których najmłodszy Karol, mój 
rówiennik, ze wzrostu i ciemnśj cery bardzo nawet do 
"nie podobny, (tak, że nas obu y^czarnuszkami^ zwano), 
ał się najbliższym moim przyjacielem. Mimo to, 
^dalenie od domu, (o lekką milę tylko), i towarzy- 
wo samych tylko chłopców, bez żadnój dla pociechy 



38 

Małgosi albo Reginki, taką we mnie z początku obu- 
dziły tęsknotę, że całą moją ulgą w niśj było, iść pod 
dzwonnicę na wzgórku, zkąd mogłem widzieć dach 
i drzewa domowe, i płakać tam pati'ząc na nie. Aż 
dnia jednego nakoniec, nie opowiedziawszy się niko- 
mu, choć czułem że to nie dobrze, wziąłem czapeczkę 
i kijeK, i piechotą ruszyłem do domu. Widok malca 
idącego samopas drogą, zwracał uwagę przejeżdżają- 
cych, którzy mnie w tój podróży spotkali. Ale wykła- 
małem się jakoś przed każdym, kto mnie o jśj powód 
zagadnął, i bez szwanku stanąłem w domu; gdzie tóż 
w ślad za mną przybiegł konny posłaniec, w pogoń 
przez p. Brodowskiego posłany. 

„I ja tu!" zawołałem do pani Zabłockiój, która 
widząc mnie wchodzącego aż się przeżegnała z prze- 
strachu. Wykrzyknik " ten stanął mi potom, jak to 
mówią, kością w gardle, gdy mi nim w szkołach wyty- 
kano oczy; chociaż gdybym był wiedział wtedy, że Kar- 
piński podobnież kiedyś postąpił, gotów byłbym się raczej 
chlubić z tego, nie wstydzić. Rodzice nie mieli serca 
skarcić mnie zbyt surowo za ten dowód przywiązania 
ku nim. Uraczywszy więc kawą po drodze, ojciec sam jak 
delinkwenta odwiózł mnie napowrót do szkoły — wprost 
do celi xiędza prefekta. Poezya i tu mi posłużyła. Pi-efe- 
ktem był ten sam x. Martynian Komar, który przed dwo- 
ma laty na obiedzie u pp. Skrzydlewskich wiersze moje 
czytał i chwalił; a że był przytśm przyjacielem rodzi- 
ców, więc się rzecz jakoś załatwiła gładko. Oświadczył 
mi jednak surowo, że tylko przez pamięć tych moich 
wierszy, ten raz mi jedyny przebacza. Ale potom 
kiedyś mi mówił, że patrząc na moje minę w tej chwi- 
li, tak czuł razem i śmiech i litość, że chciałby był 



mię raczój uścisnąć, niż karać. Gorzśj było z p. Bro- 
dowskim, który nie uważając na obecność ojca, tak 
się był gi'oźnie koło mnie zawinął, że zaledwie instan- 
cya ojca i obietnica przezeń uczyniona za mnie, że 
już tego więcój nie będzie, uwolniły mnie od zapowie- 
dzianśj pokuty. Była to natui-alnie, jak teraz widzę, 
pedagogiczna komedya z jego strony, dla ustalenia swo- 
jej powagi nade mną; ale tśż miała ten zbawienny sku- 
tek, że odtąd byłem zawsze jednym z najposłuszniej- 
szych i napotulniejszych uczniów; przez co także na- 
wzajem większą od innych łaskę i przychylność jego 
zjednałem. To właśnie obudziło w niektórych kole- 
gach pewien rodzaj zawiści ku mnie, i aby mi doku- 
czyć, przezwali mnie dezerterem, z powodu tśj mojój 
ucieczki. Gdy zaś wkrótce, w skutek skarg moich o to, 
p. Brodowski w swojój^tancyi, a professorowie w klas- 
sie, zakazali surowo używania tego przezwiska: kole- 
dzy, z przyczyny tego właśnie zakazu, nadali mi inne: 
Benjaminka, które już przy mnie na zawsze zostało. 
Bo chociaż pierwiastko wśm jego źródłem było nie co 
innego, jak ironiczny przytyk do niezasłużonój łaski 
guwernera i professorów: ale o tóm się zapomniało 
z czasem; a zaś łaska ta coraz wzrastając, tak stała 
się wreście widoczną, że mnie istotnie wyróżniała od 
innych. Przyczyniło się wiele do tego, że byłem, obok 
z Karolkiem, najmłodszym i najmniejszym z całćj klas- 
sy; lecz że Karolek, zimniej szy z natury, był przy- 
tem trochę dumny i hardy, i przypodobać się^ bardzo 
-^-'e starał: ztąd nie dziw, że nazwa Benjaminka do 
oie jednego stosować się dała. 

Ale nie chwaląc się, powiedzieć tśż muszę, że 
razu stanąłem w rzędzie celujących; nie żebym się 



40 

pflnością odznaczaj, ale że uczenie się przychodziło 
mi jakoś łatwo, a miałem już nie złe początki, przez 
pana Baranowicza wszczepione. Przytśm ani wiersze, 
ani Reginka, nie odrywały mnie od obowiązkowej nau- 
ki; gdyż nie zachęcany przez nikogo do wierszy, całkiem 
o nich byłem zapomniał; a Reginka poszedłszy za mąż 
przestała tśż być celem mych myśli. Nie przeszkadzało 
to przecież moim ulubionym mai^zeniom o niebieskich 
migdałach, ze świata Tysiąca Nocy, które były mi za- 
wsze najmilszśm zajęciem; ale gdy przyszła pora uczenia 
się zadanśj lekcyi, pakowałem siędojaJdśjś ogromnśj 
beczki czy kadzi, na dziedzińcu stojącśj, aby nic oko- 
ło siebie nie widzieć, i tam przeczytawszy ją — to jest 
lekcyą — parę razy głośno, dla echa od ścian beczki, 
które mię bawiło, wyłaziłem z niój— to jest z beczki— 
całą pensę umiejąc na pamięć.' Byłem więc jednym 
z celujących w klassie; drugim zaś, nie po mnie, (bo 
żaden z nas nie był piśrwszym), ale obok mnie, był 
starszy o lat parę ode mnie, a różniący się usposobie- 
niem jak niebo od ziemi, kolega i powietnik, Hieronim 
Umiastowski. Był to ideał pilności, porządku, akui'a- 
tności we wszystldśm. Wszystko co zrobił, było dobrze; 
co powiedział, było rozsądnie. W moralnóm też postę- 
powaniu i obejściu się z kolegami, nie było w nim nic 
do zarzucenia. Ale we wszystkiśm co robS, widział 
tylko to, co robi; mówił o tóm tylko, co było, lub co go 
otaczało; a w postępowaniu z drugimi, nigdy ani w czido- 
ści, ani '*w gniewie, z granic umiarkowania nie wyszedł. 
Był to uosobiony praktyczny rozsądek, ale mu brako- 
wało wszelkiego polotu imaginacyi. Na tóm to pole- 
gała głównie wybitna między nami różnica, uwyda- 
tniająca się coraz bai^dzićj w klassach wyższych, któ- 



41 

reśmy ciągle przechodzili razem, piastując w nich na- 
pi-zemian najwyższe godności. 

Tu jest miejsce powiedzieć słowo o hierarchii 
między studentami; nie żeby to być miało w koniecz- 
nym związku z przedmiotem i celem tych wspomnień; 
ale jak dziś np. w starych pamiętnikach z ciekawo- 
ścią czytamy najdrobniejsze-' szczegóły z przeszłości, 
która już w mgle czasów zamierzchła: tak może i ni- 
niejsze za lat kilkadziesiąt podobnegoż interesu na- 
będą. A w każdym razie, dla ciebie samćj siostrzy- 
czko! może to być niemnićj ciekawóm, jak przypatry- 
wać się np. przez chwilę rachom pszczół w ulu, lub 
mrówek w mrowisku. 

Szkoła Borańska, jak każda powiatowa, była o sze- 
ściu Hassach, i miała sześciu professorów głównych. 
Prefekt, jeżeli nie był także professorem, był siódmym, 
i ogólnym zwierzchnikiem ich wszystkich. Bywali tóż 
niekiedy i osobni nauczyciele języków: rossyjskiego, 
francuzkiego i niemieckiego, z których dwa tylko piśr- 
wsze były obowiązujące. Dwie klassy piórwsze zwały 
się niźszemij cztery następne tvyźszemi. Uczniowie piśr- 
wszych, pod pogardliwśm mianem minimusów, nie śmieli 
nawet wzdychać do równości, która już panowała mię- 
dzy ostatniemi, i osobne towarzystwo składali. Dwaj 
ich professorowie nosili nazwę: Łaciny i Aiytmetyki; 
czterej zaś klass wyższych: Wymowy, Historyi, Fizyki 
i Matematyki. Wszystkie te przedmioty wykładały 
się codzień we wszystkich po kolei klassach. 

Porządek życia szkolnego był taki: O wpół do 
dmój rano dzwoniono na mszę studencką, do której 
Inemu z professorów studenci na ochotnika służyli; 
wemerowie zaś i szóstoklassiści, w ławkach litanię 



42 

do N.' Panny po łacinie śpiewali. O siódmój krótkie 
śniadanie, a o w pół do ósmej pńmum, to jest pier- 
wsze dzwonienie do szkoły, po któróm w pół godziny 
następowało secundum, to jest hasło zajęcia miejsc 
w klassacłi i przyjścia professwrów. Lekcye trwały do 
dziesiątój, którą ogłaszał dzwonek, dzwoniący na iinem. 
Po południu, prócz wtorku i czwartku, lekcye w klas- 
sach zajmowały czas od 2-ej do 4-ej, a lekcye językowe 
do piątśj, po czśm już reszta dnia służyła na naukę 
w domu, i na zabawę (rekreacyą) po niśj. Dziedziniec 
szkolny, w czasie pomiędzy j^mum i secundum, równie 
rano jak po południu, tworzył obraz bez porównania 
tłumniejszy, ruchawszy, i gwarliwszy, niżli wieczorna 
nawet zabawa na rynku, w którój wszystkie stancye . 
razem, brały, lub mogły brać udział. W tym to albo- 
wiem czasie odbywała 'się na tym dziedzińcu jakby 
ogólna głośna naukowa spowiedź jednych przed dru- 
gimi, to jest recytowanie lekcyi przed Audytorami, którzy 
zdanie swe o ich umieniu, przekazywali Imperatorom, 
dla zapisania w erracie. 

Do wszystkich tych wyrazów potrzebny jest już 
dzisiaj komentarz. Otóż, ponieważ sam professor nie 
miałby nigdy dość czasu na wykład, gdyby mu przy- 
szło codzień zapytywać każdego z uczniów, czy i jak 
umie lekcyą poprzednią: wybierał więc zdolniejszych 
i pilniejszych do zastępowania go w tym obowiązku. 
Wybrani ci nosili u nas tytuł Audytorów, (w innych, 
a zwłaszcza świeckich szkołach, zwano ich \Dekuryona- 
mi). Każdy z nich miał powierzonych sobie kilku, naj- 
więcśj sześciu kolegów, których musiał codziennie, po- 
między pńmum a secundum, z przeszłój lekcyi wysłuchać, 
i zdanie swe, jak ją umieli, do wiadomości professora 



43' 

podać. Za środek ku temu służyła tak zwana errata. 
Była to lista imienna wszystkich uczniów klassy, spi- 
sana raędem na arkuszu papieru, a mająca przed ka- 
żdśm imieniem szereg kratek, w których się zapisywało 
codzienne zdanie audytorów. Zdanie to miało sześć 
stopni, a wyrażało się w ten sposób: 80 proste, ozna- 
czało że umie (scit); SCz podkreśleniem, czyli, jak mó- 
wiono ,;na saneczkach", wyi'ażało wątpliwość (sub duUo); 
ER znaczyło,' że się w recytowaniu mylał, {errando); 
NB, że umie nie dobrze (non bene); NB, że przed audy- 
torem nie recytował (non recitavit); NS, nakoniec, że 
całkiem nie umie (nescit). Professor, spojrzawszy w er- 
ratę, zapytywał sam tych lub owych, ażeby zdanie 
o nich zapisane sprawdzić; a wtenczas biada audytorom, 
którzyby przez pobłażanie lub niechęć, fałszywe złożyli 
świadectwo. Sami też oni nie byli wolni od audytor- 
skićj kontroli, tylko że audytorem nad nimi był już 
sam najwyższy dygnitarz klassy. Imperator, (w innych 
szkołach Centuryonem zwany), którego już tylko pro- 
fessor, który go sam mianował, miał prawo zapytywać 
i sądzić. Głównym atoli atrybutem jego władzy, było 
utrzymywanie i zapisywanie erraty* Siedział więc na 
katedrze professorskiój pomiędzy primum i seciindum, 
i mając na professorskim stoliku rozłożoną przed sobą 
ową erl-atę, wpisywał w nią zdania audytorów o innych, 
a swoje o audytorach. Łatwo pojąć, jak taka godność 
i powaga wpływała na dziecinne umysły; tóm bardziśj, 
że kto raz już był nią obleczony, chociaż ją sprawo- 
,ć poprzestał, zachował zawsze pewne przywileje, 
ve go wynosiły nad innych, np. że już nie miał nad 
4 nigdy audytora. Gdy było kilku równie dobrze 
^ących się w klassie, wszyscy oni z kolei dostępo- 



44 

wali tego zaszczytu. Kresem zaś ich władzy w tym 
razie było zazwyczaj zapełnienie ostatnich kratek erraty; 
gdyż utworzenie nowój natenczas, professor, jak mo- 
narcha utworzenie nowego gabinetu, nowemu zwykle 
następcy poruczał. Wszystko to wszakże miało tylko 
miejsce w trzech piórwszych klassach; w następnych 
liczono już na dojrzalszy rozsądek i pilność samychże 
uczniów, i już ani audytorów, ani erraty nie było. 

Otóż wracając do siebie: W piśrwszych zaraz 
tygodniach pobytu w klassie piórwszój, jednocześnie 
i ja, i Umiastowski, dostąpiliśmy zaszczytu audytorstwa, 
i nic nigdy w dalszóm móm życiu nie upoiło tak mojśj 
próżności i nie podniosło rozumienia o sobie. Nie wióm 
co czuł Umiastowski, bo on się z uczuciami swemi nie 
wywnętrzał; ale to wióm i pamiętam, że spełniał swój 
obowiązek ze ścisłością i sprawiedliwością wzorową, 
kiedy ja za spełnianie mojego, często, niestety, śród 
klassy na kolanach pokutować musiałem. Professoro- 
wie bowiem, dla tem większego zawstydzenia nieuków, 
najwyższych wzrostem i najstarszych wiekiem, będących 
już, jak mówiono, pod wąsem: mnie, jako najmłodszego 
i najmniejszego wzrostem, na ich właśnie audytora wy- 
brali. Kiedy więc przyszło do recytowania lekcyi, ci 
panowie, dla skaptowania moich względów, wprowadzili 
w obyczaj, wsadzać mnie na swoje ramiona, i trzyma- 
jąc za nogi nosić tak po dziedzińcu szkolnym, podczas 
gdy z nich każdy z kolei lekcyą mi swoje wydawał. 
Jazda ta tak mi była do gustu, że odpłacając się za 
nią nawzajem, zapisywałem ich często lepićj, niż isto- 
tnie zasługiwali; i ztąd powód owój pokuty, o którśj 
wyżćj wspomniałem. Nie szkodziło mi to widać je- 
dnakże w ogólnój opinii professorów, bo nie tylko że 
mnie z nich żaden o tę jazdę „na osłach^ nie upomniał,. 



45 

ale owszem, sami niejako upoważniali mię do niój, 
wzmiankując nieraz o tśm w żartobliwy sposób, wten- 
czas nawet, gdy z jój powodu klęczeć mi za pokutę 
kazali.. Ęylo i to zapewne skutkiem owśj łaski, któ- 
ra mi nazwę Benjaminka zjednała. A i w samych tóż 
moich penitentach, których spowiedzi słuchałem, mia- 
łem zawsze najgorliwszych obrońców, przeciw innym 
silniejszym kolegom, z którymi nieraz czasem przy- 
chodziło do kłótni, a niekiedy nawet do bójki. Prze- 
ciwnie penitenci Umiastowskiego bali się go, ale nie 
lubili, i kto wić czy nie byliby radzi, żeby go kto 
kiedy wyczubił; tylko że on sam nigdy nie zasłużył 
na to. Professorowie zaś, lubo go nigdy nie pieścili tak 
jawnie, nie mogli przecież nie uznać jego rzeczywistśj 
zasługi, i często go owszem głośno za przykład dla 
drugich stawiali; zaszczyt, którego ja, niestety, nie 
dostąpiłem nigdy. We wszystkióm bowiem innóm szli- 
śmy krok w ki'ok tuż obok siebie: i gdy on na po- 
czątku drugiego kwaitału został Imperatorem z Ary- 
tmetyki, mnie tegoż dnia professor Łaciny także Im- 
peratorem mianował. I odtąd we wszystkich trzech 
klassach, i to prawie we wszystkich przedmiotach, Im- 
peratorska korona przechodziła tak ciągłą koleją z nie- 
go na mnie, a ze mnie na niego, jakbyśmy byli z sobą 
Getą i Karakallą. Nie wyrodziło to wprawdzie mię- 
dzy nami ich zazdrości i nienawiści, ale tśż nie posłu- 
żyło bynajmniój do spojenia ściślćj węzłami braterskiej 
Drzyjaźni, która mnie przecież z wielu innymi kolega- 
Ji łączyła. Natury nasze różniły się z sobą, a więc 
serca zbliżyć się nie mogły. W miarę zaś doji*ze- 
mnia w lata i postępowania do klass wyższych, sta- 
iśmy się bezwiednie i mimowolnie, jakby dwoma od- 
dzielnemi punktami, około których sprzeczne dwa pier- 



46 

wiastki, poetyczny i realny, kupie się i ki-ystalizować 
zaczęły. Nastąpiło to zaś dopiśro w czwartym roku 
i w klassie czwartójr i o tóm właśnie mówić teraz będę. 

W ciągu dwóch lat i dwóch klass piśrwszych, nie 
pamiętam, żebym wiersze jakie napisał. Wzmianki 
o nich w nauce nie było, a podniety postronnój nie 
miałem. Czytanie jednak xiążek, a;; zwłaszcza litera- 
ckiój, powieściowój treści, było mi zawsze ulubioną roz- 
rywką, i podsycało mai^zenia, które były najulubień- 
szą. Ono tśź stało się głównym węzłem stosunku, 
który mię coraz ściślój z niektórymi kolegami jedno- 
czył, aż się nakoniec w stałą przyjaźń na całe życie 
zamienił. 

W klassie trzeciśj dopiśro zaczynała się mowa 
o literaturze i poezyi, łacińskiśj i polskiój. Uczono 
się na pamięć wierszy w obu językach, a na ćwicze- 
nie, kazano z łacińskiego tłómaczyć na polskie jaką- 
kolwiek z ód Horacyusza, którą sam professor wybie- 
i'ał. Tu od razu znaczenie i wziętośe moja u fiolegów 
stanęły bardzo wysoko. Nie tylko bowiem piórwsze 
moje tego rodzaju ćwiczenie lepsze było od wszy- 
stkich innych — coby jeszcze nie wiele znaczyło; 
ale tak się samemu professorowi podobało, że je wszy- 
stkim swoim kolegom i panom guwernerom za osobli- 
wość, jako dzieło jedenastoletniego malca, pokazywał. 
W skutek tego koledzy zaczęli do mnie udawać się po 
radę, a niektórzy i prosić, abym za nich ćwiczenie zwier- 
szowal. Próbowałem zatśm i tego: niekiedy wprost 
dla przyjaźni, niekiedy dla obwai-zanków; i bywało, 
że po dwa i trzy razy tę samą rzecz układałem ina- 
czśj, w odmienne miary i rymy, a zawsze te moje elu- 
kubracye brały pierwszeństwo przed innemi. Cieszyło 



47 

to mię niezmieraie, ale się z tóm nie wydawałem. Je- 
den tylko Umiastowski nie dał mi nigdy tśj pociechy, 
abym w czómkolwiek mógł mieć górę nad nim. Przy 
piśrwszśm bowiem zadaniu wierszowanego ćwiczenia, 
poszedł do professora i oświadczył, że ponieważ wier- 
szy pisać nigdy nie myśli, i zdolności do nich nie czuje^ 
przeto o uwolnienie siebie od tych ćwiczeń uprasza, aby 
się przez nie nie narazić na śmieszność. Professor nie 
mógł odmówić słusznój prośbie takiego ucznia, i Hie- 
ronimus, jak go nazywano, nigdy poważnój myśli swo- 
j6j i palców, dorabianiem końcówek i liczeniem syllab 
nie skalał. Byłem więc na tśm polu bez współzawo- 
dnika; bo starszy i sławniejszy już w szkołach poeta- 
był wtenczas uczniem klassy piątój, i dopiśro w sku- 
tek zapewne tśj kiełkującśj sławy mojój, raczył z swój 
wysokości zejść niżój o dwa szczeble i zbliżyć się ku 
mnie. A powodem do tego były nie te przekłady moje 
z łacińskiego, ale oryginalny ąuasi epigramat, który, 
jak to się często i na wielkim literackim świecie wy- 
darza, nie istotną wartością swoją, ale raczśj okoli- 
cznościowym skandalem, najszerzój imię moje rozgłosił. 
Jednym z kolegów moich w klassie trzeciój, był 
syn blizkiego sąsiada, Stefan Snadzki, ki'ępy, barczysty, 
silny i nadzwyczaj gniewliwy, i z tych wszystkich po- 
wodów nazwany indykiem. Był on jednym z tych, za 
których pai'ę razy wierszowałem ćwiczenia — gwoli 
obwarzankom; miał już rok piętnasty, i był zakochany 
w sąsiadce. Po jednym więc kiermaszu w Borunach, 
piwszy dla niój jakiś prezent, prosił mnie o stoso- 
le wiersze przy podaniu, obiecując za honoraryum 
I już zwyczajne tylko obwarzanki, ale nawet cu- 
jrki; Poznałem z tego, jak mu o to idzie, i właśnie 



48 

skutkiem tego licho mię pokusiło do żai'tu. Napisa- 
wszy więc niby żądane wiersze, złożyłem papiór w for- 
mie listu i przypieczętowałem opłatkiem, aby go nie 
mógł łatwo od razu otworzyć; a gdy już przedzwoniono 
secunditm, wcisnąłem mu go w rękę, i sam pobiegłem 
zająć swoje miejsce. Na papierze tym był dwuwiersz 
taki: 

^Tej, która serce moje dziedziczy, 
,, Posyłani w darze mój nos indyczy.** 

Dusząc się od śmiechu spoglądałem z pod oka 
jakie to zrobi na nim wi'ażenie, i wtenczas się dopióro 
spostrzegłem, na jakie niebezpieczeństwo sam się na- 
raziłem. Snadzki zaczerwienił się cały rzeczywiście 
jak indyk, i nie tylko iskrzącóm okiem, ale i ściśnio- 
nemi pięściami zaczął mi wygrażać zdaleka. Zląkłem 
się, ale zai^azem i poczułem swą winę. A więc co było 
robić? Najwłaściwszym sposobem przebłagania gniewu 
zdało mi się rzeczywiste napisanie wierszy, jakich żą- 
dał, a strach dla mnie takim był bodźcem, że podczas 
wykładu professora, którego, ma się rozumieć, nie sły- 
szałem, wiersze były już ułożone w myśli, i szło tylko 
jakim sposobem piśrwszy zapęd gniewu jego uśmierzyć. 
Przyszli mi na myśl ponitenci moi, i zacząłem im 
dawać różne znaki, aby zaraz przy wyjściu zbliżyli 
się do mnie. Snadzki patrzaJ: ciągle na mnie i groził. 
Gdy więc nakoniec zadzwoniono firnem i professor ra- 
czył się z katederki, ja tuląc się jak można było naj- 
bliżśj do jego boku, uprzedziłem Snadzkiego do di'zwi 
klassy, a tam już zawołałem na moich obrońców, aby 
mnie przeciw niemu bronili. Zaczęła się więc jakby gra 
w Gestora, Snadzki rzucał się ku mnie jak furyat, ale 
wyżsi i silniejsi od niego odpychali go i nie dozwa- 



49 

— » 

lali pitzystępu; ja zaś tym czasem z poza ich szeregu 
wołałem błagalnie do niego: „Panie Stefanie! Nie gnie- 
waj się! daruj! mam już zrobione co chciałeś, i najszcze- 
rzój ciebie przepraszam!" Słysząc to drudzy koledzy,, 
wdali się także w tę sprawę, i hamiyąc zapędy Snadz- 
kiego, zaczęli się pytać o powód. On sam tak był nie 
rozważny, że im te nieszczęsne wiersze pokazał, które 
się zaraz po wszystkich stancyach rozbiegły. Koledzy 
przyznali słusznęśó Snadzkiemu, ale tśż razem wsta- 
wili się za mną, aby ńa mojem przeproszeniu poprze- 
stał. Uległ;— a nowe wiersze, które mu zaraz przepi- 
salem na czysto, dokonały przejednania i zgody. Od- 
tąd wszakże postanowiłem najmocniśj nikogo nigdy wię- 
cśj w ten sposób nie obrażać. 

Ale trzebaż, że właśnie ten mój zły post^ek— 
może w- skutek szczerśj potom skruchy— przyniósł mi 
najlepsze owoce: uwolnił mię raz od słusznśj kaiy za 
winę, sławę moje poetycką między kolegami rozszerzył, 
a co najwięcój, zjednał mi pierwszego przyjaciela po- 
etę, który potom, dziwnym zbiegiem okoliczności, był 
piśrwszym moim introduktorem do grona uniwersyte- 
ckich poetów w Wilnie. 

Przyjacielem tym był Antoni Frejent, którego 
imię, a nawet zarys charakteru, uwiecznione są wpo- 
ezyi Adama. Był to rzeczywiście charakter mający 
swoje cechy wybitne, i jednający dlań wszędzie serca 
wszystkich, którzy go znali. Żywy, żartobliwy, dowci- 
pny, ale bez najmniejszego cienia złośliwości, samą cią- 
j, wesołością humoru i jowialnością konceptów, grona 
leżeńskie ożywiał. Dostąpił przeto zaszczytu, że go 
ni guwemerowie-emeryci do towarzystwa swego przyj- 
Wspomnienia z przeszłości. 4 



50 

mowali, a nawet professorowie lubili. Wiekiem także 
zbliżał się więcój do nich, bo o lat cztery starszpi 
był ode mnie. Ale piórwszy mój guwerner Brodowski, 
był w nieporozumieniu z guwęnierem Frejenta, i przeto 
stancye nasze żadnój z sobą styczności nie miały. Do- 
pióro, gdy po wyjeździe pana Brodowskiego nś uniwer- 
sytet do Wilna, ja, zacząwszy od klassy drugiój, prze- 
szecBem pod zwierzchictwo pana Ignacego Jasiukowi- 
cza, miałem częściśj sposobność widywać Fi^ejenta, 
który mi się bardzo podobał, ale który natenczas, jako 
na „minimusa,^ żadnój na mnie nie zwracał uwagi. 

Pan Ignacy Jasiukowicz, od piórwszśj klassy 
uczeń szkół Boruńskich, a potśm w nich guwerner— 
emeryt,, był tóż człowiekiem zdolnym, pracowitym i za- 
cnym; i tym swoim osobistym zaletom winien był w dal- 
szóm życiu świetną stosunkowo karyerę, którąsam so- 
bie o własnych siłach wyi'obił. Otrzymawszy w uni- 
wersytecie Wileńskim stopień Magistra obojga praw, 
udał się do Petersburga, gdzie znalazł miejsce w Mi- 
nisterstwie Sprawiedliwości, a postępując coraz wyżój 
w hierarhii urzędniczśj, został nakoniec mianowany 
Prezesem Izby Cywilnój, to jest Sądu Appellacyjnego 
w Kownie, i w podeszłym już wieku umarł na tym urzę- 
dzie, zostawiając po sobie chlubną i życzliwą pamięć. 
Ja mu wiele dobrego winienem, tak w szkołach jak 
i w uniwersytecie, pod względem zdrowych rad i prze- 
stróg, których mi nigdy udzielać życzliwie nie przestał. 
A lubo z jego to zwłaszcza porady, ojciec kazał mi 
chodzić na wydział prawny, a nie na czysto literacki, 
jak chciałem, (co było dla mnie istną stratą czasu), 
on wszakże, znając mnie dobrze od dzieciństwa, miał 
w tóm jedynie dobro moje na celu. Chciał ująć myśli 



51 

moje w karby ściślejszśj nauki, i zwrócić mnie ku 
czemuś pożyteczniejszemu, niż było, zdaniem jego, pi- 
sanie wierszyków, i uganianie się za dawą literacką. 
Ceł jego w tem się nie udał, a do osiągnienia^mojego, 
być może, iż mi wiele przeszkodził. Ale w tóm złćj 
woli nie było. Ja zaś złożywszy w tych słowach hołd 
wdzięczności dla jego pamięci, wracam do opowiadania 
mojego. 

Otóż tedy, będąc już pod Jasiukiewiczem, czę- 
ściśj widywałem Frejenta, ale on miał mnie za nic 
i nie zważał na mnie. Aż oto zaraz po tćj historyi 
ze Snadzkim, wchodzi do nas, i śmiejąc się woła: 
^Gdzież jest ten wasz Benjaminek? Przychodzę powin- 
szować, że go nie zadziobał zły indyk!". Taki wstęp 
i tuż za nim przyjacielski uścisk, od razu serce moje 
podbfly; czas i okoliczności dokonały reszty. W końcu 
szkolnego roku byliśmy już przyjaciółmi. A że właśnie 
w rok potom ojciec Frejenta umarł, i on nie miał gdzie 
wakacyj przepędzać, rodzice przeto moi zaprosili go 
na nie do siebie. 

Ale jakież to były stosunki i okoliczności, które 
nas w szkołach między sobą zbliżyły? Między piętna- 
stoletnim a jedenastoletnim cWopcem trutoa jest oso- 
bista zażyłość. Trzeba chyba jakiegoś szczególnego 
ogniwa, któreby ich wzajem złączyło. Ogniwem tóm 
między nami było wspólne czytanie xiążek i poezya. 

Mówiłem już, że wspólny gust do czytania połą- 
czył mię był bUżój z kilku kolegami. Było ich miano- 
wicie czterech: Karol Laskowicz, Jerzy i Syxtus Ja- 
siewiczowie, i Jan Tórczyński. Wszyscy synowie wła- 
ścicieli ziemskich, wszyscy tćż, oprócz Jei-zego, byli- 
śmy rówiennicy i koledzy w tój samćj klassie. Jerzy 



52 

o rok starszy od brata, wyprzedzrf nas o jedną klassę. 
Xiążki czerpaliśmy z dwóch źródd: ja z xięgozbioru 
p. Zabłockiego, Jasie wiczowie zaś z bai'dzo porządnie 
utrzymanój i dość licznój biblioteki krewnego swego, 
p. Zakrzewskiego, który mieszkał w sąsiedztwie, i był 
razem ich opiekunem. Każdą xiążkę czytaliśmy ka- 
żdy z kolei, a następnie rozmowa o niój była dla 
nas najmilszą zabawą. W tym celu, kiedy inni na 
rynku wieczoine rekreacye spędzali, grając zwykle 
w piłkę lub śnieżki; my czas ten obracaliśmy na to, 
aby zejśd się gdzie w kącie, i „gadać,*^ A przedmiotem 
tych gadań nie była nigdy literacka wartość lub kiy- 
tyka xiążki, a tóm mniój sąd o autorze; ale wprost 
sama jśj treść, mianowicie kiedy nią była powieść 
o ludziach, w jakiejkolwiek formie. Rozmawialiśmy 
więc tak o Oonzalwie z Korduby, o Numie PorwpUmszUy 
o Hersyliiy Moraimie, i tym podobnych bohaterach i bo- 
haterkach czytanych romansów, jak np. w kółku Umia- 
stowskiego rozmawiano o znajomych powietnikach i po- 
wietniczkach. A że ówczesna stancya nasza, t. j. moja 
i Laskowicza, była lepsza i obszerniejsza od innych, więc 
też i te zebrania odbywały się najczęściój u nas; tóm 
bardziój, że zawsze przytóm były także i wety. Skła- 
dały je zazwyczaj surowa marchew i rzepa, które, gdy 
już jabłek zabrakło, najłatwiój było przysłać dla mnie 
z domu, jako najbliższego od Borun. Każdy przeto przy- 
chodził ze swoim nożykiem, i gdy myśl połykała nie- 
bieskie migdały, skrobał sobie nim marchew albo obierał 
rzepę, których magazyn znajdował się pod łóżkiem. — 
Rozkoszne to były pogadanki; a stały się jeszcze mil- 
szemi, kiedy i Frejent nasze gi'onko pomnożył i weso- 
łością je swoją ożywa. 



53 

Najpamiętniejszym wszakże dla mnie z czasu tych 
czytań wypadkiem, było piśrwsze czytanie najprzód 
Eneidy, a potem Iliady yW przekładzie Dmochowskiego. 
O exystencyi Eneidy dowiedzieliśmy się po i'az piór- 
wszy w klassie trzeciśj, gdy przy końcu piśrwszego 
kwartału professor do Wii'giliusza przystąpił, i wybrał 
do tłómaczenia pieśń drugą. Żeby zaś nas lepiej zachę- 
cić, odczytał z katederki w klassie tłftmaczenie jśj 
przez Dmochowskiego, które miał sam nie w xiąźce, 
ale przepisane. Głowa moja zapaliła się jak Troja, 
gdy ten obraz zniszczenia jśj posłyszałem; a dowiedzia- 
wszy się, że cała xiążka jest o tóm, nie miałem dnia 
i nocy spokojnój, aż ojciec mój, pojechawszy do Wilna, 
kupił mi ją i przywiózł na kolędę. Czytałem więc ją 
raz piórwszy sam jeden, będąc w domu na świętach 
Bożego Narodzenia; a lubo mnóstwa rzeczy zrozumieć 
i skombinować nie mogłem, całość zawi^ócUa mi głowę. 
Rozmiłowałem się zwłaszcza w Trojanach, i to wcale 
nie w Eneaszu, któremu owszem nie mogłem darować, 
że biedną Dydonę opuścił, a ziemię cudzą chciai za- 
brać; ale z powodu Nizusa i Euryala, których opis 
śmierci czytając, tak głośno zacząłem szlochać, że 
matka z przerażeniem wbiegła do pokoju, myśląc że mi 
się złego co stało. Euryal mianowicie był mi ideałem, 
w który ciągle wcielałem sam siebie, Frejenta wyo- 
brażając w Nizusie. Wyjazd z domu osłodzony był mi 
nadzieją, że będziemy to razem czytali. Jakoż, przez 
całą resztę zimy żyliśmy tylko i oddychali Eneidą, 
wrłaśnie z tego powodu dowiedzieliśmy się o Iliadzie, 
jest, że exystuje na świecie; gdyż jój nikt, ani z gu- 
^rnerów, ani z professorów, w oczy nie widział. Na- 
iTcie zatćm Iliady stało się gorączkowćm marzeniem 



54 

nas wszystkich, Ale niestety! Iliada, podług zięgar- 
sMego katalogu, kosztowała całe sześć rubli, a cała 
nasza złożona gotówka nie wynosiła i połowy tego. 
Szczęściem, Tadeusz Skrzydlewski powiedział o tym 
naszym kłopocie swemu stryjowi. Bawiąc więc na Za- 
pustach w domu, pojechałem raz z rodzicami do pań- 
stwa Skrzydlewskich, gdzie była gra. w faraona. Pan 
Skrzydlewski poniterując dał mi do wyciągnienia kartę, 
na którą gdy sporo coś wygrał, uniesiony hojnością dai 
mi rubla na Iliadę. Idąc za tym przykładem drudzy, 
ojciec mój i sąsiedzi, dawali mi tóż do wyciągania 
kaiiiy, a że jakoś wyciągrfem szczęśliwie, cały fundusz 
na Iliadę zebrał się w mojój kieszeni. Nazajutrz zda- 
rzyła się okazya do Wilna— i przeto, jak z Bożego Naro- 
dzenia Eneidę, tak z Zapust Iliadę uszczęśliwionym 
kolegom praywiozłem. Czytaliśmy ją wszyscy razem^ 
i w skutek tego wyrodził się między nami podział na 
Trojanów i Greków; nie dowolny, ale wynikający ze 
skłonności ku jednym lub drugim, tak, jak sama ta 
różność w skłonnościach, była może wynikiem różnicy 
charakterów naszych. Ja i Tórczyński byliśmy za Tro- 
janami; Karelek, Jerzy i Syxtus stronę Greków trzy- 
mali. Jeden Fi'ejent pozostał neutralnym. Nie brał oa 
już tak po dziecinnemu do serca, jak my, tego co czy- 
tał; ale szczery jeflnakże miał udział w rozprawach, 
jakie się z tego powodu między nami toczyły. Roztrzą- 
saliśmy i sądziliśmy najściślój, każdy podług siebie, 
i prawa Greków do napaści na Troję, i niewinność 
biednych Trojanów; miłość Parysa i krzywdę Mene- 
laja; i nakoniec osobistości każdego, z bohaterów, po- 
stępki ich i uczucia. Tym sposobem, bezwiednie, i bez 
żadnśj pretensyi ku temu, brnęliśmy nieraz w. najgłę- 



55 

bszą kazoistykę polityczną, moralną, i nawet religijną, 
zastanawiając się np. nad tóm: Czy Priam i Trojanie 
winni czy niewinni, że on nie chciał, a oni go nie 
zmusili, aby oddał Grekom Helenę, a Paiysa sam jako 
ojciec ukarał? Czy Achilles winien albo nie winien, 
że Bryzeidy nie chciał oddać ojcu, a sam przez gniew 
swój i zaciętość uporu, stał się przyczyną tylu klęsk 
swych ziomków? Albo, czy taki wpływ bogów, jak 
w Iliadzie, nie odbierał wszelkiśj zasługi ludziom, i nie 
uwalniał ich przez to samo od wszelkiśj odpowiedzial- 
ności? i o ile te pogańskie pojęcia o stosunku Nieba 
z ziemią zgadzały się lub różniły z chi*ześcijańskiemi, 
i z poczuciem każdego z nas? 

Mądi*e te i tym podobne rozprawy, toczone na 
seryo między kilkonastoletnimi malcami, ale w czterech 
ścianach zamknięte, nie ściągały jeszi^ze na nas śmie- 
szności, w którą, w oczach realniejszych kolegów, podały 
nas nakoniec zabawy, dowolnie przez nas samych, na 
zasadzie tójże Eneidy, a zwłaszcza Iliady, urządzane. 
Gdy bowiem rynek dla innych był tylko, w zimie 
czy latem, polem zwyczajnych gier i gonitew studen- 
ckich; dla nas, po przeczytamu tego poematu, stał się 
placem bitew pod Troją, a ślad sti-umyka, wzbierają- 
cego po deszczu, ale wysychającego w pogodę, przy- 
hrai znaczenie i nazwę SimoisUy tak, że stojących po 
dwóch jego stronach, ro^ielał już przez to samo^ na 
dwa przeciwne obozy. My sami, oprócz Frejenta, który, 
dla starszeństwa wieku i klassy, nie uczestniczył już 
jawnie w tych farsach: my sami, ma się rozumieć, 
zajmowaliśmy stanowiska wodzów, ale rekrutowaliśmy 
każdy swój oddział, już to z podwładnych naszemu 
audjtorstwu, już ze współmieszkańców stancyi, już na- 



56 

koniec z postronnych dobrowolnych ochotników, któ- 
rych każdy usiłował zwerbować. Zabawa zależała n^ 
tóm, aby czy to śnieżkami, czy piłkami, jeden oddział 
nie dał drugiemu Simoisu przekroczyć. 

Ale była jeszcze i druga, spokojniąjeza już w so- 
bie, chociaż dla przeciwników naszych śraieszniejsza 
jeszcze zabawa, która się dla nas samych stała tak 
ulubioną, że się prawie zamieniła w namiętność, i zaj- 
mowała nam zwykle wiosenne i letnie wieczory. 

Między stancyą Tórczyńskiego a wieżą kościelną 
był placyk prostokątny, długi na jakie 30 kroków, 
który wyłącznie do tśj stancyi należałi Tam więc, 
za pozwoleniem j6j guwernera, urządziliśmy sobie 
szczególnego rodzaju kręgielnię. Nie była to albo- 
wiem zwyczajna gi*a w kręgle, ale znów wojna Gre- 
ków z Trojanami, lub Trojan Eneasza z Latynami 
Tui'nusa. W tym celu przysposobiliśmy każdy sobie 
po jakie kilkadziesiąt kręgli, mniejszych i większych. 
Dla mnie, wyi^abiał je syn naszego ekonoma, nadzwy- 
czaj zręczny do siekierki; inni używali do tego mie- 
szczan Boruńskich. A były tśż między temi i kręgle 
kupne, toczone. Słowem, była to rzeczywiście armia. 
ki'ęgielna. A nie dosyć na tśm. Każdy miał za punkt 
honoru przyozdobić jak najpiękniój swój oddział. Obi- 
jaliśmy więc kręgle blachą, jak zbroją; oklejaliśmy 
złotym i srebrnym papierem, a nad główkami przy- 
prawialiśmy kity z jaskrawych piór gołębich, kaczych 
lub kogucich, mających znaczenie szyszaków. Każdy 
ki*ęgiel miał swoje imię, Trojanina czy Greka, a każ - 
dy z nas przynosił je z sobą co wieczór, i szykował 
w osobne szeregi. Za pociski służyły małe kulki 
drewniane, lub pflki. Czyj oddział pi6i*wszy poległ do 
szczętu, ten uznawał się za zwyciężonego. Klęska nie 



57 

była bez smutku, jak zwycięztwo bez szczerój radości. 
Śmiano się z nas, żartowano z początku, przezwano 
kręgielnikami, ale na tśm i koniec. Starszyzna nic prze- 
ciw temu nie miała. Owszem, niektórzy z guwernerów, 
a niekiedy i sami professorowie, przypatrując się tśj 
naszśj zabawie, stawali sami po tśj albo owśj stronie, 
próbując trafności swoich pocisków. Dla nas zaś, przez 
całe dwa lata, w trzeciój i cżwartój klassie, zabawa 
ta była najmUszą. 

Ale czy takie zajęcie imaginacyi czóm innśm, nie 
szkodziło nauce klassycznój? Nie wiśm, coby na to py- 
tanie odpowiedział pedagog; ale się na nas to nie po- 
kazało. Wszyscy byliśmy zawsze celującymi w klassie; 
a i to zda się warte jest dodania, że w dalszem życiu, 
wszyscy ci wyśmiewani bliżsi moi koledzy, (z których 
już żaden nie żyje), zajmowali każdy w swoim zakre- 
sie mtejsca mniśj więcśj wydatne, i pozostawili po so- 
bie ślad i chlubne wspomnienie; podczas kiedy rozsą- 
dni realiści, z wodzem swoim TJmiastowskim na czele, 
chociaż zarówno celowali w szkołach, żaden z nich 
potom na świecie, z bogatszych czy uboższych, nad 
miarę stanu swego nie przerósł, i kręgu swego dzia- 
łania i wpływu nad zakres parafii swojśj nie rozsze- 
rzył. Wnioski ztąd zostawiam pedagogom; a sam do 
mojśj narracyi powracam. Gdy zaś w niój, przy tych 
wspomnieniach o wybrykach dzieciństwa, wpadam może 
w zwyczajną przywarę starości, że rozwlekłości ogra- 
niczyć nie umiem: proszę o pobłażanie, najprzód ciebie, 
siostrzyczko, a potśm i tych wszystkich, którzy to może 
czytać kiedy będą. Bo wszakże nie pod innym wa- 
, runkiem wziąłem się do spisywania tych wspomnień, 
jak żd mi wolno będzie nie trzymać się- systematycznśj 



58 

ścisłości porządku, a pisać tylko^ jakbym mówił ustnie; 
nie zrzekając się prawa wyboczeń i epizodów, jeśli mi 
się jakie na myśl nawiną. 

Tak np. wspomniałem wyżój, że epigramat mój 
„o nosie indyczym" uwolnił mię raz od ciężkiój, a za- 
służonój kary. Byłem bardzo skory do gniewu, i raz 
cisnąwszy kamieniem na kolegę, zraniłem go w twarz 
i okrwawiłem. Poszedł do prefekta na skargę, i ja 
jako delinkwent otrzymałem przez kalefaktora rozkaz, 
ażebym się także tam stawił. Wezwanie takie zna- 
czyło, że już dekret był zapadł, i na egzekucyą tylko 
wołano. Szeffl:em więc jak na ścięcie — kalefaktor jak 
kat stał w progu. Szczęściem, że jeszcze prefekta nie 
było, i za chwilę dopióro miał wrócić. Czekałem więc 
sam w celi; — a jakie było to oczekiwanie, tego i naj- 
większemu nieprzyjacielowi nie życzę. Wtśm widzę 
na płóciennśj okiennicy u okna jakiś napis z przeci- 
wnej sfcrony. Przybliżam się, zaglądam— ol dziwy! wi- 
dzę przepisany mój epigx'amat własną ręką xiędza 
prefekta! Otucha wstąpiła we mnie; a ta tak mi do- 
dała wymowy w exkuzowaniu się z mego przestępstwa, 
że prefekt, z razu groźny jak Jowisz w Iliadzie, 
skończył na tóm, że z uśmiechem szczypiąc mię za 
twarz palcami, kazał tylko iść kolegę przepi-osić. Oko- 
liczność ta jest mi pamiętną, bo miała wpływ na po- 
skromienie porywczości mojśj, z którśj najskuteczniśj " 
jednakże uleczył mię jeden starszy kolega. Obraziłem 
go dotkliwóm słowem; za co on, popędziwszy za mną, 
porwał i cisnął mię w zaspę śniegu, na dziedzińcu 
będącą, tak, że utonąłem w niój jak kamień w wo- 
dzie. Ale nim się z niój wygrzebałem, miałem czas 
zastanowić się sam nad sobą, nad postępkiem i po- 



59 



-»- 



rywczością moją. Pi'zeprosiłem więc natychmiast ko- 
legę; a zaś ilekroć odtąd czułem zapaJt gniewn, zai*az 
mi go wspomnienie o tym śniegu studziło. 

Ale chcę tu jeszcze przytoczyć jedną anegdotę, 
odnoszącą się do czytelnictwa naszego, a dającą wyo- 
obraźenie o usposobieniu umysłowśm czytelników, o któ- 
rśj także napomknąłem wyżśj. Leonard Chodźko, prze- 
jeżdżając przez Boniny do domu, przywiózł mi z Wilna 
jako gościniec, tylko co wyszła tam z di'uku „Złotą 
Wolność,*' sztukę dramatyczną, „przez hr. Wincentego 
Baszkę-Zgierskiego z Ciechanowca, ex libera parte.'' 
Szumny ten tytuł sztuki i autora, a pi-zytśm bardzo 
ozdobne, jak na owe czasy, wydanie, zaimponowały mi 
z góry. Zabrałem się do czytania tego drogiego skarbu, 
wybrawszy sobie ciche i samotne miejsce na polu po- 
między żytem. Ale czytam raz, i nie rozumiem. Czytam 
powtóre, i skutek ten samy. Nakoniec trzecie, również 
nadai*emne czytanie, wprawiło mię w foimalną rozpacz 
nad tępą moją głową i nieuctwem. Daję więc xiążkę 
Karolkowi, i pytam potom, jak mu się podoba? Odpo« 
wiada, że nic nie rozumie. Pocieszyło to mię trochę; 
ale puszczamy xiążkę w kurs dalszy. Od wszystkich, 
nie wjjmując Frejenta, odpowiedź zawsze jedna i ta 
sama; tylko że Frejent mówi śmiejąc się: „non capisco.''^ 
Ruszamy więc z tym zaklętym skarbem do professoi*a 
Wymowy, którym nie był już xiądz Martynian Ko- 
mar, powołany na superiora do innego klasztoru, ale 
daleko młodszy i mniój uczony od niego X. Lewko- 
"~icz. Kazał nam przyjść za dni parę, i kiedyśmy 
rzyszli, powiada: „Widzicie, moi kochani! są tu ró- 
de allegorye, alluzye, fantazye, których wy błazny 
3szcze nie możecie zrozumieć." Nie powiedział czy 



60 

sam zrozumiał; ale nie zrozumiał, niestety! że to jest 
takie głupstwo nad głupstwami, jakie nie wióm, czy 
kiedy drukowane było. Nie prędko potom sami prze- 
konaliśmy się o tóm. Wtenczas zaś byliśmy wszyscy 
upokorzeni straszliwie w oczach własnych;. ale nikt 
głębiój i dotkliwiój nade mnie. Bo wszyscy oni byli 
tylko gorliwymi czytelnikami dla tego, że ich to sa- 
mych bawiło i zajmowało; ale żaden z nich nie chciał, 
ani myślał, aby sam miał być kiedyś autorem, Prejent 
nawet, piszący wiersze, pisał je wprost jakby dla żai'tu 
lub tylko dla zabawy drugich, bez najmniejszego cienia 
pretensyi, aby zostać drukowanym poetą. We mnie zaś 
ta pretensya wtedy już zaczynała kiełkować; a roz- 
winęła się na dobre podczas tych wakacyj właśnie, 
które Prejent, wraz ze mną, w domu moich rodziców 
przepędza. Nie on wszakże do tego był mi głównym 
powodem, ale raczśj dwa nowe stosunki, z których 
jeden jemu zwłaszcza zawdzięczam. 

Z obrazu Borun, przez Chodźkę, pamiętasz może, 
siostrzyczko, że między Borunami a Giejstunami, to 
jest domem moich rodziców, leży wieś zwana Zahorze, 
gdzie stary polski szlachcic, p. szambelan Bujnicki, przyj- 
mował gościnnie majówki studenckie, które nieraz aż do 
Giejstun sięgały. Bywało tak i za moich czasów, i za- 
pewne nie było bez wpływu, jak na względy i łaskę 
professorów dla mnie, tak i na moje w obec kolegów 
stanowisko. Otóż majątek ten Zahorze, który dzier- 
żawił tylko pan Bujnicki, kupił od właściciela jego, 
p. Jana Chodźki, autora „Pana Jana ze Świsłoczy,*" 
professor medycyny w uniwersytecie Wileńskim, p. Per- 
dynand Spitznagel, dawny ojca mego znajomy, i raz 
piśrwszy w tym roku na wakacye tam z rodziną przy- 



61 

jechał. Eodzina ta, prócz żony, składała się z trzech 
synów, i córki w kolebce. Z najstarszym z nich, Lu- 
dwikiem, najbliższa wkrótce związała mnie przyjaźń. 
"W dalszym ciągu tych moich wspomnień, nieraz mi 
przyjdzie może mówić jeszcze o nim; bo był to je- 
den z tego rodzaju ludzi, z jakich wyrastają dla świata 
albo wielcy ludzia i gieniusze, albo wielcy awanturnicy; 
najczęściój zaś, jak kwiat zbyt wysilony, giną przed 
wydaniem owocu. Tu mówię o nim takhn, jakim był 
w tym czasie. Wiekiem był młodszy odemnie o lat 
parę, ale co naukowóm rozwinięciem, to mię nieskoń- 
czenie przewyższał. Eneidę czytał już sam po łacinie, 
a Iliadę z ojcem po grecku. Po fi^ancuzku mówił jak 
po polsku, a po niemiecku czytał i rozumiał, ale mó- 
wić nie cierpiał i nigdy nie mówił. Wszystkie zioła 
i kwiaty, równie jak wszystkie muszle, robaczki i mo- 
tyle, na które ustawnie polował, zna2 i umiał nazy- 
wać po łacinie; o innych zaś naukach przyi'odzonych 
miał wyobrażenia ogólne, jasne i szerokie. A że na- 
miętnie lubił czytać xiążki, a miał kto ich wyborem 
kierował: więc zamiast samych tylko bajek i roman- 
sów, jak ja i moi Boruńscy koledzy, miał w pamięci 
tysiące historycznych faktów, mianowicie z historyi 
starożytnĄ*, przeczytawszy już całego Plutarcha. Wszy- 
stko to zawdzięczał on ojcu, który od piói^wszego dzie- 
ciństwa, posti'zegłszy w nim nadzwyczajne zdolności 
i pamięć, nie przestawał ich rozwijać i kształcić— 
za nadto; bo zbyt wzmagając siły umysłowe, nie 
roacał dosyć uwagi, czy niemi rozum dziecinny jak 
ależy kierować potrafi. To^ tóż pomimo tśj całśj swo- 
ij uczoności, był on w gruncie większóm dzieckiem 



62 

ode mnie. Wszystko co umiał, służyło mu tylko na to, 
iż można było powiedzieć o nim z Walter-Skotem: 

„z xi%ż6k to tylko wyezerpnął, co drażni 
Gorączkę myśli i szał wyobraźni." — 

A wyobraźnia ta tak się w nim rozbigała, że 
już ja względem niego byłem takim rozsądnym reali- 
stą, jak względem mnie np. Umiastowski; tylko, że 
punkt wyjścia naszego, i cel, i natm^a umysłu, były 
tego samego rodzaju. Ale moja wyobraźnia przy jego, 
była to jak jaskółka przy orle; szybowała tylko po 
nad ziemią i tuliła się do mieszkań ludzkich; podczas 
gdy fentazya jego rwała się wciąż i leciała w prze- 
sti'zeń nieskończoną — i przez to samo gubiła się 
w czczości. To mi dzisiaj tłómaczy tę psychiczną 
zagadkę, jakim sposobem ta właśnie wyższość jego na- 
demną we wszystkióm, dała mi wyższość nad nim 
w stosunku naszym realnym, i to nawet do tego stopnia, 
że stał się istnym niewolnikiem moim. Nie żebym ja 
tę niewolę chciał lub starał Bię jemu narzucić, ale że 
się on sam jśj gwałtem i prawie z namiętnością pod- 
dawał. Był to w nim symptom i ^ dowód kochania; 
-a niestety! kochać ińaczćj nie umiał. To niestety ściąga 
się do jego przyszłości, a nie do naszego stosunku 
naówczas; bo ten był dla nas obu źródłem niewyczer- 
panych rozkoszy, a żadnemu z nas szkody nie przy- 
niósł. Dla mnie owszem, oprócz niezmiernego rozsze- 
rzenia horyzontu ówczesnych moich wyobrażeń i myśli, 
a raczój mai-zeń, wyrodził on w dalszóm życiu nie- 
zmierny także realny i moralny pożytek. 

Rodzice jego pokochali mię jak czwartego syna, 
i przez ciąg cały pobytu mego w uniwersytecie, dom 
ich był jakby rodzicielskim dla mnie. Dom ten za- 



63 

możny, urządzony na wsi na sposólt^ miejski, różnił się 
od wszystkich naszych domów szlacheckich, jakie dotąd 
widywałem w sąsiedztwie. Nie było i to bez wpływu 
na imaginacyę moje; a zaś guwerner dwóch starszych 
bracia uczeń uniwersytetu, p. Kazimierz Kukieł, czło- 
wiek światły, rozsątoy i zacny, przyczynił się niemało 
do nadania jój pewniejszego kierunku, czego właśnie 
z ucznia^ swymi nie umitd:, czy nie mógł dokazać. 
Być może nawet, że chcąc jak rykoszetem wpływać 
na nich przeze mnie, tak się mną gorliwie zajmował. 
Grdy więc uszczęśliwiony z towarzystwa Frejenta 
w domu, opływałem w potoku nowych wrażeń w Za- 
horzu, Frejent tymczasem zawiązywał stosunek inny, 
&tóry wkrótce oddziałał i na mnie. Sąsiadem naszym 
o miedzę z di^ugićj strony, był p. Józef E[arczewski, 
poważny i wzięty obywatel i prawnik, który właśnie 
w tym czasie kierowtd; prawnemi interessami tak zwanój 
„Massy RadziwiBowskiój," broniąc ich, jako adwokat, 
przed sądem ustanowiono] dla niój osobnój komissyi 
w Wilnie. Nie mogąc sam opuścić miasta, dwóch 
synów, chodzących tam do szkół, przysłał wraz z gu- 
wernerem na wieś, na wakacye do matki. Guwerne- 
rem tym był p. Teodor Łoziński, uczeń uniwersytetu, 
który ważną potom odgrywał rolę w dziejach rozwoju 
nowego kierunku i życia pomiędzy uniwersytecką mło- 
dzieżą. Stai'szy Karczewski (Juljan), mój rówiennik, 
zost^ potom niepospolitym malarzem rodzajowym; do- 
skonalą się w Rzymie, i młodo tam umarł. Brat młodszy 
przód go jeszcze poprzedził do grobu. Oprócz są- 
Bdzkiój znajomości od dzieciństwa, nie wiązały mię 
nimi żadne bliższe stosunki; ale Łoziński niezmiernie 
odobsd: .sobie Frejenta. Obaj wki'ótce tak się zbliżyli. 



64 

jak ja z Ludwikiem Spitznaglem. Codzień prawie 
schodzili się na pół drogi w lasku, i usiadłszy tam 
w cieniu na trawie, nieskończone prowadzili rozmowy. 
Rozmowom tym i ja często bywałem obecny, i nie małą 
z nich odniosłem korzyść. Łoziński był namiętnym 
zwłaszcza lubownikiem teatru, na który stale w Wilnie 
uczęszczał, i treść sztuk, które widział, z wielkim ta- 
lentem opowiadał, i opowiadać lubił; a że miał zawsze 
we mnie niemniej chętnego słuchacza, więc tóż powziął 
i dla mnie stosowną do różnicy wieku przychylność. 
Opowiadania te jego wielki wpływ na mnie wywarły. 
Z nich to dowiedziałem siępo ra? piórwszy o Hamlecie^ 
Makiecie, Oidlu, Królu Learze, Inezie de Castro, i t. d., 
które to wszystkie sztuki przedstawiane już były 
wtedy na scenie Wileńskiój. O teatrze miałem już 
sam wyobrażenie, będąc na nim po razy kilka za 
bytności z ojcem moim w Wilnie. A zresztą i w Bo- . 
runach także co roku, po odbytym egzaminie publi- 
cznym, starsi uczniowie, dla zabawy matek i siostrzy- 
czek, na ten obchód przybyłych, przedstawiali w stodole 
widowiska teatralne, złożone zwykle z komedyi Bo- 
homolca, a w których i ja czasem brałem czynny 
współudział. Teraz więc w myśli i wyobraźni mojdj 
otwarły się na raz dwie perspektywy. W jednój wi- 
działem tylko same treści i bohaterów tych sztuk; 
w drugiój zaczęła mi się ukazywać jak wę mgle pro- 
mienista chwała autorska. Co to za szczęście napisad 
taką sztukę, którą przedstawiają w teatrzel' na którą 
tyle ludzi gromadzi się razem, tyle rąk bije brawo^ 
tyle pięknych panienek płacze, i może pragnie poznać 
jój autora!.. Chęć do autorstwa obudziła się we mnie 
stanowczo. A był to tóż jeden z tych punktów, na 



65 

którym niby podobni, różmlismy się jednak całkiem 
z liudwikiem. I on tóż pisał wiersze, i on pragnął 
sławy u świata. Ale autorstwo dla niego było rzeczą 
podrzędną. Ostatnim celem jego żądzy chwiJy, było, 
wyjść kiedyś samemu na bohatera jakiśjś epopei; wy- 
zwolić jaką ziemię świętą, jak Gtoffred; odkryć jaki 
świat nowy, a przynajmniśj nowe drogi po świecie, 
jak Kolumb albo Yasco de Gama. Bo od niego to 
po raz pićrwszy dowiedziałem się o „Jerozolimie Wy- 
zwolotUj^ Tassa, i o y^lMiziadńe"^ Kamoensa, któiych 
tłómaczenia po polsku wkrótce potom przysłał mi z Wil- 
na. Panienki nie tylko nie grały żadnćj roli w jego 
wyobraźni, ale ich owszem specyalnie nie cierpiał. 
A że sam miał cerę panieńską, więc kładł się nieraz 
na największym skwarze słoneczu]^ i polewał sobie 
twarz wodą, aby się mógł opalić i poczeraieć, i przez 
to lepiój na bohatera, a chociażby tylko na korsarza 
wyglądać. Ale wszystkie te górne i olbrzymie ma- 
rzenia nie przeszkadzały mu wcale być dzieckiem i sma- 
kować w zabawach dziecinnych. Moje np. pancerne 
i pierzaste kręgle tak mu się podobały, że musiałem 
na jego prośbę przewieźć je do Zahorza, gdzie po ca- 
łych godzinach graliśmy w nie, a raczćj w Iliadę; i te 
wspólne upodobania, więcśj może niż same rozmowy, 
przyczyniały się do tego stosunku, jaki się między 
nami zawiązał. Dosyć, że ten stosunek, i w ogólności 
całe te wakacye, miały ważny wpływ na mnie pod 
tym zwłaszcza względem, że z rozszerzeniem zaki^esu 
lęci moich i marzeń, poczidem sam potrzebę nauki, 
o ile zdolności i wi^odzone, niestety, lenistwo pozwa- 
no, zabrałem się do niśj gorliwie, nie praestając na 

'Wspomnienie z przeszłości. 5 



66 

lekcyach szkolnych. Najwięcśj wszakże na tśm zy- 
skała moja francazczyzna. Od samego początku Idas- 
sy piśrwszśj, brałem ciągle lekcye prywatne od pro- 
fessorów tego języka, a w roku trzecim ojciec przyjął 
do mnie Francuza, jednego z pozostalców po roku 1812. 
Był to człowiek prosty, ale czytać i pisać umiał, i przy- 
wiązał się szczerze tak do mnie, jak i do wszystkich 
moich kolegów* Korzystaliśmy więc nieco z jego ro- 
zmowy, aleśmy się nie starali korzystać. Teraz do- 
pióro zi*ozumiałem ważność tego języka, i nie poprze- 
stając na konwersacyi i lekcyach, wzi^em się do czy- 
tania sam z dykcyonarzem i wypisywaniem wokabuł, 
których potśm uczyłem się na pamięć. Przy końcu 
klassy czwartój czytałem już wiersze francuzkie, a Kor- 
nel, Rasyn, Boileau i Delill, najbai'dziśj mi się podo- 
bali. ZacząJtem tóż uczyć się i po niemiecku, po prze- 
czytaniu Nurka, ale w tóm umiejętność moja postąpiła 
niewiele, bo sam professor niewiele co umiał. 

Ale tęskno mi już do wyjścia ze szkół; a nade- 
wszystko mam skrupuł trzymać cię tak długo, siostrzy- 
czko, między żakami, którzy jeszcze i w kłassie czwar- 
tój przedłużali ten sam rodzaj -życia i zabaw, o któ- 
rych już wyżój mówiłem. Imaginacya grała w tśm 
zawsze główną rolę. Piśrwsza lepsza powiastka, skoro 
nas nieco żywiój zajęła, stawała się dla nas treścią 
jakby pewnego rodzaju dramatu, któryśmy, w roli j6j 
bohaterów, między sobą odegrywali. Ja raz przypła- 
ciłem to di'ogo. Po przeczytaniu „Oons^alwa z Km^- 
duby,"' Floryana, we cztei'ech obok, jak czterśj hiszpań- 
scy rycerze, galopowaliśmy (każdy na swoich nogach), 
na pomoc pięknój Zoraidzie. Stos jój gorzał nam 
w oczach, a każdy z nas w tśj chwQi, jak centaiu-. 



67 

czuł w sobie razem człowieka i konia. W tśm rumak 
mój pode mną zwinął się na chi-opawym gruncie, a ja 
tak stłukłem i prawie złamałem rękę, że przez kilka 
miesięcy władać nią zgoła nie mogłem, a dobrze już 
nigdy nie mogę. 

W piątśj i szóstśj klassie dopióro, myśli i wy- 
obrażenia nasze, zaczęły, jak jedwabniki z kokonów, 
wykluwać się na świat rzeczywisty i zwracać się ku 
czemu innemu; nie ku poważnym jeszcze celom lub obo- 
wiązkom życia, ale tylko ku nowym przedmiotom za- 
jęcia i upodobania. Óześć dla Muz pozostała zawsze 
niezmienną; ale i inne bóstwa i bóstewka Olimpu za- 
częły się tóż dopominać o swoje. Mnie zwłaszcza po- 
ciągn^a Dyanna; stałem się zapalonym myśliwym, ale 
to tylko w marzeniu; bo oprócz wakacyi w domu, 
czasu w szkołach na praktykę nie było. Dłuższe tylko 
dni i wieczoiy wiosenne mogliśmy mieć do rozporzą- 
dzenia, i ja te obracałem na polowanie na słomki. 
Wspominam tu o tśm dla tego, iż sądzę, że parę szcze- 
gółów w tjmi przedmiocie może uzupełnić niejako' obraz 
ówczesnego życia szkolnego, a nawet i stosunku uczniów 
z nauczycielami. 

Kiedy już byłem w klassie piątój, przyjechał na 
professora wymowy, młody xiądz Butrymowicz, miły, 
dobry, wesoły, a przytóm zapamiętały myśliwy. Za- 
szczycał i on nmie swoją łaską, a ja go pokochałem 
serdecznie. Że zaś wszelka zabawa z fuzyjką była 
wyraźnie wzbronioną dla uczniów, a surowy xiądz 
atematyk i prefekt, ściśle tego zakazu przestrzegał: 
ieczome więc moje wyprawy na słomki, były zawsze 
włączone z obawą i niebezpieczeństwem odkrycia; tśm 
ardziój, że niefortunnym przypadkiem, sam na się 



68 

pod tym względem nwagę i podejrzenie ściągnąłem. 
Razu jednego, przy wykładzie w klassie algebry, któ- 
rśj nigdy pojąć dobrze nie mogłem, ja, niby z wielką 
uwagą wlepiwszy oczy w tablicę, widziałem rzeczy- 
wiście na niój, nie zrównania, które pisał professor, 
ale wyraźnie przeciągające słomki, i tak dialece dałem 
się unieść marzeniu, że strzelając niby do jednój, mi- 
mowolnie wymówiłem: |ne/? — Śmiech powstał między 
kolegami, a pirofessor odwróciwszy się ż gniewem od 
tablicy, oprócz dotkliwego skarcenia za nieuwagę i nie- 
uszanowanie szkoły, dał mi jeszcze wyraźnie do zro- 
zumienia, że się domyśla źródła tego wykrzykniku^ 
i ostrzegł mię w sposób wielce znaczący, ażeby się teu 
domysł nie sprawdził. Znalazłem się więc jak między 
młotem i kowadłem. Zakaz podniecał owszem we mnie 
Endymionowe zapały; ale tśż kalefektor i dwaj stróże 
szkolni stali mi ciągle w myśli jak psy Akteona. Ucie- 
kłem się więc pod opiekę kochanego Zi^d^a Wymowy ^ 
i nie zostałem omylony w nadziei. Pozwolia: złożyć 
u siebie w depozyt moje fuzyjkę, i kazał swemu chło- 
pcu" nieść ją codzień za sobą na umómone miejsce, 
gdzie już ja z próżnemi rękami, niby na prosty spacer 
wędrowałem. Za toż nim się przeciąg słomek rozpoczął, 
kazał mi deMamować sobie różne wiersze, które sam 
passyami lubił, a które ja kopami umiałem na pamięć. 
Zacząłem tśż nawet na cześć jego pisać wielkie poe- 
ma,^p. t. „Myślistwo^ na wzór y,Ogrodów^ Delilla, i ukła- 
dałem je w myśli, czatując na słomki. Tym sposobem 
czas polowania nie był dla mnie pod względem poe- 
zyi czasem straconym; owszem, wtedy najlepiój roiły 
mi się wiersze; — których zresztą siedząc przy stoliku 
z piórem w ręku, nigdy ani przedtóm, ani potom, pi- 



69 

sać jakoś nie mogłem. Poezya tóż ze swojśj strony 
dopomogła mi najwięcój do zadośćuczynienia Nemro- 
dowym gustom. 

Znanym i szanowanym powszechnie, nię tylko w swo- 
im, Osżmiańskim powiecie, ale i w całśj-prowincyi na- 
szój obywatelem, był sąsiad nasz o trzy mile, pan Je- 
rzy Soroka; człowiek, o którym możnaby powiedzieć, 
że skupiał w sobie, pod wszeUdemi względami, typowe 
rysy dawnego polskiego szlachcica i obywatela ziem- 
skiego. Był on rodem z Czerwonój Rusi, i rozpoczął 
swój zawód na dworze xięcia Generała Ziem Podol- 
skich, którego stał się wkrótce piórwszym ulubieńcem. 
To właśnie wplątało go w kłótnię z niejakim Szwy- 
kowskim, któiy podobneż łaski posiadał u samój xię- 
żny. Z kłótni przyszło do pojedynku na szable, i Szwy- 
kowski poległ na placu. Soroka dosiadł konjia, i opaxi 
się aż w Turecezyznie. Rok przeszło bawił w Kon- 
stantynopolu, i dopiśro za wyjednaniem dlań przez 
cięcia żelaznego listu od króla, powrócił znowu do 
kraju. Nie do Galicyi już wszakże, ale do Litwy, 
gdzie ożenił się z dziedziczką majątku, w którym mie- 
szka! w powiecie osżmiańskim, sprawując w nim za- 
razem wysoki urząd Prezesa Sądu-Ziemskiego, a potom 
Podkomorzego, z wyboru obywateli. Był to w całóm 
znaczeniu dawny Rzymski Cenzor, z sui'owym nastro- 
jem Katona, nie tylko dla oszmiańskiAj palestry, ale 
i dla wszystkich tamecznych ui*zędników, a nawet dla 
całego powiatu. Bali się go tśż wszyscy jak ognia; 
^-^ każdemu lubił wypaKć verba veritatiSy kręcąc wąsa 
zaczynając od „Mos Dobrodzieju!'^ co było zawsze 
io grzmot przed burzą; a nikt mu się nie śmiał sprze- 
tAL Sam atletycznój, wspaniałśj postawy, nosił się 



70 

strojno po polsku, zawsze przy karabeli, i z głową pod- 
goloną wysoko, JeźdzD: nie inaczój jak konno, i nawet 
dalsze podróże w ten sposób z luzakiem odbywał, 
Przytóm lubił żyć gościnnie i dworno, i trzymał for- 
malne myślistwo: ogary, charty, wyżły, i kilku strzel- 
ców, z których jeden, zwany Jaroszkiem, choć miał 
już lat 70, tak był sławny w caiym powiecie, że go 
miano za czarownika. Żadne łowy, żadna obława na 
dziesięć mil dookoła nie obyły się bez pana Soroki, 
który na nie, z całą swą psiarnią i myślistwem, sam 
konno, z dubeltówką przez plecy, przyjeżdżał. Otóż, 
na jednój takiój obławie na wilki, ja także postawio- 
ny w linii strzelców, choć się nie doczekałem wilka, 
ale nudząc się na przesmyku, ułożyłem dytyi'amb na 
cześć pana Soroki, który w wieczór, przy obiedzie 
myśliwskim, patetycznie wydeklamowalem. Starzec 
tak był przez to ujęty, że zaraz nazajuti-z przysłał mi 
w podaranku śliczną małą fuzyjkę; i nadto dwie sfory 
gończych ze strzelcem, abym z niemi, póki zechcę, po- 
lował. Ta niezwyczajna łaskawość ze strony pana 
Soroki, zjednała mi rozgłos w powiecie, a we mnie sa- 
mym podwoiła zarazem ochotę do polowania i zapał 
do poezyi. 

Mówiłaś mi kiedyś, siostrzyczko! że z ciekawo- 
ścią w dzieciństwie czytałaś moje rjzor^''. Może więc 
będziesz ciekawa wiedzieć jśj genezę, z którśj tóż le- 
piśj może, niżbym sam mógł powiedzieć, stopień ów- 
czesnej mądrości mojój wyrozumiesz. — Przez dwa lata 
polując na ptaszki, nigdy jeszcze nie ubiłem zająca; 
a zaś wzdychałem do tego, jak giermek do złotśj 
ostrogi. Nakoniec, d. 20 Siei-pnia 1819 r. (datę do- 
tąd pamiętam), polując właśnie z psami pana Soroki, 



71 

w przeciągu jednój szczęśliwśj godziny, ubiłem nie 
jednego, ak aż dwóch szaraków. Radość moją nie 
miała gi-anic. Nie pozwoliłem strzelcowi dźwigać tych 
trofeów, które tak mi oberwały ramiona, że przez ty- 
dzień rąk podnieść nie mogłem, A że dnia tego wie- 
czorem, czytając dzieło Segura p. t. y^Les Fetnmes,^ zna- 
lazłem w nióm ową liistoryę o Izorze, która mi się 
podobała niezmiernie: więc dla upamiętnienia dnia tak 
wielkiego tryumfu, ślubowałem najmocniśj sam sobie, 
że z niśj kiedyś napiszę dramat; co tśż w lat ośm 
dopićro potem, uskuteczniłem w Wai'szawie. Plano- 
wanie albawiem dramatów, na wzór ft-ancuzkich, było 
naówczas głównym przedmiotem moich myśli, a zaś 
dla wprawy w dyalog tiómaczyłem „ Esterę"" Rasyna. 
Jedno i drugie oddawałem pod sąd Frejenta, który 
i te jeszcze wakacye w domu moich rodziców prze- 
pędzał:. Towarzyszył mi i on czasem do lasu, ale za- 
zwyczaj bez strzelby. ZbieriJ: tylko orzechy i grzy- 
by, a w kieszeni miał zawsze ulubiony swój flecik, na 
którym, zwłaszcza spotykanym dziewczętom albo ma- 
łym pastuszkom, różne wiejskie melodye wygrywał. 
Nie wiedział on co z sobą począć; aż wreśeie ośmie- 
lony przez Łozińskiego, który mu ofiarował mieszka- 
nie u siebie, puścił się w imię Boże do Wilna, i tam, 
podobnie jak w Boninach, stał się wnet ulubieńcem 
kolegów, a przyjacielem wszystkich wierszopisów, z któ- 
rymi mnie tóż pierwszy, jak już wyżój napomknąłem, 
zapoznał. Był to dzień nazbyt ważny i pamiętny dla 
-"nie, abym tu szerzój o nim nie wspomniał. 

Było to na Zielone Świątki w r. 1820. I nie 
ogę tu pominąć milczeniem szczególniej szój, a rze- 
:ywiście dziwnśj w życiu mojóm okoliczności, to jest, 



72 

że wszystkie moje najważniejsze, najmilsze znajomości, 
z których wyniknęły najbliższe i najbardziśj wpływo- 
we stosunki, że wszystkie prawie pi'zypadają na uro- 
czystość Zesłania Ducha Świętego. 

Otóż w roku 1820, kiedy jeszcze kończyłem szó- 
stą klassę w Boranach, ojciec mój, korzystając z fe- 
ryj świątecznych, wziął mnie z sobą na dni kilka do 
Wilna, gdzie się chciałem z Frejentem i z Ludwikiem 
Spitznaglem obaczyó. Frejent ucieszyi się tóm bar- 
dziśj, że właśnie w Poniedziałek świąteczny miała byó 
wielka koleżeńska majówka, na którą mnie zaprowa- 
dzić obiecał. Ranku tego nie zapomnę nigdy. O wscho- 
dzie słońca byliśmy już na Popławach z Frejentem 
i Łozińskim. Przed nizkim domkiem di*ewnianym, noszą- 
cym szumną nazwę Jerw2'aJem, dziewczęta nakiy wały dłu- 
gie wązkie stoły, zastawiając je dzbanami słodkiego 
i garnkami kwaśnego mleka, które miało stanowić 
śniadanie dla przeszło stu bliżej z sobą połączonych 
kolegów, którzy sami koszt na nie złożyli. Jakoż ró- 
żnemi drogami, po kilku, zaczęli wnet przybywać goście; 
wszystko rześkie, wesołe chłopaki, do których serce 
mi lgnęło, i któray obu moich praewodników z respe- 
ktem i życzliwością witali. Ci wszakże nie uznawali 
potrzeby, aby mię rekomendować tym wszystkim. Pa- 
trzyliśmy więc tylko zdaleka, ja na nich, a oni na nmie. 
Wtśm jeden z nich przybiegł i woła: „Arcy, Ai'cy 
idzie!!! "—Łoziński i Frejent ruszyli się na spotkanie 
i mnie iść z sobą kazali. Na czele licznego grona 
szedł dwudziestokilkoletni młodzieniec, z kruczym, wpier- 
ścienie wijącym się włosem; z czarnśm, prawdziwie 
promienistóm okiem; a w którego uśmiechu i twarzy 
tchnął taki wyraz uprzejmśj dobroci, że odrazu chwy- 
tał za serce. Obok niego szedł niższy wzrostem, choć 



73 

nieco starszy wiekiem, w którego flzyognomii także 
malowała się dobrać, tylko że nie tak wesoła i żywa, 
nie tak promieniejąca na zewnątrz, jakby uśmiecli rze- 
wnej czułości. Obaj oni, widocznóm było, że wiodą 
rej między wszystkimi. Byli to Tomasz Zan i Jan 
Czeczot. Frejent z jowialnym uśmiechem salutował 
ich po wojskowemu, i wziąwszy mnie za rękę, gdy 
się zatrzymali, pi'zem6wił żartobliwym tonem: „Oto 
jest ten mój Benjaminek, o którym mówiłem^ Niechże 
go Arcy bierze, teraz w opiekę." — I Arcy wyciągnął 
ku mnie rękę z takim uśmiechem i spojrzeniem, że 
pewnobym ją pocałował jak xiędza prefekta, gdybym 
się spektatorów nie wstydził. Czeczot zaś, podając mi 
także rękę, zapytał najprzód z uśmiechem:— „A czy 
Benjaminek lubi się uczyć? bo my tu takich tylko jak 
Benjaminków pieścimy.** — Nie śmiałem odpowiedzieć 
na to, ma się rozumieć; ale sam Arcy odpowiedział za 
mnie twierdząco, na mocy tego, co wiś od Frejenta, 
i co sam, jak się wyraził, „czyta z mojśj twarzy." 
I to rzekłszy wziął mnie za rękę, i szedł dalój rozma- 
wiając ze mną. Gdy zaś na zapytanie: „czóm chcę 
być na świecie?" odpowiedziałem z całą szczerością 
jak na spowiedzi: „poetą;" zaczął się śmiać serdecznie 
z naiwności mojój; a Czeczot, lubo także z wielką życz- 
liwością, zapytał znowu poważnie, czy wiśm co trzeba 
umieć, żeby być poetą? i czy u nas w Borunach, wszy- 
scy co piszą wiersze, nie są tacy próżniacy i wierci- 
pięty jak Frejent?" Apostrofowany w ten sposób odciął 
zaraz wesołym konceptem, a potom mnie z kolei 
^zentował innym. Od tój to chwili zaczęła się piór- 
Ba znajomość, a potom szczera, wzajenma, dotąd 
iez więcój niż pół wieku niezmiennie trwająca przy- 



74 

jaźń, z żyjącymi dziś jeszcze: *) Józefem Kowalewskim^ 
Janem Wiernikowskim, Adamem Suzinem i Ignacym 
Domejką, którego ojciec z moim żyli tśż niegdyś w naj- 
ściślejszój przyjaźni, kolegując jako mecenasi przy głó- 
wnym trybunale Litewskim. On piśrwszy zaczął mi 
mówić o tóm: ale i ja to już piói^wój od ojca mojego 
wiedziałem. Tegoż dnia jeszcze wieczorem przyszedł 
do naszego mieszkania, i obiecał ojcu mojemu, że się 
mną opiekować będzie za przyjazdem moim do Wilna^ 
Po odbytom śniadaniu w Jeruzalem, cała już gro- 
mada razem zapuściła się w prześliczne dąbrowy Po- 
pławskie, i zaczną się prawdziwa studencka majówka. 
Grano w metę, w palanta, w ^g^o/tjca,— rychtyk jak u nas 
w Borunach; bo tóż i większa część obecnych składała 
się z piśrwszoletnich uczniów, o niewiele starszych 
może ode mnie. Ja jednak razem z Prejentem trzy- 
małem, się ciągle przy starazyoh i poważniejszych, nie 
mogąc się jakoś całkiem ośmielić. Czeczot siadłszy 
na jakimś pniu ściętego drzewa, kaza2 mi deklamować 
jakie moje wiersze. Arcy i drudzy słuchali ich stojąc. 
Byłem jak w gorączce, a deklamowałem najprzód „dw- 
inę o Ludgardzie," napisaną na wzór Niemcewicza, a na- 
tchnioną przez takąż dumę Kai-piAskiego; tylko że tre- 
ścią mojój była już zgryzota, a potom śmierć samego 
Przemysława, który umierał, widząc przed sobą cień 
niewinnie zabitćj przez siebie żony. Dumę tę moi ko- 
ledzy Boruńscy uważali za moje ai^cydzieło; a i tu 
Czeczot kręcił nieraz głową słuchając, a Arcy, gdy 
skończyłem, pocałował mię w czoło. Było to dla mnie 
jakby namaszczenie. Następnie, gdy chciano abym co 
jeszcze w innym rodzaju powiedział, deklamowałem 



V Pisano w r. 1874, (A. P.) 



75 

pojedynek Almanzora z Lara, zarymowany z tłomacze- 
nia polskiego prozą r>Gfomalwa z Kordy^,*^ Floryana. 
Słuchacze moi, jak dziś widzę, nie byli zbyt wybredni 
i surowi, kiedy w rok potom, gdy także w drugi dzień 
Zielonych Świątek, na tychże samych Popławach, i na 
takiójże samśj majówce, czy uczcie koleżeńskiej, pozna- 
łem raz piórwszy Adama Mickiewicza, Czeczot kazał 
mi najprzód wyrecytować przed nim obie te same ra- 
moty. ^Tymczasem, na tśj to właśnie piśrwszśj ma- 
jówce, posłyszriem tśż poraź piśrwszy imię jego i do- 
wiedziałem się, że był najpiórwszym między kolegami 
poetą. Było to z racyi piosnek: „fle; użyjmy żywoW ( 
yjGrdy radością oczy hłyęną^ i „CzterecJi toastów,"' któ- 
re chórem, pod przewodnictwem Zana, po kolei potom 
śpiewano. 

Wróciłem jak w pół obłąkany do ojca, tak byłem 
upojony tśm wszystkióm, co w tym dniu widziałem 
i czułem; i dobrze że Frejent był ze mną, który ojcu 
mojemu przyczynę tego stanu mego wyjaśnił; a zaś przyj- 
ście Ignacego Domejki uspokoiło go do reszty, że przecież 
głowy całkiem tu nie stracę. Frejent dał mi także do 
przeczytania i pozwolił przepisać parę ballad Zana: 
Nerynę i Twardowskiego; jprzyGzfyoi raz piśrwszy wży- 
ciu posłyszałem wyraz bdUada; a za powrotem do Bo- 
run, czytaniem ich i opowiadaniem o tóm co widzia- 
łem, zapalałem z kolei głowy bliższych kolegów, któ- 
rzy wszyscy, wraz ze mną, na rok przyszły wybierali 
się na uniwesytet do Wilna. 

Ale nim opuszczę Boruny:— ponieważ głównym 
em tych moich opowiadań są właśnie znajomości 
tosunki moje z poetami;— muszę tu jeszcze wspo- 
ieć o dwóch spotkaniach, pomijając milczeniem trze- 



76 

cie^ lubo najważniejsze dla mnie, z Ignacym Chodźką, 
któremu w dalszym ciągu osobne, obszerniejsze wspo- 
mnienie poświęcę. 

Te zaś spotkania z dwoma poetami wymagają 
krótkiego wstępu, który znów swoją drogą ujść może za 
jeden z ogólnych rysów ówczesnego życia szkolnego 
w Litwie. 

Najstraszniejszóm dla uczniów wszystkich szkół 
powiatowo-wiejskich zjawiskiem i widziadłem, był Wizy- 
tator, mianowany i wybierany coi-ocznie przez Badę 
uniwersytecką w Wilide, który wszystkie te szkoły 
objeżdżał, oglądał, egzaminowała i potom składał o nich 
sprawozdanie tśjże Radzie. Wizytatorów bywało po 
kilku niekiedy na raz, z których każdy oddzielną część 
prowincyi miał zwiedzać. Wybierano ich już to z J)o- 
między professorów uniwersytetu, już to z pomiędzy 
znakomitszych a światłych obywateli, jak np, Adam 
hr. Chreptowicz, Jan Chodźko, i nakoniec ostatni, 
Twai'dowski, który potom został rektorem uniwersy- 
tetu, a po którym właśnie uniwersytet uległ radykal- 
nej przemianie. Często tóż Prowiucyałowie zakonów 
miewali polecony sobie obowiązek wizytatorów, zwła- 
szcza szkół, przez zakon ich utrzymywanych, i łączyli 
go wtedy zarazem z prowincyalską wizytą klasztorów, 
którą tóż co rok odbywali. Ale ktokolwiek godność 
tę sprawował, zawsze ona w oczach studentów oble- 
kała go w jasność i grozę komety, którój czas przyj- 
ścia obliczano troskliwie, a samo przyjście witano 
z przestrachem, z jakim gmin zabobonny wita zwykle 
zjawienie się gwiazdy z ogonem. A jako nieraz po- 
dobno i sami mocarze świata di-żeli przed tą rózgą 
wyroków, którą Niebo ziemi groziło: tak i sami pro^ 



77 

feSsorowie nie byli bez pewttój obawy, jakie zdanie 
o szkołach ich i o nich samych, pan Ittb nądz Wizy- 
tator poweźmie, i do uniwersytetu przedstawi. Czóm 
zaś u komety jest ogon, który j6j cech^ i część inte- 
gralną stanowi, i najwięcój j6j grozy przyczynia: tśm 
przy każdym wizytatorze bywał zwj^e jego sekre- 
tarz. Wybierał go sam wizytator, a wybierał, ma 
się rozumieć, takiego, któryby umiał i egzaminami 
kierować, i zdanie o nich sprawiedliwe wydaĆ, i w za- 
imponowaniu naukowością; professorom samego wizy- 
tatora zastąpić. Owóż takim wizytatorem do Borun, 
gdy byłem w klassie trzeciój, przyjechał p. professor 
astronomii Reszka, o którym w satyrycznych jasełkach, 
przedstawiających cały uniwersytet, które kiedyś po 
Wilnie krążyły, było powiedziano: 

„oto pan Reszka, 
Go na dole mieszka! 
Patrzy na gwiazdy, 
A wió co i każdy.**—- 

Wiersze te, znane wszędzie po szkołach, ujmo- 
wały nieco powagi samemu panu wizytatorowi; ale za 
toż tóm większą trwogę budził jego sekretarz, znany 
. również z dowcipu i złośliwości satyryk i epigramatyk, 
naśladowca Juwenalisa, pan Ignacy Legatowicz. Nasz 
professor wymowy drżai przed nim; ja zaś byłem nie- 
zmiernie ciekawy widzieć poetę, którego di^ukowane 
już wiersze w Dzienniku i Tygodniku Wileńskim 
tałem. Jemu także zapewne musiano powiedzieć 
o mnie; bo ledwo wszedł do klassy, na piórwszym 
;aminie z wymowy, szepn^ coś professorowi do 
lia, a ten kazai mi wystąpić z ławki, i zaprezento- 



78 

wał mię jemu. Legatowiez popatrzył na mnie bystro; 
a że ja z ciekawością także patrzałem na niego: więc 
musiało mu się to chyba podobać; bo wziął mię za rę- 
kę, i poprowaldziwszy do krzesła samego pana wizyta- 
tora, przedstawił mię jemu imiennie. Pan Reszka po- 
wiedział mi na to, że jest dawnym przyjacielem mo- 
jego ojca, i że dziś jeszcze z Borun do niego pojedzie; 
jeśli się zaś ja na tym piśrwszym egzaminie popiszę, 
to go z sobą na następny przywiezie. Popisać się 
z wymowy nie sztukal Ale ten następny egzamin miał 
być właśnie z matematyki, będącej zawsze dla mnie 
kamieniem obrazy, i przeto ta obietnica zgoła mnie 
nie ucieszyła. 

Czy to postrzegł, czy zgadł Legatowiez, nie wióm; 
ale przy końcu egzaminu znowu podszedł ku mnie do 
ławki i pyta:— „A matematykę czy umiśsz?*'— Odpo- 
wiedziałem jak było: że stai*am się, ale mi trudno 
przychodzi. On uśmiśchnął się i mówi zcićha: „A cen- 
tum b(wum czy umiśsz? To przecież taka piękna fi- 
gura!"— Zrozumiałem co to ma znaczyć, i zai*az przy- 
szedłszy do stancyi przerepetowałem ją razy kilka; 
a gdy mi Legatowiez nazajutrz kazał ją na egzaminie 
dowodzić, popisałem się jak można najlepiój, w obecności 
oj ca moj ego. Postępek ten Legatowicza taką we mnie obu- 
dził wdzięczność, że czułem się prawdziwie szczęśliwym, 
kiedy we trzydzieści kilka lat potom, zdar^zyła mi się spo- 
sobność de /*ac<o mu ją okazać, starając się, wedle możno- 
ści, osłodzić mu nie jedną chwilę tęsknoty, gdy pozbawio- 
ny wzroku i osamotniony, potrzebował przyjacielskiój 
pociechy. Ówczesny zaś inój popis z matematyki liczę 
zawsze w pamięci do rzędu korzyści, jakich mnóstwo 
w ciągu życia mojego poezyi i poetom zawdzięczam. 



79 

Zetkniecie się z drogim poetą było nieco podo- 
bnego rodzaju, tylko że był nim sam już Wizytator, 
yr osobie X Jana Eantego Chodaniego, Prałata ka- 
pituły wileńskiój, Professora prawa kanonicznego i Dzie- 
kana wydziału prawnego w uniwersytecie wileńskim, 
który był przytśm tłómaczem wielu poezyj, a między 
innemi Henryady Woltera, którą raz piśrwszy już 
wtedy w jego tłómaczeniu czytałem. Wizyta xiędza 
Chodaniego przypadła na ostatni rok pobytu mego 
w szkołach Boruńskich, a że przyjechał przed samym 
egzaminem publicznym, odbywszy więc najprzód swoje, 
i ten obecnością swoją zaszczycił. 

We wszystkich szkołach egzamin'publiczny, koń- 
czący każdy rok szkolny, w dzień ŚŚ. Piotra 
i Pawła, d. 29 Czerwca, był zarazem kulminacyjnym 
punktem jego i koroną. W Boranach odbywał się on 
już nie w klassach, ale w kościele, zamienionym naten- 
czas na salę popisu, po odbytom nabożeństwie rannem. 
Cały kościół napełniała publiczność, złożona przewa- 
żnie z matek, przybyłych z córkami po synów; z ca- 
łego poblizkiego sąsiedztwa, i z dygnitarzy powiatowych 
z Oszmiany. Tą rażą wszystkie te gwiazdy gasły 
przy blasku chwały Prałata-^Vizytatora, który w ka- 
nonicznśj purpurze, w doktorskim bii^ecie na głowie, 
siedział jakby na tronie, w krześle na estradzie sto- 
jącóm, mając obok po obu stronach oszmiańskiego powia- 
towego Marszałka, oraz Superiora Boruńskiego kla- 
sztoru. Wszystkie klassy z kolei szykowały się przed 
1 tryumwiratem, a celujący tylko mieli ten przy- 
lej, że byli dopuszczeni do popisywania się publi- 
de, z odpowiedziami na pytania, albo z deklamacyą 
jrszy, reprezentując w ten sposób postęp całśj klassy. 



so 

Grłównyitii atoli bohaterami fety byli neznioifie koń- 
czący szóstą klassę i szkoły, i oni to właściwie honory 
jój gościom czynili. W tym roku, 1820, było nas takich 
siedmiu;— siedmiu tylko z trzydziestu kilku^ którzy wraz 
z naini piórwszą klassę zaczęli, ale albo w p^ drogi 
przerwali naukę i poszli w świat z klass niższych, 
albo w tyle za nami zostali. Plejadę tę, oprócz nmie, 
składali trzej najbliżsi przyjaciele i współczytefaucy 
moi, o których już wyżój mówiłem: Jjaskowicz Karol, 
Jasiewicz Syxtus, Tórczyński Jan, i przechylający się 
i lgnący ku nam Michał Antoniewicz. Z przeciwnego 
obozu realistów, był tylko sam Hieronim Umiastowski, 
z bratem Hilarym, ale i ci do uniwersytetu nie poszli. 
Że zaś z oszmiańskiego powiatu ja tylko jeden w tym 
roku do niego przybyłem, Prejent wymyśla koncept, 
który potśm przeszedł prawie w przysłowie: że powiat 
oszmiański przez reprezentanta tylko chodzi na uni- 
wersytet. Na tym wszakże egzaminie ostatnim repre- 
zentowaliśmy go wspólnie z Umiastowskim: on poka- 
zując zwłaszcza publiczności różne sztuki elektro-ma- 
gnetyczne z fizyki, ja zaś deklamując wiersze, cudze 
i swoje. Że zaś deldamacyą cudzych stanowił właśnie 
wyjątek z fienr^/odtt/, tłómaczenia samego Jubilata fe- 
stynu: on tóż z wielką łaskawością nawzajem pochwa- 
lił głośno mój przekład początku IX xięgi Eneidy, 
który mi potśm w przyszłości większy jeszcze zjednać 
miał tryumf. Ale tą rażą nie koniec był na tśm. 

Podług przyjętego zwyczaju, rozpoczynały i koń- 
czyły egzamin dwie mowy, wypowiedziane przez uczniów 
kończących szkoły, z mównicy, w środku kościoła wznie- 
sionśj, a kobiercami oki^ytśj. Do jednśj z nich miał nieza- 
przeczone prawo Umiastowski; ale że się on nigdy 



81 

w literackie kompozycye nie wdawał: więc go zastąpił, 
przy otwarciu egzaminu, Laskowicz, a na mnie, przy 
zamknięciu, ostatnia, pożegnalna mowa przypadła. Obie 
napisaliśmy sami; professor niewiele poprawił. Ja zaś 
nie pokazując nawet professorowi, dodałem na końcu 
w mojój tjJkie czułe i patetyczne pożegnanie profes- 
sorów, szkoły i kolegów, że go sam na mównicy do- 
kończyć nie mogłem, i ślamazarnóm rozchlipaniem się 
na niój, więcój może, niżbym mógł słowy, poruszyłem 
słuchającą publiczność, która mnie za to oklaskami 
okryła. Na tśm się skończył peryod mój szkolny; — 
a ja tu kończę go na tóm, że cię, di\)ga siostrzyczko, 
za rozwlekłe a nudne może szczegóły jego przepra- 
szam. Ale wznawiając je na twój rozkaz w pamięci, 
nieraz mi, (mówiąc słowy poety): 

„Zdało 6ię, że dzieeiaiałem, 

Że na rynku Boruńskim z braćmi igrałem mUenU,'^ 

A że dziś oni wszyscy już w mogiłach:— nie wiń 
mię, że tem wsponmienieniem imion ich i wspólnśj 
przeszłości, chciałem złożyć im razem hołd wdzięcznój 
pamięci. 

Ą nawet, nie przestając na tóm, chcę tu jeszcze, 
na mocy zastrzeżonego prawa dygi^essyi, podać o je- 
dnym z nich obszerniejszą nieco wiadomość, nie z po- 
budek osobistój tylko przyjaźni, ale dla szczególniej- 
szej jego osobistości własnśj, stawiącój go na tak 
odi^ębnym i wydatnym piedestale, że każdy poeta w du- 
szy, a nawet każdy czujący i myślący człowiek, może nań 
nie tylko z ciekawością, lecz może nawet i nie bez pe- 
wnego pożytku, jako na intei^essujący model popatrzść, 

"Wspomnienie z przeszłości 6 



' 82 

— — , 

Jest nim wspominany nieraz powyżój kolega i współ- 
czytelnik, Syxtus Jasiewicz. Od dzieciństwa górającą 
w nim władzą duszy była nadzwyczaj 5!:ywa, bujna i lotna 
wyobraźnia. Mimo zaś wi^aźliwego i tldiwego serca, 
a nawet^ że w corocznych teatralnych przedstawieniach 
studenckich, on, jako najstosowniejszy z urody, gi'ał 
zazwyczaj role panieńskie; mimo to, sentymentalna 
romantycznośd w nim samym podrzędne tylko zajmo- 
wała miejsce. Heroizm i religijny ascetyzm stały za- 
wsze na piśrwszym planie, podsycane zwłaszcza czy- 
taniem Iliady, Jerozolimy Wyzioólordj, i Żywotów Świę- 
tych. Będąc już w uniwersytecie Wileńskim, gdy re- 
wolucya Grecka wybuchła, przez czas jakiś nosił się 
jia seryo z tą myślą, iżby się jakoś przedostać do Gre- 
ków, i za wolność Hellady walczyć z niewiernymi. 
Gdy zaś w r. 1828 przyszło do wojny Rossyjsko-Tu- 
reckiój, on, wbrew wszelkim odradzaniom przyjaciół, 
opuścił nagle Wileńską palestrę, i dognawszy już woj- 
sko za Prutem, zaciągnął się jako ochotnik do piór- 
wszego spotkanego półku huzarów. Myśl, że rzecz 
idzie o wyzwolenie Chi*ześcian-Słowian z pod pogań- 
skiego jarzma Muzułmanów, natchnęła go takim zapa- 
łem i poświęceniem dawnych Krzyżowców, iż wkrótce, 
za odznaczenie się zwłaszcza w pojedynczych harcach 
z Turkami, na które wciąż jako ochotnik wyjeżdżał, 
zwrócił na się uwagę całego półku; otrzymaj krzyż 
Św. Jerzego, i został mianowany oficerem. Epidemi- 
czna febra mołdawska przerwała dalszy zawód woj- 
skowy. Powrócił zatśm do ki'aju i do zawodu pra- 
wnika, mając w nim przedewszystkiśm na celu, ażeby 
być obrońcą uciśnionych i słabych. W tym też a nie 
innym widoku, po ówczesnych wypadkach krajowych, 



83 

na żądanie współobywateli WUkomirskiego powiatu, 
przyj- ofiarowany sobie urząd powiatowego naczelnika 
policyi ziemskiśj, i sprawował go przez lat kilka w ten 
sposób, iż stał się rzeczywiście stróżem publicznego 
porządku i bezpieczeństwa, opiekunem ubogich, a postra- 
chem wszelkiego rodzaju złoczyńców. Sława jego ro- 
zniosła sięszeroko, tak, że obywatele gubemii Kowień- 
skiśj, zebrani na wybory, powołali go i wybrali jedno- 
myślnie na ważny i zaszczytny urząd członka apellacyj- 
nój izby sądowój w Kownie. Tym sposobem zewliętrzna 
pomyślność światowa stanęła dlań na równi z wewnę- 
trznśm szczęściem domowem, którego, jako mąż uko- 
chanśj i najlepszój żony, i jako ojciec prześlicznój, nad 
wiek swój rozwinięto), a jedynśj córki, kosztował. 

A i samo to jego małżeństwo było wprost jakby 
wynikiem właściwego mu usposobienia i nastroju du- 
cha. Za pobytu jeszcze w uniwersytecie, znał w do- 
mu p. Marszałka gubernialnego, Mai'cinkiewicza-Żaby, 
wychowującą się w nim wraz z córką gospodarza, 
daleką powinowatą, ale ubogą sierotę, Maryą Grewi- 
nównę, którśj wysokie moralne i umysłowe przymioty 
oceniał, ale myśl o miłości nigdy mu ani do głowy nie 
przyszła. Tymczasem przyszedłszy raz niespodzianie, 
zastał ją samą w pokoju, modlącą się i rzewnie pła- 
czącą. Powodem łez było oświadczenie się o jśj rękę 
jętego z sąsiadów wiejskich, za którym przemawiały 
wszystkie względy światowe, ale który jśj serca nie 
zjednał. Wzruszony litośnóm współczuciem, i wprost 
z chwilowego natchnienia, zapytał: czyby go nie wolała 
raczśj niż tamtego? — iw kwartał potśm byli już po 
ślubie. Szczęśliwszego nad ich małżeństwa rzadko kie- 
dy zdarzyło mi się być świadkiem. Przerwała je 



84 

po latach kilku przedwczesna śmierć jój samśj. Zniósł 
ją z rezygnacyą chrześcijańską; ale gdy po kilku mie- 
siącach, ośmioletnia tóź jedynaczka pośpieszyła połą- 
czyć się z matką: rezygnacyą przeszła— nie w rozpacz, 
ale w exaltacyą ascetyczną. Myśl o wieczności owła- 
dła go całkiem. Złożył urząd, zerwał ze światem, 
i udał się do Warszawy, chcąc wstąpić do zakonu XX. 
Kapucynów, których w Litwie już wtenczas nie było. 
Formalności, wymagane przez prawo, stanęły na prze- 
szkodzie przyjęciu. On wszakże, przez samą już in- 
tencyą swoje uważając się za związanego ślubem za- 
konnym, przywdział strój tercyarski, przez pół pustel- 
niczy, i korzystając z oflarowanśj mu gościnności przez 
przyjaciela swojego, Stanisława hr. Kossakowskiego, 
osiadł w dobrach jego Wojtkuszkach, prowadząc ży- 
wot iście pustelniczy, poświęcony wyłącznie usłudze 
biednych, a mianowicie włościan okoKcznych, Korzy- 
stając z tego usposobienia hr. Kossakowski, jako świa- 
tły i wyrozumiały przyjaciel, skłonił go powoli do 
tego, iż się zajął obowiązkowśm czuwaniem nad losem 
tychże włościan, i ui-egulowaniem stosunków ich ze 
dworem, w obszernych dobrach hrabiego; bez żadnego, 
mu się rozumieć, wynagrodzenia za to dla siebie. Za- 
jęcie to złagodziło powoli piórwsze porywy żalu 
i wyobraźni; i gdy powierzonego mu obowiązku, z zo- 
bppolnóm zadowolnieniem stron obu dokonał, przybył 
nakoniec do Wilna, i licząc już około 50 lat wieku, 
wszedł jako uczeń do dyecezalnego Seminaryum ta- 
mecznego. Przykład jego i wpływ na współkólegów 
okazał się o tyle korzystnym, iż ówczesny biskup Wi- 
leński, późniejszy Metropolita, Żyliński, przyśpieszy- 
wszy dlań tennin wyświęcenia (w r. 1855), mianował 



85 

go jednocześnie Inspektorem uczniów tegoż Semina- 
ryum, który to urząd przez lat dziesięć sprawował. 
Dopiśrwszśj mszy prymicyjnśj, którą miał w Ostrśj 
Bramie, służyli mu dwaj szkolni koledzy i przyjaciele: 
Karol Laskowicz, naówczas już Ezeczy wisty Radzca 
Stanu, ui^ędnik w Ministerstwie Oświecenia, umyślnie 
na ten obrzęd przybyły do Wilna, i ja, ich obu ró- 
wiennik. Wiersz mój do jubilata, z okoliczności tój 
napisany, jako i drugi poprzedni, znajdą czytelnicy 
w przypisach. O dalszym zaś losie jego samego to 
chyba mogę powiedzieć, że w skutek zmiany w dyece- 
zalnym zai^ządzie, wysłany na ubogie probostwo wiej- 
skie w Świrze, a przedtśm już osłabiony na zdrowiu, 
nocną w czas słotny podi'óżą do chorego, sam sobie 
zgon niespodziany przyśpieszył. 



III. 

Czasy Uniwersyteckie. 

Pobyt mój w uniwersytecie Wileńskim przypadł, 
szczęśliwśm dla mnie wydarzeniem, na najświetniejszy 
okres jego rozwoju (1820—1823). Gorliwość obywatel- 
ska zdolnych professorów, zbiegła się z gorliwościąr 
i zapaJem uczniów; których nastrój duchowy i obycza- 
jowość, śmiało można powiedzićć, że ani przedtóm, ani 
potśm, nie miały sobie równych w żadnym uniwersy- 
tecie Europy. Było to zwłaszcza dziełem koleżeńskich 
i przyjacielskich stowarzyszeń, pod przewodnictwem 
Zana i Czeczota. Wiósz o nich skądinąd, siostrzy- 
czko; powtarzać tu więc tego nie będę. Wpływ ich 
wszakże na umysł, serce, i na całe życie moje był taki, 
że nawet, podług programmu, mówiąc tylko o sobie 
i o przyjaciołach-poetach, właściwie o nich mówić ra- 
czśj będę. 

Wspomniałem już, że z woli ojca, wbrew mojej, 
miałem chodzić na wydział prawny; a więc chciałem 
przynajmniśj, jako wolny słuchacz, mieć. wstęp na 
lekcye Mteratmy polskićj i łacińskiśj, (Borowskiego 
Leona i Groddka Ernesta), należące do wydziału filo- 



. 87 

logicznego; i w tym celu trzeba się było zapisać do 
otttiłft u dziekanów obu tych wydziałów. Tu jednak, 
zda się, że Febus i Temidą ostrzegali mię wspólnie 
i wskazywali mi właściwą drogę. Piśrwszy pociągał, 
draga odpychała. Nie usłuchałem, a raczój nie mo- 
głem usłuchać, choć chciałem; i bodaj, że wyszedłem 
na tóm jak ów ptak w przysłowiu, co to chciał usiąść 
na dwóch di-zewach razem. 

Dziekanami obu pomienionych wydziałów byli 
naówczas poeci, t. j. piszący wiersze: prawnego, xiądz 
Jan Kanty Chodani, Prałat Kapituły Wileński6j,tłó- 
maez Henry ody Woltera; literackiego, xiądz Filip Ne- 
ryusz Golański, autor dzida „O wymowie i poezyi," 
i także członek tójże kapituły. Mówiłem już, że piór- 
wszy z nich, będąc w tym roku (1820) wizytatorem 
szkół, na egzaminie publicznym w Boranach, raczył 
byd bardzo łaskawym i uprzejmym dla mnie, kiedy 
deklamowałem przed nim ustępzHenryady, tłómaczenia 
jego, i własne wiersze moje czytałem. Nie wątpiłem więc 
że mię pozna, a zatśm,że i przyjmie stosownie; i wsze- 
dłem nie tylko śmiało, ale nawet pewny tryumfu, w obec 
kilkunastu nieznajomych przyszłych kolegów, którzy tak- 
że zapisać się przyszH. Tymczasem stało się przeciwnie. 
Xiądz Prałat, z miną Baszy, (barczysty, dobrśj tuszy, 
rumiany), siedział przy stole biurowym nad album, 
i biorąc z rąk podających patenta szkolne, przeglądał 
je, mierzył wyniosłym wzrokiem właścicieli, czasem 
zadał jakie pytanie, i w końcu imię wpisywał do xięgi. 
GWy przyszła kolej na mnie, zbliżyłem się z uśmie- 
chem, i mało brakowało, żebym się nie przypomniał 
dawnśj znajomości. Wjn^az ten mojśj twarzy musiał 
się nie podobać widocznie xiędzu Prałatowi, gdyż zmi'o- 



_88_. 

ził go odrazu groźnym marsem i wzrokiem surowym, 
i nie wióm czy z intencyą, czy bez niśj, ale odprawU: 
mię zimniśj niż innych— nie zaprzeczywszy wszakże 
zapisania 4o album. Jest to chwila pamiętna mi 
w życiu. Dziś może gotówbym przyznać, że x. Pra- 
łat miał w gruncie racy%, chociażby nawet mię poznał, 
karcąc w ten sposób zbyteczne zaufanie, czyli, jak 
mógł przypuszczać, zai'ozumiałość młokosa, które z twa- 
rzy mojśj wyczytał. Z drugićj tśż strony uznaję, (to 
jest teraz), że 'moja to wygórowana pretensya^ nic 
więcej, uczyniła mi tak bolesnym jój zawód. Ale co 
wtedy, to wyszedłem tak dotknięty, upokorzony i ro- 
zjąti'zony głęboko, że dwa najgorsze uczucia, gniew 
i pycha, jakby z natchnienia kusiciela, obudziły się 
we mnie zarazem. „Poczekaj! będę ja lepszym poetą 
od ciebiel" — pomyślałem, j^kby grożąc mu pięścią. 
Szczęściem, że w tójże chwili rozżalone serce lepszą 
nieco myśl mi natchnęło. Ślubowałem Bogu, i sobie, 
że jeśli kiedy będę na urzędzie, nigdy moim podwła- 
dnym nie sprawię takiój goryczy, jakiój sam dzisiaj 
doznałem. 

Zadziwisz się może, siostrzyczko! że tak szczegó- 
łowo 'dotychczas to di^obne wydarzenie pamiętam. Ale 
41a mnie nie było ono drobnóm. Było to piói^wsze 
moje niejako bezpośrednie zetknięcie się ze światem, 
(miałem zaledwie lat 16 skończonych^, i kto wió, jakiby 
kolor mógł paść tłem na białą kartę myśli i uczuć 
moich, gdyby szereg wrażeń następnych był długo tśj 
natury, co piórwsze. Bogu dzięki, że tak nie było; 
ale to piśrwsze spotkanie ze znajomym dziekanem, 
odjęło mi wszelką odwagę iść samemu da nieznajomego. 
Uciekłem się więc pod opiekę professora Spitznagla, 



89 • '7^ 

który sam byl dziekanem wydziału medycznego, a ten ; > 
wydelegował od siebie pana Kazimierza Kukiela, gu- ?■ 

wemera swych synów, aby był przewodnikiem moim ,.:, 

do X. dziekana Golańskiego i polectt mię jego uprzej- ''] 

mości. Sądzę jednjik, że i bez tój rekomendacyi, sama 
wrodzona łagodność i dobroć, malująca się wyi'aźnie 
na jego sędziwśj twarzy, zapewniłaby mi łaskawe 
przyjęcie. Był to już wówczas staruszek, lat około 
80 może mający, . nizkiego wzrostu, schylony, łysy, 
z długim białyni włosem po ski*oniach i z tyłu głowy, 
ale młody znać sercem, w spojrzeniu i uprzejmym 
uśmiechu, którym nas wchodzących przywitał. Gdy 
mu zaś p. Kukieł powiedział, że jestem synem sąsia- 
dów i przyjaciół państwa Spitznaglów, a nadto dodał 
od siebie, że piszę wiersze: twarz staruszka przybrała 
wyraz prawdziwie ojcowski, i chociaż tonem wesołego 
żartu ostrzegał mię niby o niebezpieczeństwach manii 
wiei-szowania, cytując między innemi ^wiersz ze SduM 
Rymotwórczej Dmochowskiego: 

„że w sztuce niebezpiecznej odlewania wierszy, 
„Musi ten być ostatni, kto nie będzie piśrwszy;** 

widać było jednak wyraźnie, że chciał mię raczój za- 
chęcać niż zrażać, skoro tylko, jak się wyraził, czuję 
w sobie Bożą iski^ę talentu, i bylebym zawsze tylko 
ten talent ku czci i chwale Bożój, a ku pożytkowi bli- 
źnich obracał. Kiedy zaś w dalszśj z tego względu 
rozmowie, do której sam mię ośmielił, kazawszy usiąść 
przy sobie, dałem mu do poznania, że dzieło jego 
„O Wymowie'' czytałem, i gdy wewnętrzne uczucie 
wdzięczności odbiło się też może na twai'zy i* w sło- 
wach moich: wizyta, którój tak się lękałem, skończyła 



90 

się nai'eście na tśm, że dobrotliwy staruszek nie tyl- 
ko mi żądanego pozwolenia nie odmówił, lecz nadto, 
żegnającego go po synowska, sam tóż prawdziwie jak 
ojciec uścisnął, i jak kapłan pobłogosławił. Było więc 
czśm się pocieszyć, po wczorąjszój dekonflturze; i dziś 
jeszcze, po sześćdziesięciu już prawie latach od tćj 
chwili, miło mi jest oddać w tych słowach hołd nale- 
żnśj czci i wdzięczności, jego iście świętśj pamięci. 

Tym sposobem zaraz nazajutrz zasiadłem już 
jako uczeń w sali lekcyjnśj wydziału literackiego, naj- 
przód na lekcyi łacińskiój literatury Groddka, o go- 
dzinie 2-giśj po południu, a następnego dnia o godzi- 
nie 5-t6j, na lekcyi literatury polskićj Borowskiego. 

Na tę to ostatnią zwłaszcza gotowałem się jak 
nowo-zaciężny żołnierz na piśrwszą bitwę, którśj za- 
równo pragnie, jak boi się razem. Byłem już przed- 
tśm raz na niój, pod opieką Prejenta, bawiąc z ojcem 
w Wilnie na wiosnę, i trzebaż że właśnie trafiłem na 
dzień przeznaczony w tygodniu, (sobotę), na odczyty- 
wanie i roztrząsanie publiczne przez professora ćwiczeń 
uczniów, przed tygodniem złożonych, i zwykle przez 
nich w tym celu co tydzień, w sobotę także, na ka- 
tedrze professora składanych. Nie był to obowiązek 
konieczny, lecz otwarta dla wszystkich droga, ażeby 
mogli w ten sposób względem prac swoich, wiei-szem 
czy prozą, zdania professora zasiągnąć i o nitim się 
nawzajem dowiedzieć. To, co wtedy słyszałem, stało 
się. dla mnie jakby głównym przedmiotem marzeń mo- 
ich i nadziei na przyszłość; to jest, wzbudziło nadzwy- 
czajną ochotę, aby tśż kiedyś zaszczytu podobnego 
roztrząsania dostąpić, ale przytśm i nadzwyczajną oba- 
wę, jak mi się ta straszna próba powiedzie. Borów- 



91 

ski bowiem, jako publiczny ki^ytyk z obowiązku, nie 
odznaczał się wcale łagodną jpobłażliwością; słynął 
owszem jako nazbyt surowy, acz sprawiedliwy, i co 
gorsza, nie szczędził nawet dowcipu i ironii, przez co 
nieraz, (jak sam byłem świadkiem naówczas), śmiech 
ogólny w słuchaczach obudzaJ:. Prawda, że nie wy- 
mieniał wtedy nazwiska autora; i nie wymieniał go 
nawet nigdy przy zwyczajnśm roztrząsaniu ćwiczeń, 
chyba że' które z nich w oczach jego zasługiwało na 
tak wysoką pochwałę, że jako największy jój dowód, 
po odczytaniu go w całości publicznie, głośno w końcu 
i podpis autora przeczytał. Ale zaszczyt to był tak 
rzadki, że stanowił epokę w kursie, i tradycyą z roku 
na rok w pamięci uczniów przechodził. Łatwo pojąć, 
że o podobnym, ani nawet marzyć nie śmiałem. Cale 
moje życzenie ograniczało się na.tćm, aby nie doznać 
wstydu i upokorzenia, choćbym je tylko miał odczuć 
sam w sobie. Postanowiłem jednak spróbować szczę- 
ścia co najprędzśj, i zaraz w piśrwszą sobotę, po- 
leciwszy się najpi-zód, na nieszporach w Osti'śj Bra- 
mie, Wspomożycielce słabych a Ucieczce grzesznych, 
złożyłem na katedrze, przed przyjściem professora, 
w stosie innych i moje ramotę, Był to przekład po- 
czątku IX xięgi Eńeidyf obejmujący co najmniój część 
jój czwartą, przed rokiem już napisany w Borunach. 
Wybrałem go tćż właśnie na początek dla tego, że 
miał za sobą zdanie tamecznego professora wymowy 
i kolegów, a co największa, pochwałę z ust samego 
X. Wizytatora — chociaż to potśm wyszło mi tak na złe. 
Tydzień przeszecU niepostrzeżenie w oczekiwaniu 
przyszłśj strasznój soboty. Zacząłem tśż ją od wy- 
słuchania primaryi w Ostrój Bramie, i na kwadrans 



92 

przed 5-tą zasiadłem miejsce moje w ławce, jak delin- 
twent przed tiybunałem. Na katedrze leżał już stos 
ćwiczeń przeszło-sobotnich, przez bedela wprzód za- 
pewne przysłanych, a obok niego szykował się nowy, 
do którego ja także najnowszy już mój utwór dodriem. 
Tymczasem w stosie poprzednim śledziłem pilnie 
okiem rękopismu mojego, i odkryłem go łatwo po zie- 
lonym papierze, na którym był napisany. Leżał pra- 
wie w połowie, stosu, który się składał z kilkunastu 
ćwiczeń. Professor wszedł i zasiadł na katedrze z twa- 
rzą sui-ową jak Minos, a serce we mnie aż mdlało ze 
strachu. Sąd tóż o piśrwszych ćwiczeniach, które le- 
żały przed mojśm, nie przyczyni się wcale do ośmie- 
lenia mię i uspokojenia. Każdego wprawdzie odczy- 
tywrf tytuł, ale o jednóm tylko prozą wyraził się nieco 
obszemiśj, wykazując niektóre zalety, ale więcśj je- 
szcze usterków, tak w układzie treści, jak w stylu. 
Wszystkie inne po kilku słowach odkładał obojętnie 
na stronę, co znaczyło, że niewarte rozbioru. Pi-zy- 
szła kolej nakoniec i na papiór zielony; ale jakże się 
przeraziłem, gdy go professor, nie czytając nawet ty- 
tułu, położył także na boku, tylko że nie razem z tam- 
temi; nie wiedziałem co to ma znaczyć, i ze drżeniem 
czekałem końca. Wszystkie następne ćwiczenia były 
już pisane wierszem. Professor w ogólności był dla 
nich łaskawszy. Z każdego prawie odczytał po kilka 
strof, albo wierszy, i robiąc nad niemi uwagi, chwaląc 
lub ganiąc, resztę ich treści swemi słowy domawiai. 
Nakoniec przejrzawszy ostatnie, wziął znów w rękę 
papiśr zielony. Struchlałem. Professor przeczytał ty- 
tuł, i zaczął czytać zwolna wiersz po wierszu, żadnych 
uwag nie czyniąc nad niemi. Z tonu atoli głosu mo- 



93 

glem odgadywać wyraźnie, że wskazywał usterki, lub 
szczególniejsze zalety wyrażenia; i tych ostatnich in- 
tonacyi, zdało mi się, że było więcśj niż piśrwszych* 
Czek8J:em więc rychło przestanie; ale on nie przestał 
bynajmniój, aż wszystko do końca przeczytał. Cała 
sala słuchała ciekawie, ja sam nie wiedziałem co my- 
śleć. Wywiódł mię wnet z tśj niepewności, najprzód 
ogólną pochwałą, a potom podnoszeniem kilku miejsc 
lub wierszy pojedynczych, które musiał mióć pozakre- 
ślaąe, bo je znajdował łatwo i powtórnie odczytał. 
Przyszła w prawdzie kolej i na usterki, ale tych było 
w porównaniu niewiele, i całość wyszła z próby zwy- 
cięzko. Professor tak dalece posunął swoje łaskawość, 
że mówiąc o tłómaczeniu Eneidy przez Dmochowskiego, 
który właśnie tych xiąg ostatnich nić miał już czasu 
dokończyć, radził bezimiennemu autorowi ćwiczenia, 
ażeby on przedsięwziął tę pracę; gdyż sądząc z obe- 
cnśj próby, wywiązałby się może lepiśj z zadania, 
niżeli owoczesny kontynuator przekładu Dmochowskie- 
go, ** (x. Jakubowski jeżeli się nie mylę), któiy już po 
jego śmierci te xięgi ostatnie przełożył. Nie ochło- 
nąłem jeszcze z podziwienia, gdy na ukoronowanie 
dzida, professor moje nazwisko, z obudwóma imionami 
wymienił. 

Czytałem gdzieś, że piórwsze wrażenie wielkiój 
radości, podobne jest do uczuda boleści. Prawdy te- 
go doświadczyłem wtedy na sobie. Zaćmiło mi się 
w oczach, zadzwoniło w uszach, i mało brakowało, 
żem się nie rozpłakał. Pamiętam to jakby wczora^ 
bo jest to jedna z chwil najważniejszych wmśm życiu, 
i która tóż może na nie wpływ najważniejszy i sta- 
nowczy wywarła. 



94 

Ośmieliwszy się wreśeie spojrzeć w koło siebie, 
spotkałem wszystkich oczy obrócone na mnie; bo z je- 
dnśj strony Prejent, z drugiśj Oleś Chodźko, powsta- 
wszy, palcami mnie wskazywali drugim. Panienka 
chyba, która kiedy na balu czuła się celem głównym 
wszystkich spojrzeń, będzie mogła zrozumieć i uwierzy, 
gdy powiśm, że ta piśrwsza oznaka, i jużciż sympto- 
mat sławy, nie tylko mię nie ożywił, ale owszem przy- 
gniótł do reszty. Przy wyjściu dopiśro z sali, gdy 
Oleś Chodźko publicznie uścisnął mię i ucałował, a Fre- 
jent, tryumfujący widocznie, przedstawił mię kilku 
starszym, którzy mię bardzo uprzejmie i życzliwie 
przyjęli: zrozumiałem, co za odmiana stała się raptem 
w położeniu mojóm, i jak innym wychodzę, niż wsze- 
^em do sali. Jak zaś szybko ta piórwsza sława moja 
rozeszła się pomiędzy kolegami i po za obręb litera- 
ckiego nawet wydziału, miałem nie dalój jak w przyszły 
poniedziałek nader wymowny i nadzwyczaj miły mi do- 
wód, a który ujść też może za jeden z charakterysty- 
cznych rysów ówczesnego stanu i nastroju stosunków 
koleżeńskiego życia pomiędzy uniwersytecką młodzieżą. 

Ojciec umieścił mię w Wilnie, nie pod władzą 
albo dozorem, ale wprost pod koleżeńską opieką star- 
szego wiekiem ode mnie, pana Antoniego Odi'owąża 
Kamińskiego, niegdyś ucznia, a potom guweraera 
emeryta w szkołach Boruńskich, a który, od trzech 
już lat będąc w uniwersytecie, używał tam ogólnego 
szacunku i sposobił się na nauczyciela w gimnazyum, 
w przedmiocie nauk flzyczno-matematycznych; tymcza- 
sem zaś wykładał u siebie w domu prywatne koiTe- 
petycye dla uczniów tegoż wydziału, co stanowiło 
sposób jego utrzymania. Uczniowie ci więc codzień, 



95 

o 6-tej godzinie rano, schodzili się zwykle do niego, 
i już przez to^ że mi spać nie dawali, nie byli dla mnie 
zbyt miłymi gośćmi. Ale gorzój, że jeden z nich, 
Herknlian Abramowic^s, istny. Herkules ze wzrostu 
i s3y, powziął jakąś szczególną, nie wićm czy sympa- 
tyą czy antipatyą ku mnie, tak, że całując niby i pie- 
szcząc, porywał mię gwałtem z łóżka, i obwinąwszy 
kołdrą, nosił po pokoju jak dziecko. Nie podobało mi 
się to strasznie, ale że się nie mogłem obronić, czułem 
iżbym się narazU: na śmieszność, gdybym się próżno 
chciaJ: szamotać i gniewać. Udawałem więc, że biorę 
to za dobrą monetę, to jest za wesoły żart przyjaciel- 
ski, ale w gruncie duszy postanowiłem, że jeśli to tak 
tiużój trwać będzie, napiszę do ojca prosząc, ażeby 
mi pozwolił wybrać sobie inne mieszkanie. Tymcza- 
sem w rzeczony poniedziałek, Herkulian przysze^szy 
jak zwykle, siada przy mnie bardzo przyzwoicie na 
łóżku, i całując mię w czoło, powiada:— „Wybacz, 
Edwardku, jeśli może naprzykrzałem się tobie. Nie 
wiedziałem, że ty taki poeta. Więcćj już tego nie 
będzie; ale zostańmy zawsze dobrymi przyjaciółmi!"— 
Wyznaję, że mi to oświadczenie sprawiło większą może 
radość, niż sam trjrumf w sali; bo uwolniło mię od 
prześladowania, i zjednało życzliwość kolegi, z któiym 
odtąd, do końca jego życia, istotnie w dobrych zawsze 
byliśmy stosunkach. 

Ale mówiąc już o tych piśrwszych moich poety- 
ckich tryumfach, nie mogę tóż zamilczóć i o następnśj 
sobocie, tśm bardziśj, że od nićj to właśnie rozpoczęło 
się moje prawdziwe ćwiczenie się w „sztuce odlewania 
wierszy," pod przewodnictwem i bezpośrednim kierun- 
kiem Borowskiego, któremu, wyznaję z wdzięcznością, 



96 

że pod względem formy zewnętrznój, najwięcśj, jeżeli 
nie wszystko zawdzięczam. 

Otóż następnśj soboty, przyszedł z kolei pod ro- 
zbiór professora wiersz mój pod tytułem ,, Wiosna," 
zawierający przeszło dwieście wierszy, a będący wier- 
nóm naśladowaniem maniery i tonu Delilla, którego 
byłem wielkim wielbicielem, wraz z całą literacką pu- 
. bacznością naszą ówczesną. Pamiętam dotąd parę 
wierszy z niego, które tu jako próbkę przytaczam: 

„Wiosno! posłanko Nieba! eo tchem Archanioła 
Budzisz z martwych naturę i ziemię! Któż zdoła 
• Dary twoje policzyć, piękność wyobrazić? 
Ach! czuć je tylko można, ale nie wyrazić." 

Wiersze te były, jeżeli nie ostatnie, to przynajmniśj 
blizMe już końca; gdyż po nich to professor, odczyta- 
wszy wprzód głośno, nie per exłenso, ale wyjątkami 
wiersz cały, powtóniie imię moje wymienił, i dodał: 
„Proszę autora, aby sam przyszedł do mnie do domu 
po odebranie swego rękopismu." 

Stawiłem się " więc zaraz nazajutrz, po mszy, 
o południu, a przyjęcie jakiego doznałem, zawsze do- 
tąd przypominam z wdzięcznością. Borowski zdawał 
się być zadziwiony, znajdując mię tak młodym, i że 
przybywam ze szkół Bazyliańskicli, Boinińskich; wno- 
sił bowiem, nie wióm dla czego, że muszę być z Win- 
nicy albo ze Świsłoczy, gdzie rzeczywiście literatura 
polska i łacińska wykładały się podobno najlepiśj. 
Rozpytywał mię więc szczegółowo o nauczycielu moim 
wBoinmach, i na jakich się wzorach mianowicie kształ- 
cUem; przyczóm sam zalecił mi zwłaszcza wczytywa- 
nie się wKochanowskich i Trembeckiego, dla przejęcia 



97 

się siłą, jasnością i jędruością języka i stylu. Na- 
koniec, po godzinnśj przeszło rozmowie, darował ini 
exemplarz ^Przemian'* Owidyusza, tłómaczenia Żebro- 
wskiego, które sam świeżo był wydał, i tonem życzli- 
wości ojcowskiśj powiedział przy pożegnaniu: ^Nie po- 
dawaj mi już swoich robót razem tam ze wszystkimi, 
ale jak co napiszesz, to sam przynieś do mnie;** — 
i wskazał .mi przytśm godzinę, o którśj mogę to czy- 
nić. Wyszedłem upojony radością i wdzięcznością, 
która się wzmogła tern bai'dziój, kiedy się dowiedzia- 
łem od starszych kolegów, że Borowski zazwyczaj nie 
był tak przystępny, i że tylko wyjątkowym sposobem 
przygarniał tak niektórych, gdy w nich wyższe upa- 
trywał zdolności. Połechtana więc przez to moja mi- 
łość własna stała się dla mnie, obok serca, nowóm 
ogniwem przywiązania, które szczerze ku niemu po- 
wziąłem, a które on widać oceniał, kiedy wki^ótce co- 
raz to częściśj kazał mi przychodzić do siebie, i prócz 
roztrząsania wraz ze mną każdój nowśj mojśj roboty, 
(na co nieraz z największą cierpliwością po parę go- 
dzin czasu poświęcał), zaczął mię używać do przepi- 
sywania na czysto z brulionu własnych prac swoich, 
a zwłaszcza przeHadu wprost z hiszpańskiego Don- 
Kiszota, nad czśm już od lat wielu pracował. Samo 
to przepisywanie było już dla mnie niepospolitą nau- 
ką i szkołą; mogłem albowiem widzieć z brulionu, 
jai on surowo i ściśle sam siebie sądził i poprawiał, 
i jak przez te poprawki styl zyskiwałna jasności i wdzię- 
ku. Wprawdzie mógłbym tu dodać, jako odwrotną 
stronę medalu, że ta nazbyt pedancka chęć doskona- 
łości nie zawsze pożądany wydawała skutek; tak, że 
"Wspomnienie z przeszłości. 7 



98 

nieraz mnie nawet przepisującemu popx'awka zdawała 
się być gorszą od tego, co było piśrwśj, i zdarzało 
się nawet niekiedy, że gdy się ośmieliłem zwrócić na 
to uwagę autora, on sam uprzedni wyraz albo wyi*a- 
żenie przywrócił. 

Z tój tak wybrednśj surowości względem same- 
go siebie, łatwo można wnioskować, jakim ki'y tykiem 
był Borowski dla drugich, a mianowicie dlą uczniów, 
dopełniając przez to zarazem obowiązku nauczyciel- 
skiego sumienia. Nie zadawał on sobie wprawdzie 
tój pracy względem wszystkich zwyczajnych ćwiczeń, 
na katedrze w sali składanych; ale kiedy już komu 
kazał z niemi prywatnie przychodzić do siebie, to ten 
ktoś musiał mieć mocne nerwy i niezłomną do autor- 
stwa ochotę, aby wytrzymać i nie dać się odstraszyć 
przez torturalne próby, czyli raczój męki, na jakie 
go brał zwykle professor. Nie uniknęli ich prozaiści, 
ale najbiedniejszemi ofiarami byli mianowicie poeci. 
Dowiedziałem się późniój o tóm od innych, a zwłaszcza od 
Adama, ale kiedy to już sam najprzód z własnego 
doświadczenia odczułem. Wytłómaczyłem był jakąś 
odę, czy raczój dytyramb, z Jana Baptysty Rousseau. 
Tytułu już dziś nawet nie pamiętam; ale była tam ro- 
zmaitość miar wiersza, była harmonia naśladowcza, 
jednóm słowem obszerne pole do popisu, i byłem naj- 
przekonańszy że mi się to dobrze udało. Prayniosłem 
to więc na piśrwsze posiedzenie krytyczne, i nigdy 
nie zapomnę tój chwili. Professor kazał mi najprzód 
odczytać to głośno, i wysłuchał ciei^pliwie do końca, 
żadnój zgoła nie czyniąc uwagi. Że zaś z tonu tego 
czytania mógł wnosić, iż byłem zadowolony sam z sie- 
bie, sądzę, że chciał mi dać od razu nauczkę, abym tak 



bai'dzo nie iifał sam sobie. Nigdy już bowiem potśm, 
w cią^ lat kUka, nie okazał się ani tak srogim, ani 
nawet tak wymagaj ącj^m jak wtedy. Zamknął naj- 
przód drzwi na dwa spusty, wydobył z szafy oryginał, 
kazał mi usiąść obok^ i zasiadł sam z powagą, jak sę- 
dzia na trybunale. Zaczęła się prawdziwa anatomi- 
czna sekcya martwego ciała. Każdy wiei^sz pojedyn- 
czo, jak żyłka po żyłae, wyciągał się i ulegał ogląda- 
niu, w porównaniu z oryginałem; przyczśm nie tylko 
każde wyrażenie lub wyi-az, ale każdy przyimek lub 
zaimek, sam nawet zbieg brzmienia głosek, dostarczał 
krytykowi wątku, tak do oceny właściwości ich użycia, 
jak i co do ogólnych uwag w tym przedmiocie. Nie mogę 
wprawdzie powiedzieć, ażeby wszystkie one wypadły 
na moje niekorzyść; ale ogólny wszakże rezultat był 
ten, że to, co mi się zdało mojóm arcydziełem, zma- 
lało z przekonania w oczach moich własnych, do ro- 
zmiai'6w studenckiego ćwiczenia. I w tóm tóż to mia- 
nowicie była główna pedagogiczna zasługa i doskona- 
łość ki'ytycznśj metody Borowskiego, że z pedancką 
na pozór di'obiazgowością rozbierając szczegóły, umiał 
z nich zawsze wyprowadzić i wrazić w ucznia zasady 
ogólne, które sam on już potśm w potrzebie mógł do 
wszystkich prac swoich stosować. I wtedy tóż to 
chyba dopióro mógł ocenić z należytą wdzięcznością 
tę żmudną i zapewne uciążliwą pracę, którą wszakże 
pi-ofessor dobrowolnie sam sobie zadawał, aby w ten 
''^^osób, oprócz obowiązku płatnego, spełniać zarazem 
obywatelski względem przyszłój literatury oj czy stój. 
szyscy uczniowie Borowskiego, zaczynając od Mic- 
3wicza, którzy potom w zawodzie autorskim wy- 
wali, -przypisywali mu zgodnie tę zwłaszcza ścisłość 



100 

i jasność wyrażeń i stylu, zarówno w prozie jak w wier- 
szach, jaką się cała szkoła wileńska odznacza; — ale 
tśż i okupili ją wszyscy podobnśm do mojego męczeń- 
stwem. Gdyby to który z późniejszych romantyków, 
nie-litewskich zwłaszcza, musiał przechodzić za młodu 
przez podobne próby: wyniknęłoby ztądniezawodnie jedno 
z dwojga: alboby on pisać poprzestał, alboby go ludzie 
rozumieli. 

Wyjątkowa ta opieka i łaska, takiego jak Borow- 
ski professora, miała jeszcze i ten realny dla mnie 
w życiu koleżeńskiśm pożytek, że podnosząc mię nie- 
jako nad zwykły poziom pierwszoletnich) uczniów (mi- 
nimusów uniwersyteckich), zjedn^a mi pewien rodzaj 
powagi pomiędzy rówiennikami, zwłaszcza pomiędzy 
piszącymi wiersze, a ułatwiła przystęp do stai^szych. 
Frejent, lub Oleś Chodźko, pośredniczyli zazwyczaj 
w zabieraniu tych nowych moich znajomości; gdyż jak 
Frejent niegdyś w Boninach, tak Oleś był piśrwszym 
moim przyjacielem-poetą w Wilnie. 

Niedawno jeszcze, siostrzyczko, oglądałaś, pa- 
miętam, z ciekawością fotogi^afię jego, którą mi przy- 
słał w siedemdziesiątą piątą rocznicę swoich ui-odzin, 
jako professor Litei-atury Słowiańskiśj w Kollegium 
Fraucuzkiśm w Paryżu, z poważną białą brodą, jakby 
wschodniego mędrca, którą sobie w Persyi zapuścił, 
Ale wtedy był to wysmukły, kształtny, z delikatną 
panieńską cerą, i ładny jak panienka młodzieńczyk; 
i śmiało mógłby teraz powtórzyć o sobie słowa Ma- 
zeppy, w poemacie Byrona, gdy ten dawną swą mło- 
dość przypomina mówiąc: 

„I na czole, 
„Nim je zorały losu nawałnice. 



101 

^BrJa moc duszy; i oczy sokole 
„Umiały ogniem sypać na dziewice." 

A ja jeszcze dodam od siebie, że wcale nie oszczę- 
dzały tych iskier. 

Ojciec jego, Jan, stał właśnie podówczas na naj- 
wyższym szczeblu znaczenia, wpływu i obywatelskiej 
powagi w Litwie, jako Prokurator Massy EadziwiHo- 
wskiój, Prezes Wileńskiego Towarzystwa Dobroczyn- 
ności, zasłużony ui^zędnik, (przez wiele lat z wyboru 
obywateli piastujący ważny ui'ząd Prezesa Sądu Apella- 
cyjnego w Mińsku), i nakoniec jako Wielki Mistrz 
najgłówniejszśj naówczas w Litwie, za dozwoleniem 
rządu istniejącśj. Loży Masońskiój. Słynął tśż przy- 
tśm niemniśj. jako literat, autor i poeta. Wybierany 
był powielekroć przez Uniwersytet wizytatorem szkół; 
napisał znakomite dzieło p. t. „PUn Jan ze Śmśloczy^'' 
(treści obywatelsko-ludowój), i oprócz drukowanych 
powieści obyczajowych prozą, był autorem dwóch czy 
trzech tragedyi historycznych wierszem, (w guście 
fi-ancuzkim), które lubo nie drukowane, ki^ążyły jednak 
w rękopismach i wysoko były cenione. Prócz zaś wszy- 
stkich tych zalet i zasług, był to najprzyjemniejszy 
człowiek w towarzystwie, odznaczający się zarówno 
polorem wyższego świata, jak estety cznóm wykształ- 
ceniem i gustem, który tóż czynnie od młodu, nie tylko 
w miastach gdzie z kolei przebywał, ale nawet i po 
wsiach w całój prowincyi rozszerzał. Działo się to 
zaś mianowicie za pośrednictwem teatrów amatorskich, 
ire on, tak w możniejszych domach prywatnych, jako 
; po różnych mniejszych miasteczkach, gdzie się 
mniejsza publiczność w pewnych porach roku zbierała, 
niezmordowaną gorliwością ui^ządzał, i sam w nich 



r 



102 

najdóskonalszyin był aktorem. W chwili, o którśj tu 
mowa, był on już w wieku podeszłym, a stale mie- 
szkając w Wilnie, dla obowiązków urzędu, nie prze- 
stał jednak być w niśm duszą towarzystw, dyrektorem 
zabaw publicznych i amatorskich teatrów, co rok pod- 
czas Ś-to Jerskich kontraktów, na dochód Domu Do- 
broczynności uiTiądzanych. 

Ale wi*acając do Olesia. Dawna przyjacielska 
zażyłość rodziców jego z domem pp. Spitznaglów, a na- 
stępnie koleżeństwo w szkołach i poezya, od dzieciń- 
stwa już ścisłym węzłem przyjaźni połączyły go były 
nawzajem z prayjacielem moim Ludwikiem. Ztąd tśż 
za przybyciem mojśm do Wilna, znalazłem się od razu 
w tym ich z sobą stosunku jak trzeci; ale wnet po- 
między mną a Olesiem okazał się pewny punkt zje- 
dnoczenia, który pomiędzy nami a Ludwikiem nie istniał. 
Punktem tym była sentymentalność sercowa, czyli, jak 
już ją śmiało nazwać tu mogę, romantyczna; gdyż zjśj 
to właśnie powodu, piórwszy raz może od Olesia posły- 
szałem ten wyraz: romantyczność. Uczucie to samo przez 
się znane mi już było zaprawdę, tak z romansów, któ- 
re czytałem, jak po części i z doświadczenia własnego, 
znając tyle siostrzyczek Boruńskich kolegów; ale Oleś, 
jako wychowaniec miasta i poetycznego domu swego 
ojca, a zwłaszcza jako ulubiony uczeń Tomasza Zana, 
pod którego opieką i przewodnictwem mieszkał właśnie 
wtedy osobno, wraz z dwoma starszymi braćmi; Oleś 
znał je teoretycznie, i to podług teoryi, którój tenże 
Zan, jako „ Arcj/" Promienistych, był twórcą i krzewi- 
cielem między całą uniwerj^łecką młodzieżą. 

Podług tedy tśj je^b teoryi: Piękność, Czułość, 
Niewinność, trzy naji^iękniejsze „prontiońki'' duszy 




103 

ludzkiej, świadczące o jśj Boskim początku, a utrzy- 
mane w catój swojój czystości, tworzą około kaźdój 
jakby i-odzaj atmosfery, czyli aureoli świetlanśj, która 
w zetknięciu się z drugą podobnąż, (mianowicie w sto- 
sunku duszy męzkiej z niewieścią, jak dwóch różnych 
elektiyczii03ci)j zlewa się wzajem w jedną wspólną 
tęczę, która i dla serc obu świat ten opromienia, i jak 
mitologiczna Irys, obie dusze powołuje ku Niebu, ku 
ostatecznemu celowi życia ludzkiego na ziemi. Tęcza 
ta— jest to Przyjaźń lub Miłość— ale miłość czysto 
duchowa; platoniczna, jak się zwała naó wczas, nim ją 
potom na romantyczną przechrzczono. 

Teorya ta od razu trafiła mi do serca i do prze- 
konania, a kazuistyczne stosowanie jój do praktyki, 
(ma się rozumieć w myślach tylko i wyobraźni), stało 
się odtąd niewyczerpanśm źródłom i ulubionym te- 
matem rozmów naszych z Olesiem, a wkrótce i z wielu 
innymi, których za pośrednictwem jego poznawałem. 
Byli to pospolicie szkolni jego koledzy, rówiennicy 
nasi i poeci, którzy tóż cześć Amora ze czcią Muz 
nierozdzielnie łączyli, chociaż nie wszyscy może wraz z na- 
mi, ó względy iłaskę u niego, nie przez matkę, (Wenus), 
ale przez żonę, (Psyche), starać się raczój zamierzali. 
Ludwik w tych pogadankach naszych nigdy chętnie 
nie brał udziału, a wciąż heroicznemi marzeniami za- 
jęty, jątrzył się owszem i oburzał na nas, że częściśj 
o bohaterkach ni* o bohaterach mówimy, i przez to, 
zwykłym skutkiem ducha przekory, nieraz nam jak 
^^wy do ognia dolewał. Wy rodziły się ztąd coraz 

gęstsze i coraz upodobańsze konferencye koleżeńskie, 
kształt Boruńskich, tylko że zwyczajnśm ich polem 

rła nie już wiejska studencka izdebka, ale albo cienista 



104 

altana u stóp Góry Zamkowój, w ogi^odzie pp. Spitz- 
naglów, albo dach płaski na lodowni w icli domu, nad 
samym prawie spadem wód szumnśj Wilenki, z upu- 
stów tak zwanego Królewskiego Młyna, Sama już ta 
zmiana sceny była jak gdyby piórwszym widomym 
symbolem przejścia myśli i wyobrażeń naszych — 
a przynajmniej moich— od klassycyzmu, do romanty- 
cznośd. Jak albowiem w Borunach Biada i Eneida, 
tak tu już poemata Byrona i Walter-Skota, weszły 
jak nowe gwiazdy na horyzont myśli, marzeń i wy- 
obraźni mojśj. O imionach ich nawet nie słysza- 
łem był jeszcze w Borunach. Oleś piórwszy zacz^ 
mi mówić o nich, i piórwszy z biblioteki ojcowskiśj 
pożyczał mi tom po tomie dzieła Byi^ona, w tłómacze- 
niu francuzkióm prozą, które ja nieraz, niestety, na 
lekcyi nawet Prawa Rzymskiego, uki^adkiem pod ławką 
czytywałem. ^• 

Nie zbywało mi jednak w tymże czasie i na po- 
dnietach do poważniejszego myślenia, Frejent, nie po- 
przestając na zarekomendowaniu mię starszym w sali 
lekcyjnój, powiedział mi, iż jest potrzeba, abym się 
im bliżój dał pozhać, i sam obiecał byó mym prze- 
wodnikiem. Wiedziałem już, że nie jest w obyczaju 
studenckim oddawać sobie wzajem ceremonialne wizyty; 
domyśliłem się więc, że musi być w tóm cel inny. 
i zdałem się całkiem na niego. Zaczął najpiórwój od 
Zana i Czeczota, których już na wiosennój majówce po- 
znałem. Wiadomo ci zkądinąd, siostrzyczko, o prze- 
ważnym wpływie obu tych ludzi na ówczesną uczącą 
się młodzież, a przez to na całe pokolenie, jeśli nawet 
nie na pokolenia następne. Ale ciekawy bardzo je- 
stem, czemuby go przypisał nowomodny dzisiejszy 



,.._.j 



105 

historyk-pozytywista, odrzucający w ludziach duszę 
i natchnienie, a nad nimi Opatrzność i Łaskę? Co do 
mnie, uważam go za najpiękniejszy owoc połączenia 
historycznych tradycyi ducha, z plemiennym tempera- 
mentem i charakterem miejscowym, to jest ducha mi- 
łości i ofiary, z prostotą i pokorą serca. A nie wa- 
hjd:bym się też dodać, że na oba te ostatnie uczucia, 
albo raczój przymioty, największy wpływ miały szko- 
ły duchowne, w których sam już kapłański stan na- 
uczycieli, zarówno nauce jak władzy, nadawał w oczach 
uczniów religijny, ojcowski charakter, i usposabiał ich 
pi-zez to samo do wzajemnój pomiędzy sobą, jakby 
rodzinnój, braterskiśj miłości. Usposobienie to, teorya 
Zana zamieniała w główną zasadę i powinność życia, 
ukazując wnićm zjednśj strony tradycyjną spuściznę 
przeszłości, z di-ugiój, jedyną rękojmię szczęśliwszego 
losu na przyszłość.— Ale nie tu jest miejsce mówić 
o tern szerzój. Poezya i stosunki moje z poetami, to 
cel wyłączny i program niniejszych opowiadań; i mu- 
szę to przypominać i powtarzać sobie co chwila, ażeby 
na dygressye nie zbaczać. 

Ale i pod tym względem, to jest, uważani jako 
poeci, Zan i Czeczot trzymali wówczas pierwszeństwo 
pomiędzy uniwersytecką młodzieżą; i w nich to, a mia- 
nowicie w Zanie, było jakby piśrwotne źródło tego 
nowego ducha i kierunku, który się potom przez Ada- 
ma, i pod nazwą Roniantycznoid, w poezyi naszśj ro- 
zwinął. Nikt, ani oni sami, nie wiedzieli natenczas 
,óm; i dopióro w wiele lat późniĄj, sam Adam przy- 
ił im i wyświecił piórwszy tę ich zasługę, mówiąc 
mną o wpływie ich na niego w piórwszych latach 
)ytu w uniwersytecie. Rozmowę tę powtórzyłem 



106 

Chodźce Ignacemu w jednym liście z podi^óży, pisanym 
do niego, a on to pierwszy di-ukiem w swoich j^Dwóch 
Konwersaq/ach^ ogłosił. Pan Juljan Bartoszewicz wziął 
to ztamtąd dosłownie, i nie wymieniając źródła zkąd 
bierze, w swojój ^Hisłoryi Literatury^ powtól'zył. Od- 
tąd w ślad za nim powtarzają drudzy; a więc i ja tu 
raz jeszcze, dla ciągu niniejszego opowiadania, powtórzę. 
Zastęp poetów, to jest piszących wiersze, jak 
ich nazywano powszechnie, był w owym czasie bai'dzo 
liczny w Litwie. Śmiało możnaby twerdzić, że nie 
było szkoły, któraby nie wydała jakiego laureata. 
Tylko, że jak ochota do pisania wiei-szy nie zawsze 
łączyć się zwykła z ochotą do nauki i pracy, tak tóź 
i większa połowa tych samorodnych synów Apollina, 
usypiała na wieki na swych laurach szkolnych, lub co 
najwięcśj, słynęła jeszcze czas jakiś w granicach swe- 
go powiatu, śpiewając przy gitarze czułostki panien- 
kom, albo rubaszne piosenki przy kielichu z palestrą, 
stanowiącą naówczas ognisko intelligencyi po wszy- 
stkich * powiatowych stolicach. Ci zaś, co ze szkół 
udawszy się na uniwersytet do Wilna, aspirowali do 
szerszych na tóm polu sukcessów, szli zwykle ślepo 
drogą panuj ącój mody, tłómacząc lub naśladując poetów 
fi^ancuzkich. Sam Adam nie stanowił wyjątku. W No- 
wogródku wierszował z prozy polskiśj, (tłómaczenia 
Staszica), ustępy z „Niimy PompUiusza^ Floryana; 
a w piórwszych dwóch latach pobytu w uniwersytecie, 
pracował zwłaszcza, pod wpływem Borowskiego, nad 
wykształceniem stylu w guście Trembeckiego, już to 
przerabiając na jego sposób niektóre bajki Lafontena, 
jłUż marząc o napisaniu, a nawet zacząwszy już pisać 
wielkie epos heroi-komiczne, p. t. „Kartofla,^ którego 



107 

część bohaterską stanowić miało odkrycie Ameryki, 
a część potoczną, gospodarstwo kartoflane w Litwia 
Nimby zaś sam na drodze własnego myślenia, zwła- 
szcza przy studyowaniu poetów greckich, dosze^ mo- 
że do zmiany pojęć swych i wyobrażeń: pan Tomasz 
mu bezwiednie pracę tę ułatwił, i ostateczny jej re- 
zultat przyśpieszył. A oto jak się rzecz miała: 

Zan także od dzieciństwa pisał wiersze w szko- 
łach; a lubo za przybyciem do Wilna oddał się nau- 
kom ścisłym i gorliwie się niemi zajmował, nie zanie- 
chał wszakże poezyi; tylko, że nie szukając z niój 
d:awy autorskiśj, nie dbał tóż o praepisy i wzory 
xiąźkowe, a będąc sam jakby uosobieniem serafi- 
ckiój miłości ludzi i świata, poezyą obrał za środek 
do wyrażania tych uczuć i natchnień swojego serca. 
Pisał więc co niemiara wierszy; najprzód do rozmai- 
tych panienek i panieneczek, którym na wszystkich 
pensyach w Wilnie rozmaite pi'zedmioty wykładał, 
a w każdśj z nich, zaczynając od Fdi i Weli, (królo- 
wśj jego my^li i jój przyjaciółki: Felicyi Micewiczó- 
wny i Eweliny Źborowskiój), w każdój jakiś szcze- 
gólny „promionek" doskonałości upatrywał i kochał; 
następnie zaś opisując dla zabawy bliższych przyja- 
ciół-kolegów różne swoje dzienne przygody, albo ser- 
deczne wrażenia, które im odczytywał zwykle na ze- 
braniach wieczornych, obok poważnych rozpraw i dy- 
sput naukowych. Adam z- początku nie wiele do nich 
przywiązywał wagi, nie widząc w nich ani sztuki, ani 
— pracowania. Aż nakoniec razu jednego pan To- 
sz napisał elegię na odjazdjednój ze swoich pięknych 
syjaciółek i uczennic, z którą przez cały rok, w nie- 
:iele i święta, spotykał się na obiadach u wspólnych 



mHk- 



108 

przyjaciół, gdzie już resztę dnia zwykle przepędzali 
razem. Treścią tśj elegii było zwłaszcza wspomnie- 
nie różnych gier i zabaw towarzyskich, w tonie raczój 
wesołym niż tkliwym, ale jednak tak delikatnie wy- 
dającym rzewne i głębsze uczucie: że Adam, który, 
(według własnych słów jego), „nie sądził, aby w po- 
tocznych szczegółach rzeczywistego życia mogło być 
tyle skarbów poezyi;** raz piśrwszy zwrócił myśl 
i uwagę, nie tylko już na szukanie „prawdy w poezyi, 
ale i poezyi w prawdzie," to jest, w szczegółach rze- 
czywistego, codziennego życia. A że właśnie naten- 
czas, chodząc już na wydział filologiczny, (bo rok 
piśrwszy był na matematyczno-fizycznym), uczył się 
i zaczynał czytać po gi'ecku i po niemiecku; więc i we 
wszystkich arcydziełach w obu tych językach zaczai 
szukać i dopatrywać tego pierwiastku; aż nakoniec 
doszedł do przekonania, że jemu to one właśnie i wiel- 
kość swą i nieśmiertelność są winne. Homer i Goethe 
mianowicie stali się ulubionymi jego pod tym wzglę- 
dem mistrzami. Elegię zaś pana Tomasza tak ciągle 
nosił przy sobie, że mu się aż zszargała w kieszeni. 
Następnie razem z Czeczotem, gorliwym zbieraczem 
i naśladowcą piosnek gminnych, zaczęli w nich szukać 
wskazówek uczuć, pojęć, zwyczajów i obyczajów ro- 
dzinnych; co wszystko owoczesna poezya xiążkowa 
całkiem w sobie była zatarła. 

Takie były pićrwsze początki kierunku romanty- 
cznego w Wilnie, Żadne cudze pisane teorye nie 
wpływały na ten pierwszy zwrot jego, chociaż go pó- 
źniśj rozjaśntty i wzmogły. W chwili, o którój tu 
mowa, był on już zakreślony wyraźnie, ale jeszcze 
nie zapanował powszechnie. Nastąpiło to wkrótce 



bAECfiUfl 



109 

samo przez się, pod wpływem poezyi Adama, bez ża- 
dnej polemicznej walki, i bez niczyjego szczególnego 
w tym wzg:lędzie apostolstwa* 

Ani Zan, ani Czeczot, naprzykład, mówiąc o poe- 
zyi ze mną, jako proklamowanym już przez Borow- 
skiego terminatorem cechu, nie mówili o niój zgoła 
jako o sztuce, ale najmęeśj o moralnych obowiązkach 
poety, tak pod względem kształcenia jak i używania 
talentu. Inni stai'si, jak Jeżowski, Kowalewski, Ma- 
lewski, i t. d., którym z kolei przedstawiany byłem, 
po^narzali słowo w słowo to samo, albo mnie brali 
widocznie na egzamin, co ja sam w tym przedmiocie 
myślałem. Przewodnikiem zaś moim do tych innych 
starszych, był nie już Frejent, ale Ignacy Domeyko, 
który od piei-wszśj chwili przybycia mego do Wilnaj 
pamiętny obietnicy danój ojcu mojemu, otoczył mnie 
protekcyjną, jat brat stai'szy, opieką, i zapoznawszy 
najprzód ze swoimi braćmi, wtajemniczał powoli w dal- 
sze ze stai-szymi stosunki. Wki'ótce atoli pod tym wzglę- 
dem przewodnictwa i opieki nade mną, główne i najwybi- 
tniejsze stanowisko zajął Czeczot, i to tak dalece, że 
nie tylko sam się poczułem wybranym ulubieńcem jego, 
jak był nim Oleś dla pana Tomasza; ale i między ko- 
legami, u których Czeczot od dawna miał już przy- 
domek Mentora, nadana mi została nazwa Telemakay 
która, jak nazwa Beniaminka w Borunach, zastąpiła 
z czasem ogólnie familijne moje nazwisko. 

Była to dla mnie okoliczność tak ważna, tak 

la w następstwa, tak szczęśliwa i niespodziana, że 

-. mogę zamilczeć szczególniejszój przyczyny, która 

to szczęście zjednała. A poczuwam się w tóm nawet 

pewnego rodzaju obowiązku, gdyż sam wnajgłębszóm 



110 

przekonaniu własnśm, mam to za bezpośrednie zrzą- 
dzenie Opatrzności; i to w skutek wysłuchanej modK- 
twy. Dla ciebie samśj, siostrzyczko, i dla serc ta- 
kich jak twoje, nie będzie to zapewne ani rzeczą dzi- 
wną, ani nową; że zaś, jak łatwo przewidzieć, poda 
może temat do szyderstw pseudo-mądrym i niby mo- 
dnym doktorom tak zwanśj filozofii dzisiejszej: pra- 
gnę owszem oświadczyć przy tśj sposobności, że na- 
wet same proste obelgi z ich strony, jakie nieraz 
mnie już spotkały, nie za krzywdę lub obrazę dla 
siebie, ale raczój za zaszczyt uważam. 

Otóż, jak niegdyś w piórwszych dniach pobytu 
w szkołach, tak tśm bardziśj w nowóm nieznanćm 
mieście, trapiła mnie z początku niewypowiedziana tę- 
sknota po domu i rodzicach, którój wstydziłem się 
przed ludźmi, ale w sobie pokonać nie umiałem. W dzień 
zwłaszcza imienin matki, (15 Października), będący 
razem dniem urodzin ojca, na który zawsze ze szkół 
przyjeżdżałem do domu, a teraz po raz pićrws:py prze- 
pędzałem go daleko od nich, tak się czułem osieroco- 
nym i smutnym, iż właśnie z tego powodu, biorąc to 
za złe jakieś przeczucie, rady w końcu dać sobie nie 
mogłem. Korzystając więc z xiężycowśj nocy, gdy 
już wszystko w mieście ucichło, poszedłem do Ostrśj 
Bramy, a czując się zupełnie samotnym, popuściłem 
cugle żalowi. W tśj chwili właśnie Czeczot— (jak mi 
to sam we cztery lata późniój, przed ostatnićm roz- 
staniem w Wilnie, opowiedział)— wracając od Malew- 
skich, przechodzą przez Ostrą Bramę, a poznawszy 
mnie przy świetle xiężyca, lubo mi nie przerywał mo- 
dlitwy, powziął dla mnie ów życzliwy affekt, któremu, 
kto wiś, czy może nie najwięcćj zawdzięczam przyszły 



111 

mój stosunek z x\damein, którego Czeczot piórwszym 
był pośrednikiem; a niewątpliwie musiaJo to wpłynąć 
na skrócenie czasu mój próby, ua którą właśnie na- 
ówczas wystawiony byłem bezwiednie, 

W kilka zai-az bowiem dni potem ^ Czeczot we- 
zwawszy mnie przez Prejenta do siebie^ oświadczył 
mi, w swoim zwyczajnym mentorsko-żartobliwym tonie: 
że ponieważ Beniamlnek zdaje się byo dobrym chło- 
pcem; więc żeby się w złom jaki6m towarzystwie nie 
zepsuł, a owszem coraz bardziój rozwijał się w dobrom; 
na zai^ęczenie Domeyki i Prejenta, a po bliższóm pozna- 
niu przez innych, zostajeprzyjętym do grona tak zwa- 
nych „Miłośników Cnoty," (Filaretów), to jest do grona 
wybrańszych kolegów, połączonych pomiędzy sobą węzła- 
mi przyjaźni braterskiśj, a mających za cel wspólny 
i jedyny, dopomać sobie nawzajem w kształceniu się 
naukowóm i moralnóm, ażeby stać się kiedyś użyte- 
cznymi członkami społeczeństwa, i na szacunek i mi- 
łość bliźnich za życia, a po śmierci na zbawienie du- 
szy zasłużyć. W tym celu mają oni ułożone osobne 
prawidła, potwierdzone przez władzę uniwersytecką, 
I a tyczące się wyłącznie moralnego postępowania człon- 
I ków towarzystwa; gdyż wszelkie inne, a zwłaszcza po- 
jf lityczne ideje i cele, stanowczo przez nie usunięte zo- 
stają. Zobowiązanie się „pod słowem uczciwego czło- 
wieka," do ścisłego i sumiennego przestrzegania owych 
prawideł, które dał mi do przeczytania, było jedynym 
I warunkiem, wymaganym od nowo wchodzących. 

Uczyniwszy mu zadość ochoczo, i podziękowa- 
y serdecznie, d. 1 Listopada, to jest w dzień Wszy- 
ch Świętych 1820 r., zostałem rzeczywiście przyjęty 



112 

do grona, o któróm, możnaby twierdzić z pewnością, 
że Mickiewicz pamiętał w duszy, pisząc: 

„świętym jest na ziemi, 
»Kto umiał przyjaźń zabrać ze świctemi.* 
♦ 

Dzień 6w mojego pi'zyjęcia ważnym był nie 
tyljko dla mnie, ale i dla całego Błękitnego Orona, (tak 
się nazywało literackie), jako dzień piórwszego zebra- 
nia w nowym roku szkolnym; a co w dziejach rozwoju 
Romantyzmu w Wilnie, to słusznieby go można nazwać 
epokalnym. Frejent zalecił mi go zacząć od odbycia 
spowiedzi, jak niegdyś młodzi giermkowie w dzień 
przyjęcia złotej ostrogi; przyczśm on sam właściwie 
służył mi za kuma. Nad wieczorem przyszedł po mnie 
z Domeyką, i oba zaprowadzili mię do tegoż samego domu, 
w którym mieszkał Czeczot, tylko że nie wprost do jego 
mieszkania, ale do innój celi na tymże korytarzu. Cały 
ten dom albowiem był niegdyś klasztorem seminarzy- 
stów, a wtedy służył już tylko za mieszkanie wielu 
uczniom uniwersyteckim, zajmującym pojedyncze cele. 
Czeczot zajmował aż dwie, połączone z sobą, i właśnie 
stanowiące niegdyś mieszkanie X. Rejensa, którego 
obowiązek niejako Czeczot, nie de jurę ale de facto, 
nad wszystkimi młodszymi współlokatorami swymi wy- 
konywał. Cały ten dom ogromny, trzjrpiętrowy, (licząc 
po wileńsku), stał tuż obok katedralnój dzwonnicy. 
Zwalono go następnie dla zrobienia placu. 

W celi, do którśj wszedłem, czekał już jakiś 
młodzieniec, starszy wiekiem ode mnie, bardzo znaczącej 
i rozumnój twarzy, którego zdaleka tylko na lekcyi 
Groddka widywałem; a siedział tam w pierwszój ławce 
pomiędzy najstarszymi. Był to Mikołaj Malinowski, 



113 

znany później chlubnie jako historyk, a wtedy świeżo 
przybyły z Winnicy. Był w towarzystwie znajomych mi 
już przedtśm: Jana Wiemikowskiego i Feliia Kuła- 
kowskiego, poetów, a przytśm należących do rzędu 
najbieglejszych naówczas filologów. Ci więc zaznajomili 
nas między sobą, jako mających wspólnie obrzęd piśr- 
wszego wejścia i przyjęcia odprawić. 

Obrzęd to był niezmiernie prosty, równie jak 
lokal, w którym się odbywał. Piórwsza cela Czeczota, 
uprzątnięta z łóżek, ostawiona była dokoła przy ścia- 
nach prostemi drewnianemi ławkami, stołkami, lub ku- 
ferkami, na których zasiadali obecni. Dwa tylko po- 
rządniejsze ki'zesełka stały tuż przed stolikiem, wzno- 
szącym się w środku izby, na małóm podniesieniu, przy 
którym, także na ki'ześle, siedział Przewodnik grona, 
Józef Kowalewski, sławny późniój na cały świat oryen- 
talista, rektor uniwersytetu Kazańskiego, a nakoniec 
dziekan filologicznego wydziału w Szkole Głównój 
i w uniwersytecie warszawskim. Stolik ten oki^yty 
był kusym, wytai'tym dywanikiem, a całe oświetlenie 
składały cztery na nim świece łojowe po rogach. Żadna 
jednak najwspanialsza sala balowa nie sprawUa już 
nigdy na mnie podobnego wrażenia. Weszliśmy razem 
z Malinowskim, w towarzystwie naszych introduktorów, 
i kazano nam usiąść na owych dwóch próżnych krze- 
sełkach, za któremi owi nasi kumowie pozostali sto- 
jący, podczas całśj krótkiój przemowy, którą nas po- 
witał przewodnik. Treść jój była po prostu powtó^ 
mem prawideł, ze szczególnym wszakże naciskiem 
to, że cel stowarzyszenia nie ma mieć nic wspól- 
z polityką, i że celem stowarzyszonych ma być, 
Wspomnienie z przeszłości. 8 



114 ♦ 

nie rozprawianie o ustroju społeczeństwa, ale wprost 
kształcenie się własne na pożytecznych kiedyś jego 
członków. Wyi^azy uprzejmości braterskiśj i podanie 
nam ręki przez przewodnika zakończyły otozęd przy- 
jęcia; poczóm wszyscy obecni ruszyli się z miejsc 
swoich, i otoczywszy nas do okoła, witali i zapraszali 
wesoło do zajęcia obok nich miejsca przy ścianie. 
„Poefs ComeTy^ (kąt poetów), jak się Frejent wyi^aził, 
(robiąc alluzyą do tak zwanego miejsca w katedi'ze 
westminsterskiój w Londynie), był właśnie na kufer- 
kach pod piecem, gdzie ujrzałem od razu wszystkich 
znajomych mi juź z sal lekcyjnych kolegów, i sam 
między Olesiem i Frejentem zasiadłem. Malinowski, 
jako filolog, zabrał miejsce przy najznakomitszych, ja- 
kimi wówczas, prócz Kowalewskiego, byli: Józef Je- 
żowski i Jan Sobolewski. 

O! gdybym ci mógł przedstawić, siostrzyczko, 
jak sam zda się widzę przed sobą, na tych dwóch 
kuferkach pod piecem, szereg rzezkich, młodych chło- 
paków, od 16 do 20 lat wieku, ożywionych wzrusze- 
niem chwili, szeptających lub figlujących nawzajem: 
miałabyś przed oczyma cały młodszy ówczesny nasz 
Parnas uniwersytecko-wileński; bo Zan i Czeczot, jako 
dygnitarze i starsi, nie siedzieli* już przy nas pod 
piecem. Nikt zeń wprawdzie pegazem nie wyleciał 
bardzo wysoko. Niektórzy nawet zgaśli przed zabły- 
skiem; innym bui-za zwichnęła skrzydła; innym, jak 
mnie naprzykład, brakło sił do wyższego polotu. Ale 
co do zamiłowania i poczucia poezyi; co do zapału 
i odwagi, a nawet co do żądzy i nadziei chwały: to 
zdrój Kastalski wrzał w nich wtedy i tryskał jak 
szprudel w Karlsbadzie. I trzebaż, że ten dzień właśnie 



115 

mojego przyjęcia, jak dla umie, tak i dla wszystkich, 
był jakby zwrotnikowym punktem od klassycznój poezyi 
francuzkićj, ku nowo otwierającym się sferom z imienia 
ledwo jeszcze znanśj Romantycznosci. A strio się to 
w ten sposób. 

Po kilku minutacli przerwy, głos dzwonka prze- 
wodnika uciszył wesołe gwai^^, i zgromadzenie wróciło 
do poważnego nastroju. Zdano sprawę z posiedzeń 
gron innych j które się już były otwarły, tojestmniój 
więcój z ti-eści rozpraw lub ćwiczeń na nich czytanych. 
Poczóm Jeżowski, usiadłszy przy stoliku niżój prze- 
wodnika, odczytał niezbyt długą, ale wielce treściwą 
rozprawę o pożytkach, a więc i o potrzebie znajomości 
8tai'ożytnych języków, ażeby módz korzystać ze skarbów 
myśli, wiedzy i doświadczenia, zawaa^tych w literatu- 
rze greckiój i łacińskiśj. Dla aspirantów zaś do pai'- 
naskich laurów, mówca poti'zebę tę uważał za tóm 
konieczniejszą, że w poezyi zewnętrzna piękność formy 
i języka stanowi integralną część j6j uroku i siły dzia- 
łania, i że często sama treść rzeczy, choćby najwier- 
niój nawet powtórzona w przekładzie, tak nie może 
dać pod tym względem wyobrażenia o oryginale, jak 
owoc lub nasiona rośliny o kwiecie, z którego się wy- 
wiązały. Dla ułatwienia więc kolegom nauki rzeczo- 
nych języków, on. Jeżowski, i przewodnik Kowalewski, 
obowiązują się w ciągu całego szkolnego i'oku miewać 
dla nich bezpłatnie, po dwa razy w tygodniu, koiTC- 
petycye lekcyi Groddka, piśrwszy greckiój, drugi ła- 
iskiśj literatury. Nadto jeden i drugi, dla użytku 
cół wydziałowych, obiecują wydać, z ułożonemi przez 
bie komentarzami, piórwszy, wybór ód Horacyusza; 
agi, wybrane także Metamorfozy Owidyusza. Oświad- 



116 

czenie to i ofiarę przyjęto z zapaJem wdzięczności. 
Malinowski zaś powstawszy z miejsca dodał, źe i on 
tóż pragnie mióó ndział w tak szlachetnym i pięknóm 
przedsięwzięciu, i jako uczeń professom Jagiełły 
w Winnicy, poczuwa się na siłach do skomentowania 
w tenże sposób calój Eneidy Wirgiliusza. Szumna ta 
a niespodziewana zapowiedź nowego i nieznajomego 
kolegi, zwróciła nań uwagę ogólną, i od razu go z pod 
korca na świecznik opinii wyniosła. Niestety, dodać 
tu tylko potrzeba, że gdy Jeżowski i Kowalewski rze- 
czywiście i sumiennie we wszystkióm obietnice swoje 
spełnili, zamiar Malinowskiego, przez lat kilka pozo- 
stając zawsze tylko zamiarem, zgoła w końcu nie 
przyszedł do skutku. A stało się tak samo i późniój 
z różnemi jego projektami w przedmiocie prac histo- 
rycznych. Nie szczędził on trudu i pracy gdy szło 
o nabywanie skarbów nauki i wiedzy, i rzadko kto 
zebrał ich tyle. Ale gdy przyszło do zużytkowania 
ich, zwłaszcza na większą skałę, na jaką zwykle za- 
miaiy swoje rozeiągai: zawsze mu, nie wióm czy siły, 
czy tylko wytrwałości zabrakło. 

W dalszym ciągu rozprawy swojój. Jeżowski 
mówiąc o ubóstwie literatury naszój w przekłady 
z autorów greckich, wezwał w końcu uzdolnionych 
kolegów, aby dla dobra tójże literatury, niedostatek 
ten starali się zapełnić. On sam na początek oświad- 
czył, iż się zajmie przeldadem niektórych dzieł Platona. 
Kowalewski, który już miał przygotowany do druku 
przekład traktatu Longina „O Gómośd,^ obowiązał 
się do przekładu historyi Herodota; Kułakowski zaś 
i Wiernikowski, jako poeci, wybrali sobie do tłóma- 
czenia wiei'szem: piórwszy, komedye Arystofanesa, drugi, 



117 

ody Pindara. Nieprzewidziane, a niezależne od woli 
ich okoliczności, nie dozwoliły (m spełnić tego zamiaru, 
przynajmniój w całśj jego obszerności. Wyszły tylko 
na widok publiczny: wspomniany wyżdj traktat Longina, 
i niektóre Ody Pindara. Ale co gorsza, to że doko- 
nane już i przygotowane do druku prace, jak np. hi- 
storya Herodota i trzy komedye Arystofanesa, wytłó- 
maczone wzorowo przez Kowalewskiego i Kułakow- 
skiego, zaginęły bez śladu, w skutek nagłój śmierci 
tego ostatniego, któremu i Kowalewski, przed wyja- 
zdem swoim do Chin, poruczył do wydania w Peter- 
sburgu przekład swój Herodota. Zawsze jednak sam 
już ten zamiai' świadczy, jak nieświadome prawdy, 
jeżeli nie umyślnie ją fałszujące, były sądy niektórych 
pseudo-ki'ytyków warszawskich, obwiniające szkołę 
wileńską, z której właściwie wyszła Romantyczność, 

lekceważenie i poniewierkę starożytnśj literatury 
klassycznój. Śmiało owszem można powiedzieć, że 
żaden inny uniwersytet polski nie wydał ani tylu, ani 
takich j6j czcicieli i znawców. W najpićrwszym zaś 
ich rzędzie naówczas stał także i Adam Mickiewicz. 

1 trzebaż, że właśnie na tóm samśm posiedzeniu, 
o którćm tu mowa, jak gdyby symbolicznym zbiegiem 
okoliczności, po oddaniu tak wymownego hołdu praw- 
dziwemu klassycyzmowi, wyszła raz piórwszy na jaw 
prawdziwa Eomantyczność, dotąd znana tylko z imie- 
nia. Do owego dnia bowiem, prócz kilku piosnek, 
śpiewanych na majówkach Promienistych, nikt z młod- 
ych nie znał imiych poezyi Mickiewicza; a i ci nawet 

starszych, najbliżsi przyjaciele jego, którym on za 
asów koleżeństwa dawne swoje utwory czytywał, 
e znali właśnie najnowszych, które pisał będąc już 



118 

W Kownie. Owóż skoro Jeżowski skończył czytad 
swoje rozprawę, a wspomniałii wyżój koledzy, wywo- 
łane przez jńą. oświadczenia swoje złożyli: miejsce jego 
przy stoliku zajął Czeczot, trzymając w ręku kilka 
ćwiartek listu. Był to list odebrany świeżo od Mickie- 
wicza z Kowna, zawierający kilka nowych jego poezyi, 
z pozwoleniem przeczytania ich na posiedzeniu. Było 
ich mianowicie trzy: „Kurhanek Marylli,'' f, Świteź^ 
i ,^ Świtezianka."' Czeczot odczytał je z uczuciem, tak, 
że nawet czytając Kurhanek, musiał przerwać na chwilę 
czytanie, aby własne wzruszenie pokonać. 

Ale jak ci, siostrzyczko, opisać wzruszenie, które 
ogarnęło słuchaczy, po przeczytaniu zwłaszcza nakoniec 
Świtezianki? Po sześćdziesięciu latach, dziś jeszcze, 
czuję je zda się i pamiętam jakwczora. Bez przesady 
i literalnie powiadam, że bicia serc słychać było; taka 
cisza i takie wrażenie zapanowało między obecnymi. Na 
pewno możnaby ręczyć, że każdy dzielił zachwyt bohatera 
ballady, gdy przed nim „po nad srebrzyste Świtezi 
tonie, dziewicza piękność (Świtezianki) wytrysła," i że 
się każdy przeniewierzył od razu uwielbianemu dotąd 
ideałowi poezyi klassyczno-fi'ancuzki6j, jak on swojśj 
„dziewczjmie z pod lasku." 

Co do mnie, raz jeden tylko jeszcze w życiu do- 
znałem podobnego wrażenia poezyi; to jest, że jakby 
jakiś świat nowy otworzył się nagle przede mną, a przy- 
tóm i osobistość autora błysła mi jak meteor na tle 
wyobraźni— nim za łaskawóm zrządzeniem Opatrzno- 
ści, w jednym i drugim razie, osobistość ta przemie- 
niła się dla mnie za czasem nie tylko w stałą, ale 
i w przewodniczą gwiazdę, tak u wschodu, jak i u za- 
chodu życia. Ponieważ zaś zastrzegłem sobie z góry 



119 

mo^^noać robienia wszelkich dygressyi: więc przenoszę 
się myślą o trzydzieści kilka lat późniśj, i opowiem 
tobie, siostrzyczko, o tśm drugióm mojśm wrażeniu. 

Było to w roku 18i)3, w miesiącu Styczniu. Przy- 
szedłem jako gość zaproszony na obiad do państwa 
Balińskich w Wilnie, W salonie nie było nikogo. 
Damy jeszcze się ubierały, pan Michał jeszcze z miasta 

( nie wi^Ócił. Na stoliku leżały gazety, między innemi 
Warszawska, Rzuciwszy okiem obojętnie, postrzegłem 

I w odcinku wiersze. Wziąłem więc numer do ręki— 
machinalnie, bez ciekawości nawet; bo jużciż poezya 
w gazecie nie mogła jśj tak bardzo obudzać. Zacie- 
kawił mię wszakże sam tytuł, chociaż wcale nie w kie- 
runku współczucia. ,, Snycerstwo ^^ (co za szczególny 
przedmiot do poezyi!) „Improtm^^acya,^ (taka jakaś 
długai...) Ściskając więc ramionami i z ii^onicznj^m 
uśmiechem na ustach, zabrałem się jednak do czyta- 
nia. Ale jak opowiedzieć wrażenie, które mną zaraz 
od początku owładło?... Gdyby ktoś w noc Świętojańską, 
znalazłszy kwiat bajecznśj paproci, mógł zajrzeć nagle 
w głąb ziemi, i ujrzał tam od razu zaklęte jój skarby, 
szychty metaJów i drogich kamieni, połyskujące kolo- 
rami tęczy: tenby chyba posłużyć mógł mi za przedmiot 
poetycznego ze mną porównania w tśj chwili. Ale 
któż jest ta Deotyma? ta cudotwórna improwizatorka? 
to fenomenalne zjawisko? Imię jśj tylko wspomniane 
we wstępie, z odwołaniem się do poprzedniego numeru, 
w którym widać jest mowa o niój. Ale trzebaż nie- 
~~:zęścia, że właśnie ten numer poprzedni odesłany 
; był współprenumeratorowi na wieś, i co najgorsza, 
istety, że tu nikt w nim feljetonu nie czytał. Po- 
owali wszyscy, przeczytawszy wiersze; ale nie było 



120 

innśj rady, jak chyba odbyć pielgrzymkę po cukier- 
niach, preauinerujących tęż samą gazetę, ażeby za- 
spokoić ciekawość. Pielgrzymka ta zajęła mi całe 
popołudnie, i Jazon nie mógł uradować aię więcój, gdy 
cel wyprawy swojśj, złote runo obaczył, niż ja do- 
stawszy wreście ów pożądany numer, a raczśj dwa 
poprzednie numera, z których raz piśrwszy wtedy do- 
wiedziałem się kto jest Deotyma, i o jśj prawdziwem 
nazwisku. A więc była to młodziutka panienka, córka 
dawnego przyjaciela i kolegi, z którym w ciągu lat 
czterech, co niedziela, z rzadkim wyjątkiem, obiado- 
wałem zwykle u rodziców pana Joachima (Lelewela), 
gdzie się w tym dniu cała rodzina u patryarchalnego 
ich stołu zbierałal Cóż więc za dziw, że pod wpływenoi 
tych wrażeń, cała noc przeszła mi niepostrzeżenie na 
pisaniu listu do niego i piórwszego do ciebie wiersza, 
siostrzyczko, który, jak wiósz, stał się piśrwszóm 
ogniwem najprzód trzyletniśj przeszło, dągłśj korre- 
spondencyi, a następnie toaterskiśj przyjaźni, która 
mi właśnie pozwala tytułować cię tak poufale „sio- 
strzyczką." 

Wprawdzie młody i nieznajomy poeta, jakim na- 
tenczas był dla mnie Mickiewicz, nie mógł mieć 
w oczach moich tego ui*oku, co natchniona, choć nieznajoma 
także, panienka-poetka; zapanował wszakże podobnież 
nad moją wyobraźnią naówczas, zwłaszcza, gdy zaczą- 
wszy dopytywać się o nim, ze wszystkiego co usły- 
szałem, wcielałem weń coraz bardziój ideał prawdzi- 
wego poety. A trzeba ci tóż wiedzieć, siostrzyczko, 
że od piśrwszych łat mego dzieciństwa, chęć poznania, 
a przynajmniśj choćby widzenia sławnych poetów, 
grała przeważną rolę w wyobraźni mojśj. Gdyby nie 



121 

obłożna moja choroba w r. 1817, podczas odwiedzin 
Niemcewicza w Wilnie, uprosiłbym niewątpliwie ojca, 
aby mię tam zawiózł natenczas; tak mię exaltowały 
opisy jego przyjęcia, które w „Kuryerze Litewskim" 
czytałem. Później najgorętszym celem pragnień moich 
i mai*zeń była podróż w Kohryńskie, do osiemdziesię- 
cio-letniego już naówczas Karpińskiego, w którą obie- 
cywał zabrać mnie z sobą jeden z professorów Boruń- 
skich, bliski krewny żony jego siostrzeńca, którzy 
oboje razem z nim mieszkali. Później jeszcze Antoni 
Górecki, którogo bajki i wiersze drukowały się właśnie 
wtedy w „Dzienniku" i „Tygodniku Wileńskim," a bar- 
dziej jeszcze w rękopismach po szkołach ki*ążyły, stał 
się był głównym bohaterem mych marzeń; zwłaszcza 
gdy przeczytawszy „Zdobycie Somossiery,^ nie mogłem 
się utulić we łzach z zachwycenia, ale razem i z roz- 
paczy nad sobą, że pewno nic podobnego nigdy nie 
potrafię napisać. Ale wszystkie te ideały zbladły nie- 
jako przytśm, co o autoi'ze „Świtezianki" słyszałem. 
Młody, piękny, szlachetny, bogobojny, uczony, a przytśm 
zakochany, a więc admii'ator płci pięknśj, i najbliższy 
od serca przyjaciel Czeczota, którego ja tóż już wten- 
czas całśm sercem kochałem! Choć więc nie był pa- 
nienką, powtarzam, zawładnął tak wyłącznie wyobraźnią 
moją, jak potom rzeczywista poetka-panienka. Ale 
wiele jeszcze czasu ubiegło, nim go nakoniec osobiście 
poznałem. Nim więc przyjdzie z kolei do tego, muszę 
ci tu tymczasem opowiedzieć, siostrzyczko, cały skład 
'—czesnego Parnasu w Wilnie. 

Piśrwszą officyalną pod tym względem powagą 
: jużciż Leon Borowski, ale tylko jako professor, 
to najlepszy znawca i sędzia poezyi. Właściwie 



122 

poetą-laureatem w opinii ticzono-literackiój w Wilnie 
był natenczas Ignacy^ Szydłowski, professor literatuiy 
polskiśj w gimnazyum tamecznóm. Była to wiema 
kopia słynnych ówczesnych poetów warszawskich, na 
ten sam krój i miarę co oni. Tłómaczył gładko poezye 
fi'ancu2kie, i na tern polu, pod względem formy wiersza 
i czystości języka, nikomu z nich nie ustępował pierw- 
szeństwa. Że zaś więcśj może miał od nich siły wro- 
dzonego talentu, świadczyły o tóm zwłaszcza oiygi- 
nalne jego liryczne poezye, ogłaszane w „Wiadomo- 
ściach Brukowych," któremi, jako piór^^szy mtajniJc, 
pod imieniem bożka Gulbi, witał z ui'zędu każdego 
nowo wchodzącego członka do towarzystwa tak zwanych 
^Szubrawców,'' Miejsce di'Ugiego w nióm witajnika 
zajmował obok niego późniejszy nasz historyk, Mchal 
Baliński, pod imieniem bożka Ausdawisa; ale lyyborne 
jego „madrygały," (tak tytułował zwykle swoje powi- 
tania), pisane w jowialnym stylu d to Baka, nie rościły 
bynajmniój pretensyi do poetycko-literackiśj wartości; 
podczas gdy „ody" Szydłowskiego, (ten tytuł miały 
powitania jego), a przynajmniśj większa ich połowa, 
pod względem werwy, dowcipu i sztuki, słusznie może 
być policzona do najprzedniejszych ai'cydzieł lirycznój 
poezyi naszój. Tym tóż to „odom" Szydłowski za- 
wdzięczał zwłaszcza szerszy rozgłos i poetycką wzię- 
tość swego imienia po za obrębem uczono-literackich 
koteryj miejskich. U tych ostatnich dodawała mu 
jeszcze blasku jawna protekcya obu Śniadeckich. 
Jędrzej, jako bożek 8otwaros,to jest prezes towarzystwa 
Szibbrawców, cenił w nim i protegował zwłaszcza talent 
i humor swego witajnika; Jan, uważał go za szermierza 
wyobrażeń klassycznych. Obaj lubiU jego towarzystwo; 



123 

i 

gdyż przy niepospolitym sarkastycznym dowcipie, który 
rzeczywiście posiadał, miał on tóż dosyć sprytu i taktu 
dworaka, aby się umieć podobać, gdy zechciał. W ogól- 
ności, w dowcipie i charakterze jego, było wiele podo- 
bi^twa z warszawskim Ludwikiem Osińskim; tylko 
że oprócz Śniadeckich, nie nadskakiwał tak bardzo 
możniejszym; może dla tego, że ich w Wilnie właści- 
wie nie było; ani się tóż ubiegał o względy salonów, 
przenosząc nad nie demokratyczne towarzystwa, zwła- 
szcza przy dobrom winie i porterze. To tóż nawet 
w domu Śniadeckich nie miał on mira i sympatyi u płci 
pięknój; a co z naszą ówczesną młodzieżą uniwei*sy- 
tecką, to się wcaJe w stosunki nie wdawał. Był owszem 
niegdyś jawnym przeciwnikiem Promienistych, a potśm 
nieprzejednanym wrogiem romąntyczności; aż sam 
wreście, pod koniec życia, tłómaczył parę poematów 
Byrona, z prozaicznych przekładów firancuzkich. Ja 
z SzyiUowskim, prócz prostej znajomości i spotykania 
się tu i ówdzie w towarzystwach, żadnych bliijszych 
stosunków nie miałem, i nigdy tóż nie starałem się 
o nie. 

Drugim z raędu, i tuż obok niego, słynął jako 
poeta Stanisław Eosołowski, hołdujący również wyłą- 
cznie wzorom literatury firancuzkiej, i tłómaczący z niśj 
z prawdziwym talentem, a z większym nawet może 
niż Szydłowski zapałem, różne poezye liryczne: Jana 
Chrzciciela Rousseau, Lebruna, Lamartina i innych. 
Ale co w charakterze i temperamencie, to różnił się 
o całkiem z Szydłowskim. Z professyi medyk i doktor 
D lycyny, w duszy był on rzeczywiście poetą. My- 
ś iel i entuzyasta, bujał ochoczo w sferach oderwa- 
r 3h filozoficznych wyobrażeń i fantazyi poetycznój; 



124 

a w myślał i czuł rzeczywiście, to zawsze szczerze 
i otwarcie, z całą mocą przekonania, i aż ze zbytnim 
może nieraz zapałem wyrażał. Wyi^achowana zimna oboję- 
tność i sarkastyczny dowcip, owe wybitne cecłiy Szy- 
dłowskiego, były dlań najzupełniój obcemi. Ztąd tśż 
zwykłych światowych towarzystw nie lubH, a rad 
szidLał stosunków z kolegami i uniwersytecką młodzieżą,, 
najczęściój aby staczać zażarte dysputy, w których 
mianowicie smakował. Psychiczna idealność w medy- 
cynie, a żarliwa obrona klassycyzmu i piorunowanie 
na romantyczność w poezyi, były zwykle przedmiotem 
tych dysput. Miał on przytśm prawdziwie rycerską 
szlachetność, to jest, czy zwyciężony, czy zwycięzca 
w szrankach, zawsze w końcu uprzejmie rękę adwer- 
sarzowi swojemu podawał, i nigdy osobistości swojój 
z przedmiotem dysputy nie mieszał. W talent swój 
juźciż wierzył, ale go i w di^ugich oceniał. Słowem^ 
był to człowiek prawy i zacny, i można go było sza- 
cować i lubić, chociażby w razie danym będąc z nim 
wi*ęcz przeciwnego zdania. Poznałem się z nim szcze- 
gólnym sposobem u Adama, o czćm może w dalszym 
ciągu opowiśm, i przez lat wiele, aż do śmierci jego,, 
^żyłem z nim zawsze w przyjacielskich stosunkach. 

Owóż ci dwaj, Szydłowski i Eosołowski, byli 
w r. 1820 koryfeuszami poezyi w Wilnie. Utwory ich 
co miesiąc, jeżeli nie co tydzień, ukazywały się jedne 
po drugich w „Dzienniku," „Tygodniku,** albo w „Wia- 
domościach Brukowych." Redaktorowie wprawdzie nie 
płacili im za nie; ale już przecież nie uważali za łaskę, 
że je przyjmować i drukować raczą; jak się to działo 
zazwyczaj względem innych aspii-antów do sławy. 



125 

Po za obrębem wszakże murów uniwersytetu 
i miasta^ popularniejszym od nich obu pomiędzy oby- 
watelstwem wiejskiśm i płcią piękną, a zwłaszcza 
między palestrą i szkolną młodzieżą, było imię Anto- 
niego Góreckiego. Bajki jego i dumki historyczne, . 
diTikowane naj części śj po pismach warszawskich, pod 
redakcyą młodych redaktorów: Kicińskiego, G-rzym^y 
i Brykczyńskiego, rozchodziły się w kopiach lotem 
błyskawicy po szkołach, dworach i powiatowych mia- 
steczkach, budząc przez to w Szydłowskim, jak to 
było wiadomo powszechnie, zawiść i niechęć ku ich 
autorowi. I rzecz dziwna, jak wyznawcy ówczesnój 
szkoły francuzkińj, nie porozumiewając się nawet z sobą, 
zgodni byli wszędzie w uczuciach względem budzącej 
sie do życia poezyi narodowej, do której piśrwszych 
zwiastunów należał niewątpliwie Górecki. Około bowiem 
tegoż czasu miał on zaszczyt ściągnąć na siebie nie- 
nawiść i obelgi ze strony Sanhendrynu uprzywilejowa- 
nych, rodowitych krytyków i literatów warszawskich, 
któiych organem, niestety, w tym razie, nie wstydził 
się być generał Morawski. Wiersz jego, a raczój 
obrzydliwy paszkwil, który w tym celu napisał, nie 
doszedł szczęściem do Wilna, a przynajmniój do wiedzy' 
naszśj, to jest uniwersyteckiśj młodzieży. Był on bo- 
wiem w takiśj sprzeczności z nastrojem naszych uczuć 
i myśli, że choćby nie zaraził nas może swoim złym 
przykładem, ani osłabił czci dla Góreckiego; aleby 
nam zamącił niewątpliwie idealne wyobrażenia, które 
nas łudziły zdaleka, o tych sławnych poetach, o tych 
mądrych krytykach warszawskich, dla których żywiąc 
sami uczucia czci i miłości, nie wątpiliśmy, że i oni 
nawzajem, z ojcowskióm lub braterskiśm uczuciem. 



126 

mnszą spoglądać ku nam, ku młodszym, zdążającym 
w ich ślady na pole wspiólnój pracy w winnicy litera- 
tury oj czy stój. Smutnóm więc pod tym względem 
rozczarowaniem dla nas stałby się był niechybnie ów 
wiersz Morawskiego, tak jak nióm stały się później 
szydercze epigi^amata Osińskiego, po wyjściu już i z po- 
wodu „Dziadów," i jak właśnie podobnaż sarkastyczna 
zawiść w Szydłowskim najbardziój nas ku niema 
zrażała. 

Ale oprócz tych trzech, wyżój wspomnianych, 
pojawiały się tóż ciągle na kartach obu dzienników 
wileńskich utwory poetów niższego chóru, najczęściój 
mieszkających i gospodarujących na wsi. Świadczyły 
one, jeśli nie o talencie autorów, to zawsze o rozpo- 
wszechnionóm szeroko zamiłowaniu w poezyi, po za 
obrębem sfer czysto literackich, i to pomiędzy ludźmi 
poważnymi, ojcami rodzin, gospodarzami lub ui'zędni- 
kami; tak jak np. w siódmym dziesiątku stulecia, po- 
dobnyż fenomen objawia się dziś szczególniśj między 
panienkami. (I tak np. — -mówiąc inter parenOiesim, — 
w jednym roku 1878, miałem zaszczyt otrzymać po- 
wierzone mi do przeczytania poezye aż 27-miu młodych 
panienek, po większój części całkiem mi nieznajomych, 
a mieszkających po wsiach, na przestrzeni pomiędzy 
morzem Baltyckiśm a Czamóm). Otóż podobnie wtedy 
rzecz miała się z mężczyznami. Wielu z tych dile- 
tantów-poetów wiejskich, wyszło z czasem na rzeczy- 
wistych i znakomitych pisarzy, jak np. wspomniany 
już tu wyżej Jan Chodźko, Kazimierz Bujnicki, i na- 
koniec Ignacy Chodźko, autor „Obrazów Litewskich." 
Inni, nie pożądając drukowanśj sławy, wywierali je- 
dnakże, każdy w swój okoUcy, wpływ prawdziwie cy- 



r 



127 



wili^acyjny, W rzędzie takich odznaczali się miano- 
\E wicie: w powiecie Trockim, Adam Strawiński; w Wi- 
■ kjskiin, Józef Rahoza; w Sluckim, Karol Czarnocki, 
ki^ewny czy tóż tylko imiennik słynnego etnografa 
i zbieracza pieśni ludowych, pod pseudonimem „Zo- 
ryana Chodakowskiego/ Wszyscy oni, słynni zarówno 
prawością chai'akterUj jak wykształceniem, i^ozumem, 
i obywatelską zasługą; w modnych naówczas przekła- 
dach z francuzkiego lub w pisaniu własnych wierszy- 
ków^ szukali tylko rozrywki w poważnych gospodar- 
skich lub urzędniczych zajęciach; jakkolwiek ta" sama 
roziywka przyczyniała się niewątpliwie do podniesie- 
nia ich znaczenia i wpływu. Imiona ich żyją dotąd 
ze czcią w pamięci wnuków albo prawnuków dawnych 
sąsiadów ich i współobywateli; a i ja wspominając tu 
o nich, wypłacam dług osobistśj wdzięczności, za do- 
znaną od nich uprzejmość i przyjaźń. Nie zbywało 
atoli i na odwrótnśj stronie medalu, to jest, na pre- 
tensyach i śmiesznościach wielu, którzy nie przestając 
na publikacyach w pismach peiyodycznych, drukowali 
osobno, kosztem własnym, płody swój Muzy, tłóma- 
czone z francuzkiego lub oryginalne, których dziś ty- 
tuły i imiona autorów, bibliograf już chyba jaki pa- 
mięci ludzkiśj przypomni. Ale ogólny ten gust i zwi-ót 
myśli do poezyi, był to jak ranny szczebiot ptastwa, 
zapowiadający bliski wschód słońca. 

W historyi literatury wszystkich fcfajów, a na- 
wet w ogólnśj historyi rozwoju umysłu ludzkiego, jak 
— w odki*y ciach i wynalazkach, ponawia się prawie 
srsze ten sam fenomen; to jest, że przed zjawieniem 
gieniuszu, zjawia się najprzód mnóstwo di^obnych 
entów, a przynajmniśj prac i usiłowań, w tymże 



^28 

samym kierunku. Porównaćby je można do owych pi^ó- 
bnych baloników, które zręczny aeronauta zwykł pu- 
szczać przed wzniesieniem się samego balonu, aby już 
najprzód w tę stronę myśl i oczy widzów pociągnąć. 
Aeronauta w tym razie możnaby nazwać: „Duch cza- 
su." Mówiąc zaś o poezyi wyłącznie: Gdy już Muzy 
wyprowadzają i zaczynają sio(Uać Pegaza, aby się na 
nim po świecie jaki syn Apollina przejechał: biedny 
skrzydlacz podziela zwykle los ziemskiego rumaka, to 
jest, że oprócz jeźdźca, przysiadają tóż na nim roje 
much i bąków, które albo jeździec szpicrutą, albo on 
sam ogonem musi ciągle opędzać. (Krytyka jest ogo- 
nem Pegaza. Szpicrutą w ręku jeźdźca są takie naprzy- 
kład artykuły, jak Byrona lub Mickiewicza: o kryty- 
kach i recenzentach Szkockich i "Warszawskich). O ba- 
lonikach napomknąłem wyżój; teraz słówko o muchach 
i bąkach. 

Bąkami nazywam di*ukowanych; muchami, nie 
mających tój pretensyi wierszokletów, których tóż 
wtenczas pełno było na Litwie. Byli to albo po pro- 
stu maniacy, albo tóż z głupia franty, próżniacy, włó- 
czący się ze swemi wierszami, jak dziady z ewange- 
liczką, (tylko że nie piechotą), po szlacheckich dwor- 
kach na wsi, i wyzyskujący, jak oni, gościnność i upo- 
dobanie w wierszach gospodarzy. Bardowie tego rodzaju 
byli tak pospolici we wszystkich prawie okolicach kraju, 
iż dziwić się prawie potrzeba, że o nich autor „Jtena Ta- 
deussa"" nie wspomniał; pod twórczym zaś ołówkiem illu- 
stratora „PamiętmJców Kwestarza*" Chodźki, (Andi^ol- 
lego), bard taki byłby doskonałym odpowiednildem (pen- 
dmit), wizerunku samego kwestarza, gdy jak on, powo- 
żąc się sam w kałamaszce, z psem zazwyczaj zamiast 
baranów, jechał od bramy do bramy, wrzekomo jakby 



129 

w gościnę^ a w gruncie rzeczy po jałmużnę w kształ- 
cie ofiary dla poezyi. W samom Wilnie, jako mistrz 
tego rodzaju, słynął przez długie lata poeta Szurłow- 
ski, którego imię i pamięć żyje dotąd w tradycyi 
miejscowśj. Oprócz bowiem własnych konceptów, sta- 
żył on chętnie za parawan innym, którzy nieraz z po 
za piec jego satyryczne strzały puszczali, a on sam 
nigdy ich imion, jak sekretu spowiedzi, nie wydał. Tak 
np. okc^o r. 1815 zjawiła się była w Wilnie Szenekon 
łrynka, przedstawiająca postacie, a raczój karykatury, 
wszystkiej ówczesnych professorów uniwersytetu, z do- 
daniem do każdego sarkastycznych wierszy, mających 
być Jakoby utworem Szurłowskiego, i które on przy- 
jął za swoje. Szopka ta przez dni parę krążyła uki'a- 
dkiem po mieście, i kiedy ją nakoniec policya skonfi- 
skowała, Szurłowski, lubo badany, nie zdradził taje- 
mnicy rysownika ani autora wierszy; stańczykowski 
zaś charakter jego samego, zasłonił go od dalszśj od- 
powiedzialności. Zresztą nie było tśż w tych kai^yka- 
turach i wierszach nic potwarczego ani paszkwilar- 
nego; niektóre zakrawały nawet na komplement; wła- 
ściwe zaś satyryczne przycinki tyczyły się prawie 
wyłącznie professorów niższego rzędu. Przylgnęły one 
do nich, jak muszki do twarzy; tak, że do dziś dnia 
jeszcze każdy wspominający ich imiona w Wilnie, pe- 
wno razem i wiersze o nich Szurłowskiego przypomni. 
Dla zabawy twojśj, siostrzyczko, przytoczę tu z nich 
niektóre, zapamiętane z opowiadań naocznych świadków. 
Szereg cieniów w Szenekatrince rozpoczynali obaj 
^adeccy: Jan, naówczas jeszcze rektor uniwersytetu, 
rędi'zej, professor chemii i doktor medycyny. Wier- 
) o nich były następujące: 

Wspomnienia z przeszłości. 9 



130 

„oto pan Jan Śniadecki, 
Nieprzyjaciel niemiecki! 
Chce, żeby i Polacy 
Brali się tóż do pracy." 



,,Oto pan Jędrzej, jego brat! 
"Wi^, z czego powstał świat, 
A kiedy kogo leczy. 
Od śmierci zabezpieczy." 



O X. Stanisławie Jundzille, professorze zoologii 
i botaniki, był następujący czterowier-z: 

„oto xiądz professor Jundziłł, 
Co swych uczniów nigdy nie zntidziłl — 
Kwiatów strzeże jak smok zazdrośnie, 
A słyszy jak trawa rośnie." 

O professorze Bojanusie, który wykładać wete- 
rynaiyą po łacinie, powiedziano: 

„oto professor Bojanus, * 

Vir doctus et hurnanits, 
Uczy jak leczyć zwierzęta, 
Ale i o ludziach pamięta." 

W tśm więc wszystkiśm jest raczej pochwała 
niż przytyk, tylko że wypowiedziana w pól żartem. 
A i same właściwe przytyki nie grzeszyły gbiirowa- 
tością. Np. o professorze astronomii, Ignacym Ileszce, 
powiedziane było: 

„oto pan Reszka, 

Co na dole mieszka, 

Patrzy na gwiazdy, 

A wió co i każdy." 

Gorzśj nieco wyszedł professor ekonomii poUty- 
cznśj, Jan Znosko, odznaczający się szczególniejsza 
ki-ótkościa wzroku: 



131 

„Oto professor Znosko, 
Ślepi nad każdą zgłoską, 
Lekcye czyta z xiążki, 
A ekonomlzuje pienii^żki.^ 

Nąjgorzśj zaś podobno x. prałat Chodani: 
„Oto prałat Chodani, 
Nadął się nakształt bani; 
Wytłóraaezył Woltera, 
I nos w górę zadziera." 

Inne czterowiersze, albo dystychy, miały mniśj 
więcój podobnyż charakter, albo były całkiem bez- 
barwne, jak np.: 

„oto professor Rustem, 
Co maluje z gusem.*' 

albo: «^to professor Frank, 

Co damom niesie dank.** i t. d. 

Zawsze jednakże te jasełka rozgłosiły może naj- 
szerzój imię Szurłowskiego po Litwie, a mianowicie 
po szkołach. Ja go już w Wilnie nie zastałem przy 
życiu; zastępujący zaś niejako miejsce jego Kryszta- 
lewicz, żyjący także z jałmużny, i to prawie wyłą- 
cznie studenckiśj, był to po prostu pół wai-yat, idyota, 
o którym. dłużśj mówić nie warto. 

Ale bąkiem nad bąkami w owym czasie w Wil- 
nie, był głośny na całą Litwę: Wincenty hi^abia Bj- 
szka-Zgierski z Ciechanowca, ex libera parte, jak się 
sam podpisywał na tytule dzieł swoish. A dzieł tych 
było sporo, wierszem i prozą, ale wszystkie w formie 
dramatyczno). Były tam tragedye historyczne, jak np. 
n Karol CliodkiewicZy^ i fantazye allegoryczne, jak 
'vna TyZłota Wolność,'' której ani istoty, ani allegoryi 
j nigdy zrozumieć nie mógł; a co niegdyś mnie 
^ich Boruńskich kolegów do rozpaczy właśnie przy- 



132 

wiodło. Dzieła te wydawał on sam własnym nakładem, 
z wielkim, jak na owe czasy, typograficznym przepy- 
chem, i rozdawał je graiis każdemu, kto zechciał. Bra- 
kło w nich nie tylko talentu, ale nawet zdrowego sensu. 
To tśż autor był pośmiewiskiem dla wszystkich. Wie- 
dział on o tśm dobrze; aJe co dziwna, to że przez to 
właśnie utwierdzał się w przekonaniu, iż większego 
nadeń poety na caiym świecie nie było, i że miano- 
wicie dla tego, gmin go pojąć i ocenić nie umie. 
Gardził więc, jak się wyrażał, sądami gminu, i gdzie- 
indziśj szukał pola swśj chwały. Półwai-yat na pun- 
kcie poezyi, posiadał niepospolity spryt w życiu pra- 
ktycznym. Przez lat wiele był sekretai^zem Wileń- 
skiego Konsystorza, i jako urzędnik, obowiązek swój 
spełniał należycie; nie zapominając przytśm jednakże 
o własnych materyalnych korzyściach. Najobfltszśm 
ich źródłem dla niego były mianowicie sprawy rozwo- 
dowe, które z wielką zręcznością prowadzić i foryto- 
wać umiał. Ale wszystek czei^pany z nich dochód 
obracał na publikacye dzieł swoich i na staranie się 
o sławę, jaką za godną jedynie gieniuszu swego uwa- 
żał. Niewiadomo jakim sposobem porobił sobie sto- 
sunki przy dworach panujących, po wszystkich stoli- 
cach Europy, i za ich pośrednictwem przesyłał sa- 
mymże panującym exemplarze dzieł swoich, w naj- 
wspanialszój bogatśj oprawie. Bogactwo to oprawy 
i hrabiowsM tytuł autora, przy proteKcyi pośredników; 
a zwłaszcza, że dzieł tych jego nikt tam czytać i oce- 
nić nie mógł; sprawiły to, iż rzeczywiście od kilku 
monarchów otrzymał nawzajem podarki, albo dzię- 
kczynne listy, z ich własnoręcznym podpisem. Podarki 
te i listy leżały, każdy na osobnym stoliku, pod ogi*o- 



133 

innym dzwonem szklannym, i należały do ozdób wspa- 
niałego apaiianientUj który zajmował w pałacu me- 
gdyś SuszkóWj tak zwanym Zajkowskim, na Antokoln. 
W rzędzie tych listów^ był tśż i list jakiśjś pani, 
może protegowanej rozwódki, nazywający go „Ho- 
merem Północnym," i na który on mianowicie lubił 
zwracać uwagę swych gościa Pisano o tóm szeroko* 
w 1, Wiadomościach Bmkowycli,** Tymczasem, ku naj- 
większemu podziwieniu wszystkich, spadł nań raptem, 
jak gwiazda z fii'mamentn, rzymski order Złotój Ostrogi. 
Próżno sobie łamano głowę, jak i przez kogo mógł on 
go wyjednaó. Dopióro za bytności naszśj z Adamem 
w Rzymie, dowiedzieliśmy się o tśm przypadkiem, i nie 
mogliśmy nie podziwiać prawdziwie dyplomatycznój zrę- 
czności, z jaką ten istny półgłówek umiał poruszyć i wy- 
prowadzić w pole osoby wpływowe, które mu w tóm 
dopomogły, i które on tóż w końcu oszukał. Ale w cza- 
sie, o którym tu mowa, upojony sam swoją wielkością, 
zaszczycony względnością głów koronowanych, i nie- 
dbający o opinię gminu, mógłby sobie spoczywać roz- 
kosznie na urojonych swych laui-ach, gdyby go z tego 
Olimpijskiego spokoju, jak „szczekacz Erebowy potrój- 
" nym hałasem," to jest wierszem, prozą i źywśm sło- 
wem, nie budził właśnie dowcip Szydłowskiego. Ten bo- 
wióm opi*ócz „Wiadomości Brukowych," w których go 
prawie co tydzień kamienował, wymyślał nań rozmaite 
koncepta lub farsy, które były zabawą miasta. I tak 
np. na jednśj z maskarad, ktoś przebrany za rzeźnika, 
wtykał gwałtem każdemu kiszki, nadziane tytułami 
eł jego, i zalecał je dowcipnemi epigrammatami. 
mysł ten i epigrammata przypisywano powszechnie 
Jodłowskiemu. Eozdraźniony więc do żywego laureat, 



134 

wystąpił nakoniec z odwetem. Na jediiym iu'Oczystym 
obchodzie w Domu Dobroczynności śpiewana byta kan- 
tata, układu Szydłowskiego, którą potom Kuryer Li- 
tewski ogłosił. Zgierski ^atóip napisał rodzaj parodyi 
i kazał ją wydrukować na ogromnym arkuszu, illustro- 
wanym po rogach wizerunkiąm czterech gJów oślich, 
z rozdziawioną paszczęką, i z podpisem pod kaźdą: 
j^ Śpiewy, Ziewy. ^ Plakat ten kazał porozlepiaó w nocy 
po rogach ulic, nakształt teatralnych afiszów, i omal 
za to nie poszedł do kozy. 

„Takie były zabawy, spory w one lata*" w poe- 
tyckim świecie wileńskim, i dla tego tóż tu o nich 
wspominam. Co zaś do osobistych moich stosunków 
z laureatem: zaczęły się one od tego, iż mając powie- 
rzony sobie interes do Konsystorza, załatwiłem go 
bardzo pomyślnie, dzięki publicznój pochwale Borow- 
skiego, o którój pan seki^etai^z już wiedział, i nawet 
protekcyonalnym tonem mistrza, zachęcał mnie, jako 
młodszego, do dalszych na tój drodze postępów. Na- 
stępnie, pomimo ogłoszenia nawet moich „Strachów,'' 
które jużciż nie były bez pewnej alluzyi do niego, nie 
przestał nigdy witać się ze mną uprzejmie na ulicy. 
Nakoniec, w kilka lat późniój, kiedy zastępowałem 
czasowo redaktora „Dziejów Dobroczyujiości,^ (dzien- 
nika wydawanego przez lat kilka w Wilnie), a on 
miał w nim do umieszczenia ai^tykid: swój o kilku 
ciągach, w przedmiocie prawa kanonicznego: wypra- 
wił dla mnie świetny muzykalny wieczór, który go 
musiał pewnie z tysiąc złotych kosztować. Oprócz bo- 
wiem kwartetu na skrzypcach, złożonego z najlepszych 
wówczas kościelnych i teatralnych ai^tystów, grała na 
nim na arfle jakaś przejezdna wirtuozka czeska, 



135 

a opi^dcz mnie i Leona Rogalskiego, ówczesnego se- 
kret ai-za redakcji, jedynym uczestnikiem biesiady był 
są^ad je^o przez acianęy X, Layoisier, Francuz, tłó- 
macz na język francuzki Z&fijówki Trembeckiego, wcie- 
lony typ staro-francuzkiego Labusia, noszący się na 
wpół po świecku, z zaplecionym harcapem na plecach, 
i pomimo sędziwego już wieku, ruchliwy, ożywiony, 
pełen konceptów i komplementów w rozmowie. Gospo- 
dai'z zaprosił go jedynie dla mnie, gdyż byłem cieka- 
wy go poznać, a nigdzie indziój spotkać nie miałem 
zręczności. Tym sposobem stosunek mój z kawalerem 
Zlotśj Ostrogi w Wilnie był choć nie blizki, ale za- 
wsze na dobrej stopie; w moich zaś „Listach z Po- 
dróły'' opowiedziałem scenę jego odwiedzin i rozmowę 
z Adamem w Petersburgu, którój tu powtarzać nie 
będę, ale która najwieniiój uwydatnia postać i dobro- 
duszną zarozumiałość tego oryginała bez kopii. Prze 
praszam— gdyż właśnie przychodzi mi na myśl figui-a, 
która, jeśli nie za kopią, to przynajmniój za tak do- 
braną z nim parę i za odpowiednik jego ujść może, że 
niepodobna nie wspomnieć tćż o nićj. 

Była to pani Tekla z Borzymowskich Wróblew- 
ska, autorka wielu tragedyj, jak np. „Panfhea, hró- 
hwa Suzy,^ „Mustafa i Zem^gir^'^ „Narymund^ W, Xiązę 
Litewski, i w. i. Brakowała je wszystkie swoim ko- 
sztem, podobnie jak Zgierski, i ceniła je tóż podobno 
nie mniój jak on swoje. Przyznać im wszakże po- 
trzeba, nie mówiąc o ich literakiój wartości, że nie 
— -eszyły prżynajmniój bezsensem i niezrozumiałością. 
Bst to może właściwość wspólna wszystkim utwo- 
1 kobićcym. Mnie przynajmniój nie zdarzyło się 
5cze ani razu nie zrozumieć wiei*szy poetek. Ach! 



136 

a ileż to razy, i mnie^ i zapewne każdemu, przyszło 
łamać sobie głowę napróżno^ przy czytaniu zwłaszcza 
młodych poetów-romantyków, aby dójśe lub choć od- 
gadnąć, „co chciaJ powiedzieć przez to, co powiedział." 
Ale za toż pod względem osobisto) ezcentryczności, 
pani Tekla z Borzymowskich była jakby rodzoną sio- 
strą pana Wincentego z Ciechanowca. Nie znałem jój 
osobiście, gdyż mieszkała i gospodarowała na wsi, 
w gubermi Mińskićj; ale kolega nasz podpiecowy, pan 
Ludwik Paprocki, krewny jćj i dobry znajomy, nieraz 
całe Błękitne Grono ubawił opowiadaniami o niśj. 
Była już w wieku podeszłym, wdowa, i dzierżawiła 
dość znaczny majątek; ale zdawszy gospodarstwo na 
siostrę, zajmowała się sama wyłącznie poezyą,' pra- 
ktykując ją tśż w życiu codziennóm. Wielbicielka 
zwłaszcza poezyi i historyi greckiej, pozowała tćż sa- 
ma na Safonę. Ubierała się z grecka po spartańsku, 
to jest na wpół po męzku, mając zawsze na skroniach 
rodzaj metalowego hełmu, czy raczćj dyademu. W ogro- 
dzie miała altanę, na wzór greckiśj świątyni, bez ścian, 
na kolumnach; gdzie w lecie, jak SybiUa na trójnogu, 
zasiadała zwykle w krześle na podwyższeniu stoją- 
cśm, i przypatrywała się zabawom wiejskiśj młodzie- 
ży, które sama dla niśj co święto, na wzór greckich 
igrzysk urządzała, i sama na nich rozdawała nagrody. 
Tu także zaproszeni sąsiedzi mieli sposobność słyszeć 
własne jśj utwory, przed ich odesłaniem do druku. 
Źe zaś była przytóm gościnna, uprzejma i miłosierna, 
dom jój był uczęszczany ochoczo, a ona sama lubiona 
i szanowana powszechnie. Sława nawet drukowanój 
poetki mogła istotnie imponować słuchaczom. Ale 
inaczśj rzecz się miała z Borowskim, który z obowią- 



&•, 



137 

zku cenzora^ muaiaf najpiśrwśj zawsze czytać jój ra- 
Biotj- Me wióm bowiśuij czy jest wiadomo ogólnie, 
źe cenzura w Wilnie na6wczas należała i zależała 
wprost od uniwersytetu, Oeazorami byli professoro- 
wie, wybierani przez Eaclę, każdy dla dzieł w jego 
przedmiocie. Borowskie jako cenzor dzieł treści li- 
terackiej, najbardziej był udi'ęczony przez te eluku- 
bracye wiejskich diletantów, które ma ze wszech 
stron nadsyłano. Rad tóź wecował na nich swó^ szu- 
hrawski dowcip, pisując o nich często do ^Wiadomości 
Bnikowychj'* których czynnym był współpracownikiem. 
Obok bowiem sni*owej powagi krytyka i professora, 
posiadał on rzeczywiście niepospolity sarkastyczny hu- 
mor, czego między innemi dowodem jest di-nga przed- 
mowa do dzieł X. Baki, których był właśnie wydaw- 
cą, wespół z Bajmimdem Korsakiem, autorem przed- 
mowy piśrwszej. Otóżj razu jednego pewien bąk wo- 
łjTiski, możny właściciel i hrabia^ przysłał mu do cen- 
zury, ale razem i pod ki^ytykę, cztery tomy poezyj 
swoich, które zamierzał di^ukować w Wilnie, z wize- 
runkiem swoim na czele. Prosił więc Borowskiego 
w liście o wybór jakiego wiersza z dzieł jego, któ- 
ryby mógł figurować stosownie, jako podpis pod por- 
tretem autora. Borowski odsyłając rękopism, za od- 
powiedź na to żądanie, wskazał mu tylko stronicę 
i wiersz na niój. A był to ostatni wiersz następują- 
cej strofy, w odzie „do skowronka: 

„Śpiewaj radośnie, 
Cie8z się naturą; 
Po krótkiój wiośnie, 
Id£ spać banduro!^ 



( 



138 

Koncept ten nie pozostał widać bez skutlcu, gdyż 
poezye rzeczone nie wyszły. Ja zaś nie mogę zda się 
wlaściwiśj, Jak tym wierszem, skończyć tego ustępu 
o pegazowych bąkach; bo o muchach mówić nie walizo. 

No, a teraz, siostrzyczko, proszę raz jeszcze ze 
mną na posiedzenie BięMtnego Grona, abym ci przed- 
stawił od razu cały Foefs Comer pod piecem, gdzie 
na dwóch kuferkach, wraz ze mną, zasiadali dwa razy 
w miesicie, wszyscy młodzi bracia po lutni. Szereg jest 
tutaj wszystkiśm, a nie pojedyncze imiona. Część ich 
większa^ gdy je tu wymienię, będzie miała chyba zna- 
czenie owych nazwisk na pogrzebowych klepsydi-ach, 
które to tylko mówią czytelnikom, że nikt przedtem 
nie słyszał o nich. Ale jeżeli poezya, jak mówi Byron, 
jeat niczóm innśm, jak „twoi-zeniem, z wyższych po- 
czuć dobrego lub złego: 

(„For what is poesy, but to create 
Mvm euerfeeling good or Ul?*^) 

to gi'ono to^ śmiało można powiedzieć, było jakby 
ogniskiem poezyi żywój, na podobieństwo elektryczne- 
go stosu Volty, w którym każdy pojedynczy ki^ążek, 
przez samo zetknięcie się z drugiemi, siłę prądu ogól- 
nego pomnaża. A i prąd ten był tylko ku wyższemu 
poczuciu dobrego; ku miłości cnoty i piękna; ku wierze 
w Prawdę, w Sprawiedliwość, w Opatrzność. Ci, którzy 
śladu tych uczuć nie wyrazili i nie zostawili w swych 
pismach, wyrażali je i wrażali w siebie nawzajem 
przez koleżeńskie braterskie stosunki i wzajemną ży- 
czliwość braterską. A iluż to z nich i w ciągu całego 
dalszego życia szerzyło je w koło siebie, w sfei^ach 
rodzinnych i obywatelskich! Ztąd tóż poszło, że nikt 



139 

tak bardzo uie rwał aię do druka^ poprzestając na 

uznaniu i współczuciu przj^jaciól-kolegów, które lada 
udatniejszy wierszyk obudzał, krążąc nawet po za 
I obrębem Błękitnego Grona. A stosowaJ:o się to zwła- 
szcza do tak zwanych jambmUj to jest ulotnych, ?.ai*to- 
bliwych fi-aszek, które były nadzwyczaj w modzie, 
i na wszyatkieli koleżeńskich zebraniach stanowiły 

!glói\Tiy przedmiot zabawy, przybierając nawet niekiedy 
formę dramatycznego dyalogu. Luźna ich i swobodna 
forma, bez żadnśj pretensyi do artyzmu, owszem na- 
śladująca chętnie ton i styl xiędza Baki, służyła 
jednak nieraz za pokrywkę i myśli głębszój, i wyższe- 
mu celowi, na podobieństwo np^ sławnych dzisiejszych 
Lumoresków p. Artura Bartelsa. Nie mogły one może 

ł mierzyć się jeszcze z temi ostatniemi, tak pod wzglę- 
dem artyzmu, jak i doniosłości satyry; ale rzecz dziwna, 
jak tło i koloiyt były prawie też same: jowialnośó 
i humor bez żółci; dowcip bez pretensyi: prostota bez 
trjrwialności. Znać, że były to płody tego samego 
gruntu i tych samych soków rodzimych, różne wcale 
od tych poki"zy w i ostów, przeszczepionych z obczyzny, 
eo się tak bujnie rozrastają gdzieindziój, a których 
sam kwiat nawet — ^kole tylko, nie pachnie. Koryfeu- 
szami tego i^łdzaju byli zwłaszcza Frejent Antoni 
i Kułakowski Felix. Piórwszy, bez żadnśj pretensyi 
literackiej, przestawał wprost na zabawieniu kolegów. 
Drugi, jako tłómacz komedyi Arystofanesa, rad owszem 
metodę jego do obszerniejszych kompozycyi stosował, 
"^-^ć tóż o artysty cznóm wykończeniu nie myślał. Zbiór 
wszakże, gdyby się był dochował, mógłby dziś być 
dzo ciekawym obrazem ówczesnych tendencyj, wy- 
^żeń, a nawet i pojedynczych osobistości pomiędzy 



140 



uczącą się koleżeńską młodzieżą, którą on zwykle za 
praedmiot dowcipniych tych fai^s swoich obierał. Napis 
na ówczes^6j kurtynie w teatrze Wileńskim: y,ridendo 
dicere verum,^ mógłby ujść za ogólny epigraf ich 
wszystkich. Pamiętam np. treść jednśj, z którśj można 
mniój więcój powziąć wyobrażenie o tonie i sposobie 
pisania innych. Muza Klio, uosobiona w postaci pani 
Morawskiśj, właścicielki i dyi^ektorki ówczesnego teatru 
w Wilnie, przybywa do tego miasta, aby aktorów na 
PaiTias werbować. Ochotników zjawia się mnóstwo, 
a zwłaszcza cały zastęp z pod pieca. Ale układy 
rozbijają się o warunki. Jeden nie chce poprzestać 
na źródle Kastalskióm, woląc szukać natchnienia w por- 
terze, ponczu i winie. Drugi nie chce się uczyć jeździć 
na Pegazie w rajtszuli, gdzieby go nikt nie widział, 
gdyż nie wątpi, że i bez tego świat swemi harcami 
zadziwi. Trzeci, choć adoruje szczerze Muzy-Mebianki, 
nie może się rozstać z ziemskiemi kapłankami Talii 
i Melpomeny, i dla nich wyrzeka się Pai^nasu i laurów. 
Ostatni wreście, lubo wiś, że Aurora esł Musis amica, 
nie może się zdecydować na codzienne spotykanie jśj 
wraz z niemi. I tu jest alluzya wprost do MicMe- 
wicza, (jak poprzednie były do innych), który, jako kan- 
dydat do stanu nauczycielskiego, mieszkał niegdyś pod 
jednym dachem z Kułakowskim, a nigdy wstawać rano 
nie lubił. Klio wszakże z nim jednym zawiera umowę, 
uciekając się do podstępu. Pozwala mu spać ile zechce, 
ale obowiązuje kontraktem, aby co wieczór odczytywał 
wiersze, które z WUna przyjdą na Panias, dla zdania 
z nich sprawy Febowi. Poeta nie przeczuwa, ale Muza 
jest pewną, że zaśnie wnet przy tóm czytaniu, a nie 



1 



141 

marząc po całych nocach, będzie mógł wstawać w porę 
na spotkanie Aurory. 

Taka była treść jednego z ćftuższych dyalogów^ 
odczytanego, a raczśj odegranego na majówce Błęki- 
tnego Grona, przez samegoż autora, który ptóytśm 
w najwyższym stopniu komiczny talent aktorski po- 
siadał. Inne grona zapraszały tóż zwykle Kułakow- 
skiego, aby ich także biesiady jambami swojemi oki'asił. 
Ztąd powstawały inne podobneż dyalogi, dotyczące 
prawników, medyków, filozofów, to jest uczniów 
fizyczno- matematycznego wydziału. Zbiór ich kompletny 
prawie istniał w Wilnie do roku 1840, w ręku jednego 
z kolegów, (Stan. B. Górskiego), który je bardzo sta- 
rannie zbierał i spisywał; i w owym roku dopióro zbyt 
przezorna i troskliwa o niego żona, z płonnej trwogi 
w piec je wi^zuctta. Zdaje się, że jakiś szczególniej- 
szy fatalizm zawziął się na zniszczenie wszelkich 
śladów talentu i pracy Kiriakowskiego. Wzorowy 
przekład trzech komedył Ai^^stofanesa zaginął, jak 
już wspomniałem wyżśj, w skutek nagłój śmierci jego 
samego. Śmierć zaś ta nastąpiła w ślad po przyja- 
cielskim wieczorku, w domu dawnego kolegi; Franci- 
szka Malewskiego, na którym Kułakowski, na przypo- 
mnienie dawnych dobrych czasów Wileńskich, impro- 
wizował jeszcze po raz ostatni jamby; podobnie jak 
gdzieindziój Prejent, na godzinę przed chwalebną 
śmiercią, improwizował tśż z konia, wpół żartobliwe 
wpół rzewne pożegnanie kolegów, śpiewając je na 
I .ę „Filona.*'— Niechże przynajmniój choć w tych 
1 itkich słowach wzmianka jakaś o ich obu zostanie, 
j żal po nich w pamięci piszącego pozostał. 



142 

A jednak nie można powiedzieć, aby te nic na 
pozór nieznaczące fi'aszki, Eejowskie owe „figlikij^ czy 
y,wyhryki dobrego humoru,'' jak je potem nazwał Syro- 
komla, nie miały pewnego wpływu na rozwój poezyi 
prawdziwój. Z nich to wynikły najprzód improwiza- 
cye Mickiewicza, które późniój, pod wpływem innych 
okoliczności, przybrały nieraz charakter proroczego 
natchnienia. A im tśż to i sam Syrokomla winien 
był piśrwsze objawy, jeśli nie piórwsze nawet poczu- 
cie w 3amym sobie poetycznego talentu. — Widzę, że 
znowu będzie dygressya! Ale wybacz, siostrzyczko, 
że się wstrzymać od ni6j nie mogę; tem bai'dziśj, że 
uważam ją owszem za ciekawy szczegół przedmiotu, 
o którym opowiadam wyłącznie. 

Jedynym spadkobiercą jambicznego talentu po 
Frejencie i Kidakowskim w Wilnie, był młodszy od 
nich wiekiem, lecz tóż z nimi współczesny Michał 
Kątkowski. Me przeto żeby i inni nie próbowali sił 
swoich w tymże rodzaju, lecz że on go wyłącznie 
i lepiśj od innych uprawiał. Że zaś ten szczególniej- 
szy zwrot do humorystyki, łączył się w nim z niemniej 
szczególną powagą umysłu i surowością poglądu na 
cele i obowiązki życia: jamhy pod piórem jego straciły 
swój pierwotny karykatui-alny charakter farsy, a przy- 
brały ton jowialny dowcipnego żartu, bez cienia zło- 
śliwości lub goryczy, którym on sobie i di-ugim, nie- 
tylko wtedy naukowe prace studenckie, ale i w dal- 
szym ciągu życia, twarde niekiedy próby losu, lub 
poważne a pożyteczne zajęcia w zawodzie obywatel- 
skim osładzał. Właściwa poezya w ogólności nie była 
nigdy dlań celem, ani nawet głównym przedmiotem. 
Lubował się nią tylko w wolnych chwilach spoczynku, 



1 



143 

jak Dp* oracz kwiatami^ kiedy rękę od pługa odejmie, 
^W^ późniejszym dopiero już wieku^ gij osiadł sam na 
^własnem gospodarstwie wiejskiem^ w blizkióm sąsie- 
dztwie autora ^Obrazów Litewskich,** ten ostatni za- 
chęcił go do gorliwszej na tern polu pracy. Wprawdzie 
przerwało ją wkrótce pisanie poważnego^ fachowego 
dzieła, o stosowaniu do rolnictwa zasad rachunkowo- 
ści handlowójj p, t. „Bachunek Fodwójnt/ dla Gospo- 
łdarsy^"^ i wnet potśm zajęcie się wzorowóm m^ządze- 
mem, podług tychże zasad, gospodarstwa i admini- 
stracyi w dobrach hr. Brani cki eh na Uki^ainie, prze- 
\\'yższających obszarem niejedno królestwo niemieckie. 
iiawsze jednak pozostał z tego czasu obszerDiejszy 
poetyczny utwór^ humoreska w trzech częściach^ p, t, 
^jyyreldor Anibroiewk^,'' wydana w Wilnie w r. 1853. 
Utwór tCB, godzien stać, zdaniem mojóm, obok naj- 
lepszych u nas w tym rodzaj u^ z pow^odu nader szczupłej 
liczby ezemplarzy di-ukn, nie doszedł dotąd do szerszćj 
świadomości publicznój, na jaką ze wszech miar zasłu- 
guje, i domaga się przeto powtórnego wydania. Ale 
w chwili, o którój tu chcę mówić, Kątkowski był 
głównym kontrolerem w zarządzie ogromnych dóbr 
xięcia Wittgensteina, (po Radziwiłłowskich), przeby- 
wającym naó wczas w Nieświeżu ('1838--1840 r.) Kon- 
troler trzymający w ręku nerviis rerum, i któremu 
z ufnością powierzano miliony, łatwo pojąć, jaką być 
musiał powagą w zarządzie i jaki wpływ mógł wy- 
merać na pracującą w nim i kształcącą się młodzież, 
•^^mczasem, wierny swemu upodobaniu, toczył rymową 
"^obliwą walkę z dzierżawcą dóbr sąsiednich, przy- 
.olem swoim. Jamhy ich, jak wzajemne pociski, 
yżujące się nieustannie, krążyły w kopiach po oko- 



144 

Kcy i w biurach samegoż zarządu. Nagle pomiędzy 
ninii dwoma, ozwał się jakiś głos trzeci, głos niezna- 
jomy nikomu i nie wiedzieć zkąd pochodzący, ale który 
wszakże od razu zwrócił na się uwagę wszystkich. 
Po długióm poszukiwaniu, traf nakoniec odkrył autora. 
Był nim p. Ludwik Kondratowicz, młody syn jednego 
z dzierżawców, zaledwo wyszły ze szkół, i umieszczo- 
ny jako aplikant w kancellaryi głównego zarządu. 
Wrodzona skromna nieśmiałość, jaką się mianowicie 
odznaczał, długo traymaJta go w cienia, nawet w oczach 
własnych kolegów. Dopióro protekcya i następnie 
przyjaźń Kątkowskiego, zjednane mu przez owe jamćj/, 
wyprowadziły go na widownię, i co najważniejsza, 
obudziły w nim samym poczucie siły i śmielsze zaufa- 
nie we własnym talśncie. Ezecz niewątpliwa, że talent 
tój mocy doszedłby był do tegoż i na innój drodze, 
ale ja mówię o tśj, którą doszedł! Wićm zaś o tóm 
z ust samego Syrokomli, który tóż dla Kątkowskiego 
czulą zawsze zachował wdzięczność, i wyi'aził ją sam 
w wierszu do niego, który się w zbiorze dzieł jego 
znajduje. *) 



*) Wiersz ten, p. t. j^Ambrożewicz w Zaiuczu,*^ napi- 
sany z powodu otrzymania od Kątkowskiego wspomnianój 
powyżśj xiążki, drukowany był w tomie III Gaiaęd, a pó- 
źniej w tomie VI poezyj Kondratowicza. Wzmiankując 
o kilku piszących, a w tój liczbie o „gospodarzu Jt/w^y," 
t. j, KątkowsMm, Kondratowicz tak się dalój odzywa: 

„ Ej, Ambrożewiczu! 

Czj nie widzisz na mojóm radośnóm obUczu, 
' Jak na imię tych ludzi serce mi kołata? 
Oai— 4ażdy z uczuciem przyjaciela, brata, 



145 

Byron powiedział wielką prawdę, wkładając ją 
w usta Danta, że: 

;,Wie]u jest poetami, może pićrwsi z ehóru, 
Co nigdy natchnień swoich nie zwierzyli pióru." 



(Many are poets, wko had never penned 
Their inspirations — cmd perhc^s the besłj. 



Takim poetą w Gronie BłękUnśm był przed in- 
nymi Adolf Januszkiewicz. Idealniej szego nadeń czło- 
wieka rzadko można spotkać na świecie, zwłaszcza 
pod względem poetycznego nastroju pojęć i uczuć mo- 



Mnie młodemu podali sw% prawicę godną, 
Przycisnęli do piersi — dalibóg, nie chłodno! 
Cóż za dziw, że ich kocham; że chcę wiedzieć pilnie. 
Co się tam dzieje w Mule, w Dziewietni, i w Wilnie?- 
Gadaj mil niech się do nich myśl moja przeniesie! 
Czy wićsz, że z twym Homerem, mądry Ulissesie, ♦♦) 
Znamy się już od dawna, jak dwa łyse konie? 
On mi kiedyś dał przykład, jak grać na bardonie... 

Jego rym nie lada 

Był dla mnie pięknym wzorem, jak się pieśń układa; 
On mi piśrwszy ukazał przybytek niebieski. — 
Wdzięczność mu, wdzięczność za to, do grobowćj deski!..." 

Z własnego zaś wiersza mojego „Do Michała Kątków^ 
skiegOy^ umieszczonego w zbiorze moich ramot, pozwalam 
tu sobie przytoczyć charakterystykę niejako jego osobistości: 

„Nie wszystko wszystkim, Panie Michale! 
Nie do wszystkiego wszyscy, jako ty. 



•*) Naawa Ulł8«e«» Btosuje się tu do Ambrozewicza, a więc nazwa Hówera 
ratora piszącego o nim. 

Wspomnienia* Z przeszłości. 10 



146 

ralnych^ oraz harmonii ich między sobą i z codzienną 
praktyką życia. Jednego chyba z młodszych moich 
przyjaciół mógłbym stawić w tśm obok niego, A był 
nim Eroiiisław Zaleski. Nie był on już naszym 
uoiweiisyteckim kolegą, ale był wychowańcem jednego 
z naszych kolegów, Dominika Chodźki, a. więc i wy- 
chowańcem tejże szkoły ducha. Ale że o lat wiele 
późniejszy, nie miał on już tój tak wybitnój poetycz- 
nej barwy, którą się nawet między kolegami Adolf 
Janusz kiewicz odznaczał. Tylko że ta poetyczność 
u niego nie stosowała się wcale, a przynajmniój nie 
stosowała się wyłącznie, do sztuki pisania wierszy, 
ale raczój do sposobu pojmowania i wykonywania 
moralnych obowiązków człowieka: religijnych, społe- 



Co jak stos Volty wszelkie metale, 
Amalgamujesz różne przymioty. 

Znać, że cię darząc hojna natura 
Wszystkoe Rachunkiem dała Podwójnym: 
W myśli i we krwi żywość Mazura, 
Obok z Litwina sercem spokojnym. 

Wzór kassyerów, mistrz kontrolerów, 
Maxym mądrości zbieracz poważny, 
Galant z damami, bon vwant z nami, 
Pod ogniem armat żołnierz odważny, 
I oto nagle sławny gospociarz! 
W domu. w apteczce, sam jak kobieta; 
W gorzelni chemik, na polu włodarz, 
A przy tćm wszystkióm — autor, poeta! 

I dziwy dziwów! w tece, w szkatule. 
Plon w równćj mierze rośnie ci razem, 
I gdy Fortunę gonisz na Mule, 
Po laur Parnasu śmigasz Pegazem i t. d. 

rP. A.) 



r 



147 



I 



cznych i obywatelskich. Jedynym celem poezyi, po- 
dług niego, było podnosić i rozjaśniać pojęcie tych 
obowiązków i wzmagać siłę do ich wypełnienia. Pod 
tym względem miał on szczególne podobieństwo ze 
Stefanem Grarczynskim, z którym go potom w Rzymie 
braterska złączyła przyjaźń. Punkt wyjścia był n nich 
odmieimyj ale się spotykali u celu. A raczśj sam 
ten punkt wyjścia zwał się tylko u nich inaczśj. 
W czem jeden (Adolf) widział korne posłuszeństwo 
prawom i przykazaniom Boskim, di^ugi czynił toż samo 
dla tegOj że mu w tśm własny czysty rozum prawdę 
i dobro wskazywał. Po wjjściu piśrwszych dwóch 
tomów poezyj Słowackiego, Grarczyński w wierszu 
ulotnym do jednego z przyjaciół w Dreźnie powiedział; 

„Cnota i Praw dat tylko wieńce chwały wij^. 

Nie doać jest byó Korsarzem, Arabem lal> Żmiją; 

Człowiekiem byó potrzeba, człowiekiem jedynie. 

Nie sama gładkość mowy do sore dzisiaj kluczem. 

B^ddem i poetami, skoro się nauczym 

Czuć prawda, pisać prawdę, i stwierdzać j^ w czynie.*^ 

Adolf tróź tego zwłaszcza, i owszem tego jedynie 
od poezyi wymagał; i kiedy inni Uękiini koledzy uga- 
niali za ognikamij albo na wzór ich sami szmermle 
tylko puszczali: on ci^leich spojrzenia usiłował zwracać 
ku gwiazdom, a zamiast poziomych szmermelów, żądał 
przynajmniój choćby rac . gwiaździstych. Jak jednak 
i pod tym względem był pobłażliwym i wyrozumiałym 
<^^" drugich, ja może mógłbym służyć za najlepszy 
'ód. 
Od pićrwszój chwili poznania zakochałem się 
1 formalnie, (był tóż piękny jak Antinous), i nie- 
"^ na wzajemność czekałem. A że właśnie w tymża 



148 

czasie, nie wióm zkąd i za co, powziął ku mnie po- 
dobnyż affekt inny kolega i rowiennik, Justyn Cie- 
cierski, który ja także wzajemnością płaciłem^ powstał 
ztąd między nami odrębny jakiś stosnjiek we trio, 
któr^o kierownikiem był właściwie Adolf, Przedmio- 
tem konferencyj naszych była zwykle kaznistyka uczuó 
moralnych, jak np. w rozmowach z Olesiem podobnai: 
dyssekcya nczuć sentymentatoych, lub tóż form i od- 
cieni poezyi, jako sztuki. I na tych tóż to punktach 
mianowicie Adolf musiał się uzbrajać w cierpUwośe, 
aby ze mną nie zachodzić w dysputy. Mówił zawsze 
&u>oje jak pleban, ale i chochlikowi mówić swoje po- 
zwalał. Ciecierski był zazwyczaj pośrednikiem go- 
dzącym. Z natuiy cichy, łagodny, nieśmiały, w samych 
już nawet rysach i melancholijnym wyrazie pięknój 
swój twarzy, nosił zda się cechę uczuć dziewiczych 
i przepowiednię przedwczesnego zgonu. Gdyby mu 
Bóg żyć dłuźój pozwolił, byłby zeń może tkliwy, rze- 
wny poeta, jak np. Karpiński lub Lenartowicz, — bo 
w tym kierunku zwykle sił swoich próbował; niezawo- 
dnie zaś wzorowo cnotliwy człowiek i pożyteczny 
kraju obywatel. Mając w perspektywie przed sobą 
dziedzictwo znacznśj fortuny, za główny swój obowią- 
zek uważai nauczyć się dobrego jój używania, i to 
nie tylko dla samego siebie. Adolf istotnie pod tym 
względem mógł być dlań najdoskonalszym mistrzem. 
Ze mną łączyła go mianowicie wspólna a poetyczna 
cześć i uwielbienie dla całój płci pięknój w ogólności: 
a i to może tylko dla tego, że sobie wtedy jeszcze 
żadnśj jednej nie wybrał, a szukał jój ustawicznie 
w ki'ajach marzeń i wyobraźni. Gdyby wybór był 
już nastąpił, przeszedłby może całkiem na stronę Adolfa, : 



149 

który urok i świętość mfl:ości widział głównie w jój 
przewodnictwiie, jako Anioła zesłanego ludziom przez 
Opatrzność, ażeby ich w koło najświętszych, rodzin-* 
nych obowiązków wprowadzić; i zaledwo przez wysi- 
łek pobłażliwości dla dmgich, pozwńlał im i bez tego 
celu niekiedy, ale zawsze tylko zdaleka, i to bardzo 
ostrożnie, lubować się urokiem anielskiego oblicza., On 
sam, nawet w drodze do tego celu, to jest będąc już 
zaręczonym, wyrzekł się potśm dobrowolnie tśj najwię- 
kszej dla siebie i jedynój pociechy życia, gdy w zami«i 
za nią mógł tylko dać udział we własnój niedoli* Sam 
ten fekt byłby już dostatecznym do potwierdzenia te- 
go, co o nim w ogólności powiedzirfem wyżój. A cóż 
dopióro gdybym tu mógł wymienić cały szereg faktów 
poprzednich, które go w tę niedolę wtrąciły? Szczę- 
ściem nie będą one stracone dla wiedzy i przykładu 
potomnych. W opisie jego życia, wydanym w r. 1861 
w Berlinie, ujrzą oni tę wzniosłą i szlachetną postać, 
godną być przedmiotem poezyi, a o którój najbliższy 
z lat ostatnich przyjaciel, przez czas dtugi wspólnik 
niedoli, a sam znakomity poeta, autor ^Kirgiza^^ opo- 
wiedział. Przytaczam tu własne jego d:owa: 

„Rzadko może zdarzy się spotkać dimgiego czło- 
wieka,, w którymby, oprócz powierzchowności w całśm 
znaczeniu pięknśj, tyle się jednocześnie moralnych 
przymiotów łączyło. Czysta wiara, miłość rodzinnój 
ziemi, wielostronnie ukształcony umysł, hart duszy, 
szlachetny i prawy charakter, na który nawet zawiść 
targnąć się nie śmiała, niezmordowana pracowitość, 
'^łość w wyprfnianiu każdego przyjętego na się obo- 
jzku, a obok tego swobodny humor, porywy poety- 
ce i ta łatwość pożycia, która mimowolnie wszy- 



150 

stkich serca ku niemu garnęła. liczne te i wielkie 

przymioty w taJt doskonalej harmonii łączyły się 
w osobie Adolfa^ że stanowiły jakąi wzniosłą i odi^ę- 
toą postać na tle dzisiejszego społeczeństwa. ** 

Cóż dodatS do słów takich? To jedno chyba je- 
szcze, Ż6 i sama śmierć jego była jatby koroną mę- 
czeńskiego żywota. Zaledwo powrócony na łono ro- 
dziny, po 25-cioletnióm oddaleniu, musiał ją wnet po- 
żegnać na wieki, i to oblawszy wprzód łzami najży- 
wszego żalu przedwczesny zgon młodzintkiój córki 
swego brata, która była dlań aniołem pociechy, a za- 
chorzawszy nagle, o jeden go d^ień tylko poprzedziła 
do grobu. Wszystko to zniósł on % tak świętym po- 
kojem, z tak pokornśm poddaniem się woli Bożśj, że 
mówiąc o tem w mowie pogrzebowej słynny naówczas 
w Litwie kaznodzieja, x. Wiktor Malewicz, sprawie- 
dliwie powiedział o nim: „Chi^ystus z całą pełnością 
błogosławieństw położył się na duszę jego.^ Ja zaś 
na wezwanie brata Jego i matki napisałem dlań na- 
stępujący nagi'obek, wyryty na grobowym pomniku, 
na wiejskim cmentarzu w Dziahylnie, rodzinnym jego 
majątku w guberaii Mińskiśj: 

^Z ducha, serea i myśli, z cnńt, ofiar i czy nów. 

Bóg' Tiie miał sług' wiernieJB7ych, kraj godmejsaych synów^ 

Obywatel z wyzaaw(?y niez ach wian !| eil^, 

Pr;!echodmu! nie zaA tylko nad jego mogił^^ 

Lecz módl eic i za siebie; by przeceń uprosić. 

Tak źyć, wierzyć i kochać, ta.k cierpieć i znoeić.*^ 

Smutna to rzecz bardzo, siostrzyczko, opowiadać 
na starość wspomnienia swojśj młodości. Na naj we- 
selsze zai'az pada cień mogiły, najmilsze nieraz zakon- 



151 

czą się Izami. Pamięć wski*zesza i \vidzi co było, ale 
serce wnet cziije^ że tego już nie ma, i co najgorsza^ 
wiOj co się z tern stało. Przyczyna, źe tak mało ma- 
my pamiętników osobistycbj kto mń, czy nie leży 
w tóm wtainie, iż sei*ce zwykle nad pamięcią przemaga, 
i odejmuje ocbotę do dalszego wywoływania wspo- 
mnień, które wznawiają w niem tylko nie pociechę^ 
leez boleść. Ja zawsze w takicb razach powtarzam 
sobie wiersz znakomitego poety, Żukowskiego: 

j,0 miłych współw^drowcaeh^ co ci przed oczyma, 
Idąc II bok, przykładem. &mt ewoieli świecili, 
Nie mó\r z żalem: „Już ich ni^ mai" 
Ale z wdzięcznością, że byli* 

I Z tego to mianowicie nczncia wdzięcznoacij 
radbym pamiątkę o nich młodszemu pokoleniu prze- 
kazać. Powracam więc do Błękitnego Grona, 

W cliwili mego wejścia do niego, laureatami 
w opinii kolegów^ byli Tomasz Zan i Jan Czeczot, 
O piórwszym^ jako poecie, wspominałem już wyżśj. 
Dnigi, zajęty obowiązkową pracą bim^ową w tak zwa- 
BĆj Komissyi Eadziwiłłowskićj, trudnił się przede- 
wszystkidm zbieraniem i tłómaezeniem nisińskich piosnek 
Indowychj i sam oryginalnie pisał tylko piosnki. Ti-e- 
icią ich były zazwyczaj . albo uczucia moralne, zgodne 
z dążeniem i duchem filareckim, albo sercowe, poświę- 
cone wyłącznie kn czci pięknśj Zosi Malewskiej, młod- 
Bzśj córki rektora uniwersytetu, dla którśj uwielhle- 
Tłi« poety miało wiele podobieństwa z uczuciem niegdyś 
iaźnina dla córki xiążęcych swych protektorów, 
rteraie tóż w nim jak w tamtym, w pośród różnych 
ib losu, aż do końca życia przetrwało. 



152 

Naśladowcą jego, jako zbieracz i tłómacz piosnek 
litewsko- żmudziach, był Emeiyk Staniewicz^ o lat parę 
starszy ode mnie. Tkliwość ich i rzewna łagodność odbi- 
jać się zdawały w jego charakterze, kontrastując niby 
na pozór z wysoką, męzką postawą, i nie rugując 
bjmajmniśj pogodnśj swobody umyd:u, która go zwła- 
szcza ścisłym węzłem przyjaźni łączyła z jowialnym 
Michałem Kątkowskim, a połączona z uprzejmą otwar- 
tością dla wszystkich, wszystkich mu tóż serca jednała. 
Mój z nim stosunek, zawsze bardzo dobry, spoił się zwła- 
szcza i przeszedł w serdeczną przyjaźń podczas kilko- 
miesięcznego sąsiedztwa tuż obok w celach karmeli- 
tańskiego przy Ostrój Bramie klasztoru, gdyśmy w nich 
potom wspólnie mimowolną rekoUekcyą o(Jbywali. Li- 
czę go zawsze do najmilszych wspomnień z owych lat 
piśrwszśj młodości. 

Nad wszystkimi wszakże młodszymi, poetyckim 
umysłem i talentem górował niezapraeczenie Oleś 
Chodźko, nim w parę lat późniśj przybyli do gi'ona 
wprowadzeni przez niego i przeze mnie, Ludwik Spitzna- 
gel i Józef Massalski. O piórwszym wspominałem już 
obszerniój powyżój i gdzieindziój; tu więc powtórzę 
chyba to jedno, że był to nie tylko talent, ale może gieniusz 
w zarodzie, który nim się w pełni rozwinął, spłonął 
sam w ogniach własnych swych uczuć, czy raczćj 
może tylko wyobraźni, nad którą zapanować nie umiał. 
Massalskiemu tśż dalsze okoliczności życia zwichnęły 
polot, nie tak bujnej, jak raczćj dziwnie lotnój, lek- 
kiój, i że się tak wyrażę sylficznój, czy motylój fan- 
tazyi, która go tśż sama dobrowolnie do tych smu- 
tnych okoliczności przywiodła. Powióm o tśm, co się 
da powiedzieć, poniżój. Ale z piśrwszych poetyckich 



W' 



rai: jego, tajki zwłaszcza w guście Lafontena^ pod 
311 wdidękn narracyi i stylu^ ze wszystkich na- 
^.j.:ii pijarzy w tjTii rodzaju stoją mo:^e najbliżćj 
Nk Krasickiego, i tak się mają do swojego wzoru^ 
Bk np, bajki Mickiewicza do bajek Trembeckiego, 
których OE styl i ton naśladował, 

Alti wracając do Olesia Chodźki; — znajoma jest 
(owfiKechuie improwizacya o nim Mickiewieza, gdy 
kiniwiiywając go w ni6j do kolibra o tęczowych pió- 
acb, przepowiadał mu za czasem siłę lotu i tTyumf 
frłau Jakoż piśrwszy zbiór jego poezyj, wydany w Fe- 
[oti'Sburgu w r. 1830^ nie zadał bynajmniej kłamu tśj 
^-gyjacielKkiej cWubnój przepowiedni, A dla czego 
mm autor ziścić j6j w pełni nie nsilowal, czy nie 
khciał? to samby on ju^ chyba wytłómaczyć zdołał; 
jdyż głos jego dotychczas, Bogn dzięki, nie zamarł, 
i owszem w chwili obecnej, (1882), zkatedry w Kollegium 
Praeuzkiem (ColUfje de France} w Paryżu, odsłania 
tudzoziemcom piękności literatory Stowianskiśj, speł- 
liając niejako w ten sposób ową wieszczą przepowie* 
lnie Adama, którego miejsce właśnie na rzeczouśj 
;atedi7:e zajmuje. W czasie, o którym tu mowa, on 
eden, jako wybrany uczeń i szczególny ulubieniec 
bmasza Zana, występowali od razu w roli romantyka^ 
podczas gdy wszyscy starsi, a nawet rówienuicy jego, 
Ihigo wprzód tu w Rzymskicli togach^ to w^e Fran- 
;azkich haftow^anych frakach chodzili. Między innemi 
ballada jego p. t. Mdmy, podała piórwszy pomysł 
towackiemu do napisania swojśj Balladyny, 

Naczelnikami zastępu togatów byli w^spominaui 

jn^i^, niejednoki^otnie wyżój. tłómacze poetów gi-eckich: 

'elix Kułakowski i Jan Wiernikowski. Tuż po nich 




154 

szedł Jan Zahorski, również jak oni kandydat do stauti 
nauczycielskiego i niemniej też gruntownie uczony fi- 
lolog. We dwa zaś lata później przybył do uich Jułjan 
Korsak, jako wzorowy tiómacz ód Horacyusza^ jak go 
nie wahał się nazwać sam Boi-owski, gdy piśrwsze 
podane sobie ody, na lekcyi publicznie, z wymienieniem 
nazwiska tłómacza, odczytał. Mimo to Korsak był 
pierwszy, który z obozu klassyków przeszedł stanowczo 
na stronę romantyków, a w dalszym ciągu poetyczne- 
go swego zawodu, oprócz kilku znakomitych utworów 
oi7ginalnych; jak np. „Oda do Oieniuszu,*^ „Kamoens 
w sż^iialu,^ i t. d.; oprócz wcale udatnych tłómaczeń 
poematów Byi'on'a: nLaraj'' „Więzień CliilonUy'' „OUę- 
śenie Koryntu,^ „Birisina;^ tragedyi Szekspira „Bo^ 
meo i J\diay^ i tragedyi G5the'go „Ifigenia w Tan- 
rydz-iSy"^ uwiecznił zwłaszcza swe imię w literaturze 
ojczystśjj rymowanym przekładem „Boskiśj Komedyi^ 
Danta, o którym mówiąc kiedyś Borowski, wyi'aził 
się; „że pachnie Dantem.** Pi-zykład jego w przenie* 
wierzeniu się klassycyzmowi naśladował w późniejszych 
latach Wiernikowski, gdy po wydrukowaniu w Wilnie 
w r. 1824 wzorowego przeldadu kilku ód Pindara, 
oddawszy się nauce wschodnich języków w Kazaniu, 
zajął się był przekładem perskiego poety Hafiza, a na- 
stępnie, nauczywszy się po szwedzku, wytłómaczył 
z Tegnera dwa najsławniejsze poemata jego: „Axd'^ 
i „Fritiofs Saga.^ Oba te tłómaczenia, ogłoszone 
drłikiem^ tłómaczowi zasłużoną sławę przyniosły. Je- 
den tylko Zahorski, do końca pobytu swego w uni- 
wei-sytecie, nie dal się niczóm oderwać od czci Muzy 
staroźytnój, a mianowicie Rzymskiój, i często nawet 
stykiSBJu Juwenalisa z widmami romantycznych ballad 



155 

wojował, w najprzyjaźniejszój wszakże komitywie sam 
zawsze z romantykami zostając. Tłómacz Listów i ScBtyr 
Horacyusza, sam na wzór ich pisał własne. Nie było 
w nich wiele talentu, ale wiersz i język poprawny; 
tylko że wykształcony zwłaszcza na Trembeckim, 
odznaczał się i grzeszył napuszystością, która, we wła- 
snśj zwłaszcza deklamacyi jego, dochodziła do tego 
stopnia, że może nie miałby sobie pod tym względem 
równego, gdyby nie exystował w Warszawie pan Jó- 
zef Dyonizy ]VBnasowicz, którego pewno, siostrzyczko, 
pamiętasz, a więc i wiósz z doświadczenia, jak tru-' 
dno było słuchając wstrzymać się niekiedy od śmiechu. 
Że zaś prawidło: nonum prematur in annum było dla Za- 
hoi*skiego prawem kardynalnśm: ztąd poszło, że nic nigdy 
nie ogłosił drukiem; a co po śmierci jego stało się 
z rękopismami, ja nie wióm. 

Do naśladowników francuzMch, a raczej ówcze- 
snych poetów warszawskich, liczyli się bez wyjątku 
mniój więcój wszyscy inni składacze rymów. Silniejsi 
brali się do przekładów tragedyi, słabsi poprzestawali 
na liryzmie. Jeden z piórwszych, Xawery Turski^ 
wytłómaczył między innemi „Mitrydata" Rasyna; lecz 
pomimo, że przekład ten, zdaniem znawców, nie ustę- 
pował w wartości słynnym wówczas przeldadom war- 
szawskim, tłómacz, przeszedłszy wkrótce na stronę 
romantyków, nie chciał ogłaszać go drukiem, i zajął 
się przekładem „Zbójców"' Szyllera, przeznaczając tę 
sztukę na benefis ślicznój i wielce znakomitśj arty- 
s^M, panny Izabelli Górskiój, która nawet obok pani 
] '^chowskiej, goszczącśj wtedy czasowo w Wilnie 
1 z z p. Werowskim, była ulubienicą publiczności 
( zesnśj. Ti7umf ten wszakże romantyczności na 



156 

scenie nie doszedł rzeczywiście do skatku, napotka^ 
wszy stanowczy opór ze steony klassjczn6j dyiekcyi 
teatru, i piękny przekład Zbójców^ zaległ na zawsze 
w tece obok Mitrydata. W kilku ledwo drobniejszych 
utworach, di'ukowanych w ówczesnych dziennikach 
wileńskich, zostały jedyne ^ady wyższego talentu ttó- 
macza, który go całkiem potom dobrowolnie zaniechał, 
a dziś jeszcze tv okolicy swojśj jest wzorem postę- 
powego gospodarza i zacnego obywatela. 

Podobnyż los mniój więcój był udziałem i wszy- 
'stkich innych czcicieli Muz, kolegów i rowienników 
moich, którzy im wtedy gorliwie w Oronie BłęMtnśm 
służyli. Imiona więc ich przynajmniój chcę tu na pa- 
miątkę wymienić, nie powtarzając wspominanych już 
wyżój. Byli nimi: Tadeusz Żebrowski, Dominik Orlic- 
ki, Stefan Marciejewski, Jan Jankowski, i Ludwik 
Paprocki. O Jankowskim, smufaiśj pamięci, przyjdzie 
mi może wspomnieć jeszcze poniżśj. Paprocki zaś, 
późniejszy urzędnik i nakoniec członek Bady Stanu 
w Królestwie Polskióm, żyjący do dziś dnia jeszcze (* 
i otoczony szacunkiem powszechnym, był natenczas 
w Oronie Błękitnem jako główne pośrednie ogniwo 
pomiędzy poezyą a muzyką. Muzyka bowiem, równie 
jak wszystkie inne sztuki piękne, otwierała t6ż swoim 
adeptom wstęp do literackiego grona. Kzeźbiarzy w nióm 
tylko nie było. Malai^stwo reprezentował jeden tylko 
Walenty Wańkowicz; ale co ołtai'z .Euterpy, to miał 
zawsze liczny zastęp czcicieli. Na czele wszakże ich 
wszystkich stali: Ludwik Paprocki, Jan Jundziłł, i xiądz 



*) Pisano to było w r. 1881. Umarł w r. 1882. 



157 

Petrulewiuz, jako ski^zypkowiej i Henryk Romer, jako 
wiolonczelista- Temu ostatniemu sławny Roraberg, za 
bytności swój w Wilnie^ rokował świetną artystyczną 
przyszłość, gdyby jego położenie społeczne nie otwie- 
rało raczśj pi^ed nim pola innój, obywatelskiój zasługi. 
Ale wszystkie te piękne nadzieje przecięła śmierć zbyt 
wczesna^ z przypadku utonięcia w kąpieli, Paprocki 
zaś, X. Peti-ulewicz i Jundziłł byli zawsze do końca 
głównymi czynnikami koleżeńskicli zabaw, których mu- 
zyka, obok poezyi, stanowiła część integi^alną. Do urzą- 
dzanych przez nich na ten cel kwartetów wchodzili 
tśż dwaj nienależąey do grona, ale duchem z niśm 
spoki^ewnieni, aityści katedi^alnśj i teatralnej muzyki^ 
pp. Borowski, piórwszy skrzypek, i Karszmidt, wio- 
lonczelista. Chór śpiewaków, pod przewodnictwem 
trzech braci Zanów, obdarzonych prześlicznym głosem^ 
składał się, zwłaszcza w polu otwai-tśm, ze wszystkich, 
którzy tylko, jak np, ja i Ignacy Dom ej ko, za wyra- 
źnych inrbatof^ów jego uznani i uważani nie byli. 

Ale wspomniawszy o zabawach^ czuję się niejako 
w obowiązku powiedzieć tit tu o nich słów kilka. 

Zabawa, podltig filai-eckićj teoryi pana Tomasza^ 
powinna była być, obok nauki, dmgiem źródłem kształ- 
cenia umysłu, serca i ducha, byleby, ma się rozumieć, 
charakterem swym odpowiadała celowi. Ztądtćżobok 
posiedzeń poświęconych wyłącznie nauce, wszystkie 
grona od czasu do czasu ui^ządzały u siebie wieczorne 
kole^^eńdkie zebrania, najczęściój z powodu imienin 
•zewodników, w obszerniejszych prywatnych mieszka- 
iach swych członków. Na wszystkich wszakże, jak 
^'egdyś minstrele, nieodzownymi gośćmi byli poeci 
muzycy błękitni. Poezya bowiem, to jest deklama- 



158 

cjSL albo jmnhy^ i muzyka, składały zwykle cały pro- 
gram zabawy, nie wyłączając przytóm .swobodnej ro- 
zmowy, albo nawet i gier studenckich, jak np, w ciu~ 
ciubahkę w zimie, lub latem na majówkach w mjąca. 
Koszt na te uczty zbierał się z drobnych dobrowol- 
nych składek; traktament odpowiadał prostocie pro- 
gi*amu. Z niektórych piosnek filareckich, jak np. z owśj 
Adama: •• 

^Hej, użyjmy żywota, 
"W^szak żyjem tylko raz. 
Niechaj ta czara złota 
Nie próżno wabi nas. 

„Hejże do ni^j wesoło! 
Niechaj obiega w koło. 
Chwytaj i do ust cliyl 
Zwiastunkę dobrych chwil!" — 

Z piosnki tej i niektóiych innychj mylnieby ktoś 
może mógł wnosić, że kielichy i gorące napoje były 
:iródłem albo podnietą ożywienia i wesołości tych bie- 
siad. Kzecz owszem miała się wręcz przeciwnie. 
Wino^ poncz, piwo, nie mówiąc już o spirytualiach, 
hyły wyraźnie wykluczone z programu. Mlóko, her- 
bata z ciastem, lepszśm nieco od prostych bułek, kra- 
janki chleba z sśrem i owoce, składały cały zasób po- 
siłków i łakoci. Jeden jedyny toast na cześć bohate- 
ra fety, spełniał się jeśli .nie miśkiem, to małym kie- 
liszkiem KoT^ieńskiego miodu; i dla jednego tylko 
Adama, kiedy bywał obecnym, wyjątkowym sposobem 
butelkę porteru stawiono. On tóż jeden miał wyłą- 
czny przywilej palenia fajki, od którój, na zebraniach, 
-Z postanowienia wstrzymywali się drudzy. Cygar i pa- 



159 



ni^i*^^^^ iiie 2uaiio wtedy jeszcze^ a przynajmnićj 

rw Wilnie. Ztąd tóż prawdziwie obrzędową piosnką^ 

l^rzy wmoazeniii toastu, była następująca Czeczota: 



I 



„Bodaj to złote wiok[j 
Kiedy miodein i mlekiem. 
Słodkie płynęły r/eki, 
A człek był słodkim ezlekietn! 

pSerce słodkie Jak k miodu, 
DuBsa jak mleko biała, 
Czarnych zbrodni zarodu, 
Ni g^orzkieli trosk nie znała! 

,,Ta.k my kiedyś wzdychali 
Za złotenii wiekami, 
Pokietny nie zoetaii 
Braćmi Filaretami. 

,,DziaLaj dla nas wiok zloty 
Błysnął w bratt^reki^m grenie^ 
G-dzie ezystym og^niem cuoty 
Serce każdego płonie. 

„Słodka przyjaźń I Kg od a 
Pokrzepia wiek nasz młody; 
Myśli, uczuć swoboda, 
To złotych wie kaw miody, 

„Tyś nam wskrzesił te wieki, 
Daj^e nam niegdyś mleko; 
Odtąd pam życia rzeki 
Mlekiem i miodem cieką, 

„PrKyjmze od nas to mlek o, 
Godło wieku złotego, 
Niech mlekiem, miodem dekg. 
: Zdroje życia twojego!" 

Piosnka ta napisana wyłącznie dla Zana, zmie- 
lą się \y ostatmcli dwócli sti^ofach^ stosownie do so- 



160 

lemzantów, na cześć któryctL toast wznoszono; zawsze 
jednak byta przy tśm konieczną, jak f,God save the 
king'' na publieznych ucztach angielskich* 

Ale oprócz tych zebrań grou pojedynczych, albo 
ogólnych wiosennych majówek za miastem, jedną wspól- 
ną doroczną biesiadą w mieście był obchód imienin 
Tomasza Zana, 21 Grudnia. Dniem przed tóm, jako 
przed feryami Bożego Nai^odzenia, lekcye w uniwer- 
sytecie były już zamknięte, a ci co nawet mieli wy- 
jeżdżać do domów na święta, wstrzymywali zwykle 
swój wyjazd, aby piśrwój złożyć życzenia ukochanemu 
solenizantowi. Była to piśrwsza biesiada, na którój 
byłem obecnym, po przyjęciu mojóm do gi'ona w roku 
1820p Odbywana się ona we wspaniałych salonach 
pałacu Jenerała Paca, który stał naówczas pustkami, 
a burgrabia, przyjaciel jednego z naszych kolegów, 
Onufrego Pietraszkiewicza, otworzył nam je na ten 
dzień do użycia. Spodziewano się przybycia Mickie- 
wicza z KoT^na, ale stan jego zdfowia i zbyt silne 
mrozy nie dozwoliły mu spełnić zamiai^u. Zawód był 
tśm dotkliwszy dla wszystkich, że właśnie dla zrobie- 
nia jemu przyjemności, i w skutek własnśj jego rady, 
Grono Błękitne wystąpiło po raz piórwszy z repre- 
zentacyą studenckiej krotofili wierszem, napisanśj przed- 
pai'ą laty przez samegoż solenizanta, p. t. „Pierożki 
GryczmieJ" Mickiewicz cenił ją bardzo, jako wiemy 
obraz z natuiy obyczajów i usposobień studenckich. 
Powtórzono ją tśż przed nim w roku następnym, gdy 
Mickiewicz za urlopem dla zdrowia cały ten rok szkol- 
ny w Wilnie pi^zepędzil- Ale zamiast opisywać po 
szczególe obie te fety, pozwalam sobie, siostrzyczko, 
przytoczyć tu raczój, jako ogólny ich obraz i wspo- 



. 161 

mnienie, choćby tylko początek własnego mego wier- 
sza do Tomasza Zana^ napisanego w r, 1852, gdyśmy 
w gronie zaledwo kilku dawnych kolegów, obchodzili 
dzień jego jmienin^ po powijecie już jego do Wilna, 

„Panie Tomaszu! lat temu trzydzieście, 
Daień twych imienia — co to ^a wesele! 
Boże mójl pomnę — go za ruch po mieście, 
Bo eo dom w mieście, to w nim przyjaciele! 

Wili^ Fr ej ent eałj dzień już lata, 
Ou, co nam piśrwszy każd^ wieisć ogłasza. 
flPanowiel jutro mleko i herhata! 
Czeczot funduje, i wszystkich zaprasza, *"— 

Z wszystkich okienek, gdzie tylko poeci, 
Jak wróhle w gniazdach, siedzą na poddaazu, 
Cał^ noc świeczka nieutarta świeci, 
Wszędzie się piszą; wiersze o Tomaszu. 

Jeżowski czapkę nasun^ na uszy — 
On jutro irińwcą w imieniu zehraDych. 
U Łozińskiego gwar, hałas, aż głuszy— 
Próba na jutro ^Fieroików Gryczanych.^ 

U aas, przed piecem zamyślony Adam, 
Puszcza z ust dyma coraz gęstsze wianki. 
Ja tćż cichutko w myśli rym ukUdam, 
Licząc z Czeczotem pożyczone szklanki. 

Dwie głowy cukru Uolowąs Oaufry 
Przyniósł, i tłucze; — a niezmordowany 
Brat Piotr szykuje stołki, ławki, kufry, 
By było na czśm siadać koło ściany. 

I o północy już wszystko skończono. 

Lecz gdzie tam zasnąć!— gdy już przed świtaniem, 

Do przewodników ma się każde grono 

Zebrać, i razem iść z powinszowaniem! 

Wspomnienia z przeszłości. 11 



1G2 

Jakoż i idziem.— O! któa pDwylioza 
Te siedm gron wszystkie, siedm. barw jednaj 1f ezy. 
Co jak przyszłości zorza tajemnicza 
Opromieniała na&z ranek młodzieńczy? 

Tyś był oam wszystkim jak ów Sokrat grecki, 
Co próżno pragnął gromadki jak nasza, 
Bo w kaidśj myśli, piersi Filar eckiśj 
Tchnęła najczystsza miłofe^ d)a Tomasza. 

W tobie nią każdy, jak w wspńlnśm ognisku, 
Serce do pieśni, do czynów zapalał, 
Udzielał drug-im w braterskim uścisku, 
Strzegi^c nawzajem, by nikt jśj nie skalaŁ 

I nieskalana tiz była w Urn. gronie. 
Jak l)yły czyste te łzy rozrzewnienia. 
Jak był promienny pojtój na twśm czole, 
Gdy ci JezDWfiki niósł wszystkich, życzenia. 

Któż im nie wtórzył najszczerszą; nadzieją^ 
Kto śmiał nie wierzy ó w ich prorocze wróżby, 
Które mi Adam, i drudzy kolej-, 
"W" ^lad twój budzili do ojczystej służby? 

I nieskażone tśż było wesele, 

Żywe jak miłoś<5, spokojne jak cnota, 

Z któro ni się w wieczór młodzi pj"zyjaeiele 

Zbiegli, wpół skaczą:C, na bal do Czeczota* 

Gwar, jamby, pieśni — przy miodzie i mleku, 

Sto serc ognistych, kochających wzajem... 

O! tj nasz młody, tj nasz złoty wieku, 

Coś z nas i przez nas miał wzejść po nad krajem!... i t. d, 

Ale nie same tylka towarzyskie zebrania naiwer- 
syteckieh kolegów nosiły ten poetyczno-duchowy, czyli, 
że go tak nazwę, filarecki charakter. Zaczynał on 
właśnie w tym czasie ivmkae coraz wyraźniśj i szei^zej 
w pojedyncze kółka światowe, w domach zwłaszcza, 



163 

gdzie były i rej wiodjy paBienki. I nie było to wprost 
naśladownictwem, lecz raczój skutkiem tśjże samój 
przyczyny, Pi^zyczyną tą był wspólny wpływ Zana. 
Wprawdzie poprzedzające nas pokolenie odznaczało się 
joż w ogólności na Litwie wielką światową ogładą, 
upodobaniem w estetycznych zabawach^ szaimanteryą 
ze strony mężczyzn, a sentymentalnością ze stilony 
płci pięfcnśj. Ale była to szarmanterya czysto salo- 
nowa: dwoma, zalotna^ rycerska nawet, jeśli ją tak 
ł nazwać, którśj głównym wzoi^em i szkołą był w War- 
szawie dom xięcia Józefa pod Blacfią. Sentymental- 
ność zaś damska, była wiernym odbiciem kolorytu 
i tonu słynnych i modnych wówczas romansów pani 
CoUin, pani de Geniis i t- p- Mówię to, ma się rozu- 
1 mieć, o wyźiazych i wykształcedszych warstwach spo- 
n łeczeństwa: ale wpływ ich sięgał i niżej^ i z Wilna, 
^ jak z głównego ogniska, rozchodził się po innych 
miastach i miasteczkach, gdzie były zwłaszcza palestra 
r ^ i szkoły, które go dalszą koleją po dworkach szla- 
' * checkicb ki^zewiły. Powa^iejszego, duchowego niejako 
pierwiastkn, ani w owśj szarmanteryi, ani w owój 
sentymeutalności nie było. Był to już wykwit czysto 
filaa-ecki, choć on sam niewątpliwie tamtym piśrwszy 
swój początek zawdzięczał. Domieszką w tśj amalga- 
; mie był osobisty charakter pana Tomasza, poetyczno- 
religijny nastrój jego umysłu, i nakoniec same okoli- 
czności, które go jednocześnie od razu z męzką i żeńską 
uczącą się młodzieżą zbliżyły, W pierwszym zaraz 
u przybycia ze szkół do lVl]na (1815)^ zmuszony 
sną pracą zarabiać na utrzymanie swoje, obok 
:u koiTepetycyi studenckich, otrzymał, za protekcyą 
iotekarza uniwersyteckiego Kontryma, posadę przy- 



164 

chodniego nauczyciela matematyki i fizyki przy jednym 
z pińrwszycli peneyonów panieńskich w Wilnie (Pani 
Dejbel)* Tkliwy, delikatny, łagodny i kochającego 
serca z natniy, gdy właśnie pi-zez te przymioty jednał 
sobie ogólną życzliwość kolegów, cóż za dziw, że i wi-a* 
żliwsze serduszka uczennic tśm łacniej jeszcze pocią- 
gnąć się dały? Sława jego nauczycielska takiego 
z czasem nabrała rozgłosu, że literalnie wszystkie^ 
ile ich było w Wilnie, przełożone pensyi, ubiegały się 
jako o zaszczyt, aby Zana do gi'ona swych nauczycieli 
zaliczyć, Grdy więc wszystkim sam zadość uczynić 
nie mógł, i^ekomendował w miejscu swojśm najzdol- 
niejszych kolegów, i tym sposobem, po pewnym prze- 
ciągu czasu, nauczycielami we wszystkich żeńskich 
naukowych zakładach, zostali wyłącznie sami najzaufańsi 
przyjaciele jego. O ile zaś to nauczycielstwo panień- 
skie oddziaływało wzajem na nauczyciela, na upoety- 
zowanie zwłaszcza i uduchownienie teoryi jego o pro- 
mionkach^ którą on, jak już wspomniałem wyżój, po- 
między koJeżeńską młodzieżą upowszechnić: o tśm 
z własnych domysłów rozszerzać się nie będę. Faktem 
jest tylko, że imię jednój z tych uczennic, Fdi, (Fe- 
licya), którą obrał za damę swych myśli i wierszy, 
sttóo się pomiędzy Filaretami jak gdyby generyczną 
nazwą ideału cnót, zalet i wdzięków niewieścich z jednśj, 
a czci i uwielbienia dla nich z-drugiśj strony. W piosnce 
filareckiśj Adama, zaczynającśj się od słów: »-He;, 
umyjmy żywota!^ ostatnia strofka, mówiąca o starości, 
kończyła się temi słowy: , 

^Krew etygnte^ włos się bieli, 
"W wieczności wpadniem toń. 
To oko zamknie Feli, 
To, Filareta dioń." 



1G5 

I przeto każdy z wyznawców teoryi pramion- 
kotoij^ mogl powtórzyć muiśj więcśj względem siebie 
o Felij co Zygmunt Ki'asiński o Beairke, mówiąc: 

„I jft t^ miałem Beatrice mojcP 

Źe zas w przeciągu lat pięciu (1815—1820), 
wiele z tego rodzaju Feli czy Beatrici pi*zeszło z ławek 
pensyouai^skicli na taneczne posadzki i fotele wileń- 
skich salonów, i pomagało matkom w robieniu honorów 
domu: nie dziw, źe najpożądańszymi dla nich gośćmi, 
byli młodzi przyjaciele pana Tomasza, z którymi je 
i wspólność wyobrażeń i wspomnień, i wspólność przy- 
mnażania dla wspólnego mistrza łączyła; a następnie, 
że ton i koloryt wzajemnego ich między sobą stosunku, 
musiał też oddziaływać i na innych gości. Piórwszóm 
i głównćm ogniskiem podobnego wpływu, był w czasie, 
o którym tu mowa, dom samegoż rektora uniwersy- 
tetu, p. Szymona Malewskiego, Wprawdzie ani on 
sam, ani żona jego: uprzejma, dobija, zacna gospodyni, 
nie mieli w tóm najmniejszego udziału; ale syn ich 
jedyny, Franciszek, kolega i najbliższy przyjaciel 
Mickiewicza, Zana, Jeżowskiego, Czeczota i innych, 
jak z jednćj strony ściągał ich do siebie, tak z di'ugi6j, 
przez wpływ na siostry, nastrajał je niejako do har- 
monii z nimi. Z dwóch tych sióstr starsza, Marya, 
cicha, skromna, nie myśląca o sobie, poprzestająca 
ochoczo na podrzędnśm stanowisku Marty, sama owszem 
ku młodszój Zosi prąd uwielbień gości swoich zwracała* 
"^^ zaś ostatnia, piękna, żywa, dowcipna, z niepospo- 
rm talentem muzycznym i uroczym głosem w śpie- 
niu, łączyła jeszcze mnóztwo fantazyi i fantazyek 
pieszczonego dziecka, które choćby właściwie przy- 



166 






szło może aazwac cieniamij miały one 'wszakże swój 
powaby takj ze możtiaby było powtórzyć o nieh z poetą 
(Moorem): 

^Że nieraz wątpić trzeba, ezy te cienie 
Nie milBze dla. nas, niż eame promienie." 

Nie zrażały tóż one przyjaciół jej brata, a dla 
Czeczota owszem miały urok czai^ów, któremi bajeczne 
wróżki oplątywały nieraz swoich wielbicieli, uczuć ich 
nigdy same na seryo nie dzieląc. Ja wprawdzie tych 
tak wielkich czarodziejskich wpływów, o których cią- 
gle słyszałem, nie doznałem bynajmniej na sobie; ale 
to może dla tego, że nim Mentor mój, Czeczot, ziacił 
nareście swoje obietnicę, że mnie, jeśli na to zasłaże, 
przed obliczność ideału swego wprowadzi: własne moje 
ideały w tym względzie w inne już całkiem wcieliły 
się kształty, Że zaś właśnie ta okolicznośti wywaiia 
wpływ stanowczy i największy może na dalszy kie- 
runek i rozwój poetycznego mego pod tym względem 
żywota; więc uważam tśż za właściwe, obszernićj 
nieco powiedzieć tu o tćm. 

A oprócz tego jeszcze, siostrzyczko, mam i inny 
powód ku temu, i to powód tyczący się przedewszy- 
stkiśm ciebie samśj, to jest^ chęć usprawiedliwienia 
się niejako przed tobą, W nekrologu moim za życia, 
który przed laty kilku raczyłaś napisać i umieściłaś 
w kalendarzu Ungra, podajesz do wiadomości powsze- 
chnśj — nie umiśm dobrze odgadnąć, czy jako pochwałę^ 
czy jako zai^zut: — gorącą moje czeić i uwielbienie dla 
calój płci pięknśj w ogólności. Nie wypieram się ja 
tego bynajmniśj^ ale wszakże idzie mi o to, ażebym 
nie był brany za jakiegoś ślepego, bezmyślnego motyla^ 



167 

[którego wymagamora lada ziółko wystarcza, a któiy 
miedzy niśm a choćby nawet różą, różnicy dostrzedz 
i poczuć nie umie. Tak nie jest. Że zaś w cią^ 
trzech ćwierci wieku mego życia, los szczęśliwy dawał 
mi wszędzie spotykać w pici pięknój okazy cnót naj- 
milszycb i najwyższych w ludzkości: od miłosierdzia 
i litości, do heroizmu w poświęceniu^ że niiiie ustrzegł 
od doświadczenia na samym sobie tycli jakoby wad 
i usterków, o które ją w wierszach i w prozie ród 
męzki od wieków obwinia; przypisuję tOj prócz £iaaki 
Bożśjj temu zwłaszcza pierwszemu stosunkowi mojemu, 
o którym tu mówić zamierzam, a który przez kilko- 
letnie trwanie w czasach pierwazej mojój młodości, 
wytworzył snąć w duszy mojćj taki jakiś kamerton 
uczucia, że kierując się nim w wyboi-ze dalszych, 
nigdy się, Bogu dzięki, nie zawiodłem w nadziejach. 
Od przybycia mego do Wilna, poprzestając na 
towai'zystwie kolegów, w domu tylko pp. Spitznaglów, 
w którym byłem jak w rodzicielskim, widywałem 
czasem zdaleka światowe towai-zystwo wileńskie. Że 
zaś to składało się zazwyczaj z poważnych professorów 
nai'odowości niemieckiej , którzy się w nim z całą ro- 
dziną raz w tydzień na bostona lub wista zbierali; ja, 
jako młody i nieśmiały student, żadnego w niśm wła- 
ściwie nie brałem udziału, i • przy wieczerzy tylko 
w gi^onie gości siedziałem. Tak było do imienin samćj 
pani domu, w dzień N. P. Maryi Gromnieznćj, (2 Lu- 
tego 1821 r.) W dniu tym po nabożeństwie z ko- 
"'■'oła przyszedłem tśż z powinszowaniem, i przy 
tępię do przedpokoju usłyszałem hałas i tertes 
pokoju dziecinnym, do którego tóż wszedłem naj- 
pwój. Ujrzałem tam jakiegoś malca idącego w za- 



168 

pasy z młodszym T)ratem Lnd^ika, do którycli on 

i brat najmłodszy oki'zykami zachęcali szermiei^zy, 
Malec ten nieznajomy zwi'ócit moje uwagę przez szcze- 
gólniejszy jakiś wyraz fizyognomiij a zwłaszcza przez 
duże, czame, pałające oczy, które tśż utkwił we mnie 
gdy wszedłem, i kiedy moje wejście położyło koniec 
zabawie. Był to Julek Słowacki, o któiym często 
wspominał mi Ludwik, zwąc go zawsze przyjacielem 
swoim, choć sam był starszym od niego o lat pai'ę, 
Julek miał natenczas lat jedenaście. Ubrany był 
w czai^uym asamitnym kaftaniku do stanu, przepasanym 
lakierowanym paskiem z hlyszczącemi stalowemi kla- 
mrami, Szei'oko odłożony kołnierz od koszuli odsła- 
niał cienką białi^ szyję, na którą z tyłu i z boków 
spływały długie, czame, utrefione włosy. Mam go 
dotąd żywo w pamięci, ho się tćż w nią ^vi'aził od 
razu. Ludwik zapoznał nas miedzy sobąj poczóm ofl 
znowu wi'ócił do przerwanych zapasów, a ja do salonu 
poszedłem. 

W salonie, na kanapie przed stolikiem, siedziały 
jakieś dwie panie: starsza i młodsza; czteiy zas krzesła 
około stolika zajęte były przez solenizantkę i ti-zy 
jakieś młode panienki, odwrócone plecami do wejścia, 
których twarzy widzieć pi^zeto nie mogłem. Grdy zło- 
żyłem powinszowaniej pani domu zaprezentowała mnie 
swoim gościom jako „swego czwai^tego syna," ale nie 
powiedziała nawzajem komu byłem prezentowany. Zb.- 
ledwo jednak wymówiła moje nazwisko, starsza dama 
zapytała z żywością, czy nie byłem owym poetą, któ- 
rego wiei^sze pochwalił Borowski? Skłoniłem sicj za^ 
rumieniłem, a gdym ujrzał, źe oczy wszystkich zwi'ó- 
ciły się ku mnie, dzia jeszcze pamiętam wi-ażenie, ja- 




169 

kiego podówczas doznałem. Cóż dopiero kiedy się do- 
Tded^iałenij że młodsza dama i jedna z paDJenek 
są córkami Jędi^zeja Śniadeckiego; ^e dama ta^ 
(pani Balińska), jest tą samą Zosią, do ktorńj stryj 
Jan Sniadecki, list o ^Mdmnie'' napisał; are dni^ą 
damą stai-szą jest pani professorowa Becu, a dwie 
drugie panienki jśj pasierzbicami^ o których rozumie 
i wdziękach cuda już w Boriinaek słyszałem; najmłod- 
szy bowiem brat nieboszczki ich matki, Alexander 
Pilai', był moira szkolnym kolegą i dobiym zawsze 
przyjacielem. Wszystko to razem wzięte tak mnie 
jakoś ogarnęło od razn^ że me tylko słowa przemówić^ 
ale nawet przez dłngą chwilę myśli zebrać nie mogłem. 
Ale trzebaż prawdziwie szczęaciaj że to, co mogłoby 
zdać się, a nawet co rzeczywiście było dowodem mojśj 
głupoty; to właśnie, to jest nieśmiałość moja i zakło- 
potaniej poczytane mi zostały za skromność, i jak się 
o t6m dowiedziałem późnićj, przyczyniły się owszem 
do obudzenia ku mnie piórwszego uczucia życzliwości. 
Musiałem ją był wszakże poczuć instynktowo, gdyż 
w następnćj zaraz rozmowie ze stai^szemi pamami 
w którśj panienki nie brały udziału, z osłupienia prze- 
szedłem raptem jakby w stan eztazy, jakiój dotychczas 
może nie doznałem w życiu. Wprawdzie zawsze to- 
I warzy stwo panienek, i w ogólności niewieście, miało 
na mnie wpływ ożywczy w rozmowie; ale jakież to 
były panienki lub niewiastyj które znałem i z któremi 
przestawałem dotychczas? Były to albo ki^ewne, albo 
me mi od dzieciństwa wiejskie sąsiadki, albo na- 
liec matki i siosti'zyczki szkolnych kolegów, które 
odwiedzenia ich czasem pi^zyjeżdżaly do Borun. 
ly jużciż pomiędzy niemi poważne i zacne obywatelki. 



170 

i wcale nieszpetne twarzyczki; ale na tśm i koniec 
ich zalet. Na umysłowym poziomie stały one bez po- 
równania iiiż6j od tych moich Bonińskich kolegów, 
z którymi się razem Homera i Wirgiliusza czytało. 
Dla nich były to rzeczy obce, a chyba tylko zręczne 
komplemeiita, lub czułostki wyczytane z romansów, 
do gnstu panieneczek trafiały. Tu dopióro piśrwszy 
raz w życiu, gdy się rozmowa wprost od poezyi za- 
częła^ uczułem po nad sobą jakby siłę wyższą, która 
mnie nagle porwała i nad własny mój poziom podniosła. 
Nie wiedziałem ja wtedy^ a moźebym nawet i nie 
pojął gdyby mi kto chciał wytłómaczyć, w czśm było 
żi-ódło tego magicznego ui*oku, któiy mnie tak nie- 
spodzianie ogaiTiął, Nie wiedziałem, źe stoję w obec 
dwóch dusz najpoetyczni ej szych, nad które wyższy cli 
w tym względzie w ówczesnśm społeczeństwie wileń- 
skióm nie było; w obec dwóch najświatlejszych i naj- 
lotni ej szych umysłów^ w sferze najtkliwszych uczuć 
i pojęć najszlachetniejszych, opromienionych wdziękiem 
przyrodzonej dobroci i estetycznych form wyższego 
świata. Osobiste odcienia chai^akteru, czy raczśj tem- 
peramentu, nie szkodziły bynajmniśj wspólności ich 
zasad, a ta wspólność łączyła je nawzajem węzłem 
naj ściślej szój przyjaźni, pomimo lolkoletniój różmicy ich 
wieku. Uroda, właściwie mówiąc, nie grała tu żactnćj 
roli. Kie rysy, lecz wyiaz twarzy nadawał im obu 
ten powab, który serca ku nim pociągał. Za toż pełnym 
blaskiem urody jaśniała starsza panna Becu, ( Alexandra), 
ze wspaniałą postawą Pallady łącząca wdzięk typowćj 
polskiój piękności, błękitno-okiój, pogodnój, łagodnej; 
podczas gdy młodsza jej siostra, (HersyliaJ, i młodsza 
siosti-a pani Balińskiej, (Ludwika Śniadecka), odzna- 



171 



się przeciwnie typem raczej wschodiiim, na wssór 

3 OreeayiiM czy Arabki, Tu wszakże muszę 

lienić, że aiii rotkaj urody, atd rodzaj iutelligeu- 

panny Ludwiki^ wprawdzie i-ozwimętśj szeit>ko 

lej, lecz uastrojouej na tou Byronicznyj nigdy do 

współczucia i upodobania nie trafiał; a nawet, 

i wszyscy dzielący mniój więcój usposobienie moje^ 

megoź doznawali wi^aźenia, W chwili W3zak'-^e 

Jrej tu mowa, chwili mi na zawsze pamiętnój, ja 

jęty rozmową pań starszych, nie miałem nawet 

I do obsBi*wo wania panienek; a ta moja studencka na- 

łośc i zachwytj w braku wszeUdśj innśj zasługi, 

jednały mi ze strony moich interlokutorek, jaktoju^ 

tpomknąłem wyźśjj najprzód w^zgląd i życzliwość, 

w dalszym ciągu stosunku macierzyńską prawdziwie 

siostrzaną opiekę; która zmieniona w końcu we wza- 

przyjaźń, jak byJa zawsze dla mnie chlubą i po- 

, przez większą część mojego, a do końca ich 

^cia, tak i dziś jeszcze świętą ich pamięć csscią, 

iwielbieniem i najczulszą wdzięcznością we wspomnie- 

"biach mych opromienia. 

Nigdy bjTii jednak sam przez się nie ośmielił się 

ITi^tedy kontynuować tśj znajomości, którą mi traf nie- 
spodziany nadarzył, gdyby pani Becu przy wyjściu, 
^dym im jako syn domu do odziewania się w przed- 
pokoju pomagał, nie zaproponowała mi pierwsza^ abym 
p odprowadził do domu. Pani Balińska z siostrą po- 
wozem odjechsijy do siebie; ja reszcie dam towarzy- 
^642yłem piechotą, Julka przytćm trzymając za rękę. 
'rotoarów jeszcze w Wilnie nie było^ a ]Tich sanek 
ła ulicy był wielki. Czuwałem więc troskliwie nad 
laieem, a i to mi tćż może nieco piói-wsze względy 



172 

matki zjednało. Zaprosiła mnie bym wstąpił do ni cli, 
bo chciałem pożegnać u progu. I tu dopiśro zaczął 
się właściwie piórwszy stosunek mój z panienkami, 
gdy pani B. wyszła na chwilę, a ja sam z niemi po- 
zostałem w salonie. Przez drogę ochłonąłem już był 
z piei^wszego wrażenia i wróciłem do równowagi- Ro- 
zmowa o ich wuju, a moim koledze, postawiła nas ja- 
koś na równym poziomie; widok ślicznych panienek, 
jak zwykle, ożywia! mię i zachwycał; tak^ że od razu 
jakoś weszliśmy w dobrą komitywę. Dalszy stosunek 
mój z niemi przechodził też same prawie koleje co 
z matką. Z początku bawił je pewnie wyrostek, nie 
obyty ze światem, ale wielbiciel i entuzyasta. A wre- 
ście może i tytuł poety nie był tóż w tóm bez pewne- 
go znaczenia. Dosyć, że wkrótce obie zajęły się nie- 
jako kształceniem mnie pod względem światowym. 
Panna Hersylia oduczała od komplementów, odgadując 
i kończąc je za mnie; albo tśż naśladując żartem ton 
mojego głosu, dawała mi zlekka poczuć niewłaściwość 
uniesień w rozmowie, do których w towarzystwach 
koleżeńskich nawykłem. Panna Alexandra ze swojśj 
strony zwracała szczególniój baczność na moje ułoże- 
nie i znajdowanie się w salonie, a nawet i na toaletę. 
Raz naprzykład ułożyła mi sama włosy przed zwier- 
ciadłem, twierdząc, że mi tak najlepiśj do twarzy; 
i odtąd je całe życie tak noszę. Wspominam te dro- 
biazgi dla tego, że charakteryzują one najlepiśj ten 
właśnie i^odzaj stosunku, jaki się najprzód między nami 
zawiązał; ale i on tćż z biegiem czasu zamienił się 
z obu stron w prawdziwą braterską przyjaźń, dotrwał 
wiernie do śmierci ich obu, i pamięć ich czyni mi 
świętą. Nie myślę opowiadać szczegółów tych prze- 



1 



173 

mian, które były zai^azem szczeblami wewnętrzDego 
ksztalceuia się mojego, na które i one^ wi*az z matkij^ 
wpłj^w największy i stanowczy w piśrwszśj mojśj 
młodości wywarły. Wspomnę jednakże nieco o skła- 
dzie ich domu, nie tyle ze względu na siebie, co raczśj 
ze względu na Julka, z którego wyrósł z czasem Ju- 
Ijusz Słowacki— a co już przez to samo do programu 
tych moich opowiadań należy. 

Sam pan Becu, professor patologii w uniwersy- 
tecie Wileńskim, człowiek gładki, światowiec i dworak 
z natury, żyt chętniśj w wyższśm towai^zystwie świa- 
towym, niż w gronie prafessorskich kolegów; z wy- 
jątkiem wszakże domu obu Śniadeckich, z którymi 
ścisła łączyła go przyjaźń. Dom tóż jego nastrojony 
był raczój na elegancki ton wyższego jiwiata. Córkom 
dat wychowanie umysłowe świetne, a że sam wielki 
znawca i lubownik muzyki, talent do niej i głos śli- 
czny z natury, w obiedwóch do aa^tyzmu prawie ro- 
zwinął. W obejściu z młodzieżą, która u nich bywała, 
a którćj wybór żonie wyłącznie zostawiał, był on 
zawsze tylko obojętnie gi^zecznym, i wieczorami, gdy 
nikogo ze starszych nie było, rzadko bardzo, a raezój 
prawie nigdy^ do salonu na hei^batę nie wchodził, 
przepędzając je zwykle w gabinecie swoim tuż obok, na 
czytaniu gazet lub siążek, albo tóż na pisaniu listów. 
Czasem tylko, gdy córki śpiewały czy gi*ały, przycho- 
dził w okularach do progu, zatrzymywał się we drzwiach 
i słuchał; niekiedy pochwalił lub zganił, i znowu po- 
macał do siebie. W ogólności był dla nich dobrym 
troskliwym ojcem, i one go passyami kochały. Nie 
idziałem jednakże nigdy, aby czy to córki, czy Julka, 
edykolwiek po ojcowsku popieściłp Wscględem żony 



174 

byl również uprzejmy i grzeczny, ale zBwsze tylko 
w gianicach przyzwoitości salonowćj- Na mnie zdawał 
Bię być doś6 łaskaw, a córki mi mówiły, że był nim 
w istocie, i że nie miał nic pi^zeciw temu, iż stałem 
się powoli codziennym prawie ich gościem. 

Tii przychodzi mi na myśl jedno wspomnieniej które, 
jakkolwiek di^obne, może uwydatnić niejako charakter 
tego stosunku, i dla tego śmiem je przytoczyć, Obie 
panienki^ jak już powiedziałem, grały i śpiewały prze- 
ślicznie, ja zaś admii'ując je zawsze in petto, pozwala- 
łem sobie niekiedy głośno tóż sąd mój i uwielbienie 
jakby tonem znawcy wyi'ażać. Panienki wiedziały dobrze, 
że nie miałem do tego prawa; ale chciały wszakże 
doBwiadczyćj czy choć ton fałszywy przynajmniój po- 
czuć i rozróżnić potrafię— i uknuły plan mego zawsty- 
dzenia. Powiódłby się niewątpliwie, niestety, gdyby 
nie litość sauiśj pani Becu, która mię o nim ostrzegła, 
i wymyśliła sposób zniweczenia jego. W dniu więc 
tój próby, gdy już panienki do fortepianu odeszły, 
dała mi w rękę jeden koniec sznurka, który sama 
trzymała za drugi. Każde jego tai'gnięcie miało mię 
ostrzedz o fałszywym tonie, który miał być brany 
umyślnie. Za pierwszym razem zatóm, wyki'zyknąłem 
„Al!!*'— za drugim, jeszcze głośniśj; za trzecim zaś 
czy za którymś, wyki'zyknik mój znalazł wtór niespo- 
dziewany, który podstęp ukarał za mnie. Sam pan 
Becn, rażony widać tego rodzaju muzyką, wybiegł 
nagle ze swego gabinetu, w szlafroku i w pantofflach, 
z xiążką w reku i w okulai-ach na nosie, i zjawiwszy 
się w progu salonu, zawołał wpół z podziwem, wpół 
z gniewem: „Co wam się stało? Po jakiemu wy 
gi'aciey"— Panienki się skonfundowały, nie śmiejąc wy- 



175 



^wt£ prawdy; a jajużeili tryumfowałem;— aż dopióro 
mm dobrowolnie, pi*zy wyjściu^ powód tego tryunifu 
Bdkryłejn. 

I A miaiem tśż prawdziwe szczęście zjednać żywą 
I uprzejmą życzliwość dwóch innych osób w tym doma, 
nór^ w nim, w braku obcych gości, codzień zwykle 
pieczome towarzystwo składały. Byli to: bratsamćj 
mmi, Teofil Januszewskie i ówczesny guwerner Julka, 
B. Hipolit Blotuicki* Piśrwszy mieszkał osobno wmieście, 
mko amator pośwęcal się malarstwu^ i zakochany był 
m pamiie Hersylii, z którą się tśż nakoniee w lat 
■iUca potśm ożenił. Był to człowiek niezmiernie miły 
■ dpbry, z usposobienia podobny do siostry: pełen pro- 
■toty, otwajiyj łagodny; przejmujący się łatwo i żywo 
■ażdćm pięknśm^ szlachetnem uczuciem, i lubiący za- 
Kazem zastanawiać się nad niśm psychicznie; co często 
Łylci powodem do żywych rozpraw czy dysput, w któ- 
Bych wszyscy braliśmy udział. Pan Hipolit Błotmeki, 
■czony literat, tłómacz z oryginału sławnśj powieści 
feoldszmidta ^Ykmre of Wakefield^"" odznaczał się 
■pokojem i rozwagą w rozmowie, a zdania jego zawsze 
^■|raźone i ściśle oki^eślone, w przedmiotach zwłaszcza 
B^towych^ były zwykle wyi^ocznią i nauką dla wszy- 
Btldcb. A i on tćź, jako prawdziwy Mentor, zdawał 
Bię mieć w nich zawsze na względzie obecność swojego 
Bomia, Julka, który ten tylko czas przy herbacie 
Br galonie z matką i siostrami przebywała i zaraz po 
Biój do pokoju swego odchodził. Nie ma zda się po- 
trzeby niuwićj jak tego rodzaju rozmowy musiały 
B mogły wpływać na lunysły młodych słuchaczy. Julek 
natenczas jeszcze nie brał w nich udziału, ale z jego 
l^tyBzczących oczu, z wyrazistśj i ruchliwćj twai^zyczki 



17G 

znać byłOj jak wszystko co słyszy^ rozważa, i czy to 
w myśli swojśj potwierdza^ czy pi'zeczy* W ogólności 
póki byt pod opieką p. Błotniekiego, nie zauważyłem 
W nim nigdy owego piei^wiastku pycliy, który potśm 
coraz to częsciój na jaw wychodzić zaczynała wyra- 
żając się już to głośnym saa-kazmem, już u^onicznym 
tylko uśmiechem na ustach. Bolało to zawsze matkę, 
Um bai-dziój, że nigdy cienia nawet ii-onii i pychy 
w sei^cu jój i usposobieniu nie było. Miało to być 
w nim podobno, jak mówiono, spuścizną po charakterze 
ojca, tak jak niezawodnie po matce wziął on nerwową 
wrażliwość, biyuą imaginacyą, i w ogólności usposo- 
bienie poety czne-"Z wyjątkiem wszakże kochającego 
jśj serca i zapominania o sobie. 

Brak ten ju^ od dzieciństwa czuć w nim zaw^sze 
było, przy najszlachetniejszych zresztą uczuciach i zdol- 
nościach nad lata. Osobisty mój z nim stosunek był 
zawsze na najiepszćj stopie. Widziałem w nim i lu» 
biłem syna jego matki, chociaż wprost dla niego sa- 
mego nigdy wielkićj sympatyi nie czułem, podobnie 
jak do panny Ludwiki Śniadeckićj; on zas w przesta- 
waniu z obojętnymi nie dopuszczał się nigdy nic ta- 
kiego, coby ich dotknąć lub zniechęcić mogło. Przywilej 
ten zachowywał on wyłącznie dla tych, z którymi albo 
żyć musiał w bUzkich obowiązkowych stosunkach, albo 

których wiedział, że go mocno i serdecznie kochali- 

1 nie możua tśż wcale powiedzieć, żeby on ich wzajem 
nie kochał; tylko że zawsze kochał po swojemu. 
W ogólności był w nim jakiś osobliwszy pierwiastek, 
może nawet niezależny od woli, któiy wybitną cechę 
temperamentu jego stanowił- Zdawałoby się że nie 
mógł znieść długo jednostajnego, spokojnego, choćby 



I 



177 

najmilszego stosunku; tak go lubił sam dobrowolnie, 
bez Kiadnój ku temu przyczyny i hez Snadnego w tśm 
celu zamącaćp Celem chyba było może dla niego, ale 
i to chyba bezwiednie, że poczuwszy się wreiicie do 
winy, (eo zwykłe następowało, gdy już widział, że 
dobrze dokuczył), stawał się lepszym w sobie i tkliwszym 
dla tych samych, w których udx-ęczaqiu przed chwilą 
zdawał się znajdować przyjemność. Bywało tak nieraz 
i 2 matką, która w nim tylko i dla niego żyła; ale 
ja to widziałem najczęściój w stosunku jego z przy- 
branemi siostrami, z kochającym go szczerze Ludwi- 
kiem Spitznaglem^ i nakoniec z Józefem Massalskim, 
który przy nim w r, 1822 miejsce pana Ełotnickiego 
zastąpił- Obie panienki kochały matkę jego jak własną, 
bo i ona była tez dla nich jak prawdziwa matka ro- 
dzona, Julka przetoż pieściły także, jak własnego 
młodszego braciszka, a i on niemniej szczerze przy- 
wiązanym był do nich, A przecież, ileż to razy wi- 
działem je zalane łzami, gdy im Julek do żywego do- 
kuczył, pewny, że się nie poskai-żą przed matką^ ażeby 
jój przez to nie zmai*twić, Zwyczajnym w takich 
razach pośrednikiem lub sędzią pomiędzy nimi bywał 
wujaszek jego p» Teofil, który znał go także na wylot 
i umiał z nim sobie poradzić; ale co biedny Massalski 
to formalnie nieraz w głowę zachodził. Nazywał go 
tśż żartem „mon petit diaHoUn^'^ a na seryo, mówiąc 
z przyjaciółmi, przyrównywał go do owego karła 
w poemacie Waltera Skotta „ Tlie lay of the last Min- 
f?" (Pieśń Ostatniego Minstrela), który znajdował 
kosz w dokuczaniu dfugim, W Listach moich z Po- 
zy, przytoczyłem o nim jedno zdarzenie, które, acz 
Wspomnienie z przeszłości. 12 



r 



178 

di'obne na pozór, może jednak dostarczyć niejako klucza 
do rozwiązania tój dziwnśj rzeczywiście za^^adki jego 
charakteru. Powtórzę tu je więc dla tych, którzy 
tamtego opowiadania nie znają. 

Na początku 1829 r., mając zapowiedziany przy- 
jazd Julka do Warszawy, wynalazłem dlań mieszkanie 
gratis u przyjaciela i dawnego inego kolegi, Tadeusza 
Hrehorowicza, u którego już przedtóm pomieszczałem 
w tenże sposób Korsaka, gdy do mnie w odwiedziny 
przyjeżdżał. Gość i gospodarz żyli z sobą w najlepszćj 
komitymie, choć pićrwszy lubił nieraz przekomarzać 
się drugiemu, z powodu czułostkowćj jego sentymen- 
talności. Na wiosnę, gdy już róże kwitnąć zaczynały, 
Hrehorowicz wraca do domu trzymając jedną z nich 
w ręku, i od progu do Julka, który coś czytał leżąc 
na kanapie, woła z uniesieniem radośnśm: „Patrz, 
Julku, jaką śliczną mam różę!" Na te słowa leżący 
zrywa się z kanapy; wyi^wal mu z ręki różę, potargał, 
i rzucił na ziemię. 

Dla człowieka mniój łagodnego niż nim był Hi'e- 
horowicz, fakt taki stałby się łatwo sprawiedliwym 
powodem obrazy. Ale on się tylko zadziwił, i odezwał 
się ze wzruszeniem: „Julku! za co ty mi sprawiłeś 
tę przykrość?" — Julek jakby się opamięta! w tćj chwili; 
rzuca mu się na szyję, zaczął go całować i ściskać, 
sam przytćm mając łzy w oczach. Przyczyny jednak 
faktu nie wyjaśnił, i pewnie sam przed sobą nie umiał- 
by z niego zdać sprawy. Był to jak gdyby instyn- 
ktowy popęd owego jakiegoś pierwiastku, który się 
w nim od dzieciństwa objawiał, a i w dalszych sto- 
sunkach z ludźmi zawsze jakąś rolę odegi^ał. Ale 
skoro ów paroxyzm przeminął, był to znów miły, żywy. 



m ^ 

^esoły i dowcipny chłopczyk, 2 którym nawet juss 
rłedy mo?;na było z przyjemnością pogadać^ dopóki 
sanów jakaś mucha nie ukłóła. W oderwanych taksie 
iciach i wyobrażeniach moralnych, był on zawsze 
^ym, prawym, szlachetnym, a mianowicie nigdy 
slitjTn, Wobec jednój tylko panny Lndwiki Śnia- 
leckiśjj którą adorował od dziecka, był zawsze jedno- 
ajnie słodkim i uległym; może iż czuł w niój właśnie 
pam piei*wiastek co w sobie, którego bał aię po- 
dć; czyli, jak mówi przysłowie, że trafiła kosa 
kamień, A jednak i ta sama panna Ludwika, któi^a 
iwsze brała jego obronę, gdy się jśj raz formalnie 
dojrzały kawaler, jadąc obok niój konno, oświad- 
J, musiała przyznać przed siostrą, że pycha w nim 
była nad lata, 

W takim to domu i w takióm otoczenia przeby- 
rs^y jak gość codzienny kilka lat najpiórwszśj mło- 
i świadom zbawiennycli wpływów* jakie ztąd na 
pod każdym względem spłynęły: nie dziw, że 
pi-zez całe życie i nad gi'obem z taką je czcią 
wdzięcznością wspominam. Wdzięczność wszakże, 
rłaściwie mówiąc, należy się najwięcśj samśj pani 
Macierzyńska jój dla mnie dobroć, i ośmielona 
pnez to n&ość moja kii niśj, uczyniły ją powiernicą 
rszystkich moich wyobrażeń, wi-ażeń i nawet marzeń, 
światło j6j i dośmadezenie były mi we wszystkióm 
zawsze skuteczną przestrogą hib radą. A rozcią- 
~gało .się to nawet i do wierszy, które jój, przed po- 
znaniem Adama, nąjpiśrwój zwykle czytałem. W od- 
, daleniu już nawet, gdy się z Wilna do Wai"szawy na 
ły pobyt przeniosłem, troskliwa jśj opieka nie prze- 
Itaia czuwać nade mną, W listach zdawałem jój 



180 

sprawę ze wszystkich moicli no wy cli zajęć i stosiiiików^ 
a nawzajem, dzięki j6j listom, byłem zawsze jak obecny 
w j6j gronie. Niektóre z nich miewały niekiedy po 
kilka pół arkuszy objętości, będąc pisane nie od i'azu^ 
ale sposobem dyaryuszowym, nim się sposobność prze- 
słania takich foliałów znalazła. Nie wszystko tć^ 
było pióra jśj samój. Przypisywały się panienki, kiedy 
im przyszła ochota; a i wspólni dobrzy znajomi, gdy 
do niój przychodzili z wizytą, wzywani nieraz byli do 
przypisków. Część znaczną owych listów odzyskałem 
dziwnym* jakimś i dotąd mi niewiadomym sposobem. 
Przed laty trzydziestu odesłano mi je z wielu innemi 
z Warszawy do Wilna; ale kto odesłał? nic nie wiśm. 
Zapewne przywłaszczyciel innych, jak np, listów Mickie- 
wicza, pisanych podczas jego pobytu w Eossyi, i xiążek, 
które ja przed wyjazdem z Wai^szawy za gi*anicę 
w r. 1829, zostawiłem u Waleryana Ki^asińskiego, a on 
wyjeżdżając z kolei, nie wiśm u kogo zostawił. Skai*b 
ten atoli dziś dla mnie jest skarbem prawdziwie za- 
klętym. Ile razy chcę je odczytać, tyle zaraz i takich 
spotykam w nich wspomnień, że się oczom zaćmiewają 
litery; a i w tój nawet chwili gdy to piszę, liter suchśm 
okiem nie widzę. 

„Nessun maggior dohre, chericordarsi 
Del tempo /eZice''— powiedział Dante. Ale jakżeby 
smutne było życie człowieka, gdyby spojrzawszy w nie 
wstecz z po nad grobu, nie miał o czśm przypomnieć 
z żalem! 

Ostatni raz po rozstaniu się w Wilnie w r. 182f 
widziałem panią Becu w Marienbadzie, gdzieśmy j 
odwiedzili z Adamem, w podi'óźy z Karlsbadu a 
Weimani, (1829). 



181 

Ale żebyś się nie dziwiła, siostrzyczko^ że wspo- 
mniawszy tu jednocześnie i na równi z nią o pani Ba- 
(Haakińj^ dalszą mowę o tśj ostatniśj do późniejszych 
opowiadań odkładam: czuję się w obowiązku powiedzieć, 
źe właściwa przyjaźń moja z panią Balińską, będąca 
zawsze dla mnie zaszczytem i chlubą, a świętością po 
medawnym jśj zgonie, zaczęła się dopiero we dwadzie- 
ścia lat późnićjj gdyśmy z nią sami już prawie w Wilnie 
I % dawnego niegdyś otoczenia naszego zostali. W czasie, 
któiym tu mowa, towarzystwo jój tylko dla mnie 
było zawsze nadzwyczaj miłśm i lu-oczóm, co zi'esztą 
czuli ci wszyscy, którzy z niego mogU korzysta-. 
Ignacy Domejko powiadał o j6j rozmowie, ^że jest to 
eter, zdolny nawet ocucić z letargu," Gdy zaś wspólny 
przyjaciel, Puttkamer, chciał go z panną Ludwiką po- 
swatać, on po piórwszśj wizycie w tym celu, podzię- 
kował mu za tę łaskę, Ale pani Balińska, nowoza- 
ślubiona naiwczas, nie mieszksrfa w mieście, lecz 
w majątku mężowskim pod Wilnem, (Jaszuuy), zkąd 
często, lecz jak gość tylko, przyjeżdżała do domu ro- 
dziców. Ja tśż T^l^dy bywałem w nim tylko jako 
satdlea rodziny państwa Bekieh. Śniadeccy byli zbyt 
wysoko dla mnie^ abym śmiał ich sam przez się od- 
wiedzać; do odwiedzań zaś panny Ludi^iti wcale mię 
nie braia ochota. Nie pisząc tu j6j biogi-afli, nie mam 
potrzeby tlómaczyć się: dla czego? Być może, iż 
właśnie dla tego, co w niśj może najwięcńj podobało 

Ęm^ Julkowi; co w nich może było wspólnego^ a co dla 
m 3 1 w Julku nie było powabnóm: zimna egoistyczna 
p; aa i ciągłe Byi^oniczne pozowanie na effekt. Nie 
21 '^nawiałem się wtedy nad tśm, bo mnie to nie 

; ol odziło bynajmniśj. Towarzystwo przyjaciół kolegów 



I 

t 



182 < 

i dom pani Becu wystarczały mi zupełnie do szczęścia. * 
Wzdychałem tylko jeszcze do poznania Adama, a i to 
miało nastąpić niebawem. 

Na drugi dzień Zielonych Świątek, (w Maja 1821), 
gotowała się wielka filarecka feta. Wszyscy chcieli oka- 
zać dowód czci, iniłości i wdzięczności dla Tego, który 
wszystkich w jedność połączył. Za godło tego hołdu 
uchwalono pierścień złoty z napisem: „Przyjaźń zaslti- 
dze," a wręczycielem jego w imieniu wszystkich miał 
być właśnie Adam, który na dzień ten zapowiedział 
swój przyjazd. Wszyscy przeto z bijącćm sercem ocze- 
kiwaliśmy Zesłania Ducha Świętego. Dla mnie jeszcze 
i z innych względów dzień ten był ui*oczystszym niż 
kiedy. W sobotę przyjechali moi rodzicej raz pićrwszy 
od pobytu mojego w Wilnie, aby ze mną święta prze- 
pędzić. Na piói^wszy dzień panie Becu wybierały się 
do spowiedzi. Naśladowałem ich przykład, i kommunię 
świętą przyjęliśmy razem. Po nabożeństwie byłem u Cze- 
czota, i chociaż więcśj może posłyszałem przestróg i na- 
pomnień niż nawet u konfessyonału; obiecał jednakże 
w końcu, że mnie sam jutro Adamowi przedstawi. 

W dniu tym, o godzinie 9 rano, wszystkie grona 
zebrały się w kościele Świętego Jana na mszę, którą 
celebrował X. Lwowicz. Muzycy nasi, z pomocą Bo- 
rowskiego i Karszmidta, i z chórem, z naszych śpiewa- 
ków i z uczennic Zana złożonym, wykonali muzykę 
mszalną. O czwai'tśj po południu wszyscy już mieli 
się zebrać w miejscu wskazanóm za miastem. My hłę- 
kitni szliśmy gromadnie, a Prejent nam przygrywał 
na flecie. Miejsce to było za Markuciami w górach, 
gdzie się odbyła niegdyś piśrwsza majówka Promieni- 
stych. Podtużny, prostokątny, śliczny gaik brzozowy 




183 

śi^ód pola, stanowił salon zebrania. Nieopodal niższe 
^ zai^ośle słoKiyły mu za bufet i miały podobieństwo ko- 
czowi^a Cyganów. W okrąg wielkiego ogniska, gdzie 
się nastawiały samowary, stały konie przywiązane do 
wozów, które przywiozły z miasta naczynia i wiktuały. 
Obok dzbanów blaszanych z mlekiem słodkiem i czar- 
nych wysokich garnków z kwaśnem, piętrzyły się stosy 
mis glinianych i łyżek drewnianych, dostarczonychj ró- 
TVTueż jak mleko, z poblizkich wsi okolicznych. Wy- 
znaczeni gospodai'ze, z tytułem stolników, zajmowali 
się wjłącznie materyalną częścią biesiady; atoli częśó 
j6j duchowa była główną dla wszystkich. O czwai^tój^ 
jak było zalecono, wszyscy już byli na miejscu, i tylko 
na Adama czekano. Wiedziano, że wyjechawszy z Ko- 
wna najraniój, nie mógł przyjechać piśrwśj jak o czwai-- 
tńj, Malewski oczekiwał na poczcie, aby go prosto 
ztamtąd przywieźć na miejsce zebrania. Starsi wyszli 
na jego spotkanie, i mnie Czeczot kazał iść z sobą. 
Ujrzeliśmy wnet drążki pędzące czwałem, i Malewski 
powiewał białą chustką w powietrzu, na znak że wie- 
zie pożądanego gościa, Płaskowzgórze od strony mia- 
sta kończyło się stł"omą pochyłością; droga okrążała 
ją kołem. Drążki zatrzymały się u stóp pochyłości, 
i obaj przybyli, bez drogi, wspinali się prosto pod 
górę, gdzieśmy stali czekając na nich* Pamiętam tę 
chwilę tak żywo, jakbym dziś ją miał przed oczyma, 
Adam machał czapką w powietrzu, na znak powita- 
nia; ale choć już był blizko, i chociaż wzrok wytęża- 
m, twarzy jego z góry dojrzść nie mogłem. Czeczot 
^zyjąt go pierwszy w objęcia^ i długo śeiskali się 
wzajem, Z kolei dawni znajomi witali go niemnińj 
iL'decznie, Ja najmłodszy i nieznajomy stałem na 



184 

strome i T>ylem ostatni, którego mu Czeczot przedsta- 
wił, RzucU na mnie wzrok przenikliwy, ale wnet 
uśmiechnąwszy się łagodnie^ zwrócił się do Czeczota 
i spytał: „Czy to jest Beniaminek-Telemak?" a gdy 
Czeczot śmiejąc się potwierdził, podał mi uprzt^jmie 
rękę, i takie z uśmiechem zapytał: „A Mentor czy 
zawsze tak gdói^e?** Nie odpowiedziałem ani słowa, 
tak byłem strasznie zmieszany i tak mnie wzrok jego 
przeniknął. 

Są rzeczy, di'oga siostrzyczko, które tak się nie 
kwalifikują do prozy, jak niektóre inne do poezyi. Do 
takich należy wrażenie, które na mnie widok jego 
uczyniły i w ogólności każde żywsze uczucie serca, 
czy się zwae będzie miłością, czy przyjaźnią. W obu 
razach mówić o nióm przed obcymi na zimno, niepo- 
dobna; gorzój jeszcze, chcieć je w słowach malować; 
a zaś może najgorzńj, gdy przedmiot tego uczucia stoi 
tak wysoko, że mówiąc choćby tylko o uwielbieniu dla 
niego, jeszcze się można spotkać z posądzeniem, że się 
to czyni dla chluby swśj wtasnńj. Ze wszystkich tedy 
tych względów, siostrzyczko, odstępuję w tym razie 
od metody, którą zachowywałem dotąd w opowiada- 
niach niniejszych, mówiąc szerzój o początku i roz- 
wijaniu się stosimków z innymi moimi przyjaciółmi. 
Że jednak i w tym razie trzeba przecież coś o tśm 
powiedzieć, wolę posłużyć się wyjątkiem z własnego 
mojego wiei^sza, który niegdyś z okoliczności czaso- 
wśj, i w tym przedmiocie wyłącznie, napisałem przed 
50 laty w Dreźnie, do wspólnego przyjaciela naszego. 
Antoniego Góreckiego, a który to wiersz, z różnych 
powodów, po śmierci mojój dopiśro w całości chyba 
kiedyś ogłoszony będzie. Tytuł jego jest: „My Płaszcz,*^ 



a wyjątki, które zamierzam przytoczyć, obejmują w stre- 
szczeuiu peryod stosunku od piśrwszśj chwili poznaaia 
do wyjazdu Adama z Wilna w r. 1824. Oto jest sam 
początek i wyjątki: 

Śmieją się z płaszcza mojego i ze mnie, 
Chemii jaskrawej barwy nie pociemnię, 
Czemu go skroić nie dam po nowemu? 
Czemu?— bo nie chcĘ;— tafc mówię każdemu. 
• Lecz ty przyjaciel, poetal— ty zwłaszcza 
Coś pisał wiersze do swojego płaszcza, 
1 gdy eię moim z hiszpańska obwinę, 
Znajdujesz we mnie „poetycką minę;" 
Ty chcesz znać jego tajemne zalety. 
Powiem — lecz słuchaj uczuciem poety. 
Patrz a jego wiar^! — przed którśj oczyma, 
Proch ziemi ewi^tśj, z hiednych szat pielgrzyma. 
Przed blaskiem słońca otrząśniony, zdoła 
Promienistego przybrać tształt anioła. 

Wi^ez tj ten dywan czarnoxięzkiój mocy. 
Co w euach rozkosznych, długich, wschodnich nocy. 
Młodą; myśl na8z% jak maleńkie dziecię 
Kołysząc, nosił po nieznanym świecie? 

Wi^ea ty to w baśniach urocze zwierciadło, 
Co ^dy je serea uczucie zagadło, 
Wnet w ni^m, jak z góry, w otchłaniach przezroczy 
Luba się postać jawiła przed oczy? 

Owóż ten płaszcz mój dla mojego serca, 
Mam moc zwierciadła tego i kobierca. 
Kiedy nań patrzę, zda się, że obleka 
Kształt najmilszego mi w życiu człowieka; 
Kiedy go wdzieję, myśl moja ulata 
Po różnych stronach zwiedzonego świata!... 



186 

Cóż to? poeto! Wzrok twój nie dowierza? 
Spytaj więc myślą, młodego rycerza, 
Gdy przywdział dawną bohatera zbroję; 
Spytaj kochanka, gdy przez ramię swoje, 
Daleki, szarfę kochanki przewiesi. 
Spytaj!— odpowiedź niewiarę zawstydzi— 
Czy się duch w obu płomieniem nie wskrzesi , 
Czy ten kochanki, ten bitwy nie widzi? 

Lecz płaszcz mój? spytasz. — Równe m^ Ealety^ 
Krył on pierś niegdyś wielkiego poety, * 

Pierś gorejącą; jak krzak na Synai, 
W którym się Bóstwo objawia i tai. 

W nim on, współpielgrzym w poetyckiej ziemi, 
Szedł, czuł i myślał przed oczyma memi. 
Czciłem go nieraz jak ów płaszcz pror^jka^ 
Gdym drżał przed słowem natchnioni^m z wysoka. 
Aż on sam wreście, przed smutnóm rozstanieiD, 
Z ostatnióm słowem i pocałowaniem^ 
W uścisku bratnim okrył nim me ramie.» 

Zgadłeś!— w twych oczach lśni myśl o Adamie.- 
O! ty go kochasz! — 

Pomnę ja dzień owy. 
Gdy go od swoich brano na rozstanie. 
Czekały straże, wóz już stał gotowy, 
On ze mną poszedł na twe pożegnanie. — 
"Wtedy żal piórwszy dumne serce przemógł, 
Widział łzy nasze — i swych ukryć nie raógh 
A chęó ofiary twój wonczas, i słowa. 
Jak skarb on dotąd wdzięcznie w duszy chowa. 

Ty znasz tę duszę, ten jój niepojęty 
Urok, co zda się tajemnemi pety, 
Ciągnie jak przepaść;— znasz to smutne o¥o, 
Co gdy się w tobie zaduma głęboko, 



187 

Tonie w tw4j duszy jak perła śród fali, 
Albo się nad nią jak meteor pali, 
Aż zadrżeć musisz, abyś śród jćj ciemnic 
Sam jakich strasznych nie dojrzał tajemnic; 
A w nim— jak gdybyś czuł ducha przez ciało! 

Ach! ty wiósz, jak go me serce kochało, 
Czćm on był dla mnie! — 

I nie traf to zdarzył. 
Dzieckiem ja w myślach miałem objawienie, 
Czarny, wysoki człowiek mi się marzył, 
I patrzał we mnie; — czułem to spojrzenie. 
Gdym co źle zrobił, czułem, że on wiedział, 
I gdym się łzami pokuty zalewał, 
Nie śmiałem mówić — nigdym nie powiedział. 
Że się mój czarny człowiek we mnie gniewał. 
Lecz gdym się we dnie modlił, uczył, czytał. 
On— ta nadzieja była mi podnietą — 
Przychodził we snach, i mówił gdym spytał: 
„Módl się, ucz, kochaj! możesz być poetą." 
Sen mara! wićm to; — lecz w Bogu opieka! 
A biada duszy, jeśli zwątpi sama! — 
Szukałem w życiu mojego człowieka — 
Wierzysz? — ten człowiek miał oczy Adama! 
Może błąd?— może!— nie żądam odkrycia, 
Straszno jest zgłębiać t^jeipinice życia. 
Dość, że sam wierzę; — bo i cóżby znaczył 
Ten święty przestrach, kiedym go zobaczył? 
Blask jego sławy był jeszcze przed wschodem, 
Wietrzno mi jeszcze było w sercu młodóm; 
Tłum nas był razem na biesiadzie bratnićj — 
On przybył z Kowna, i przyszedł ostatni. 

Pomnę tę chwilę pićrwszego poznania. 
Był to dzień Ducha Świętego Zesłania. 
Pomnę, jak wiarą dziecinną przejęty, 
W kościele zrana, w pokorze i skrusze. 
Śmiałem się modlić, aby jak Duch Święty, 
Ogień natchnienia zstąpił na jną duszę. 



188 

Byfem wyBlticlian?— Zuchwałe pocKueiel 

Lecz gdym go ujrzał— 2 pod posępnych, powiek 

W pi&tw&zym wnet ua rnaie oka jego rzucie, 

Ranna modlitwa i mój eenay cdowiek 

Na myel mi przye?Hły;'-mimowolQe drżenie, 

Jak dreszcz goryczki po ezloakaeb rai przeszło; 

Spuściłem oezy — a jego spojrzenie 

Jak smug mgły zmn6j w pierś mą zda sią weszło. 

Przemówił— słowa nie rzekłem wzajemJiie. 

Gwar wszystkich myśli nagle umilkł we mniej 

Jak głos fikowroaków przypadłych do ziemi, 

Kiedy cień orła przelata nad niemi. 

Długo tak było;— młodzi rowiennicy 
Śmiejąc ei^, z mego żartowali sromu. 
Jam nieraz ctiodził po jego nlicy, 
1 patrząc w okna, nie śmiał wejść do domu. 
Lecz on mnie odgadł: — wszędzie pierwszy witał, 
Nigdy nie e po tkał, hj o coś nie spytał. 
Mówili drudzy— jam choi się nie chlubił. 
Ja sam t^ż czułem, że i oa mnie lubił, 
Że mnie ośmielał; — a£ przyszła godzina, 
Co nowe pasmo dni moicb zaczyna. 

Szóstego Marca — o! ktdź nie pamięta 
Choćby jednego swoich wspomnień święta?^ 
Przyszedłem zmierzchem — sam jeden był w domu. 
(Czas to był właśnie kiedy pisał Dziady^ 
Lecz dotąd znane nie były nikomu). 
Przyszedłem — damał posępny i blady. 
Blask tylko z pieca twarz jego oświecał. 
Gdy sam nie myśląc ognisko rozniecał. 
Chciałem się cofnąć — lecz skinął, liy zostać. 
Nigdy twarz świętszym nie tchnęła wyrazem. 
W cieniftch przed ogniem, wiotka jego postai 
W oezaeh mi duch6w ćmiła się obrazem. 
Patrzałem długo, nim spojrzał wzajemnie. 
Zbliżył się — ręką rozgarnął mi włosy. 
„Nie prawdaz? smutno będzie ci beze mnie?*^ 



189 

RaekŁ a ta dłowajak hy zimnej rosy, 
W serce mi wpadły — Ijo zgadłem co znacz- 
„Nie wielu pn mnie tak jak ty zapłaczą, 
^Wićm/— Słachae dalśj nie miałem już siły. 
Jam gs> tftk koeLał!— łzy mi się rztidiy, 
I on mnie dłago cało wat ze Izami. 

DziwTJft w m^j duszy nastała odmiana. 
Wszelka nierówDośe znikła miedzy nami, 
Z nim tylko odt^d, do zmroku od rana^ 
Z nim byłem tylko szczęśliwym, swobodnym, 
Natehnienie pieśni wzmogła ź^dza chwały, 
Nie by ma zrównać, loez by go byu godnym, 
A jego rady lot mój kierowały. 

W szesnastym roku, ?.ycie jak u wschodu, 
Dnfiza przed s matem, jak lękliwe dziecię, 
Co jui na progu, we drzwiach do ogrodu^ 
Wejść jeBzcze Die śmie— a tam wszystko w kwiecie!.. 

On jak brat starszy wsparł mię swoj^ dłoniij, 
Wiódł mnie, i kwiaty wskazywał rrz^^de mną; 
A gdym ai^ przy nim upajał ich woniej 
On patrząc aa mnie^ uśmiechał się ze nm^. 
Uśmiech był smutny; — wiedmł on^ zbyt wcześnie, 
Co się stad mnsi z kwiatami i życiem, 
Lee z szczęśliwszego nie budził mię we śnie. 
Z niai kwiat mi żaden nie zwi^jdł przed ro z wiciem, 
Z nim młodość moja, pogodna i wdzięczna, 
Przeszła jak jedna noc mł od omie sieczna, 
Com z nim w Kowieńskiej przepędził dolinie- 
Niebiosa w gwiazdach, w kwiatach smug był cały, 
Zdrój szTimiał w głębi, słowik brzmiał w gęstwinie. 
Wszystko mni^j piękne, cienie zakrywały; 
Ja, choć iść było nad przepaścią ciemną, 
Szedłem nie myślf^c — bo On szedł przede mn%... 



190 

A teraz wi'acam, siostrzyczko, do chwili, na której . 
to opowiadanie przerwałem— do biesiady w gaju brzo- 
. zowym. Pan Tomasz, równie jak Czeczot, długo ści- 
skali się z Adamem, śród koła otaczających kole- 
gów. NastąpSo wręczenie pierścienia* Adam przemó- 
wił z natchnienia, ale prozą, wymieniając nie szereg 
zasług, ale naturę wpływu Zana na braci, i spodzie- 
wane ztąd na przyszłość owoce. Zaszczyt wyboru sie- 
bie na oddawcę pierścienia przypisał jedynie temu, iż 
wszystkim wiadomo o tóm, jak on go szczerze i ser- 
decznie kocha. Po piśrwszych chwilach ogólnego wzru- 
szenia, Kułakowski trystąpił z wieńcem z liści dębo- 
wych, i chcąc go niby włożyć na skronie jubilata, 
obyczajem trefhisia przy tryumfalnych niegdyś obcho- 
dach w Rzymie, w wesołym żartobliwym jambie wy- 
liczy! cały szereg wad jego: zbyteczną pobłażliwość 
i słabość dla drugich; niepoznanie wartości własnśj; 
i t, p. Ofiai'ował zaś wieniec w tym celu, aby jak Ce- 
zar łysinę, pokrył nim słuszny wstyd za nie. Jamb ten 
dał hasło wesołości ogólnśj, manifestuj ącśj się w różny 
sposób, przy odgłosie chóralnych pieśni i akompaniamencie 
fletu I^rejenta, który w końcu zagłuszyły słowiki, gdyśmy 
już w nocy przez lasy po xiężycu wracali do miasta. 

Nie mam zda się potrzeby dodawać, że dla mnie — 
a i nie tylko dla mnie, lecz i dla wszystkich nrfodszych 
błękitnych kolegów, którzy go dotąd tylko z poezyi 
znali, — Adam był jakby słońcem biesiady, ku któ- 
remu grawitowali wszyscy. Pi'zedstawiono mu tóż 
ich po kolei, a mnie Czeczot kazał przed nim po- 
wtórzyć tóż wiersze, które rok temu raz piśrwszy, 
w tśm samom prawie miejscu, przed nim samym de- 
klamowałem. Były to wszystko jeszcze elukubracye 



191 

Bortmskie, i jużciż jako takie nie zostały osądzone 
surowo, Adam owszem rozpytywał mnie czego sie uczę, 
i mianowicie zachęcał do uczenia się po łaciniej kiedy 
już nie mogę po grecku, i do wczytywania się w Ko~ 
chanowskieh i Trembeckiego, aby na nich styl i język 
Ti^y kształcić, — Zresztą przez cały ten czas pobytu jego 
-w Wilnie, (który ti'wał tylko do Niedzieli), chociaż go 
widywałem codziennie, nie przypominam sobie nic ta- 
kiego, coby zasługiwało na szczególną wzmiankę. Ogól- 
ne tylko wraiienie pozostało takie, iż ujęty jego dobro- 
cią, pokochałem go osobiście, serdecznie, i źe odtąd 
w marzeniach i myślach moich, stał się on dla mnie 
prawdziwie człowiekiem przeznaczeaiaj jakim w isto- 
cie na całe życie pozostał. 

To tśż gdy po wakacyach we Wrześniu przyby- 
łem na powrót do Wilna, a on już mieszkał z Czeczo- 
tem, mając całoroczny ui'lop dla zdi'owia: nie dziw, że 
korzystając z przywilejów Telemaka, a z łaski i wzglę- 
dów Mentora, starałem się być jak najczęstszym ich 
gościem, a nieraz i nocleżmkiemn na wązkićj i twardśj 
kanapce, aż zamieszkałem caikiem w celi tuż obok, 
z kolegą Ptaszyńskim^ i nastąpił nakoniec ów szósty 
dzień Marca, o którym w wiei-szu jest mowa. 

Szczęśliwszego ode mnie w całym tym roku szkol- 
nym, trudnoby może było znaleźć wtedy na świecie, 
Śród tylu, takich, i tak kochanych, nie było ani je 
dnego człowieka, któregobym nie lubiła o któiymby 
myśl lub wspomnienie było chmui^kąna błękicie mych 
irzeń; a zaś z dawniój ukochanych od dziecka, ani 
Jen był jeszcze nie ubył. Na domiar wi*eście 
ary tych upój en, przyszła z kolei i poezya, i piór- 
^^zy świt sławy autorskiśj. 



192 

Po kilku piórwszych podskokach Pegaza, połech- 
tanego bodźcem Borowskiego, i po usłyszeniu piśr- 
wszych poezyi Adama, Muza moja tak się jakoś była 
zalękła; tak czuła się upokorzoną przez same te na- 
wet pochwały, które jój odznaczenie Borowskiego 
zjednało; że zamiast piąć się na publiczną estradę, 
cofnęła się owszem i zamUkła. Postrzegłem w sobie tyle 
niedostatków, że postanowiłem je najprzód zapełnić; 
a chociaż może większa część dobrych chęci w tym 
względzie odpadta do kategoryi owych, któremi, we- 
dług przysłowia, „piekło brukowane;" zawsze przecież 
gorliwsze uczenie się po niemiecku i piśrwsze syllabi- 
zowanie po angielsku, obok czytania i lekcyi uniwer- 
syteckich, nie zostawiały czasu na pisanie wiei-szy, 
zwłaszcza, że jużciż każdą wolną chwilę wolałem ra- 
czśj poświęcić na czerpanie poezyi żywśj: w towarzy- 
stwie kolegów, lub w domu państwa Bekich. Ale z przy- 
jazdem Adama powróciła dawna pokusa. Fisrio się więc 
to i owo; ale mimo laudesów za szczegóły, całość żadna 
jego sądu nie przeszła. Tymczasem między xiążkami 
professora Spitznagla znalazł się jakiś stary exemplarz 
poezyi niemieckich Bilrgera, który mi Ludwik darował. 
Zabrałem się do czytania ich z dykcyonarzem, choć 
jest to dziwnie zły praewodnik poetycznych wi^aźeń 
pomiędzy xiążką a czytelnikiem. Mimo to „Dziki My- 
śliuńec^ (der wilde Jager), tak mi się niewymownie od 
samego początku podobał, że nie mając już cierpliwo- 
ści zaglądać do dykcyonarza, przeczytałem go Jednym 
tchem aż do końca, i chociaż ledwo piąte przez dzie- 
siąte zrozumiałem, zerwałem się do tłómaczenia po- 
czątku. Alić zaledwo wytłómaczyłem strof pai*ę, z któ- 
rych sam byłem nadzwyczajnie kontent; nie wióm, czy 



193 






[Q w^sruszenia, czy z% zbytniego natężenia myśli, dośd, 
nmi« porwał nagle gwałtowny ból zęba. Była jiiS; 
godzina dziesiąta wieczorem. Kilkanaście strof jnż zro- 
Eumianycli tak mnie gwałtem do przekładu uęciłyj tak 
;ii]eDi, źe w tśj chwili miałbym silę po temu; że nie 
namyślając sią długo, skoczyłem do felczera, który 
.j&ieBzkai w pobliżu, aby mi natychmiast ząb wyrwał, 
lim się przybrał do operacyi, już strofa trzecia zło- 
'la się w myśli; a że się operacya udała: radość z po- 
;bjcia się bóln wyi-aźuie widać dodała mi weny^ tak, 
gdy północ biła z wieży Święto-Jańskiejj już Wi^zy- 
ie zrozuraiaue wprzód strofy były gotowe w prze- 
sadzie, i zawsze z zadowoleniem tłómacza, Nie chcia- 
tern więc ustać w pół drogi; ale co począć ze strofą na- 
.ępną, którą jnż ledwo przez pół rozumiałem? Trzeba 
ięc było znowu wziąe się do dykcyouarza. A była 
istna męka Tantala. Zaledwo więc zrozumiałem tę 
Istrofę^ wytłómaezyłem ją wnet piśrwójj nira się wzią- 
łem do zrozumienia następnój, I w tśn sposób^ strofa 
I po strofie^ przed końcem nocy byłem już prawie u końca. 
IReszta już widać sama złożyła się we śnie; bo gdy 
.się obudziłem nazajati'z, tak ją zda się miałem w pa- 
mięci, że bez żadnego prawie wysilenia myśli napisa- 
łem ostatnich strof pai'ę, jakbym je tylko przepisywał 
na czysto- Cała wiec ta robota mogłaby literal- 
nie nazwać się, jak to mówią: „od bolenia zębów,'' 
A przecież jest to kamień węgielny mego autorstwa, 
IŁal i kto wiój siostrzyczko^ czy nie symbol jego? Ale 
gdy go po oszlifowaniu na prędcej tegoż dnia po po- 
łudniu Adamowi przyniosłem: on, wysłuchawszy bez 
przerwy do końca, powstał z żywością z miejsca, i ują- 



194 

T¥szy mnie za ramiona, z widocznóm ukootentowamem 
zawołał: „Teraz to ^nż ja sam podam to do di-iiku;'' — bo 
dotychczas zawsze mi ch-nbowanie odradzał, i dla tego 
tśż wszystko, co było napisane przedtśm, spaliłem. 

W Kwietniu 1822 y^Myśliwiec'' wyjechał na świat 
w Dńennihi Wilemkimj w którym miesiącem już piśr- 
wej wynurzyła się była ^Świtezianha^'^ która piórwsza 
w literatm^ze polskiśj inaugurowała tytuł: halladi/, i na 
tęczowe tonie roniantyzmn, jak kochanka na fale Ś wi- 
tezi, czytelników wabić zaczęła. Utwór zatśm Bur- 
gera podobał się także; i gdy ze świąt Wielkanocnycli 
powi*óciłem do WHna, Adam piśrwazy powitał mnie 
wieścią, że trąbka zaklętego MjśUwca imię moje sze- 
x*oko rozgłasza, Pi*zekonałem się o tóm sam przez się 
z ust kajsdego ze spotkanych moich kolegów, i co wię- 
ksza, z ustek panieńskich; gdy zaś we dwa tygodnie 
póżniśj przedrukowano go w j^BiMio^ec^ Rlskiej'' w Wai*- 
szawiej Pegaz mój kopnął z kopyta, i ^hop, hop, hop!*^ 
jak rumak w balladzie, zaczął hasać, jak nigdy dotąd '). 



*) To „/iop" jest tu UTiiyśhLie dla tego^ aby mied praeK 
tQ assumpt do opowiedzenia ci choć w przypiskn, siostrzy- 
czka, drobnostki wprawdzie, ale poetyckiej, a, przytóm wy- 
kazującej jasno, w jaki spoaób wpływ piszących współcze- 
śnie, nieraz bezwiednie oddy.ialywa nawzajem. Na początku 
1824 r, medytując rad nie rad w Karmelickiój ceh, w bar- 
dzo smutnym i przygniecionym humorzL% dostałem numer 
„Biblioteki Pohkiej^ Dmochowskiego, z dumkij Bohdana Za- 
leskiego „ O Hetmanie Kosińskńfi. " * Wpływ jśj na mnie byt 
czarodziejski. Zapomniałem o coli i klauzurze, i jakbym 
wskoczył na koń po za siodłem Hetmanaj cwałowałem z nim 



195 



^P Wszystkie prawie te elnkiibraeye ówczesne weszły po- 
Y ^^01 w zbiór moich ramot. Gdy zaś jedną z uiclij „/S^m- 
" chfĄ'' raz plórwszy głośno przed Adamem czytałem, 
a siedzący w drugim pokoju Jeżo\v^skij (który mieszkał 
tśż u Czeczota), parsknął od śmiechu słuchając: Adam 
zawsze powtarzał potom, że nikomu nie zazdrości tyle 
co mnie trjrumfu poezyi, żem Jeżowskiego wierszami 
rozruszał- 

Ale i poetyczna działalność samego Adama nie była 



zda się po stepie, NanezywsKy aic wigc daraki na pami^^, 
postałem jij wuet Adamowi , a potśm i do irmych kojiweu- 
tów, gdade wsjsędzie również ożywczo wywołała wrażenie; ja 
zaś tegoż jeszcze wieczoru, na zebraniu kolegów-sąjSiadów, 
przeczytałem weeoł% piosnkę na tęż nutę, która sig doti^d 
tu i ówdzie powtarza, Za poznanitim się więc z Bohdanem 
vf Warszawie, w roku następnym, podzięko w atam mu za ten 
obrok ducbowój pociechy, którym nas wszystkich wtedy tak 
cudownie pokrzepił. On śmiejąc się odpowicdmt mi na to 
iż powinieubym raczój n aj pierwej samemu sobie dziękować 
A oto jest słowo zagailki, Bohdan w tejże ^BiHioteo,^ Pol- 
shiiij** wyczytawszy kiedyś raz pierwszy ów mój przekład „Mt/- 
śliwcaj^ tak był porwany kompozycy^ Blirgera, że nie mógł 
wybić sobie między iunemi z pamięci tych wierszy: 

„T hop, hop, hop, rumak elrory 

Hasa, leo), óród tr^b wrzawy, 

Z dtilin w doły, z gór lYft góry," i t, tt — 

ż nakoniec, żeby si^ ich pozbyć z myśli, wsadzit na owego 

umaka swojego Hetińaua w dumce, zaczijwszy ji| od wy- 

rzyknika: 

jfUop, hop, cwafem, lioniu wroa?!'* 

P. A. 



196 

tóż w tym czasie bezczynną. Napisał wiersz do Lele- 
wela, % okoliczności otwarcia przezeń kui^su Historyi 
PowszBchnśj w uniwersytecie Wileńskim; wykończał 
czwartą część D^ictdo'^, i przygotowywał inne materyały 
do zamierzonego wydania dwóch pierwszych tomów 
swoich poezyi. Wydaniem tćm wyłącznie zajmował się 
Czeczot, a mnie przybrał za adjutanta. Z poleceTiia 
więc jego udałem się do Zawadzkiego, proponując mu 
nabycie rękopismu na wieczność, za opłatą stu duka- 
tów pieniędzmi i 50 exemplai'zy w naturze. Zawadzki 
wziął rzecz do namysłu; ale po tygodniu, i po naradzeniu 
się zapewne z Szydłowskim, odmówił. Notabene, rękopism 
tomu piśrwazego miał w ręku do rozpatrzenia. Natenczas 
postanowiono ogłosić prenumeratę, {rubla za exemplarz), 
która pi*zyniosła we dwójnasób tyle, co od Zawadzkiego 
żądano, i własność dzieła przy autorze została. 

Najcięższą i naj przykrzejszą dla niego pracą było 
przepisywanie rękopismu, i to nie wprost jeszcze do 
druku, ale dla Czeczota i dla mnie, którzy dopićro 
z tego przepisywaliśmy na czysto. To tóź mawiał: 
„że z wierszami jak z dziećmi; najtrudniśj jest myć 
je i czesać. "* Kiedy więc przyszło z kolei do prze- 
pisywania Grażyny^ którą przytśm miał jeszcze i po- 
prawiać, najął sobie od Kwietnia, na ostatni kwartał 
przed wakacyą, osobną stancyjkę, na Bernardyńskim 
zaułku, do którój i ja się z nim dla kompanii przenio- 
słem. Był to dla mnie kwartał najrozkoszniejszy w ca- 
łym tym roku szkolnym. Gdybym zaś miał pisać pa- 
miętnik, a nie li tylko moje osobiste i poezyi tylko ty- 
czące się wspomnienia, wiele fryłoby do powiedzenia 
o świetności Wilna w ciągu tćj zimy. Dla uniwersy^ 
tetu atoli, a zatóm i dla uczniów jego, najważniejszym 



m 



padldem było przybycie Xięeia Kuratora, (Adama 
Dzaitoiyskiego). Imie Jego było zawBze we czci ogól* 
^ójy a do tych jego udwiedzia m^i^zało si^ wiele świe- 
aych nadziei^ tak ogólnych, jak i pojedynczych osób- 
Będ^y irniemi, Adam i Jeżowski mieli hyó wyslatii 
gniuim kosztem iiniwersyt^etn. Przedstawiono ich 
Ubu Xieeiu^ a ojcowskie przyjęcie^ jakiego doznali, 
rarło ożywiający wpływ na całą młodzież, Nieszczę- 
fiweokoŁtczności następne zniweczyły te piękne nadzieje; 
le wtedy cieszyhśmy się niemi wszyscy serdecznie. 

Ta przychodzi mi na myśl wspomnieme, kwalitl- 
ttjttce się juźciż do poetyckich, bo odnoszące się do 
poefcy, a które jakkolwiek drobne, może przecież po- 
fcyć za wskazówkę różnicy w uczuciach i nsposo- 
ieniu pomieilzy literacką młodzieżą ówczesną iv Wil- 
aie, a gdzie indziśj; o czóm ja sam przez siebie przeko- 
łem się dopióro pożniśj^ stawszy się mieszkańcem 
warszawy. 

W orszaku sięcia Kuratora był też poeta, Karol 

Kalinówki (SieiLkiewicz)^ któi-y chociaż wychowa- 

nieć Ki^zemieńcaj uchodził w oczach naszych za war- 

ŁwsMego poetę; bo i przybył z Xięcien! z Wai*- 

ff i wiedzieliśmy^ że właśnie w Warszawie dru- 

je się jego przekład poematu Waltera-Skotta: ^Bmi 

fariora." W owym czasie, gdy tłómaczeoia składały 

lówny, jeśli nie cały zasób poezyi naszśj, przekład 

Bmatn większych rozmiaTÓw^ słaiinego naówczasau- 

&ra, dokonany wprost z angielskiego oryginału, cho- 

\t prozą tylko a nie wierszem, dawał już tłóma- 

Dwi patent na słamiego poetę, za jakiego Sieńkie- 

iez uchodził w Warszawie, i w aui'eoli tój sławy 

rzyjechał do nas do Wilna* Me dziw więc, że chcle- 



tt 



198 

liamy otraczyd go clioó zdaleka, Bie muiój może jak 
samego zięcia Kuratora. Adam poznał się z nim bę- 
dąc u xięciaj i zai-az po piśrwszem widzeniu, obiecał 
mnie i Olesiowij że nas zaprowadzi do niego. Cie- 
szyliśmy się na to serdecznie. Tymczasem Adam, po 
osobnój wizycie u niego, ani słowa już więcój nie wspo- 
minał nam o tem» Dziwiło to nas i martwiło, aleśmy 
Bię upominać nie śmieli. Alid razu jednego, id%c z nim 
razem ulicą, widzimy, że jakiś pan nieznajomy^ ele- 
gancko ubrany, idzie na przeciw nas bokiem, ale ujrza- 
wszy Adama, zwraca się pi^osto ku niemu. Adam za- 
wołał na nas prędko i stanowczo: -Idźcie sobie, i nie 
oglądajcie siei" Poszliśmy więc, ale nie mając za 
sobfj żadnój Eurydyki, ani się bojąc losu żony Lota, 
uszedłszy kilkadziesiąt kroków, obejrzeliśmy się owszem 
ciekawie. Adam stal i rozmawiał z tym panem. Do- 
wiedzieliśmy się póżniój od niego, że to był właśnie 
Karol z Kalinówki; ale że Jiam i przy t6m nic o wi- 
zycie do niego nie wspomniał, musieliśmy się wyi^zec 
nadziei poznania „warszawskiego, sławnego poety." 
O przyczynie nie wiedzieliśmy zgoła. W wiele do- 
piero lat póżniśj, Adam powiedział mi ją w podróży, 
z powodu mowy o poetach i literatach warszawskich. 
Przyczyną zaś było to: że gdy mu Adam, za bytno- 
ścią u niego, zapowiedział prezentacyą dwóch swoich 
młodych przyjaciół, piszących wiersze: on to przyj- 
tak obojętnie^ i tak du Jiauł de sa grandeur; że Adam 
uczuł się t6m dotknięty, i chociaż potom Sienkiewicz 
sam dopominał się o nas, uparł się i postawił na swo- 
jem, że już nas nie zaprowadził do niego. H"ie mó- 
wił zaś nam ^vtedy nic o tóm dla tego, żeby nie wzbu- 
dzać w nas niemiłego uczucia, którego widać sam na 



doświadczył. Dodać tu wszakże winienem, że 

ly w lat kilka potem, razem z Juljatiem Korsakiem, 
^em pi-zez parę rygodiii gościem w Puławach, u Xigżuy 
[eneralowój Zieiii Podolskich, Sieiikiewicz^ który tam 
I bibJiotekarzemj tak się okazał uprzejmym i zy- 
liiwym dla uaSj żq mi na zawsze aiile pozostawił 
^pommenie. 

Wspoinniawszy nawiasowo imię Juljana Korsakay 

Ipydiodzłj właśnie do czasu , w którym znajomość 
bgo i przyjaźń była dla mnie najważniejszym wypad- 
B^a. Liczę j% do najdi*oźszych skarbów i wspomnieli 
lego '^cia. Stosunek jego ze nmą, miał wiele podo- 
keiistwa do mojego z Adamem. Nikt drugi tak mnie 
pe kochał; ale i ja tśż dla nikogo di^ugiego nie byłem 
sMm, jak się on sam if^yrażał, „człowiekiem przezna- 
< zenia,** Ufam, że mię nikt przecież nie posądzi o ta- 
kie głupstwo, iżbym to mj\^ił dla jakiójs przechwałki, 
Xie wjmikto to bowiem ani z woli mojćj, ani z żaduój 
^jjikićjbądżkolwiek wyższości; ale tak widad zrządziła 
^fcpatrzność. Sądzę nawet, że każdy cztomek w swćm 
Hkreiu miał kogoś takiego dła siebie^ i był sam takim 
^^a kogoś. A były w tśm i okoliczności przechodzące 
^a obręb racyonalnych przyczyn. Wykaże to opowia- 
ie dalsze. Ja przytoczę tu tylko słowa Koehanow- 
[o: 

,,A ktob}* chciał roztimera W87ystbiegpo dochodził*, 
1 zadnie, i nie zdoła nigdy w io ugodzić/* 

Kalendai-zowy rok 1822 byl dla mnie w drugićj 

vojśj połowie równie bolesnym i żałobnym, jak w pier- 

rszdj szczęśliwcem i uroczym. Podczas wakacyi stra- 

Jem matkę, i przebyłem sam niebezpieczną gorącz- 



-rfr^ 



200 

tę, W skutek tego^ w późnej ledwo jesieni mogłem 
^Tzjbyi z po\vi'ótem do Wilna, dJa słuchania trzeciego 
kursu utriiisąue Juris; chociaż Bogiem a prawdą., 2 dwóch 
pićrwszych nie zbyt wiele odniosłem korzyści- Za- 
mieszkałem wprost n Czeczota, zastępując miejsce 
Adama, który już był od Września do Kowna na obo- 
wiązek powrócił. Da amutnycłi wspomnień przywie- 
zionych z domUj widok opustoszałych po nim kątów, 
dodał taką dozę tęsknoty, że pomimo usiłowań i pra-- 
cy^ [poskromić j6j w sobie nie mogłem. Całą moją 
pociechą był dom pani Eecu, gdzie też najprzód po- 
znałem Korsaka. 

Przed pi^zyjazdem jeszcze do Wilna^ wiedziałem 
już z liatów przyjaciół, że się znaleźli dwaj nowi poecie 
którj^ch imiona Borowski publicznie na lekcyi wymie- 
nił. Byli to: Juljan Korsak, jako tłómacz ód Hora- 
cyusza, i Józef Massalski, jako bajkopia. Byłem więc 
ciekawy ich poznać, i zai^az pićrwszego dnia po przy- 
byciu poznałem się z Massalskim, który od początku 
roku szkolnego, po odjeździe pana Błotnickiego z orsza* 
kiem xięcia Kuratora, miejsce jego przy Julku zastą- 
pił. Starszy może o lat pai-ę ode mnie, żywy, wesoły^ 
dowcipny, a przytóm ładny chłopiec, w catśm słowa 
tego znaczeniu, przypadł mi oa od razu do serca; 
chociaż stosunek z nim, zawsze najmilszy i najlepszy, 
nigdy tonu głębszego uczucia ani duchowój amalgamy 
nie przybrał. Wstępowałem więc zwykle do niego, 
idąc do pani Becu wieczorem, aby razem zejśó na 
herbatę* Baz AVchodząc^ widzę kogoś w mundui^ze 
uniwersyteckim, (co było rzeczą wcale niezwyczajną), 
któi-y, gdym wchodził, słyszałem, że coś deklamował 
% zapałem, Massalski gwoim zwyczajem zaśmiał się 



201 




I 



[eeznie i glosnoj i wskazując na mnie scawoł^: „Otóż 

hjptt'^ m fabuła! ""^i następnie zwracając aię ku mnie, 
:irzt?d.stawit mi go jako Jnljana Korsaka. Podobał oa 
mi się od razu z dziwnie dobrodusznego wyrazu twa- 
i gdy go witałem serdeczme^ on tak jakoś nia- 
lo i z takim jakby respektem zdawał się potlawać 
rękę^ źe to na mnie zrobiło wrażenie. Podwoiłem 
^cmoję uprzejmość, a on tak przez nią zdał się być 
jj że przy pożegnaniUj wycliodząe, pocałował mnie 
o czulej nie w twarz, ale w ramię. Była to dla 
nmie rzecz zupełnie nowa, i nie powiem, żeby mnie 
ttó nie ujęła nawzajem. Pokazało się, że gdym wcho- 
mlj m deklamował właśnie wyjątki z nowo-drukowa- 
:umaczema mego ballady Biii-gera, p. t. „Wier- 
ność,**' nad którśj miarą zwłaszcza się unodł. A i to 
lakżBj wyznaję, pociągnęło mnie wielce ku niemu. 
Miara ta bowiem, a raczśj kombinacya jćj w strofie, 
< wiersza 12-sto-zgłoskowego z 9-cio-zgłoskowym), jest 
czysto moLm wytworem* Nie przejąłem jej od nikogo, 
a szukając nawet potćm umyślnie, nie znalazłem jńj 
nikim przede mną; natclinął mi ją zaś szum wiatru 
lesie^ gdzie właśnie zaczynałem tę baDadę tłómaczyć. 

Nazajutrz, ledwo wstałem, Korsak przyszedł do 
:©; — i stosunek i'Ozpoczął się na dobre, trzymany 
ize w tjTuże tonie z ob ustroń. Ti*wało to już z pa- 
tygodni, gdy dnia jednego, w końcu Listopada, 
Bczorem, kiedy on właśnie byl u mnie, otrzymałem 
sztafetę z domu z wiadomością, że ojciec mój zacho- 
rował nagle, i chce, żebym zai'az przyjechał. Nie 
było więc chwili do stracenia; a że biuro pocztowe 
było jui zamknięte i podoroźnĄi wziąć nie można było; 
trzeba się było udać do fmnnana żyda, który tóż w parę 




202 

godzin potśm zajechał po maie wązk^j di*al>iastą, płó- 
ciernią,, to jest zwykłą żydowską, budką^ siomą tylko 
wewnątrz wysłaną. Było już po dziesiątój w nocy. 
Noc ciemna chotS oko wykóI; wiatr, chłód, słota, jak 
2wykle w Listopadzie; a w perspektywie całonocna, 
hezsennaj siedmiomilowa podróż do Oszmiany, gdzie 
konie z domu miały czekać na mnie. Korsak, który 
był ciągle ze mną przy szukaniu i najęciu fui^mana, 
dopomógł mi wdi-apać się do budki, ale zamiast się 
ze mną pożegna,ć, widzę, że i on także winduje się do 
niój. Wiedziałem, że mieszka po drodze; sądziłem więc, 
że chce tylko dojechać do siebie, Ale on mi oświad- 
cza stanowczo, że w takiśj nocy i w takińm usposobie- 
niu, jak moje, nie może mnie puszczać samego. Odby- 
liśmy więc razem tę podi^óż; a cóż za dziw, że się 
stała zawiązkiem przyjaźni, którśj w uczuciu mojśm 
śmierć nawet Jego zgasić nie zdołała? 

Ale że napomknąłem wyżój o prowidencyonalnóm 
zrządzeniu i sam śmiałem się nazwać człowiekiem 
przeznaczenia dla niego: korzystam tu % prawa dy- 
gressyi, które z góry sobie w tych opowiadaniach za- 
strzegłem, aby ci opowiedzieć, siostrzyczko, odnoszące 
się ku temu zdarzenie, które dla mnie samego jest 
zawsze baa^dzo ważną i ciekawą zagadką w życiu, 
a którćj rozwiązać nie umiem. 

W piętnaście łat od czasu, na którym opowiadanie 
przerywam^ t. j. w roku 1837, powróciwszy z zagranicy do 
domu na wieś, wybijałem się wraz z żoną do domu jej bra- 
ta, gdzie zebrana cała rodzina oczekiwała naszego przy- 
bycia. Liczne guono wyszło na nasze spotkanie na ganek- 
Łatwo pojąć, że w takiój chwili o niczćm i o nikim innym 
myśleć nie mogłem, jakoż i nie myślałem bynajmniej. 



203 

tymczasem w gronie spotykającycli postrzegam jakąś 
Islicznąj nieznajomą panienkę^ i w tójże chwili głos 
jakiś — nie myśl moja, ale głos; głos we mnie, ale cu- 
dzy i -wyraźny, jakbym go słyszał przez ucho — mówi 
do mnie sposobem szeptu; ^To źjona dla Juljana." Nie 
umiem wypowiedzieć, jak mnie ten głos przeraził i zmie- 
szał. Słowa nie byłem w stanie przemówić. Szczę- 
ściem przypisano to memu wzruszeniu, i nikt na to 
nie zwrócił uwagi. Panienką U\ była sztisnastoletnia 
c6rka gospodai'zy, Józia, którą pozostawiłem siedmio- 
ktnióm dzieckiem. Ochłonąwszy z piórwśzego wra- 
żenia^ i bynajmniej nie mówiąc o głosie, słowa tylko 
przezeń słyszane^ lecz jako wynik własnego mojego 
pomysłu, powtórzyłem memu szwagrowi Ignacemu 
Chodźce. „Gdzie tam!" — była stanowczo przecząca 
odpowiedź. Ubodło to mnie jakoś, i nie umiejąc po- 
ski'omi(i żywości, zawołałem również stanowczo: „Otóż 
tak będdel" — Chodźko parsknął od śmiechu, i odezwał 
się zwykłym swoim konceptowym tonem: „Cóż to? czy 
to ty włócząc się po świecie, wyszedłeś na proroka, 
czy tak Zjcłupiałes?'' Zacząłem się śmiać również, i wszy- 
stko w żai-t obróciłem. Ale wiara w głos pozostała. 
Dotąd od jednego tylko Adama słyszałem, że doświad- 
czył coś podobnego, i że wszystko, co nm w ten spo- 
sób pi^epowiedzianóm bylo^ ziściło się zawsze co do 
joty, chociaż na razie żadnśj rękojmi prawdopodobień- 
stwa nie miało. Za powrotem zatóm do domu, gdy 
mnie Korsak zaraz potem odwiedził, nie miałem nic 
niejszego, jak opowiedzieć mu wszystko, jak było. 
ysłuchał, ale za odpowiedź oznajmił, że już jest ża- 
rzony z kim innym, i że właśnie mówić miał o tćm. 
siDulkłem więc powtórnie-— ale wiara w głos nie ustała. 



w kilka miesięcy potśm, gdy jnż mieszkałem w Wil' 
iiiej Korsak przejechał t^ira umyślnie, po przyjacielskie ' 
moje blogostawieDstwo, wybierając się właśnie na .41ttł>^ 
do swojćj bogdatikij o kilkadziesiąt mil od swego domi] 
Dałem mu krzyżyk serdecznie; a jednak wiara w glos J 
chociaż tajona, nie przestała trwać uporczywie we mnleJ 
opierając się wszelkim ai^gumeutom rozumu. Jedynjj 
jśj wówczas powiernik, mieszkający obecnie w Wai*- 
szawie i zuajomy ci, siostrzyczko, przyjaciel mój, patii 
Benedykt Tm^ski, może ci prawdę słów moich potwier-J 
(Izić. Tymczasem nie upłynął miesiąc, gdy zamiast 
wadoraości o ślubie, odbieram doniesieme o zerwanial 
zaręczyn, i to wcale nie z woli, ani ze strony KorsakaJ 
Pisze więc, że przepowiednia moja jest dla niego jt 
dyną pociechą; gdyż doznany bolesny zawód przypisnjftl 
nie intrygom złych ludzi, lecz niezbadanym wyrokonŁl 
Opati^zności, którśj się przeto z ufnością powierzaj 
Jakoż zaraz na przyszłej wiosna pojechaliśmy z nim 
razem do Chodźki^ mieszkającego o pół mOi tylko od 
domu rodziców Józi, a dwutygodniowa gościna u uiego^ 
przedłużona tak z mojej wyłącznie przyczyny, miała 
nakouiec ten skutek, iż po usunięciu (także wyłącznie i 
pi^zeze mnie), niektórych przeszkód ze strony matki Ju- 
Ijana, w rokpotńni sprowadziłem go ze ślubnego kobiei^ca^ | 
jako uszczęśliwionego małżonka kochającej żony, i przez 
lat kilkanaście j aż do śmierci jego, miałem pociechę 
oglądać mezachmui*zone nigdy niczem ich pożycie. 

Ale jest jeszcze i draga ważna ejkolicznośó, że 
pominę mnóstwo drobniejszych, w której niemniej mo- 
że dziwnym sposobem objawił się tajemniczy wpływ 
jakiś na jego przeznaczenie przeze mnie^ Nie mogę 
lówie o iii^ij bardzo szczegółowo, ale muszę jednak' 



^^P 205 l^^^^^^^H 

ipawiedzieć; l>o fokta tego rodzajn, wiśm najpi^zód, m 

nnieremnją ciebie, siostrzyczko; a potśm^ że dla myślą- 

Icych ludzi dobrej wiary, mogą tśż mieć sw6j ogólny 

puteres; jakkolwiek pozyty^^Tio-fllozoficzna mądrość dzi- 

LgieJBzat może je chcieć śmiesznością obrzucać. 

I W r, 1841^j'edna z wileńskicL dam wielkiego świats, 

klalaioido wpisania swój sztambuch, w którym znalazłem 

[wiersze Jiiljaiia, wielce a wielce niedorzeczne, ze 

rwzględn na okoliczności czasowe^ ale wpisane w nim 

rod lat jii^. dziesięciu. Raziły umie one od razu; ale ani 

[ini na my^l nie przyszło^ aby chcieć lub uiódz coa na 

I to poradzić. Tymczasem w^ przeddzień oddania sztam- 

[bucha, budzi mnie w nocy ze snu, nie głos żaden tą 

rażą, ale taki jakiś dziwny niepokój, taka myśl mimo- 

[ wolna i tak nieprzeparta, że po daremnych nsiłow^a- 

l-niach ażeby ją zwalczyć, zapalam nakonie świócę^ 

i palę na niej wiersz ten ze sztambucha wydai'ty» 

Jjatwo pojąć, jak taki samowolny i ze wszech miar 

I niegrzeczny postępek obraził sprawiedliwie wlaściciel- 

[kę sztambucha. Napisała też do mnie list ostry, wy- 

^ powiadając mi dom swój i przyjaźń. Ale nie upłynęło 

tygodnia, kiedy taż sama pani zjawiła się u mnie, i ze 

łzami wd/JęcznoBci dziękowała mi jak dobroczyńcy za 

zniszczenie nieszczęśliwych tych wierszy. Sztambuch 

albowiem, najdziwniejszym przypadkiem, wpadł w ręce, 

dla ktijrych nigdy przeznaczonym nie był. Było to 

więc rzeczywiście dobrodziejstwem dla niej, ale sto 

I razy większśm dla autora, który uniknął przez to nie- 

ochybnój zguby. 

A i w przedmiocie nawet poezyi, ja to piśrwszy 
niejako, bezwiednie i mimowolnie, skierowałem goi po- 
pchnąłem do pracy, która mu w literaturze naszej 




206 

iiiepożytą zasługę i sławę przyniosła. Wracając zza- 
gi^aiiicy, przywiozłem dlań, jako gościniec, niemiecki 
przekład Streckfusaa^ „Boekiej Komedyi"" Danta. Po 
włosku on wtedy jeszcze nie umiał; ale ten przekła^I 
tak mu się podobała że z niego większą część „PieJcła'^ 
przetłómaczył zaraz na polskie, Z tłómaczeniem tćni 
przyjechał do mnie do Wilna; ale gdy przy wspólneni 
czytaniu, z zaglądaniem do oryginału włoskiego, prze- 
kład z przekładu nie okazał się odpowiednim celowi: 
on tak już był rozmiłowany w treści poematu, że 
spaliwszy te pierwsze próby swego tłómaczenia, za* 
brał się do nauki języka włoskiego, i w ciągu lat 
dwunastu ciągłej, sumiennćj pracy^ dokonał wrescie 
olbrzymiego swojego przedsięwzięcia, jakiśm był prae- 
klad wierszem rymowym całej Komedii BoBkiej^ który, 
rozporządzeniem ostatniej swej wolij mnie w rękopi- 
śmie do wydania przekazał- Wydałem go w Warsza- 
wie u S. Orgelbranda, w r, 1858» 

A teraz wi*acam znowu do przerwanego ciągu 
narracyi, do r. 1832. 

Za powi'ótem moim do Wilna, gdy ojciec mój 
przyszedł do zdrowia, Korsak był u mnie ciągle tak 
codziennym gościem^ jak ja w tśm samśm miejscu 
niegdyś u Adama. Pomagał mi w robieniu korrekty 
diniku poezyi jego^ które właśnie były pod pi^assą, 
a którą ja prowadziłem wyłącznie, sam jój nauczy- 
wszy się pierwśj od dyrektora drukanii p. Zawadzkie- 
go. Wprowadziłem go do BlęMbiego Grona^ do domu 
pani Becu, i w ogólności wszędzie, gdzie sam częściej 
bywałem. Opieka ta i przyjaźń dla niego, zjednały 
mi serdeczną przychylność jego zacnych rodziców, 
a i samo to uczucie ich dla mnie. ^vyszło znowuż na 



fcorzy«ł5 dla niego, w ten spoaób, iż ojciec pozwalając 
ka odwiedzać mnie co rok przez ti*zy lata w War- 
Bzawie^ otworzył mu przez to nieco więcśj pola do po- 
knama świata i ludzi, i do zabrania kilku bliższych 
bsobistycli stosunków z poetami, mieszkającymi w War- 
kzawie, jako to: z Brodzińskim^ Zaleskim i Witwiekim^ 
Którz^r go wszyscy szczerze polubili, 
I Ale i moje własne towarzysko-światowe stosunki 
fcw WOnie zacz^y właśnie w tym czasie przybierać 
K&ersze rozmiaiy, i to nie z etykiety wcale lub ra- 
Kfanby^ ale wprost za wskazówką^ zdarzeń. Z własnego 
fcaś mojego doświadczenia mam to najmocniejsze prze- 
pkonanie, ze we wszystkich okolicznościach życia, taka 
Uylko przewodnia jest i najlogiczniejszą, i najbezpiecz- 
piejszą. 

i Jak ja Adama do domu pani Becu, tak on mnie 

[wprowadził nawzajem do domu przyjaciółki swojćj, 

Lpani Wojskiej Zaleskiój, rodzonAj siostry Tadeusza 

iMatuszewiczaj ^ony najbli:^szego niegdyś przyjaciela 

I Kościuszki^ który są.siadu|ąe z nim lat kilka na wsi, 

jj)o powrocie swym z Ameryki i przed wejściem na- 

Ibowo do krajowój służby wojskowśj, był tóż i żony 

jego przyjacielem serdecznym. Była to już sędziwa 

matrotia^ ale tak pełna jeszcze żyeia^ rozumUj uczucia 

4 wdzięku, a nadewszystko takiój jakiśjś tajemniczo* 

Tirocz^j słodyczy w obejściUj że urokowi temu nikt sie 

opi*zeć nie mógł. W całym ciągu dalszego mego ży- 

[eJa^ jedną tylko spotkałem osobę, którąbym mógł z nią 

może pod tym względem porównać; a jest nią znajoma 

i tobie^ siostrzyczko, i jeszcze Bogu dzięki między 

nami żyjąca, pani hr. Przemyslawowa Potocka, z domu 

liężniczka Sapieżanka. Przy pani Wojskińj natenczas 



^ 



gg 



^^^^^Py 208 ^H 

mieszkała młoda jój krewna, wnuczka w Merai^chieKuyBB 
porządku, ale nie rodzona: panna Flora La^kaiys, osta- 
tni szczep po kądzieli historycznej rodziny sławnych 
niegdyś cesai*zów greckichj a którśj dziad stryj eczno- 
rodzooy był znakomitym kardynałem w Rzymie. O nlój 
w tych moich wspomnieniach zamierzałem ohszermśj 
opowiedzieć gdzieindziej^ gdy właśnie doznawateni jój 
wpływu w najważniejszej epoce mojego życia, Ale 
tymczasem zaszła okoliczność, która mnie zmusza nie- 
jako przerwać znown ciąg opowiadania i poś\rięcić ta 
jdj osobny epizod; tśm hardziej j że dotyczę on rac^śj 
nie mnie, lecz Adama. Okolicznością zaś tą jest, te 
właśnie wyszła niedawno z druku, interessiijąca zre- 
sztą i z talentem napisana xiążeczka, p. t. ^Kleme- 
ście Idmły Poetów PólsJdch^'' przez p, Walerego Pi^j- 
borowskiego. Otóż w xiążeczce tój jest ustęp p. t. 
^Cemrynia,'' ściągający się wyłącznie do panny Flory 
Laskarys^ a napisany całkiem z ustnych moich opo- 
wiadań autorom o niśj. Nió mam więc bynajmniej nm za 
zle, że z nich w ten sposób^ zwłaszcza, że tak dobi^ae 
skorzystał; ale ponieważ on sam nie wymienił wyi^a- 
źnie żródtaj z którego czerpał: czuję się w obowiązku 
uczynić to za niego^ ażeby z czasem jeszcze nie do* 
czekać zarzutu, że ja to względem niego plagiat po- 
pełniam. 

Otóż w xiążeczce tój jest bardzo dobrze zreda- 
gowana^ podług ustnych moich opowiadań^ charakte- 
ryatyka panny Mory^ i dla tego ją ztamtąd dosłó\¥nie 
tu przytaczam: j,Była to osoba niezwykłych przymia- 
tów umysłu j pełna dowcipu ^wesoło-pieprzykowatego,** 
jak mówi dobrze znający ją pisarz; (tu autor nie wy- 
mienił kto taki, a tylko to oki*eślenie rodzaju dowcipu 




209 



Dd^Tstowem oznaczył); ciętaj ale nie złośliwa; mzn* 
m, przjrtomna, i nadzwyczaj oryginalna w swoich 
lach, takj że o danym przedmiocie mogło sto osób 
pS^zać swój sądj a żadna z nich nie dojrzała tśj 
■ony, którą dostrzegła panna Flora,"— To wszystka 
it istotną prawdą, równie jak i to, ^e Adam Inbił 
^al'tlzo jój towarzystwo i był jśj szczerym pi*zyjacielem, 
Źe zm przez żart nazywał ją ^Ce^arynią^"^ ona na- 
iąjem mianowała nas swymi paziami: jego stai-szym, 
ie młodszym; — i nazwa ta w dalszym między nami 
osunku pozostała na cale życie, Ale dopićro w cza- 
|ie podróży naszój, gdyśmy na cmentarzu Bolońskim^ 
^ampo Santo, znaleźli gi^ób Matuszewir.zaj brata pani 
ojskiój Zaleskiej, Adam opowiedział mi^ ie niegdyś, 
piói-wszym roku przybycia swego do Wilna, chodząc 
po cmentai"zu ^na Eosm^'' i ujrzawszy na jedaśj zka- 
*kumb napis imienia: Lmkarys, poczuł w sobie jakąś 
yśl dziwną j (nie głos jednakże), że przeznaczona 
dlań żona będzie nosiła to imię. Gdy więc następnie 

Koznał pannę Florę, córkę właśnie owśj spoczywaj ą- 
ńj na Rossie, miał się z nią ciągle na wielkiej bacz- 
olci, aby przyjaźń nie zamieniła się w milośd. Gdy 
o zaś zapytałem żartem: „A co wiósz^ czy w końcu 
fatum nie postawi na swojóm?*^ zaśmiał się i odpowie- 
dsdal słowami Kniaźnina: 






V 



^A kt^ż kiedjr dojrzy oldera, 
Co ma być jego wyrokiem?^* 



OtÓg W przypisku do owego miejsca w ^Listach 
moich z Podróży," napomknąłem, że w parę lat pó- 

Wspomnienia % praeszłoścL 14 




210 

źniśj, dziwny zbieg okoliczności tak był uczynfl: mo- 
żliwśm ziszczenie się t6j przepowiedni, że prawie dzi- 
wić się trzeba, że się nie ziściła istotnie. Okoliczno- 
ści te, jako odnoszące się wprost do mnie samego^ 
opowiedziałem ponfiiie panu W. Przyborowskiemu; a że 
on je, nie pokazawszy mi nawet piśrwśj swego ręko- 
pismu, publicznie drukiem ogłosił: powtarzam, iż się 
czuję w obowiązku, opowiedzieć tu tśż o nich jak było. 
Za pobytu naszego w Dreźnie w r. 1832, Adam 
istotnie był w takiśm usposobieniu, iżby się był gotów 
ożenić jak Jacek w y^Pomu Tadeuszu, " „ z piśrwszą, którą- 
by spoticał," odpowiednią kutemu osobą. Tymczasem moja 
narzeczona w Litwie, za zgodą swojśj rodziny, skłoniła 
się ku temu, aby przyjechać do mnie i wziąśćślub za gra- 
nicą. Szło więc o znalezienie towarzyszM, któraby mo- 
gła zaopiekować się nią w podróży. Uwiadomiona 
otom panna Flora, ofiarowała sama przyjacielską swą 
pomoc, ale tylko nie dalój, jak do Ei*antz, podEjró- 
lewcem, dokąd się właśnie dla użycia kąpieli morskich 
wybierała. Dla mnie i w tóm była trudność niemała, 
ażeby w owym czasie dostać się z Drezna do Pi*uss 
Wschodnich. Napisałem więc do panny Flory, czy- 
by dla dokończenia dzieła swojój dobroci, nie mogła 
swśj podróży aż do Drezna przedłużyć? Adam dowie- 
dziawszy się o tśm, powiadał żartem, że w takim ra- 
zie sam natychmiast z Drezna „uciecze." Pewny je- 
stem jednakże, iżby nie ucield; a nawet sądząc z tro- 
skliwości, z jaką czekał na odpowiedź panny Flory 
do mnie, z pewnością prawie śmiem twierdzić, że myśl 
o przepowiedni cmentai-nój głęboko nurtowała mu w du- 
szy. Odetchną więc, jak się wyrażał, gdy otrzymana 
n^oniec odpowiedź doniosła, że pisząca uczynić tego 



211 



Zal 



e może. A jednaka gdyśmy w Ki^ólewca powi'ódIi 
slnhn % kościoła, powiedziała mi 2 sialem, i Jak 
dyby tonem wyrzutu: „Czemuti pan nie EalegaJ^ żeby 
było w Dreźnie?"— iVbkte7ii% panna Flora nie wie- 
;ial& nic nigdy o owśj przepowiedni Adama; i ja 
tśm sam sobie wyrzucałem w duszy, żem jój o tśm 
żnie w owym moim liseie nie wspomniał, Ale 
%tźem brać wtedy na swoje odpowiedzialność, co 
Logło i powinno było jedynie być dziełem Opatrzno- 
i^ jeśli w tóm była istotna jśj wola? 

A teraz wracam znowu do przerwanej uan*acyi^ 

jest do wieczorów u pani Wojskiej Zaleskiój, 

gdzieiSmy nieraz ui^ocze przepędzali chwile. Pani Woj- 

\% tak była łaskawą na mnie, iż raczyła żijdać ko- 

' cznie, abym się dał zaprezentować najbliższej jój 

asyjadólee od serca, będ^cój w tjnnże wieku co ona, 

ani Wojsldćj Góreckiej, matce poety, która od lat 

\x% kilkunastu pozbawiona władzy w nogacli, przyj- 

lowala jednak uprzejmie w swym domu całe towa- 

ystwo Wileńskie, a mianowicie uczącą się młodzież 

płci obojej. Był to najzupełniej szy konsti-ast z panią 

Zaleską. Istna Spai-tanka z umysłu, serca i ducha; 

tamta pociągała słodyczą, tak ta imponowała po- 

agą; a zbytnią może uawet niekiedy surowość, łago- 

ila tylko tak czystą i tak namiętną miłością prawdy 

i ki'ajUj że każdy, choćby nawet niesłusznie ostrego 

jśj sądu doświadczył, znosił go i korzył się przed 

nim, przez cześć dla źródła, z którego pochodził. 

nbila się otaczać młodzieżą, ale trzymała ją w ta- 

% karaości, że dom jój był istotnie jakby szkolą 

a niój. To tśż obie te panie takie zajmują miejsce 

e wspomnieniach mojćj pićrwszśj młodości, że choć 



t^l^te 



wmmtit^ 



212 ' 

wz^uż dalszój drogi mego życia, grona postaci nie- 
wieścich, jak anioły albo amorki, stoją wszędzie i za- 
wsze po stronach: dwie te przedstawicielki dawnych 
polskich matron, zawsze w mojój pamięci i w sercn 
cześć najżywszą i wdzięczność wzbudzają. Obok zaś 
nich stawię tylko dwie drugie, którym już w innej 
epoce życia, nie mniejsze pod względem moralnym, 
a większe nawet może w życiu praktycznśm, dobro- 
dziejstwa zawdzięczam. Były niemi: pani Ewa z Ko- 
szutskich Dobrzycka, matka damy dworu Saskiego, 
Salomei, będącój dla mnie potśm opatrznościową opie- 
kunką w Dreźnie, i pani Wojewodzina Poznańska, 
Justyna z hr. Dzieduszyckich Działyńska, matka pani 
Haudyny Potockiśj. Nie wióm, czy mi Bóg dozwoli, 
siostrzyczko, dociągnąć opowiadania moje aż do owśj 
epoki, w którój mógłbym mówić o nich obszerniej. 
Niech więc, na wszelki wypadek, choć w tych słowach 
przynajmniój zostanie ślad czci mojój i wdzięczności 
dla nich. 

Ale trzebaż prawdziwie nieszczęścia, że ja to 
sam niejako, i to przy uczestnictwie samójże pani 
Zaleskiśj, stałem się jakby piórwszą— jeżeli nie przy- 
czyną, to przynajmniój pobudką przyczyny przyśpie- 
szenia śmierci pani Goreckiój. Jakkolwiek więc nie 
należy to właściwie do moich osobistych wspomnień, 
opowióm tu jednakże ten wypadek, dla tego, aby ina- 
czój może w niepamięci nie zginął. Za dygressyą nie 
przepraszam już nawet, bo to z góry raz na zawsze 
zastrzegłem. 

W rok po moim wyjeździe z Wilna do Warsza- 
wy, zrobiono tam od botanicznego ogrodu do szczytu 
góry Trzech-Krzyzkiój, i na stromój jój pochyłości, 



213 



dpaeerową drogę w gtygzak d\^ pieazych^ zkąd na 
Icib^dyEi j^j skręcie były nowe i śliczne widoki* Panna 
Flora opowiadała mi o nich w Warszawie; a :^esmy 
się obojfs wybierali na lato w gościnę do Wilna, 
świadczyła, że chce koniecznie sama być piórwszą 
przewodniczką moją. po tśj drodze, Tymczasenij gdy 
pi^zjszedłem upomnieć się o to; osoba, która miała 
U)warzyszyc nam w tej wyprawie, zachorowała nagle, 
i projekt miał się skończyć na niczśm. Ale nie mo- 
gła znieść tego owa nieporównana dobroć pani Woj* 
skiej Zaleskiej^ o którój wyżćj mówiłem. Sama wiec 
zaproponowała pójść z nami, i pomimo lat swych po- 
deszłych, przechadzkę tę z przyjemnością odbyła. Unie- 
siona zai rzeczywist?! pięknością owych Midoków, z ta- 
kim o nich zapałem opowiadała n pani Góreckiej, że 
i w niśj zbudziła się och ot a, ażeby je także obaczyć. 
Pozbawioną władzy w nogach, w ręcznym tylko, lek- 
kim i wązkim wózku, wywożono ją niekiedy na spacer. 
Kazała więc wieźć się na górę. Młodzi ki^ewni ofia- 
rowali się do pociągu; i czy to ich niewprawa, czy 
traf nieszczęśliwy tak zdai^zył; dość, że się wózek 
przechylił, a siedząca w nim spadłszy z wysoka, obie 
nogi bezwłailne złamała. Śmierć nastąpiła w dni kilka, 
z powszechnym żalem caJej społeczności Wileiiskiśj. 

W jńj to domu raz pićrwszy, na początku 1823 
roku, obaczyłem i poznałem się z jśj synem. Antonim 
Góreckim, który wróciwszy z zagranicy, świeżo był 
się o^.etdł z piękną i wielce zacną panną Weroniką 
Ejdziatowiczówną. Wspominałem już wyżój, jakie na 
mnie wrażenie sprawiały niegdyś poezye jego, i jak 
gorąco pragnąłem poznać ich autora. Uprzejma jego 
dobroć, chód o lat wiele stai-szym był ode mnie, ośmie- 



214 

liła mnie prędko do bliższśj z nim zażyłości, na któr% 
on chętnie zezwalał. Zażyłość ta w krótkim czasie 
z obu stron zamieniła się we wzajemną przyjaźń, 
a piśrwszśm jój może ogniwem było wspólne uwiel- 
bienie i przyjaźń dla Adama. Stan przytóm zdrowia 
jego, bardzo wówczas osłabiony i chwiejny, przy oso- 
bliwszśj zwłaszcza pieszczotliwości pacyenta, uspasą- 
biał go więcój może niż kiedy do tkliwych uczuć 
w duszy, i do ich objawów na zewnątrz. "Wypadło 
to na moje korzyść tak dalece, że już w kilka tygo- 
dni po poznaniu, nieraz oparłszy głowę na mojóm ra- 
mieniu, kazał mi głaskać siebie po twarzy i „pożało- 
wać biednego Antosia;" albo tśż — co już było najwię- 
kszym dowodem łaski— dzielił się ze 4nną kompotem, 
albo gotowanemi śliwkami, które mu zamiast herbaty 
podawano wieczorem. Był to człowiek nadzwyczaj 
mięfckiśj, wraźliwśj natuiy; ale przytóm tak pełen 
dobroci, szczerości i prostoty, graniczącej niekiedy 
z dziecinną prawie naiwnością, że niepodobna było 
poznawszy go bliżej, nie przywiązać się serdecznie do 
niego. A przytem, skoro go ten paroxyzm chorobliwój 
pieszczotliwości opuścił, był to znowu poeta w całóm 
tego słowa znaczeniu: czujący, kochający, unoszący 
się nad wszystkióm co dobre, piękne, szlachetne, a po- 
błażliwy i przebaczający usterki, byle nie ze złśj 
woli wynikłe. Nienawiść jedną miał tylko, którśj 
celu tu wymieniać nie będę; a zaś miłość, tśj niena- 
wiści przeciwna, górowała w nim po nad wszelkiśm 
innśm uczuciem. W przystępach dobrego humoru, nie 
zbywało mu wszakże na ostrym epigramatycznym 
dowcipie, który się często w wierszach jego objawiał. 
Uczucie religijne głębokie, chociaż może nie zawsze 



r 



215 



w karbacli ścislśj ortodoxji zawarte, nie dawało mu 
nigdy trwać długo w upadku, (jeśli jak wszystkim 
śmiertelnym^ upaść mu się niekiedy zdai*zyło); lecz 
rzucało go zaraz na kolana ski*iicliy, aby wnet znowu 
z nadzieją mógł mysią wzlatać ku Niebu, Zresztą 
Wszystkie te powszednie upadki^ pochodziły w oim 
tylko albo z nadmiaru czułości serca^ albo z braku 
łiai-tu w pokusie, która go do gry w karty ciągnęfai- 
To tćż nigdy 2 nich dla nikogo, chyba tylko dla nie- 
go samego, nie wyszła żadna ki*zywda albo szkoda* 
Charakterystykę tę, wierną^ jak mi się zdaje, ki'eślę 
nie podług wspomnień z tego tylko czasu, o którym 
tu opowiadam: lecz z calśj summy wspomnień mego 
z nim stosunku^ który się nigdy między nami nie za- 
chwiał ani zachmui'zył, a wznawiał się w różnych 
czasach i miejscach, jak np. w Warszawie i w Dre- 
źnie, a przez kon*espondencyą utrzymywał się nawet 
w oddaleniu. Co do dziel jego pisanych, ogólne współ- 
czucie narodu przyznało mu od razu tytuł narodowego 
poety, któyego jak nie zdołała wydi*zeó mu z początku 
szydercza zawiść ówczesnych koryfeuszów poezyi War- 
szawskiój, tak mu go nie odmówi zapewne sprawie- 
dliwa zawsze potomność. Wprawdzie ścisła kiytyka 
literacka nie wszystkim może jego utworom przyzna 
równą i jednaką wartość; zawsze przecież większą 
połowę do najcenniejszych pereł poezyi naszśj niewąt- 
pliwie zaliczy. Nieraz jeszcze zapewne przyjdzie 
mi wspomnieć o nim w dalszym ciągu tych opowiadań 
ale tu wiąże się z nim jeszcze wspomnienie o Eoso- 
towskim, którego często bardzo spotykałem w tym 
3zasie u niego, a o którego piórwszśm poznaniu, pa- 
miętam, że opowiedzieć obiecałem wyżćj. 



216 

Adam, za bytności swśj w WUnie, był przez 
parę dni słaby i nie wstawał z łóżka. Haz przycho- 
dzą^c do niego, słyszę czyjś głos podniesiony z zapa- 
łem, i wszedłszy widzę jakiegoś pana, który siedzi 
przy nim na łóżku, i wyKcza imiona poetów, któi^zy 
byli zarazem doktorami medycyny. Gdy skończył, ja 
robię zarzut, że nie wspomniał imienia Stanisława Ro- 
sołowkiego. Tu ten pan zrywa się z łóżka, i rozsta- 
wiwszy ręce, z ujmującą serdecznością wykrzyka: 
„A! mości dobrodzieju! submittuję się sam inpersona^ 
i wdzięczen jestem panu, że o mojśm imieniu pamię- 
tasz.^ — Znajomość więc zawiązała się prędko, a w ślad 
za nią i żarliwa dysputa o romantyczności, w którój 
Adam nie brał udziału, a tylko śmiał się patrząc na 
nasze zacietrzewienie się wzajemne. Zapał ten wszak- 
że w dyspucie nie tylko nie rozerwał, ale owszem spoił, 
jak w ogniu, piówsze ogniwo znajomości naszśj, która 
w dalszym ciągu stosunku hartowała się coraz w po- 
dobnychże dysputach, w których jeden drugiego ani 
pokonał nigdy, ani przekonał. W skutek tego napisa- 
łem raz wierazyk do niego, którego pocz^ek pamię- 
tam i* przytaczam: 

„W podwójnym splendorze, 
Poeto, doktorze. 
Witaj, Stanisławie! 
I chociaż raz przecie, 
Poeta, poecie, 
Daj ucha łaskawie! 

Bo z tob% cheió proz% 
Rozprawiać, rzecz próina! 
z nporem, jak z kozą, 
Dójsć łada nie można. 



217 

Dosó wspomiiiść poetę. 
Jak tylko nie antyk, 
Lecz Niemiec— choć Goethe, 
Czy Anglik romantyk: 
"Wnet jakhy upusty 
Otworzył we młynie, — 
Oezyma*6 i usty 
Gniew bucha i płynie. 
I radzisz i życzysz, 
I łajesz i krzyczysz, 
I krzyczysz i łajesz, 
I mówić nie dajesz! 
Attendez! mój paniel i t. d. 

Wierszyk ten przeczytałem mu po raz piórwszy 
u Borowskiego, będąc razem na herbacie z Adamem, 
gdzie tśż i Rosołowski rad zawsze na przyjacielskie po- 
gadanki przychodził. Pi'osiłem, żeby pozwolił wydruko- 
wać go w; Tygodniku; ale opaiłsię temu, mówiąc: „Na co 
to obcy ludzie wiedzióć mają, jak my gadamy!"— Sam 
wszakże przyjął go bez rankoru i odpisał mi w tymże 
tonie; ale odpowiedzi tój nie pamiętam. 

Podobneż dysputy, tylko że już nie ze mną, ale 
zwykle z Onacewiczem, w przedmiotach filozoficznych, 
staczał on na tygodniowych wieczorkach u Lelewela, 
który był jedynym z professorów bezżennych, co je 
zaprowadził u siebie. Prócz młodszych professorów, 
przyjaciół gospodarza, bywali na nich iwybrańsi jego 
uczniowie, których on z koleżeńską uprzejmością tra- 
ktował. Ja, niestety, z tego powodu nie miałbym wcale 
Brawa należeć do ich grona, ale Adam wprowadził 
ie ffratis. Pan Joachim zaś był tak dobry i łaskaw, 
wybrał mnie z czasem na Ganimeda, to jest, pole- 
mi robienie herbaty. Zdarzyło się więc razu jedne- 



218 

go, że zasłuchany v^ jakiójś naiTacyi Onacewicza, za- 
pomniałem zakręcić kranu w samowarze, i potop go- 
rącśj wody wszystkieli gości z miejsc swych poruszył. 
Adam chciał mnie reprymandować, ale gospodarz wziął 
moje obronę, i przy urzędzie podczaszego zostawił. Za 
przybyciem zaś mojśm do Wa^^azawy, pan Joachim miał 
maie głównie w swojój opiece, i dom czcigodnych jego 
sędziwych rodziców, staJ się dla mnie jakby rodzin- 
nym. Tam to w ciągu lat czterech, co niedziela^ z rzad- 
kim wyjątkiem, obiadowałem zwykle z całą ich m- 
dziną, i bai^dzo często z kochanym ojcem twoim, sio- 
strzyczko! co mi tóź posłużyło za assumpt do piór- 
wszego odezwania się do was z Wilna, gdy już piśi*- 
wsze improwiaacye twoje, myśli moje i serce z uwiel- 
bieniem zwróciły ku tobie. 

Ale nie &ame tylko poważne matrony, i nie sami 
nczeni mężowie, zajmowali je w czasie, o którym tu mo- 
wa, to jest w początkach roku 1823. Był to owszem 
czas właśnie, w którym piśrwszy raz w życiu, jeśli 
nie jako uczestnik, to przynajmniej jako spektator, 
wszedłem w bawiący się świat wielki. Pan prezydent 
Chodźko, ojciec Olesia, który, za wpływem jego, ra* 
czył mnie swą łaską zaszczycać, dał mi gratis gościn- 
ny bilet na wszystkie co tygodniowe Kasyna, których 
on sam był dyrektorem, a które właśnie w tym roku 
doszły do kulminacyjnego punktu swojśj świetności. 
Pod wpływem nowydi tych m^ażeń, napisałem wiersz 
o nich, p. t. jjKasyno^j nastrojony na model i na ton 
^ZofiówH,'* i wydałem go w osobnśj broszui'ce bez- 
imiennie. Nie wytrzymał on własnśj mojśj krytyki 
późniejszej, i opuściłem go przeto w ostatnich wyda- 
niach mych ramot. Wtedy wszakże sam przedmiot 



219 

obudził ciekawość, i nim czcionki rozebrano w dru- 
karni, już trzeba było dinigie tyle exemplarzy odbi- 
jać, a i te się wki'ótce rozeszły. Dochód z tego, po 
odtrąceniu kosztów druku, przeznaczyłem na rzecz Do- 
mu Dobroczynności Wileńskiśj, na którśj korzyść szedł 
i dochód z Kasyna, a którój tóż prezesem był tenże 
pan Jan Chodźko, uprzejmy mój biletodawca. Poszedł 
więc przez to w górę barometr mojój sławy autorskiśj, 
gdyż anonim nie utrzymał się długo. Ale jakkolwiek 
moja miłość własna była przez to zadowoloną, tóm 
bardziśj, że i Borowski i Adam wiersz ten pochwali- 
li: większa jeszcze zkąd inąd przyszła mi pociecha. 
W trzech szczegółowych opisach piękności, które 
w wierszu na piśrwszym planie figurowały, poznawa- 
no, albo się domyślano przedmiotu, który im służył za 
model. O piśrwszym, który mówił: 

„Patrzcie tę, co jak narcyz w wonnym kwiatów lesie, 
Nad wszystkie dorodniejszy, śnieżne czoło niesie! 
Co mam w niśj najprzód wielbić, nie zgadnę zdumiony, 
Wdzięk córki Oceanu, czy postać Junony?" i t. d. 

tym piórwszym nie było żadńój wątpliwości, 
że się do panny Alexandry Becu stosował. Ale cho- 
ciaż ja i dragi inpetto do siostry jśj stosowałem: ogól- 
nikowe wyrażenia, jak np: 

„Ta znowu, jak sarneczka w napowietrznym biegu, 
Wiośniane róże kwitną na muślinnym śniegu, 

1 niewinność dziecinną, i wdzięki dziewicze 
Zarazem uśmiechnione maluje oblicze;^ i t. d. 

tstosować się mogły łatwo i do dziesięciu innych. 

rzetoż gdy domyślano się różnie, ja, drapując się 

dyplomatycznóm milczeniu, nie {przeczyłem, ani m*e 



220 



stwierdzałem żadnego domysłu. Najważniejszym ato- 
li dla mnie samego był ustęp, który brzmiał; 

„A toż, czy mnie sen mami, czy urok nludy 
Poetyckiemi oko rozłakamia cndy? 
Niebieskich godna chórów, a ziemska dziewica, 
I oczy zadomiewa, i serce zachwycał,.* 
Twarzyczka jśj, jak ranna u wschodu jntrzenka^ 
Jako pogodne niebo, błękitna snkienka. 
Ani tu złoto błyska, co człek ziemi kradnie. 
Ni łzy jutrzenki w morzu skamieniałe na dnie, 
Sama skromność!** — i t. d. 

Ustęp ten ściągał się do znajomój mi tylko z wi- 
dzenia na tómże Kasyno^ ale która istotnie była naj- 
piękniejszą. Chociaż zatóm i o nim różniły się domy- 
sły, dla mnie dość było na tśm, że się w nim ona sa- 
ma odgadła. Była to panna Zofia Chłopicka, później- 
sza „Zofia z Brzozówki." Od niśj tóż samśj, zai'az 
po wydaniu wiersza, wyszedł piśrwszy ki*ok do zna- 
jomości. Chciała mnie wybrać do figury w mazui*ze, 
chociaż widziała dobrze, że byłem w żałobie. Nie mo- 
głem więc przyjąć zaszczytu; ale podziękowałem zań 
po skończonym tańcu. I ztąd zaczęła się znajomość. 
Wymówiwszy się zbytnićm znużeniem, w następnym 
nie wzięła udziału; a więc i była sposobność do prze- 
dłużenia rozmowy. Znużenie to ponawiało się również 
i na następnych kasynowych wieczorach; a że przy- 
tóm mówO:o się tśż nieraz o projektach na inne dni 
tygodnia: zdarzało się przetoż niekiedy spotkać się 
i gdzie indziej— przypadkiem. Do bywania w domu jśj 
ciotki, u którśj przez karnawał mieszkała, będącśj żo- 
ną wyższego urzędnika z ramienia rządu, studentowi 
braHo pretextu. Ucieszyłem się więc niepomału, kie- 



1 



221 

dy się dowiedziałem, że oboje na wiosnę wybieramy 
się w jedną di*ogę, do Kowna; ona do rodziców i sio- 
stry, mieszkającej ztamtąd o milę, a ja dla odwie- 
dzenia Adama. Podróż ta przedtóm jeszcze od samój 
jesieni była głównym praedmiotem mych maarzeń. Nie 
mogłem przecież przedsięwziąć j6j wczeniśj, jak w Ma- 
ju; nie z powodu lekcyj uniwersyteckich, od których 
łatwiśj jakoś dałbym się oderwać; ale że właśnie na 
Święto-Jerskie kontrafeta, w końcu Kwietnia, goto- 
wał się wielki amatorski teatr, a przy nim tyN^ ra- 
chome obrazy, w których, organizujący to wszystko 
na dochód Dobroczynności, prezes j6j p. Jan Chodźko, 
mnie tśż ważny udział przeznaczył. 

Pomysł żywych obrazów ruchomych był rzeczą 
zupełnie nową, a ułożeniem i wykonaniem jego zaj- 
mował się sam professor malarstwa, Rustem. Miały 
one przedstawiać trzy sceny z ,^Jerozólimy Wyzwólo- 
^47" Tassa, do których wchodzą: Erminia, Klorynda 
i Armida. ^Erminią była piękna hrabianka Kamilla 
Tyszkiewiczówna; Klorynda, panna Alexandi'a Becu; 
Armidą, panna Zofia. Ja miałem reprezentować Tassa, 
który siedząc na przodzie sceny, mi^ odczytywać 
głośno, jakby samemu sobie, owe ti'zy sceny, (ma się 
rozumieć w tłómaczeniu polskióm Piotra Kochanow- 
skiego), a podczas tego czytania, osoby w obrazach 
będące miały zmieniać stosownie pozy. Zmiany te wy- 
magały prób długich, a te próby dla wszystkich współ- 
uczestników, a przynajmniśj dla reprezentanta autora, 
y bai*dzo rozkosznśm zajęciem. Reprezentacya tóż 
iła się świetnie; tak, że na ogólne żądanie publi- 
wści, postanowiono ją powtórzyć w dni parę. I tu 
lśnię zasda okoliczność, będąca piórwszym począ- 



222 

tkiem pi-zyjaźni mojój z Ignacym Chodźką, późniejszym: 
autorem „ Obrazów Idteiuskich,^ która doprowadziła nas- 
w końcu do braterstwa, i przez to wpływ wStanowczy^ 
na dalsze przeznaczenie życia mego wywarła. 

Piórwsza wprawdzie znajomość nasza nastąpiła 
daleko piśrwśj, kiedy ja miałem ledwo lat czternaście, 
a on już był dwudziestocztero-letnim młodzieńcem. 
Spotkaliśmy się raz piórwszy w domu wspólnego po- 
winowatego naszego, gdy właśnie w nim ugaszczano 
biskupa Kundzicza, który dla udzielania sakramentu 
bierzmowania do tamecznój pax'afii (Wojstomskiój) przy- 
jechał. Lecz wtedy był on dla mnie tak wysokim 
ideałem, że ledwo śmiałem zbliżyć się do niego.- Sły-^ 
nął już bowiem w swojśj okolicy, jako drukowany po- 
eta, i jako jeden z najdowcipniejszych szubrawców^ to- 
jest współpracowników sławnych ówczesnych^ Wiadomo- 
ści Brukowych,^ i jako taki między sąsiadami, a zwłaszcza. 
sąsiadkami, respekt i podziw obudzał. Że zaś był 
wtedy dla mnie bardzo grzeczny i uprzejmy, wielce^ 
mnie przez to zobowiązał ku sobie. GWy więc za. 
bytności już mojój w Wilnie, gdzie on często ze wsi 
przyjeżdżał, spotykałem się z nim w domu jego stryja, 
ojca Olesia, albo tśż u Tomasza Zana, gdzie Olei 
wtedy z dwoma braćmi mieszkał: stosunek nasz sta- 
wał się coraz bliższym, ale się wcale jeszcze nie mógt 
nazwać przyjaźnią. Dysputowaliśmy tylko zażarcie^ 
o klassyczności i romantyczności, którój on wtedy je- 
szcze był zaciętym wrogiem; albo tśż lubowaliśmy się^ 
razem z Olesiem miłśm nadzwyczaj jego twarzy- 
stwem, pełnóm dowcipu i jowialności; chociaż tak nam> 
niekiedy konceptami swojemi dokuczył, przekomarza- 
jąc się zwłaszcza umyślnie platonicznśj naszój senty- 



223 

mentalności: że raz w zimie wieczorem uciekliśmy od 
niego bez czapek, które on, dla zatrzymania nas gwał- 
tem, pochował. 

Na tśj stopie staliśmy nawzajem aż do.repre- 
zentacyi owych żywych obrazów. Gdyby on mieszkał 
był w mieście, albo gdyby wcześniśj przyjechał, stryj- 
by mu niewątpliwie przede mną rolę Tassa powierzył; 
znany już bowiem był przedtóm jako wyborny aktor 
amatorskich teatrów. Ale on przybył dopióro w dzień 
ostatniśj próby, na którą przyszedł prosto wysiadłszy 
z powozu. Ja byłem już w kostiumie Tassa, śród ry- 
cerzy, rycerek i czarodziejek; i instynktowo jakoś po- 
czułem, że on radby był być na mojóm miejscu. Wte- 
dy za nic na świecie nie ustąp2bym go był nikomu. 
Ale gdy po reprezentacyi piórwszej miała nastąpić 
druga, a ja syt już byłem oklasków; przyszła mi myśl 
szczęśliwa, którą dotąd za natchnioną uważam, aby 
mu w niśj miejsca mego ustąpić. Ofiarę tę przyjął 
ochoczo, i tak widać by^ przez nią ujęty, że zobowią- 
zał mnie koniecznie, abym go na wsi podczas waka- 
6yi odwiedził. Obiecrfem, i dotrzymałem słowa; ale 
mógłżem przewidzieć wtedy, że właśnie owa obiecana 
wizyta ma otworzyć przede mną inną wcale di'ogę 
przeznaczeń, niż była ta, o którój marzyłem, wybie- 
rając się właśnie do Kowna? Armida wyjechała tam 
zaraz nazajutrz po ostatnióm przedstawieniu obrazów. 
Ja umyślnie opóźnUem o dni kUka mój wyjazd, aby 
miała czas piśrwśj rozgościć się w domu. 

Podorozna pocztowa do Kowna leżała właśnie na 
s Jiku u mnie, gdy przyszedł z pożegnaniem p. Ale- 
X ^der Wereszczyński, bardzo miły i zacny obywatel 
z Podola, wielki amator poezyi, który przebywszy 



224 

czas niejaki w Wilnie, nazajutrz już miał z niego vry^ 
jechać. Postrżegłszy podorożnę do Kowna, oświadczy! 
mi, że i on właśnie tąż drogą udaje się do Petersburga, 
i przeto zaproponował, abym jako jego towarzyasg, 
podróż tę w wygodnym powozie razem z nim bezko* 
sztu odprawił. Było mi to bardzo na rękę, a zwła* 
szcza zdało się pomyślną wróżbą, że się wszystko tak 
dobrze samo przez się składa. 

DniawięcS-goMaja 1823 r., wyruszyłem piórwszy 
raz w życiu w podróż sam przez się, pocztą, i wprost dla 
przyjemności serca. Myśl ta, w połączeniu z celem 
podróży, trzymała mię w radośnśm upojeniu przez 
drogę; i tegoż dnia nad wieczorem stanęliśmy w Kownie. 
Pobiegłem wprost do mieszkania Adama, i spotkałem 
go właśnie na wschodach, gdy już na spacer wychodztt. 
Nie wracając przeto do siebie, sam poszedł ze mną do 
Wereszczyńskiego, kazawszy iść z sobą chłopcu, po 
zabranie ztamtąd mych rzeczy. Wereszczyński tak 
był uszczęśliwiony z wizyty Adama, iż ugaszczając 
nas hojnie, cały wieczór zatrzymał u siebie, i o p(y:- 
nocy sam dalśj pojechał. Adam wracając do domu, 
zaczął dopióro troskać się po drodze gdzie i jak mię 
do snu T:d:oży; gdyż mu to przedtóm zgoła na myśl 
nie przyszło. Alić zaledwo chłopiec wykrzesił ognia 
i zapalił świócę, widzimy, że na kanapie, z przysta- 
wionemi ki-zesłami, posłana jest już pościel, nie tylko 
porządna, ale nawet aż elegancka. Zadziwiony go- 
spodarz pyta: zkąd się wzięła? i dowiadujemy się od 
chłopca, że ją przysłała pani Kowalska, dowiedziawszy 
się także od niego: ^że jakiś pan do pana z Wilna 
przyjechał. — „Pani Kowalskal to moja Opatrzność!*" 
zawołał Adam; i zacz^ mi opowiadać o niój i o jśj 



225 



loKiii, o którym zresztą i w WOnle nieraz wspominała 
z którym rnial mię nazajutrz zapoznać. 

Nie z tych tylko wszakże ówczesnych, ani na- 
ret z wielu późniejszych własnych jego wspomnieli 
apowiadań, ale i z tego wszystkiego^ co słyszałem 
ski|dinąd^ i na co sam wlasnemi oczyma potśm przez 
lat dwadzieścia kilka patrzałem, mnszę tu, a nawet 
|czuję się w obowiązku, opowiedzieć o uiśj i o jśj do- 
nu, eo» o ile wióm, dotychczas powiedzianóm nigdzie 
aie byłOj a co przecięć w życiu Adama stanowi ustęp 
[mezmiernie wpływowy i ważny^ któremu on, jak sam 
iei^az powiadał, ^ycie może nawet zawdzięczał. 

Wiadomo z „Dmadów" w jakiem usposobieniu 
serca i umysłu Adam przybył i znajdował się w Ko- 
wnie, w piśrwszych czasach po zerwaniu stosunku 
2 Maryllą, Otóż, że zi^ozpaczony Gustaw na poety- 
ckich tylko mai^zeniach o samobójstwie poprzestała i w po- 
ezyi tylko je wykonał: najwidomszóm w tym razie 
narzędziem Opatrzności była właśnie pani Karolina 
z Wagnerów Kowalska. Ale Jlonni soii qid maVy 
peiiseł Nie była to albowiem żadna jakaś nowa mi- 
łostka, cohy świadczyła tylko o płochśj wrażliwości 
serca poety-marzyciela; ale był to wpływ niei\ieściśj 
duszy i przyjaźni niewieściej; duszy, łączącej czystość 
z twardością ki^ysztalu, i przyjaźni, która, oprócz swych 

•świętych własnych obowiązków, innych gi-anic w po- 
święcenin nie znała, a którą poeta-Filaret pojąć, oce- 
nić i uszanować umiał. Piękniejszój od niej kobiśty 
trndnoby można było wyobrazić, ale trudniej by może 
jeszcze znaleźć taki hart duszy i charakteru w kobiś- 
cie. Nie była ona wcale ani uczoną, ani literatką, 
Wspomnienie z przeszlOBCi, 15 



* 



226 

ale miała ten zdrowy rozum, co rzeczywistą wartość 
jak w xiążkach, tak w rzeczach i ludziach oceniał, 
a razem i tę przenikliwość niewieścią, co w ludziach 
zwłaszcza tę wartość instynktem jakby odgadywać 
umiała. W tóm był początek przyjaźni jśj dla Ada- 
ma, i w tśm wpływ tój przyjaźni na niego. Bez tego, 
w otoczeniu ludzi obcych i zimnych; w małśm, cichóm 
miasteczku, jakiśm- było naówczas Kowno; w oddale- 
niu od wszystkich swoich, i z taką boleścią w duszy, 
jaka go w owym czasie dotknęła; trudno może byłoby 
wymagać, aby się mógł był oprzeć rozpaczy. Opa- 
trzność wprawdzie przyszła mu w końcu w pomoc 
i innym cudownym sposobem, gdy zagrożony utonię- 
ciem w Niemnie, w kąpieli, przypomniał sobie, w chwili 
największego niebezpieczeństwa, jak go niegdyś w dzie- 
ciństwie modlitwa matki cudem prawie uratowała z przy- 
padku, i gdy poleciwszy się wtedy z wiarą opiece 
Najświętszćj Panny, sam także jakby cudem ocalał; 
bo nie wiedział i nie pamiętał, jak się znalazł na brze- 
gu. Chwila ta w duszy jego stała się jakby chwilą 
przełomu i zwycięztwa nad uczuciem rozpaczy; ale mo- 
żeby nie doczekał tój chwili, gdyby go nie wspiśrała 
przedtćm uprzejmość i przyjaźń, jakich w domu pań- 
stwa Kowalskich doznawał. Wićm o tśm z własnych 
Adama i z cudzych opowiadań, a znając sam działa- 
jące osoby, pojmuję najdoskonalój, jak się to stać mo- 
gło, i stało. Sam pan Kowalski, (naówczas wzięty 
bardzo i szanowany powszechnie lekarz powiatowy 
w Kownie), człowiek dobry, zacny, serdeczny, ale tak 
przy tśm wrażliwy i tak dający się unosić piśrwszemu 
chwilowemu wzruszeniu, iż czując sam w sobie tę 
wadę, a uznając właśnie w swśj żonie cnoty wi^ęcz tśj 



227 

wadzie przeciwne: zimną krew i niezachwianą stałość 
charakteru; uważał ją za ideał doskonałości, i dobro- 
wolnie stosując się do niśj, jak się ona we wszystkiśm 
stosowała do niego, z całą czułością i wylaniem serca 
był tśż zazwyczaj i dla tych, których ona za godnych 
swój przyjaźni uzna2a. A że oprócz tśj chwilowśj 
drażliwości temperamentu, posiadał on wszystkie za- 
lety rozumnego i prawego człowid^a, a nadewszystko 
prostotę i szczerość w obejściu, które Adam cenił naj- 
więcśj; ztąd poszło, że go wzajem polubił sei'decznie 
i w towai'zystwie jego podobał. Sama pani zaś, od 
piśrwszych chwil poznania Adama, przejęła się instyn- 
ktowo dla niego jakby jakimś rodzajem czci, nie tyl- 
ko przyjaźni, i z całą energią niezłomnego swojego 
charakteru, a razem i z delikatnością niewieścią, za- 
jęła się codziennóm, cochwilowśm osładzaniem mu 
tęsknego pobytu w Kownie. Adam sam ani się do- 
myślał mnóstwa rzeczy, których wpływu wszakże do- 
znawał. Ja o wielu dowiedziałem się potom przypad- 
kowo od osób, które na to zbliska patrzały. Naprzy- 
kład. Dowiedziała się, że Adam lubi muzykę. Córki 
j6j były jeszcze w dzieciństwie; ale się zdarzyła spo- 
sobność nabycia doskonałego instrumentu. Nabyto go 
więc na zapas. Sama pani Kowalska nie grała, ale 
miała znajome, które gi'ały prześlicznie, a dobrego 
instrumentu nie miały. Pozwolono więc korzystać im 
zfe swego, ale pod warunkiem jednakże, że będą przy- 
''^odziły w pewnych oznaczonych godzinach. A go- 
iny to były właśnie, w których Adam zwykle przy- 
iodził. Miał więc eodzień muzykę, którą lubił, nie 
omyślając się bynajmniśj, że była li tylko dla niego, 
t^szystkie nowe xiążki niemieckie, w przedmiotach 



228 

mogących interessować Adama, sprowadzano regulai^ 
nie z Królewca — dla siebie; ale pożyczano ich Ada- 
mowi. W tjBnże sposób, prenumerowano ważniejsze 
zagł*aniczne dzienniki, na co niemałych kosztów ti*zeba 
było. A cóż dopióro mówić o innych, drobnych na 
pozór, ale ciągłych i' codziennych przyjemnostkach, 
które przecież działają na smutną duszę człowieka, 
jak krople eteru w omdleniul W ważniejszych :zaś 
okolicznościach życia, jak np. podczas pobytu Adama 
w Bazyliańskim klasztorze w Wilnie, żadne kraty ani 
niebezpieczeństwa nie były dla niój zaporą, aby się 
dostać do niego i przynieść mu potrzebną wiadomość. 
Jakoż we trzydzieści lat potśm, w przeddzień już 
prawie swśj śmierci, a w ostatniśj ze mną rozmowie 
o Adamie wyrzekła: „iż był on d^ niój w życiu naj- 
wyższym ideałem człowieka, którego duchem krzepfia 
się sama;** — i poleciła mi, abym to mu powiedział, jeśli 
go jeszcze kiedykolwiek zobaczę. Podczas zaś pobytu 
jego w Kownie, powtarzam, była ona dla niego isto- 
tnie Opatrznością, jak ją sam nazwał w pół żartem, 
z powodu owój dla mnie przysłanśj pościeli. *) 

Mało z niśj wszakże korzystałem piśrwszój tśj 
nocy, bośmy ją najprzód do birfego dnia przegadali, 
a zaś potom, gdyśmy ledwo usnęli, dzwonek szkolny 
na korytarzu w gmachu gimnazyalnym, będącym kie- 
dyś Kollegium Jezuickiśm, zbudził nas na mszę stu- 
dencką. Adam po niój zaznajomił mnie z prefektem 



*) Nie twi^^dzę, ale tylko zwracam uwagę, źe postać i cha- 
rakter „Graiyny" w wielu rysach zdaj^ się przypominać wzór 
żywy, który autor mógł mieć na myśli, malując bohaterkę swego 
poematu. (P. A.) 



229 

i kolegami, którzy tśż byli na niśj z obowiązku obe- 
cni Prefekt, pan Dobrowolski, najszanowniejszy czło* 
wiek, i po ojcowsku lubiący Adama, od piśiwszój zaraz 
chwili poznania okazał się tśż nader uprzejmym i dla 
jego gościa. Ofiarował mi osobny pokoik w swojśm 
mieszkaniu, sądząc, że u Adama za ciasno. Gdy je- 
dnak ten oświadczył, że się pomieścimy; ja tóż woła- 
łem pozostać u niego. Mieszkanie jego w murach 
szkolnych, w rynku, składało się z jednój izby, z wa- 
żkim przedpokoikiem, w. którym spaJ: chłopak służący, 
który tóż chodził do szkół i był w piórwszśj klassie. 
Ale wspomniawszy już o szanownym panu Dobro- 
wolskim, muszę tu opowiedzieć o nim to wszystko, co 
mam do powiedzenia. Gdyż najprzód gra on istotnie 
ważną rolę względem Adama, w czasie pobytu jego 
w Kownie; a powtóre, że we wspomnieniach p. Leo- 
na Potockiego, które niegdyś czytałem, ki^eślonych 
całkiem dowolnie z imaginacyi autora, stosunek jego 
z Adamem wystawiony jest zupełnie w faiszywóm 
świetle, a mianowicie, że Adam jakoby przed nim 
deklamował z zapałem wyjątki z „Dziadów." Otóż 
najprzód śmiem twierdzić na pewno, że Adam nigdy 
przed nikim— chyba może przed jednym tylko Czeczo- 
tem lub Zanem— nie deklamował, i nie mógł deklamo- 
wać wyjątków z Dziadów, tak to się nie zgadzało 
z całą jego naturą, iżby miał kogokolwiek do taje- 
mnicy sercowych uczuć swoich przypuszczać. A po- 
wtóre, że cały nastrój stosunku jego z Dobrowolskim, 
^cale się do podobnych konfidencyi nie nadawał. Do- 
rowolski był starszym od niego o lat najmniój tray- 
jzieści, a jako zwierzchnik, ujęty osobistością Adaina, 
owziął ku niemu, jak już wyżśj rzekłem, affekt praw- 



230 

dziwie ojcowski, który jużciż przykładał się niemrfo 
do osłodzenia mu pobytu w Kownie. Byćby więc 
mogło— chociaż nie wiśm czy było—źe Adam na jego 
żądanie mógł mu czytać niektóre inne poezye swoje; 
ale że nie Dńady^ to pewno. Prawdą jest wsz^^kźe, 
bo sam to po razy kilka słyszałem, że p. Dobrowol- 
ski znając niepraktycznośó Adama w życiu codzien- 
nśm, luba żartować z niśj po przyjacielsku, a przy- 
pisując to zwłaszcza poezyi, na poezyą tóż (równie 
żai-tem) wygadywał dziwosy. Ale trzebaż, że tenże 
sam jśj niby antagonista, we dwadzieścia kilka lat 
późniśj, przyjechał z Kowna umyślnie do Wilna, aby 
pokazać mi spory sextern własnych poezyi swoich, 
których pisaniem osładzał sobie tęsknotę starości i bez- 
czynność emerytury. Były to, w kształcie listów do 
ucznia, rozprawy pedagogiczno-moralne. Treść świad- 
czyła o znajomości rzeczy; forma, o zupełnój nieświa- 
domości techniki wiei*szowania. To tóż usłuchał rady 
przyjacielskiój, i pracę tę w tece zostawił; obwiniając 
przez żart Adama, że on to go manią wierszy zaraził. 
Ale w czasie, o któiym tu mowa, szanowny prefekt 
nie tylko sam o poezyi nie marzył, ale owszem żai'ty 
z niśj i z poetów miał za ulubiony temat jowialnśj, 
przyjacielskiój rozmowy w obec Adama, w domu pań- 
stwa Kowalskich, gdzie się z nim codzień prawie spo- 
tykałem. 

Ale mówiąc o domu pp. Kowalskich, nie. mogę 
tóż pominąć milczeniem dwóch podrzędniejszych wpra- 
wdzie, ale zawsze dość wpływowych czynników, które 
go miłym Adamowi czyniły. Piórwszym były dwie 
małe, piękne jak aniołki dziewczynki, sześcioletnia 
i pięcioletnia Olesia i Kamcia, które go tak serde- 



cznie koelialy, i tak jn^ były z nim spoiifalone, ż6 
skoro WHzedt, nie odstępowały prawie od niego, pie* 
szcząc si^ z nim Itib rozmawiając. A któż nie wiś, co 
jest za urok w pieszczotach i rozmowach itzietńnnycli? 
Adam zawsze wspominał je cznle^ a między inuemi 
ich powiedzenie: że mają dwóch tylko ^wąjjacMów^ 
pana Mickiewicza i Bauzera,^ Była to nazwa ogro- 
EUiego biildogaj faworyta całój rodziny^ i sswykle stro- 
mi dzieci na przechadzkach, który tóż strzegł je pil- 
liiśj może i gorliwiej od nianiek, 

Ale trudniój ci może przyjdzie zroznmiećj sio- 
strzyczko, gdy powiśm, jaki byl drugi węzeł, który 
go tht do domu tego przywiązywał. Oto była nim 
matka samego pana Kowalskiego, siedemdziesięcio-le- 
tnia już naówczas staruszka^ a będąca najdoskonal- 
szym typem prostodusziiój, szczerćj, a przyteni i po 
swojemu rozmnnśj, wiejskiej szlachcianki Litewskiej. 
Ona tśż passyami kochała Adama, ale miłość ta zwła^ 
szcza wyrażała się w niój przez to, źe ze zbytku 
ti"oskliwo3ci o niegOj zawsze mn miała coś do zarzu- 
cenia: czy to ze względu zdi^owia, czy ubrania, t^j 
nakoniec humoru i postępowania. Czyniła zaś to z zu- 
pełną swobodą i otwai't03cią, gdyż ani syn^ ani syno- 
wa, widząc że to owszem bawi Adama, żadnej w tśm 
jój nie stawili przeszkody. Sam Adam lubił wyraźnie 
wywoływać te obui^zenia^ przekomai^zając się j6j na 
każdym ki^oku; co mianowicie zdarzało się przy kar- 
tach, przy grze w JdxaJca, stanowiącój zwyczajną za- 
bawę wieczorną, jeżeli muzyki nie było. Grano nie 
na pieniądze, ale wprost tylko na boby^ a mimo to 
staruszka taką ważność przywiązy\Tała do gry, jakby 
w niój o dukaty chodziło, Adam zas umyślnie, na 



232 

przekor, wciąż albo się mylał lub ki-ccU, Ztąd sprzecz- 
ki, i-eprymandy i Idótnie bez końca; z których czę- 
sto jnożna się było istotnie naśmiaó do rozpuku. I to 
wszystko widoczĄie bawiło Adama- 

Taki był skład i obraz domu pp. Kowalskich, 
do którego mnie Adam nazajutrz, zaraz po odbyciu 
lekcyi swój śj, wprowadził. Pięknosó pani Kowalskiej 
oczarowała mnie tak od razu, jak uprzejmość obojga 
ujęła za serce. Postać, rysy, spojrzenie^ uśmiech, mo- 
głyby służyć za model rzeźbiarzowi i malarzowi, tóm 
bardziśj, źe sama nawet jój toaleta zdawała się na- 
śladować raczej artystyczne draperye greckie, niźs 
wzory modnych żurnalów. W świecie albowiem nie 
bywała prawie, a w domu ubierała się podług swego 
gustu. W ogólności sąd obcych i świata nie zdawał 
się mieć dla nićj znaczenia; ale za toź; czuwała pilnie, 
aby sąd tych, o których dbała, nic w niśj istotnie do 
zarzucenia nie znalazł. Był to charakter, powtarzam, 
dziwnśj energii i siły; samoistny i nieugięty; ale przy- 
tóm tak pełen wdzięku, godności i naturalności w obei- 
ściu, że w niczśm swoją oryginalnością nie raził. (Miała 
natenczas lat 28). To wszystko, co tu mówię, jest 
owocem trzydziestoletniego mojego z tym domem sto- 
sunku w Wilnie, gdzie p. Kowalski potśm, i aż do 
końca życia, był naczelnym lekarzem głównego wojen- 
nego szpitalu. *) 



*) W roku 1859, Towarzystwo Lekarskie Wileńskie 
obchodziło uroczyście 50-cioletni jubileusz doktoratu p. Józefa 
Kowalskiego, jako swojego członka. Przytaczam tu wiersz 
mój do niego, czytany na tym obchodzie: 



233 

A teraz wracam znowu do przerwanego toku 
nan^acyi^ nim znowu może od uiój za lada okoliczno- 
ścią odbiegnę. Powtarzam bowiem po raz nie wióm 



To mi mistrz w każdym zawodzie. 
C(ł w swej biegłości dowodzie, 

Sam staje w parze z zasługą,! 
Mistrz- wiesze z, CO serca porywa; 
Mistra-wód^, eo Litwy wygrywa; 

Mistrz- lekarz, co żyje długo. 

Ale czyż tylko jedynie 
Przypisać tw(5j medycynie, 

Że cl Bóg wieku przedłużył? 
Czyż On bez skutku odtrąca 
Modły serc wdzięcznych tysiąca, 

Na któreś źyj^c zasłużył? 

Lecz mamźe g]om(* te dzieła, 
Gdy duszftj co je natchną ła^ 

Tak skromnie tai je sama? 
Nie! — głos mój tylko ta wyzna, 
Co tobie winna ojczyzna. — 

Tyś nam zachował Adama! 

Gdy boleść go i tęsknota, 
Za młodćj wiosny żywota. 
Przywiodły przed śmierci wrota. 

Bóg przez cię wrócił go światu. 
Tyś drogę śmierci zagrodził, 
Przyjaźnią, tęskność osłodził. 

Dom swój otworzył jak bratu. 

I nie sto razy słyszałem, 

Jak z wdzięcznym serca zapałem, 

"Wspominał o was ze łzami. — 
I niech to dawne wspomnienie. 
Święte 1 lube nam cienie 

Złączy dziś z tobą, i z nami. 

rP. A.) 



234 

który, że się wcale nie czuję obowiązanym do prze- 
strzegania ścisłego ładu i porządku, bylebym sam% 
treść rzeczy wypowiedział— jak umiem. 

Otóż zaraz w tym piórwszym dniu znajomości 
zostaliśmy zaproszeni na obiad do państwa Kowal- 
skich, razem z szanownym panem Dobrowolskim, któ- 
ry był także przyjacielem ich domu. Po obiedzie zaś 
sama pani zaproponowała przejażdżkę do ulubionój do- 
liny Adama, którą raz piórwszy sama pokazać mi 
chciała. Cztery konie ogromne, czarne, ogniste, za- 
przężone w lejc do lekkiego powoziku, przeniosły nas 
lotem ptaka do młynu, przy początku doliny, którój 
ciąg dalszy zwiedziliśmy piechotą. Jest to, a raczej 
był wtedy, smug niezbyt szeroki, pomiędzy pasmem 
lekkich wzgórz z obu stron, porosłych na pochyłościach 
gajem drzew liściastych, a przerżnięty w głębi stru- 
mieniem, który ocieniony po brzegach poziomemi krza- 
kami wierzby czy łozy, płynął z szumem środkiem , 
zielonej i kwiecistśj łąki. Trudnoby jużciż było po- 
wtórzyć z Littaworem w Grażynie, że Jest to dolina 
najpiękniejsza w świecie;" lecz jako miejsce samotnćj 
przechadzki, była ona rzeczywiście rozkoszną, tćm 
bardziśj, że świeżość i balsamiczna wonność powietrza 
usposabiały przechodniów do rozkosznych marzeń. Dro- 
ga wazka szła dołem nad brzegiem strumienia, albo 
się nad nim wspinała na wzgórze, aby znowu zejść 
na dolinę. W połowie drogi ogromny kamień, ocie- 
niony kilku drzewami, służył za miłe miejsce odpoczyn- 
ku. Przechadzka więc była przyjemną; lecz mi j 
zatruwjJa niekiedy myśl o tych czarnych, ognistycl 
rumakach, które po ^ugiśm staniu przy młynie, z< 
chcą pewnie tóm chyżśj powracać do domu. Szant 



235 



I 



ly prefekt, z którym o Urn mówiłem, nuał tóż cos 
podobnego dr sercu. Wprawdzie sam pan Kowalski, 
apaloDjF amator koni i aławny Autometlon, który sam 
sieckiał z fiirmanem na koźle, zaręcza! za ich spokoj- 
mość i nasze bezpieczeństwo. Z mojej stilony atoli 
było to Jakby wieszcze pi-zeczucie przygody^ która 
^yr dwa lata puźniśj^ w tóm samśm miejscu^ i z powo* 
du tychże samych koni, omal nie pozbawiła życia par- 
tia Kowalskiego, a tylko ^moje tchórzostwo,'* (jak on 
moje przezoniosć nazywał), ui*atowała wtedy mnie sa- 
mego i damy od nieuchronnej może śmierci Inb kale- 
ctwa* Opomóra o tśm w swoim czasie, z kolei. Ale 
t4 imą podi^uić odbyła się, Bogu dzit^ki, bez szwanku; 
a gdyśmy wrócili do miasta, zastaliśmy już w domu 
imóstwa Kowalskich liczne dość grono gości, złocone 
z protessorów i urzędników powiat-iwych, którzy byli 
zapi^oszeni na wieczór^ a których siarsea pam przyj- 
mowała t^ymczasem, W liczbie ich były trzy panny 
marsisałkówny Siwickie, nie młode już i nie piękne, 
ale bardzo nczone, pobożne, i przy tern biegłe muzycz- 
ki. One to właśnie przychodziły codzień do pp. Ko- 
walskich, aby graó na ich instrumencie, i bezwiednie 
bawid Adama. Wszystkie one były dla niego z wiel- 
kim respektem i życzliwoicią, i Adam lubił często 
opowiadać o nich, jak każda jego u nich wizyta sta- 
wiła je w krytyczneni nader położeniu^ jakby pomię- 
dzy młotem a kowadłem. Miały bowiem starego fa- 
woryta mopsa, który tak 2 czasem opanował affekt 
ich wszystkich, że z faworyta stał się panem domu, 
to jest, że się w nim wszystko stosowało do niego. 
Otóż ten mops, nie wiedzieć dla czego, powziął szcze- 
góliui J^J^^s niechęć do Adama, i nie tylko za wej- 



^^ 



236 

ściem jego szczekając, skomląc, wyjąc, krył się pod 
kanapę, ale i z pod kanapy nawet, skoro Adam usiadł 
w pobliżu, chciał go milczkiem kąsać za nogi. Bzec35 
naturalna, że panie były pi^zez to w ustawicznym kło- 
pocie; gdyż bojąc się obrazy gościa, nie miały wszak- 
że stty skarcić faworyta, aby tóż przez to na si§ 
obrazy jego nie ściągnąć. Ale trzebaż, że czego mops 
nie dokazał, ja omal nie stałem się najniewinniśj przy^- 
czyną zachwiania tego przyjaznego stosunku. A oto 
jak się rzecz miała. Ku końcowi już mego pobytu 
w Kownie, wszystkie te trzy panie, w towarzystwie 
kilku dam innych, wybierały się na pieszą pielgrzymkę 
do Wędziagoły, do słynącego tam cudami obrazu Par- 
na Jezusa. Była więc o tśm mowa na wieczorze 
u państwa Kowalskich, i ja wpół żai-tem zacząłem 
się wpraszać, aby mnie tćż do swego grona przyjęły^ 
Adam z tego powodu, za powrotem do domu, w przy- 
stępie dobrego humoru, napisał do mnie żartobliwy 
wierszyk, dając mi w nim przestrogi i rady, jak się 
mam w tój pielgrzymce względem współ-pielgrzymek 
zachować. Nie było w nim nic sarkastycznego, ale 
sama prosta wesołość. Jedna strofa np. którą dotąd 
pamiętam, tak brzmiała: 

„A gdy dochodząc usiądą, przy drodze, 

Aby wdziać białe pończoszki: 
Pamiętaj, chłopcze, o mojćj przestrodze, 

Nie patrzeć wtedy na nóżki." 

Mimo to, starsza zwłaszcza panna marszałkówna 
tak się uczuła obrażoną przez to, że ktoś pobożnp 
pielgrzymkę śmiał obrać za przedmiot do żartu: ii 
zaledwo pośrednictwu pani Kowalskiój udaio się gniew 
jśj rozbroić. 



237 

Ale nie to był wszakże najważniejszy epizod te- 
go mego pobytu w Kownie. Najważniejszy istotnie, 
o którym mam mówić, jest mi zawsze w moich wspo- 
mnieniach najbardziój przekonywającym dowodem, de- 
likatnój w gruncie dobroci i pobłażliwój wyrozumia- 
łości Adama, które się w nim nie zawsze objawiały 
2 pozoru. 

Niełatwo mi tóż jakoś przychodziło zacząć z nim 
mówić o moich projektach wizyty w okolicach Kowna, 
a cóż doittśro prosie, aby mi w niój towarzyszył i za- 
prezentował mnie w nieznajomym domu. Odkładałem 
to więc z dnia na dzień. Tymczasem na trzeci czy 
na czwarty dzień po przyjeździe, powróciwszy już pó* 
źńo z przechadzki, nie poszliśmy jak zwykle do pań- 
stwa Kowalskich, ale piliśmy herbatę w domn. Adam 
był wcale wesół i rozmowny, i kazał mi czytać sobie 
nowe moje wiersze, które z sobą w tym celu przywio- 
złem. Był między niemi przekład (Uugiej ballady Bur- 
gera, niezmiernie romantycznój i krwawój, p. t. „lie- 
nardo i Blanditm.'' Był on potom drukowany w „Dzien- 
niku Wileńskim," ale go nawet w późniejszym zbiorze 
ramot mych nie umieścttem. Adam tłómaczenie po- 
chwalił, ale treści ballady nie podobri, uważając ją 
za przesadzoną. Rozbudził się w nim wszakże poe- 
tycki element, i chciał mi odczytać nawzajem najno- 
wszy swój przekład z Byi'ona: „Pożegnanie Childe-Ha- 
rolda.*^ Zaczął czytać całkiem spokojnie; ale gdy przy- 
'"'^o do rozmowy z paziem i z giermkiem, w głosie 
j znać było wzruszenie^ które z każdą strofą wzra- 
iło. Odstawił fajkę, którą piórwśj palił czytając, 
przy deklamacyi strofy: 

„Teraz po świecie goniąc szerokim, 
Tak pędzę życie tułacze; 



I 238 

Czegńz mam płalfać? za kim i po kim, 
Kiedy nikt po mnie nie płacze?" 

glos jego aaczął się zmieiiiadj jakby nabrzmiewał łza- 
n]i; aż uakouiec zbladł nagle, i upadł na ziemię, Pi*ze- 
raziło to mię ofaopnie. Porwałem karafkę z wodą^ 
i oblałem mu sla^onie i piei-si. Mdłość ta nie trwała 
dłuźśj nad jakie pięć mimit. Powstał, ale czując się 
widać osłabionym^ położył się ubrany na łóżku. Wi-* 
docznie nie rad był z siebie, że się dał tak opauowad 
wzruszeniu^ i piśrwsze słowa, które przemówił, były: 
j,Proszę cię^ daj mi słowo, że nie będziesz o tóm roz- 
powiadał nikomu!'* ^Ukląkłem przy nim u łośjka, i że* 
by go rozerwaćj zacząłem umyślnie mówić o czśm in* 
nśm, a mianowicie o Kasynie i o teatrze amatoi^skim 
w Wilnie. Przyszło więc i do Aa^midy, i nakoniec 
do proiiby, aby mię w^ domu jej siostry^ pani Manry- 
cowój Prozorow^j, przedstawił. Dotąd słuchał spokój- 
nie i zdawał się interessować opowiadaniem; ale zale- 
dwo wymieniłam prośbę, — jak gdyby go coś ukłóło; 
podniósł się, usiadł na łóżku, i stanowczo, omal ż& 
nie opryskliwie, powiedział: ^Nieja tego nie zi^obię, 
Możesz sobie jechać sam, kiedy zechcesz.*" — Przyki-o 
mi się zrobiło niewypowiedzianie. Powstałem także, 
a on z twarzy niojśj i z oczu musiał widać wyczytać 
wi*asi;cnie słów swoich. Powstał zatśm na nogi^ za- 
czął znów nakładać fajkę, a jakby usprawiedliwiając 
się z odmowy, powiedział mi otwaitie, że domu pana 
Chłopickiego nie lubi, i że nigdy w nim w Kownie 
nie bywał. Nie mi£j:em co na to odpowiedzieć; ou zas 
wyraźnie chcąc mię załagodzić, zmienił ton, i stosując 
rzecz wprost już tylko do mnie^ zaczął mię najpi^zód 
gładzić po swojemu, a potśm po Mentorsku ostrzegad 



239 




i 



>ym gią nie „zadiii*zał** iiapró^no; ho to do niczsgo 

ie doprowadzi, a może zatruć mi żyeie. Zaspokoiłem 

o co do tego pttiiktu; ale przytśm zrobiłem uwagę, 

s sama przecież prosta grzecznoić kazała byd z wi- 

, feiedy przyrzekłem. Adam zmięknial widocssniey 

przeszedł w ton żartobliwy. Skończyło się na tóm, 

obiecał, iż mię sam zawiezie do Roman; gdyż ani 

ira&eciw panu Mam^ycemu, ani pi^eciwko żonie jego 

j6j siostrze nic nie ma do zarzucenia* Szło wi^c 

tylko o to, w jaki sposób miała się odbyć wizyta* 

dam niiaJ swoje własna klaczkę jezdną, która stała 

stajni u państwa Kowalski cli; lecz że się była za- 

ła od siodła^ od tygodnia już j6j nie używał. Sta- 

i^o tedy na tóm, iż skoro się okaże, że będzie mogła 

znieśd siodło nazajuti*z, pojedziemy konno, aby oglądać 

by prześliczny smug uad brzegiem Niewiaży, między 

'2ex*wonym Dworem a Eomamami, i po drodze wsta* 

ly do Roman. Koń dinigi miał być z czwórki pana 

owalskiegy. Nie bai'dzo mi się to podobało. One- 

tjśza przejażdżka do doliny, nie zostawiła mi dobre- 

o wyobrażenia o łagodności temperamentn owycli 

zaruych rumaków; Ale Adam, który już nieraz je- 

ego z nich dosiadał, obiecał, że i teraz weźmie go 

dla siebie, a mnie klaczki swojój ustąpią Projekt ten 

przyszedł nazajutrz do skutku; i po obiedzie u pań^ 

twa Kowalskich, korzystając z prześlicznego wieczornic 

O^cili^my się na tę litei^alnie rmnaniyomią wyprawę 

10 Rmnmh Była to także dla mnie wielka nowość 

w życiu, a Adam tak był dobry i względny, że mi 

czśm a niczem m^oczych jój wrażeń nie mącił. Po- 

Wż nie trwała godziny. Wchodząc na wschody, uały- 

zeliimy głos fortepianu. Adam zatrzymał się, i słu- 



240 

chsl—i przyznał, że gi*a była mistrzowska. Grającą 
była Armida, sama jedna w salonie. Nie dziw więc, 
że się zażenowała widocznie. Adam przypomniał się 
jako dawny znajomy, który ją dzieckiem widyw^ał; 
gdy zaś wyszła, aby siostrze gości oznajmić, (gdyż 
samego pana w domu nie było), nie mógł nie przy- 
znać także, że ma istotnie podobieństwo z Arnńdą. 
Wszystko więc dotąd szło dobrze; ale gdy pani domu 
weszła w towarzystwie swśj matki, on, zamiast mię 
przedstawić po prostu, wymieniając moje nazwisko, 
wymienił je z dodaniem tytułu „Marszałkowicza,*" — 
chociaż mój ojciec właściwie był tylko wice-marszał- 
kiem Oszmiańskiego powiatu. Nie umiem wypowie- 
dzieć jak mię ta niespodziana rekommendacya zmieszała. 
Zrozumiałem od razu co znaczy, i jaki mi stosunek 
zakrśśla. Chociaż więc wnet wspaniałomyślnie wziął 
na siebie całą rozmowę z panią domu i z matką, roz- 
prawiając szeroko o pięknśj pogodzie i o pięknój do- 
linie Romańskiój; nieszczęsny ^Marszalkowicz'^ stał, 
jak strach na wróble w pszenicy, w rozmowie mojój 
z Ai'midą, i gwałtem ją zda się przede mną w „pannę 
Majorównę" przemieniał. To tóż pomimo bardzo grzecz- 
nych zaproszeń pani domu, nie zostaliśmy nawet na 
herbacie, ale po zimno-ceremonialnój wizycie, zabra- 
liśmy się do odwrotu. Wymawiałem jużciż Adamowi 
że mię tak skonftmdował fatalnie; ale on trwał upor- 
czywie przy swajóm, że owszem bardzo mądi-ze i wła- 
ściwie postąpił. Na szczęście, pani Kowalska, gdyśmy 
do nich na herbatę wrócili i gdy sprawa wytoczyła 
się przed nią, stanęła po mojój stronie; a że pani P. 
przy pożegnaniu raczyła mi oświadczyć uprzejmie, że 
chwilowego wstąpienia mimojazdem za wizytę właści- 



241 

wie nie nważa: protektorka moja uznała przeto za ko- 
nieczne, abym sam jeden odwiedziny powtórzył. Adam 
więc dał za wygrane, i na trzeci dzień potśm znowu mi 
swśj klaczki pożyczył. Tą rażą wszystko udało się lepiój. 
Pojechałem wcześniój niż piśrwój; był więc czas do spa- 
cera z damami w dolinie; a że noc była miesięczna 
i ciepła, przed północą zaledwo powróciłem do Kowna. 

Ale nie na tóm koniec protekcyi pani Ko- 
walskiśj. Miałem wi'óció do Wilna przed 15 Maja, ale 
że p. Kowalski wybierał się tam także 16-go, wstrzy- 
małem się, aby jechać z nim razem. Że zaś d. 15 
przypadały imieniny nie tylko panny Zofii, ale i j6j 
matki: pani Kowalska uznała za właściwe, aby i mąż 
jśj także powinszował dawnój znajomśj, i co większa, 
nakłoniła jakoś Adama, że zgodzi się nam towarzy- 
szyć. Tym sposobem, najniespodziewaniój raz jeszcze 
byłem w Romaniach, wigilią iipienin; tą rażą już po- 
wozem państwa Kowalskich. 

Ale nie tylko sama pani Kowalska zaszczyciła 
mię tak swoją dobrocią; miaJem tśż szczęście zjednać 
łaskę u starszój pani, i to tak dalece, że gdy gi-ałem 
w kixa zazwyczaj z całą powagą i namaszczeniem, 
a Adam zawsze kręcS po swojemu: wołała nieraz z naj- 
większym zapałem: „Jak wasan nie masz wstydu i su- 
mienia dawać taki zły przykład młodszemu, kiedy sam 
powinienbyś uczyć się od niego.** — Wyki'zykniki tego 
rodzaju niezmiernie zawsze bawiły Adama, i nie by- 
ło prawie wieczoru, żeby sam piśrwszy nie zapropo- 
wal gry w kixa. Staruszka nieraz wzdragała się 
jy, żądając najprzód jego obietnicy, że będzie gi-ał 
czciwie;" ale jednakże zawsze kończyło się na tśm, 
śmy zasiadali do stolika, i że się kłótnie wznawiały 

Wspomnienia z przeszłości. 16 



242 

co chwila. Gra trwała zwykle do godziny 10; poczóm 
sam p. Kowalski pędzał wszystkich do snu, a my 
z Adailnem, korzystając z xiężycowych nocy, szliśmy 
jeszcze niekiedy na spacer za miasto, i raz w Sobotę 
gdy nazajutrz lekcyi nie było, za białego dnia już do- 
piśro powi'óciliśmy do domu z doliny. 

Tymczasem w listach odbieranych z Wilna za- 
częły nas dochodzić złe wieści, o zaszłych w gimna- 
zyum Wileńskiśm pomiędzy studentami klassy 3-6j 
wypadkach, w skutek których dyrektor gimnazyum, 
i ówczesny rektor uniwersytetu, Twardowski, pociągnięci 
zostali do odpowiedzialności. Adam był tóm zasmucony 
głęboJŁo, i jak gdyby w wieszczom jasnowidzeniu prze- 
powiadał dalsze następstwa, potępiając sui'owo nie- 
wczesne wyskoki głów niedojrzałych, psujące nieraz 
dzieła poczciwój a rozumnśj pracy. 

Jakoż za powrotem do Wihia, dowiedziałem się 
zaraz od Czeczota, że posiedzenia gron naszych zo- 
stały zawieszone do nieograniczonego czasu, i że tyl- 
ko u nas, co wtorek, mieli zbierać się sami piszący 
wiersze, aby je sobie odczytywać nawzajem, bez ża- 
dnych zresztą formalności zewnętrznych. Kilka zale- 
dwo było takich wtorków, a trzebaż, że one to wła- 
śnie stały się początkiem biedy. Ale nie tu jest miej- 
sce mówić o tóm szerzój. Wolę więc przejść do in- 
nego przedmiotu. 

Za powi'6tem także znalazłem miłą bardzo niespo- 
dziankę dla siebie, to jest formalne zaproszenie od pań- 
stwa Puttkamerów, abym do nich razem z Czeczotem i 
Zielone Świątki przyjechał. Oboje byli mi nieznajomi, aj 
oboje napisali list taki serdeczny, że choćbym sam naw 
wprzód nie misJ:, onby mi natchął ochotę do zrobień 



243 

tój znajomości. Ale Mai-ylla oddawna była dla mnie 
pi-zedmiotem ciekawości; i gdy w Kwietniu 1822 r. 
była z mężem na parę tygodni w Wilnie, i wiedzia- 
łein, że Adam i Czeczot u nich bywali: nieraz szuka- 
łem sposobu, aby ją choć zdaleka obaczyć; nie śmie- 
jąc, ma się rozumieć, prosić żadnego z nich, aby mię 
do j4j domu wprowadził, ani nawet wspominać im 
o tóm. Ale trzebaż, że właśnie to moje owoczesne 
krążenie około domu gdzie mieszkała, było jakby piór- 
wszóm ogniwem znajomości, a potćm i przyjaźni na- 
szśj. W przypisku bowiem swoim do listu męża, o któ- 
rym mówię, pisała: że już mię zna z widzenia, i że 
przeto chce poznać bliżój „Telemaka, którego taki na- 
wet surowy mentor jak Czeczot, BeniaminMem swo- 
im nazywa, ** To mi wytłómaczyło dopióro, dla czego 
mnie i Adam przy piórwszóm spotkaniu tak nazwał; 
to jest, że mię tak zwykle Czeczot przed swoimi przy- 
jaciółmi nazywał. List samego pana Wawrzyńca pi- 
sany był z poważniejszą gi*zecznością, ale i on tóż 
niemniój na ton koleżeński zakrawał. Ujęło to mię za 
serce, tóm bardziój, że dotąd przeciwko niemu mia- 
łem zawsze niejakie uprzedzenie z Dziadów, wyobra- 
żając go sobie, ^23l może i niejeden z czytelników 
ich wyobrażał), jakimś dumnym, bogatym arystokratą, 
który tylko przez „złoto i świecącą bańkę honorów,** 
serre „wietrznój istoty** ku sobie pociągu^. Czeczot 
wprawdzie mówił mi zawsze, że jest to najzacniejszy, 
n'^'ailszy człowiek, i że całe postępowanie jego wzglę- 
d ' Adama było nacechowane zawsze najwyższą szla- 
r c nością, którą sam Adam najzupełniśj uznawał. Ni- 
•> g wszakże, nie poznawszy sam osobiście, nie mógł- 
b * na cudzą wiarę pi-zypuścić, aby ów „wydzierca 



244 

Marylli", był rzeczywiście tak wysoce idealnym, i na- 
wet, że się tak wyrażę, tak poetycznym pod każdym 
względem człowiekiem. Nim więc przystąpię do opo- 
wiadania własnych mych o nim wspomnień, chcę po- 
dać tu nasamprzód krótki jego życiorys, podług naj- 
wiemiejszśj prawdy skreślony, aby fakta, lepiój niż 
wszelkie słowa, dały poznać go takim, jakim był 
w istocie— jako człowiek, i jako obywatel. 

Wawrzyniec Puttkamer, syn Alexandi'a, Szam- 
belana b. Dworu polskiego, i Karoliny ze Stiyjeńskich, 
urodził się w r. 1794, w dziedzicznśj wsi Bolci^oaii- 
kach, w powiecie Iddzkim. Tytid hi-abiowski przy- 
sługiwał od wieków rodzinie jego na Pomorzu, zkąd 
szczep jój przeniósł się do Polski, i został potwier- 
dzony przez heroldyą krajową. Mimo to p. Wawrzy- 
niec, idąc za przykładem dziada i ojca, nie tylko go 
sam nie używał, lecz nawet użycia jego względem 
siebie nie znosił, przestając, jak się wyi'ażał, na go- 
dności polskiego szlachcica; a i tę ostatnią zaUadał 
tylko na szlachetności uczucia i postępowania. Osie- 
rocony wcześnie po matce, wychowany był głównie 
przez dziada, Generała b. wojsk Litewskich (Wawi'zyń- 
ca), człowieka głębokiśj wiary i nieugiętych zasad 
charaktera. Przymioty te odziedziczył po nim. Odby- 
wszy szkoły w Słucku, pod szczególną opieką znako- 
mitego ich wówczas rektora, Wannowskiego, w roku 
1809 wstąpił do uniwersytetu Wileńskiego, na oddział 
fizyczno-matematyczny, i otrzymawszy stopień kandy- 
data, w r. 1812, zaciągnął się wnet jako ochotnik, 
i to w stopniu prostego żołnierza, do półku ułanów 
Wincentego hi'. Krasińskiego, składającego, jak wia- 
domo, część gwardyi Napoleona, i odbył w nim całą. 



r 



245 



kampanię tego rokn. Podczas rejterady, wstąpił na 
dni parę do domu, i zapadł na epidemiczną gorączkę. 
Ale zaledwo powróci! do zdrowia, pomimo osłabienia 
i grożących zkąd inąd niebezpieczeństw, przedarł się 
sam jeden do Wai^Bzawy i połączył się tam ze swoim 
pólkiem- Odbył z nim dalsze kampame 1813—14 r., 
w stopniu pomcznika, i dopióro za, powrotem wojsk 
polskich do kraju, on t&Z na łono rodziny powrócił. 
Ojciec wydzielił mu majętność Unichów, w powiecie 
^nowogródzkim, w sąsiedztwie Tuhanowicz, majętności 
pp. Wereszezaków, gdzie się poznał i zaręczył z córką 
domu Maryllą, przed poznaniem się j6j jeszcze z Ada- 
mem. Od Zana i Czeczota, jako naocznych świadków, 
wiśm, jak wysoce szlachetne i prawe było całe jego 
postępowanie, gdy postrzegl nową skłonność swojśj 
narzeczono). Przez wzgląd nie na siebie, lecz na nią, 
nie ^tylko zaręczyn nie zerwał, ale po przyjacielsku 
rozmówił się z Adamem, i dopićro gdy ten dobrowol- 
nie się usunął, zawarł z nią śluby małżeńskie, dnia 2 
Lutego 1821 roku, A cóż dopiśro mówić o tśj bez- 
przykładnćj może względności i delikatności w postę- 
powaniu po ślubie, na które ja sam już zblizka przez 
lat czteiy patrzałem, i w skutek których to właśnie, 
owa czysto braterska przyjaźń, jaka zawsze i ciągle 
między nimi istniała, zamieniła się w końcu ze strony 
śiony w cześć dla niego i miłość serdeczną, i bez zmiany 
jn^ taką aż do śmierci obojga dotrwała. 

Tu mam jeszcze za obowiązek opowiedzieć o dal- 

pT^nn ich stosunku z Adamem, tśm bardziój, że naj- 

^ rutniejsze kłamstwo w tym względzie, nie wiśm 

] ;ez kogo najpiśrwój ukute, ale ogłoszone najprzód 

Gazecie Polskiśj," wychodzącśj w Warszawie w roku 



246 

1860, lubo zaprzeczone zai*az przeze mnie z upoważ- 
nienia samójże Marylli, dotąd echem krąjży po świecie, 
jak zresztą i wiele innych, również fałszywych baśni 
o Adamie: jak np. o przypadkowśm jakoby poznaniu 
się jego z Puszkinem w Odessie, a z Zygmuntem 
Krasińskim przy fortepianie w Genewie; o złotśm 
piói-ze, ofiarówanóm mu jakoby przez Gothego; i t. p. 

Otóż. piśrwsze widzenie się Adama z Maryllą^ 
po jój zamążpójściu, nastąpiło w Kwietniu 1822 roku, 
w Wilnie, gdy tam z mężem przez tygodni parę ba- 
wiła. Adam bywał u nich dość często, ale zawsze 
tylko w towarzystwie Zana albo Czeczota. Samemu 
p. Wawrzyńcowi ofiarował exemplajfz nowowyszłych 
poezyi swoich z napisem; który to exemplai'z jest do- 
tąd w posiadaniu jego syna. Następnie, na Zielone 
Świątki tegoż roku, pojechał do nich na wieś do Bol- 
ciennik, nie z Łozińskim, jak głosiła Gazeta Polska, 
ale z żyjącym dziś jeszcze Kazimierzem Piaseckim; 
i nie w celu wyzwania męża na pojedynek, ale dla 
przepędzenia dwóch dni świąt w przyjacielskiój wiej- 
skiój gościnie. Ostatnie zaś widzenie się było w Wilnie, 
w piśrwszych dniach Lipca 1824 r., gdy przybyli oboje 
ze wsi na dni parę, dla pożegnania się z Zanem, Cze- 
czotem i Adamem Suzinem, przed wyjazdem ich do 
Orenbui'ga. 

A teraz wi'acam do przerwanego życiorysu pana 
Wawrzyńca, aby uzupełnić go rysem 4ziałalności jego 
obywatelskiśj. 

"^i^ r. 1818, na gubernialnych sejmikach w Gro- 
dnie, inłody Puttkamer pierwszy wniósł i popier 
gorliwie wniosek oswobodzenia włościan z poddaństw 
jak to na mooy pozwolenia rządu czynili właśnie obj 



itele gtibernii Nadbattyckicli. Okrzyknięto go za to 

ogiem/ — Jako członek i dożywotni km^ator 

elicko-Reforaiowanego Synodu w Wilnie^ proje- 

ał oczynszowanie włościan w dobrach do tegOKsyno- 

fiale-^ncjch; ale został przegłosowany przez większość, 

więc przynajmniej u siebie umniejszył dobrowolnie 

określił inwentai^zem dni robocze i inne powinności 

'lościan; i zyskał za to w pomecie patent na ^ideo- 

*^^Gdy zaś wr. 1845, będąc Marszałkiem szlachty 

»wiatu LddzkiegOj przy wprowadzaniu z urzędu naka- 

Hanycli naówczas inwentai^zy rządowych, ściśle w nich 

stronnój sprawiedliwości przestrzegał: nadano mu 

j nazwę „Marszałka cMop6w/ z którśj on 

izera sprawiedliwie był dumny. 

Gorliwy niemniój o mateiyalną pomyślność ki^aju, 

adał wszelkich usiłowań, aby się do rozwoju zwła- 

:eza przemysłu miejscowego przyłożyć. Wyjednał 

tłozwoleoie n rządu na założenie w Wilnie cuki^owoi 

rzez akcye; ale akcyonai-yuszów zabrakło. Próbował 

!ęc założyć ją sam u siebie^ podobnie jak fabrykę 

i gai'barnięj ale wszystkie te przedsięwzięcia^ 

powodu niedostatku obrotowych kapitałów, upadły. 

Fabryka atoli papieru, którą na ostatku założył, trwaJa 

:orzystnie przez lat wiele, dopóki zastosowanie do niśj 

achin parowych nie postawiło go w niemożności wy* 

zymania konkuiTencyi z innemi, którym na sprowa- 

nie tych machin starczyło. Stan bowiem zamożnego 

iegdyś za dziada majątku, po śmierci jego, i w sku- 

długiój choroby ojca, doszedł był do wielkiego 

jrozstroju- Gdy więc ojciecoakomec zdsJ: zarząd na niego^ 

DU, podzieliwszy się nim równo z jedyną siostrą, przez 

życie łamać się musiał z trudnościami finansoweini^ 





-» ^ 



248 

mając przytśm stale za godło maxymę przejętą od 
dziada: „Niech raczśj wszyscy mnie ki^zywdzą, byłem 
ja nie skrzywdził nikogo." Maxymy tój święcie do- 
pdniaJ, a wsparty niezacliwianą wiarą w Opatrzność, 
umiai utrzymać zawsze tde tylko spokój i pogodę umy- 
słu, ale nawet tak mUy i swobodny humor, że nim 
wszystkich serca zniewalał. Natui^a tóż uposażyła go 
hojnie, dając mu piękne męzkie rysy i postawę, i głos 
dziwnie harmonijny do śpiewu. Głos ten był w nim 
jakby symbolicznym wyrazem wewnętrznego nastroją 
ducha, estetyczno-poetyckiego, który go na każdym 
kroku życia, a nawet, rzecby można, w chwili śmierci 
odznaczał. Eażony paraliżem w Wilnie, właśnie gdy 
ledwo ze wsi przybywszy wybierał się na wieczór do 
mnie, stracił od razu mowę i przytomność, i po kilko- 
dniowych ciei-pieniach, odzyskał je dopióro na godzinę 
przed śmiercią, ale tylko na tyle czasu, że mógł za- 
nócić jedne strofę przedśmiertnego psalmu, który dziad 
jego śpiewał, tóż konając. Umarł w Wilnie 30 sty- 
cznia 1850 r. Strata jego obudziła współczucie w ca- 
łóm obywatelskióm społeczeństwie Litewskiśm. Tomasz 
Zan, który go piórwszy wraz ze mną zaraz po sko- 
naniu nawiedził, płacząc rzewnie powiedział o nim: 
„Nie było w sercu jego zdi-ady!"— Nad grobem jego, 
na Ewangelickim cmentarzu Wileńskim, wyryty jest 
na pomniku ułożony przeze mnie napis: 

Przechodniu, stój! bo stoisz nad męża mogiłą, 
Co żyjąc stał na czasu swego wysokości; 
Serce jego dla Prawdy i dla Cnoty biło. 
^ A całe życie jego pasmem ofiar było. 
Służąc Ludzkości w Bogu, a Bogu W Ludzkości. 



249 



mi 



k 



Smutna to rzecz, i nawet nielogiczm na pozór, 
iczm najprzód nagi*obek człowieka, a potem za- 
lać mówili o pi6nvszóm jego poznaniu. A jednak 
|88t to zwyczajna kolej myśK moich przy pisaniu tych 
piadań. Gdy chcę wski'zesić w pamięci jakii oki*es 
su, pi^zebiegam najprzód myślą osoby, z któremi ra- 
w nim ^ylem; i pokazuje się, niestety! najczę- 
^e z nich sam jeden juź tylko pozostaję na świe- 
Stają mi więc najpiórwej przed oczyma ich gro- 
by, i dopiero zmówiwszy nad niemi Anioł Pańskij 
otrząsłszy mynl, jak kwiat z rosy, muszę imogęza- 
\pząi przypominać^ jakimi i czśm byli za życia, sami 
iobie, i dla mnie. Ale nawet względem siebie sa- 
;o, ileż to nieraz potrzeba c^asa, nim jak owi Ger- 
razy i Protazy w „Fhrm Tadeuszu^, człowiek sam 
Iw wyobraźni własnśj zdoła dojrzeć samego siebie, ja- 
Ikim był w owśj przeszłości. 

Otó^ ja w tćj chwili „oglądam sam siebie"^ jak 
w Sobotę przed Zielonemi Świąjtkami, w r.l823j zwi- 
jam się juź: od rana po mieście, aby się z przyjaciół- 
mi pożegnać, i jak przed samym jnż wyjazdem, idzie- 
my o zachodzie słońca z Massalskim wykąpać się raz 
eszcze w Wilii, gdzieśmy od wieltt dni codzień o wscho- 
dzie wyprawiali studenckie 7-egaty^ pryskając się na- 
wzajem dopóty, aż ten lub ów dimgiemtt ust i oczu 
wodą nie załał. Wspominam tu ten szczegół dla te- 
Oy iż mos^e być ciekawym rysem w psychicznój chai^a- 
kterystyce Massalskiego, o którym przyjdzie mi wnet 
wspomnieć zkądinąd; a z którym wtedy śmiejąc się 
i figlując w kąpieli, mógłżem przewidzieć, źe go juź 
nigdy więcój w życiu nie zobaczę, i że właśnie z jego 
powodu, chociaż pewnie nie z jego złśj woli, i ja,ito- 



^v l^ruwUUU, 



250 

warzysz podróży mojój, Czeczot, rozpoczniemy pi&rwsł 
szei^eg wypadków, które miały wpłynąć stanowczo na 
los nasz i wszystkich prayjaciół naszych. 

Po całonocnój podróży, z krótkim tylko popasem 
w Jaszimach, o wschodzie słońca w Niedzielę, za- 
jechaliśmy przed dom w Bolciennikach: obszerny, mu- 
rowany, ale bez piętra. Wszyscy, ma się rozumie, 
spali; ale stary poczciwy Dominik, który spal w ganku, 
oczekując na nas, zaprowadził nas do przygotowanego 
dla nas pokoju, gdzieśmy wnet tak twardo zasnęli, że 
tenże sam nasz przewodnik zmuszonym był budzić nas, 
mówiąc, że musimy się śpieszyć z ubraniem, aby się 
na mszę do Bieniakoń nie spóźnić. Jakoż ledwośmy 
się ubrali, a on znowu przyniósł nam kawę: — otwiera- 
ją się drzwi, i wchodzą oboje gospodarstwo, gotowi 
już jak wsiadać i jechać do kościoła. Weszli trzy- 
mając się pod ręce; a ta chwila piórwszego widzenia 
stała się dla mnie, względem ich obojga, jakby kamer- 
tonem uczucia, które rozwijając się i potęgując w cią- 
gu wieloletniego dalszego stosunku, zawsze jednak 
mniśj więcój zachowało ten sam ton i koloryt, w pićr- 
wszśj chwili od razu powzięty. Sprzeczny onbyłnaj- 
zupełniój z oczekiwaniem, to jest, z wyobrażeniem, ja- 
kie się już oddawna było we mnie złożyło, a którego 
świeże nawet opowiadania Czeczota, (bośmy w drodze 
o tóm najczęściej mówili), zmienić jakoś nie mogły. 
Sam on przedstawiał mi się zawsze jako poważny 
ziemski obywatel, z pozorem i grzecznością pańską. 
Ona zaś— heroina! ofiaral wyobrażała mi się nie ina- 
czćj, jak posępna, blada, milcząca, jak statua rezygna- 
cyi na grobie. Aż oto jawi się para! On, dorodny, 
piękny młodzieniec; z włosem blond, wijącym się w pier- 



251 

ścienie; a z takim filareckim wyrazem w oczach i w twa- 
rzy, że aż serce drgnęło ku niemu. A ona— wbiałój 
sukience po szyję; przepasana wpół paskiem czarnym; 
włosy ucięte krótko, ale jednak spadające na szyję, 
z pod okrągłego słomianego kapelusika; z twarzyczką 
białą, rumianą, uśmiechniętą figlarnie; zdała mi się być 
typem miluchnej pensyonareczki. Uśmieszek ten figlar- 
ny był wyraźnie przewodnikiem ułożonego już w myśli 
powitania, które w wesołym i poufałym tonie, lubo 
zwrócone głównie do Mentora, dało się jednak zasto- 
sować i do Telemaka, jak .mnie zaraz od początku na- 
zw£^a. Pićrwsza rozmowa też ze mną zaczęła się od 
powtórzenia prawie słów listu, to jest, że była cieka- 
wa mnie poznać, i że raz, za wskazaniem Tomasza 
Zana, widziała mnie chodzącego przed domem, w któ- 
rym w Wilnie mieszkała. Powiedziałem zatóm na- 
wzajem, dla czego tam tak często chodziłem: — i zna- 
jomość od razu zaczęła się w najlepsze. Nimeśmy zaś 
we czworo w powozie dojechali na mszę doBieniakoń, 
byłem już tak z obojgiem jak Czeczot, który ich znał 
od lat wielu. (Puttkamer był wyznania ewangelicko- 
reformowanego, ale to mu nie przeszkadzało wcale by- 
wać z żoną i modlić się w katolickim kościele). AJe 
co mnie zadziwiło najwięcój, to że zaraz w piórwszych 
rozmowach, które były o poezyi, inaię Adama tak czę- 
sto i tak swobodnie i natui^alnie było wspominane przez 
oboje, jak gdyby j^Dziadów*" nie było na świecie. Na- 
stępnie była tóż mowa i ó świeżój mojój bytności w Ko- 
wnie, (o czóm od Czeczota wiedziano), i sama pani 
iawie, chociaż bez wyraźnego nacisku, rozpytywała 
le zwłaszcza o pani Kowalski^', o którćj znać już 
edtóm od kogoś słysz£J:a. Zrozumiałem, że Adam 



.252 

nie przestał interessować w myśli samśj pani, ale że 
się to działo za wiedzą i zgodą małżonka, ^óiy sam 
o nim ze szczeróm uwielbieniem jako o poecie, a z sza- 
cunkiem i życzliwością jako o człowieku wspominał. 
Przekonałem się zaś najdowodniój w dalszym ciągu 
mego z nimi stosunku, że był to skutek albo wyi*aźn6j 
niegdyś między nimi umowy, albo przynajmniój szcze- 
rego i otwartego porozumienia się nawzajem w tym 
względzie. To tóż bywały chwile, że pozowała wyi'a- 
źnie, i to w obec męża, jeśli nie wprost na ofiai^ę, to 
przynajmniój na heroinę, która z siebie ofiarę poniosła. 
Wynik zaś tego wszystkiego w przekonaniu mojśm był 
taki: że to poetyczne idealizowanie samój siebie, we 
własnych swoich marzeniach i myślach, wynagi^adzało 
jśj dostatecznie rzeczywistą stratę kochanka, aż na- 
wet całkiem w końcu miejsce jego zajęło; mąż zaś, wy- 
rozumiewając doskonale ten stan eterycznego rozma- 
rzenia wyobraźni, z rozmysłu i postanowienia pozwa- 
lał j6j bujać swobodnie i wyczerpywać się do końca; 
ażby znużona wi'eście i nasycona wymarzoną chwałą 
heroiny, sama przez się wróciła na poziom rzeczywi- 
stego życia. Jakoż mądre te przewidywania psychiczne 
ziściły się z czasem co do joty. A że człowiek, który 
to umiał przewidzieć, musiał być i był istotnie niepo- 
spolitym człowiekiem: nie dziw, że zaspokojona w wy- 
obraźni swój co do siebie, sercem zwróciła się w koń- 
cu i przywiązała ku temu, który jśj tak rozumnie i szla- 
chetnie do osiągnięcia tego uspokojenia dopomógł. 
Dalsza historya małżeńskiego ich stosunku jest taka: 
Apoteozując się wciąż w myślach własnych, jako przed- 
miot uczuć wielkiego poety, jako żróSto piói^wszych jego 
natchnień i chwały; nowa Laura czy Beatricze; w życiu 



253 

realuńm była ona zawsze przykładną towarzyszką i naj- 
szczerszą przyjaciółką dla męża; aż nakoniec wspólna 
rodzicielska miłość ku dzieciom, zjednoczyła ich i po- 
między sobą wspólnością uczuć i myśli; tak, że po- 
życie icli odtądj aż do końca życia, stawiło obraz szczę- 
śKwego stadła. Ale co w piórwszych latach, [o któ- 
rych tu właśnie mowa, to cała zasługa utrzymania 
i kierowania stosunkiem przypada na takt, rozum, i szla- 
chetną wyrozumiałość męża. 

Dla gości wszakże dom ich już i wtedy był dzi- 
wnie miłym, a zwłaszcza dziwnie poetycznym przyby- 
tkiem. Wszystko tu zda się tchnęło i było przesią- 
kłe poezyą, zacząwszy od samćj pani, aż do najdi'0- 
bniejszyeh szczegółów codziennego życia. W niczóm 
nie było światowego przepychu ni zbytku; ale bez prze- 
sady możnaby powiedzieć, że we wszystkióm był prze- 
pych i zbytek poetyczny, to jest, że wszystko miało 
raczśj na celu estetyczne wrażenie i przyjemność, ni- 
żeli realną potrzebę lub materyalny pożytek. Samo 
nawet właściwe gospodarstwo żeńskie, domowe, któ- 
róm się sama owszem chętnie zajmowała, miało chara- 
kter więcśj sielankowy, niż ściśle ekonomiczny. Za- 
glądała np. do obory, stajni i folwarku; ale to nie 
gwoli nabiału, lub dozoru pańskiego oka. Ki'Owy na 
zawołanie do rąk jśj przychodziły same; konie w staj- 
ni, a zwłaszcza ulubiona jezdna „Huryska," oglądały 
się ku niój gdy weszła; bo zwykle miała w chustce 
sól lub cukier dla jednych i dla drugich. Na głos jej 
>o obiedzie z ganku, wszelkie ptastwo ze wszystkich 
tron dziedzińca biegło z ki'zykiem i skupiało się ko- 
niśj; bo mu z kosza sypała ziarno, lub oki^uchyze- 
)rane ze stołu. Z twai'zy sług widać było ochoczą 



254 

uprzejmość, z jaką każdy był gotów na rozkazy pani; 
bo pani nie wymagała tylko biernego posłuszeństwa, 
lecz była sama w domu jak starsza panienka, co na 
wieś na wakacyę przybywszy, i sama bawi się wszy- 
stkiśm i każdemu radaby zrobić przyjemność. Kze- 
czywisty niewieści zarząd domu był wyłącznym udzia- 
łem starój pani Oryndzowej, to jest dawnśj piastunki 
samego pana, która go wychowała od dziecka osiero- 
conego po matce, i którój on kiedyś chłopięciem życie 
nawzajem ocalił, ugasiwszy, z narażeniem się własnśm, 
zajętą już płomieniem odzież jśj od komina, przy któ- 
rym przędąc usnęła. Stosunek jój z młodą panią 
mógłby ujść i był istotnie najpiękniejszym dowodem 
chai*akteru i temperamentu tśj ostatnio), która go tak 
ułożyć i utrzymać umiała, iż nie ubliżając bynajmniśj 
powadze swój, jako pani domu, a uwzględniając zasługi 
i nawyknienia staruszki, zostawia ją przy zarządzie 
domem wychowańca, który tóż ze swojśj strony oka- 
zywał dla niój szacunek i affekt serdeczny, jakby dla 
starszój krewnój, a nie sługi. Ale trudniejszy sto- 
kroć był stosunek i obowiązek synowój względem mę- 
żowskiego ojca, który od lat już wielu popadłszy 
w rodzaj melancholii, po stracie żony i w skutek klęsk 
krajowych, na starość był już prawie zdziecinniał, 
i mieszkał stale przy synu. Był to staruszek dziwnie 
cichy, słodki, łagodny, modlący się już tylko, lub nie- 
kiedy piszący wiersze (ti^eny), których wszakże nie 
czytał nikomu. O wszystko prosił pokornie, i za wszy- 
stko czule dziękował. Postępowanie względem niegc 
Marylli było istotnie godne uwielbienia. Staruszek 
całóm sercem przywiązał się do niój; a ona, z poświę- 
ceniem najlepszój córki, starała się we wszystkiśn 



255 

i zawsze dolę jego i tęsknotę osładzać. Czyniła zaś 
to wszystko głównie przez chęć przypodobania się mę- 
żowi, wywdzięczając się mu przez to niejako za swo- 
bodę, którą on sercu i myślom j6j zostawiał. Chęć 
ta przypodobania się jak bratu, okazywała się w niśj 
również i w innych szczegółach domowego pożycia. 
Mąż naprzykład był przedewszystkiśm troskliwy o los 
i dobro swych włościan. Dopomagała mu więc w tóm 
najgorliwiśj, opiekując się sama dziećmi i chorymi we 
wsi, albo tóż, dla pracujących w lecie podczas skwa- 
rów, przyrządzając i posyłając na pole beczki z kwa- 
sem lub wodą octową. Towarzyszyła mu tóż chętnie 
w odwiedzaniu chałup wieśniaczych, a nawet często 
i na polowaniu z chartami, które on lubił namiętnie, 
a ona była tylko śmiałą amazonką. Same nawet .psy 
jego myśliwe, których było stosunkowo za wiele, 
a w których ona sama wcale upodobania nie miała, 
były dla niśj przedmiotem troskliwo] opieki, wiedząc, 
że się to podoba mężowi. W ten tśż sposób daje się 
najlepiój, a nawet jedynie, pojąć i wyttómaczyć ów 
szczególniejszy stosunek, który ich łączył w piórwszych 
latach pożycia. Nie miał on w niśj właściwie żony, 
ale miał czułą siostrę i dobrą przyjaciółkę, która o je- 
go przyjemnościach myślała, i z którą mógł o wszy- 
stkióm z ufnością i z przyjemnością pomówić. A zre- 
sztą i sama bytność w domu młodój, nadobnśj, miłśj 
panieneczki, nie mogła jużciż nie mieć dlań pewnego 
uroku, tóm bai-dziój, że miał zawsze w perspektywie 

ed sobą, że prędzój późniśj miłość jój pozyska. 
I tu właśnie jest miejsce, jak sądzę, powiedzieć 

icze słów kilka o osobistości Marylli. Śmiało mo- 
być pewnym, że ludzie będą przez wieki myśleli 



256 

i wspominali o niój, jak dziś myślą i wspominają 
np. o Orszulce Kochanowskiego. A któż dziś nie radby 
wiedzieć, jak wyglądało za życia to „Kochanie Oj- 
cowskie?** 

Otóż ja, jako świadek naoczny, powiadam: że nie 
znałem drugiój osoby, coby się tak kwalifikowana, jak 
ona, na przedmiot poetyamego kochania^ i to zwłaszcza 
ze strony poety-studenta, i adepta „promionkow^"^ teo- 
ryi miłości. Nie mogła ona nazwać się piękną, we 
właściwóm tego słowa znaczeniu: ale miała ten wdzięk 
i powab, który stanowi istotę i główny urok piękno- 
ści. Kibić kształtna, wzrost średni, twarz pogodna 
i miła, oczy niebieskie, spóji-zenie wyi'aziste i czułe^ 
uśmiech naiwny i figlarny zai*azem — wiemy obraz umy- 
słowego i uczuciowego nastroju jój ducha. Oczytana^ 
exaltowana, marząca więcój niż myśląca, nigdy ona 
nie wyszła sama w sobie na jasno z tęczowój mgły swój 
wyobraźni; ale sama ta mgła właśnie sprawiała, że 
tóż i dla oczu patrzących nie wydała się nigdy zwy- 
czajną, pospolitą istotą; i dosyć było spojrzeć przez 
pryzmat miłości, aby w niój dojrzeć nie ziemskie, 
Ossyanowsko-obłoczne zjawisko. Gustaw spojrzał — 
i mamy Dziady. 

Ale wracając do realnój prozy. Przez te trzy 
dni pobytu w Bolciennikach, wyczerpaliśmy wszystkie 
wiejskie rozkosze. Chodziliśmy i jeździli konno na 
spacery, około zboża, do wsi, i do lasu. Obiadowaliśmy 
pod gołem niebem w ogrodzie, a podwieczorkowaliśmy 
wesoło w gaju, choć tam to włainie znajdows^ sii 
ogromny płaski kamień, z krzyżem przez nią sami, 
wykutym, położony jako nagi*obek: Przeszłości i Na- 
dziei. Jeździliśmy wieczorem na słomki, i sti'zelaliśm^ 



If 257 

(do jaskłiłek nad stawem; przyczem Uqkitny n^sz ko- 
_ lega, p. Xawei7 Turski^ który też swoją di-ogą jako 
gość przyjechał, rehabilitował świetnie strzelecką sła- 
wę poetów, z któiych się pod tym względem uati'zą- 
sała Maiylla. Zabawę między czterema ścianami skla- 
dały^ oprócz rozmowy: muzyka, deklamacya, lub śpie- 
wy samego pana Lorensa, (bo go tak nazywała Ma- 
lylla, a i my wszyscy przyjęliśmy tę nazwę). O glosie 
jego wspominałem już wyżój, że był dziwnie hai*mo- 
nijny i wdzięczny. Śpiewał zwłaszcza z upodobaniem 
francTizkie piosnki żołnierskie^ albo nasze własne lu- 
dowe, Z tych ostatnich utkwiła mi zwłaszcza w pa- 
mięci jedna rusińska, i to nie tylko ze swojój melo- 
dyi, chociaż bardzo wdzięcznćj, i na temat którójMa- 
rylla ułożyła tóż bardzo wdzięczne waryacye na for- 
tepian. Była bowiem niepospolitą na owe czasy mu- 
zyczką; i choć nie zadziwiała mechaniczną ruchliwo- 
ścią palców, ale graj śj przemawiała do serca. Piosnka 
zaś, o którój wspomniałem^ była następująca; 

^Da cz(^ez moj dwór. 
Da czerez moj dwor^ 

Da t^ificiera lacielu. 
Nie dau mnie Boh^ 
Aifi dau mnie Bok^ 

Kaho ja chadeia.^ 

Słowa te W ustach męża Mai7llij śpiewane przy 
akompaniamencie jój samćj, mogłyby ujść za najwy- 
mowniejszy komentai^z ówczesnego ich między sobą 
snnku. Dla mnie zaś ta pierwsza, trzydniowa go- 
ma w Bolciennikach, stalą sie początkiem naj szczer- 
ej, serdeczDÓj przyjaźni, która jak już z jednój stro- 
r dotrwała, tak z drugiój trwa aż do śmierci, 
"Wspomnienia z przeszłości. 17 



258 

Ale smutny był powi'ót do Wilna. Wprost z po- 
wozu poszedłem do państwa Becu i zastałem dom ca- 
ły w zamieszaniu i przerażeniu. Massalki, który je- 
szcze w sobotę tak wesoło rozstał się ze mną; który 
przez całą niedzielę był w zwykłym swoim, to jest 
prawie płocho wesołym humorze; nazajutrz, ni ztąd 
ni z owad, słowa nie rzekłszy nikomu, udrf się sam 
dobrowolnie do miejscowo] władzy, żądając, aby go ta 
od siebie odesłała pod strażą do Warszawy, gdzie oa 
dopiśro samemu Wielkiemu Xięciu powód tego swego 
kroku wypowiś. Poczytana go z razu za waryata; ale 
gdy uporczywie obstawał przy swój 6m, a innych oznak 
obłąkania nie było: uczyniono zadość jego żądania, 
i właśnie w dniu naszego powrotu, wysłano go isto- 
tnie do Warszawy, wraz z opieczętowanemi papierami, 
które w mieszkaniu jego znaleziono. Po dwóch tygo- 
dniach dopi6i*o doszła nas ztamtąd wiadomość, że 
Massalski stawiony przed W. Xięciem oświadczył, iż 
pragnąc wejść oddawna do wojska polskiego, pod roz- 
kazami Jego Wysokości, chwycił się tego sposobu, 
aby bez kosztu dostać się do Wai'szawy i mieć przy- 
tóm sposobność przedstawienia się osobiście. Piśrwszy 
zaś pomysł i pochop ku temu powziąć miał, jak sam 
wyznał, z pamiętników jakiegoś Francuza, który nie- 
gdyś podobnymże fortelem bezpłatną podi'óż do Paryża 
i posłuchanie sobie u ki-óla wyjednał. W skutek tego, 
rozkazano go przyjąć do wojska, ale w stopniu pi'0- 
stego żołnierza. Po latach kilku dopiśro, dosłużywszy 
się rangi oflcerskiśj, otrzymał nakoniec dymissyę. i za- 
jąwszy się interessami możnśj rodziny pp. Dolskich na 
Podolu, ożenił się tamże, i umarł otoczony szacunkiem 
i życzliwością przyjaciół, których wszędzie umiał so- 



259 



Ae pozyskać, Pnsed nikim wszakże i nigdy, jak mi 

łwiadano^ nie mówił o tym swoim osobKwszym po- 

>ka, i istotna jego pobudka została tajemnicą mię- 

nim a Bogiem, Ala pomiędzy jego papierami 

inalazt się jakiś listek od Jana Jankowskiego, który 

>yi pićrwszą przyczyną zabrania tśż jego papierów, 

następnie aresztowania jego samego. Nastąpiło to 

szakźe nie piśrwśj, jak w jesieni tegoż roku 1823. 

liast więc dalszych skutków^ jakie ztąd wynikły^ 

rolę wi^ócić tymczasem do opowiadania o sobie, o tśm 

^statniśm lecie wesołej i niczym jeszcze niezachmui-zo- 

LĆj młodości. 

Cala (b-uga połowa Czerwca poświęcona była, jak 

zwykle, examinom uniwersyteckim, Moje, nad wszelkie 

fpodziewanie własne, ndały się jakoś pomyślnie: — 

gkntek zapewne cadownśj opieki^ którój się w Ostrej 

'amie najprzód poleciłem. Professor prawa Ezym- 

iego, Capelli, którego się obawiałem najbardziej, 

Lociaż na radzie professorsMój oświadczyła (ale to 

w pół żartem), że miałem być jakoby Je plus volagB 

I de toute l\miverńt&^, (Capelli mówił zawsze po fran- 
eilEku), nie przeciwil się jednak udzieleniu mi nauko- 
wego stopnia z „obojga praw"; — cliociaż ja, Bogiem 
a prawdą, ani jednego dobi^ze nie umiałem. Wynagra- 
Slzając więc za to sam siebie, pojechałem znowuż do 
Kowna^ na publiczny examin tameczny; mając po nim 
^i^azem z Adamem powrócić zaraz do Wilna. 
^H Ezamin ten, a raczśj popis publiczny, jak we 
l^m^szystldcli ówczesnych szkołach Litewskich, odbył się 
|Vliardżo uroczyście i świetniej w dzień ŚŚ, Apostołów Pio- 
tra i Pawła, w obec licznie zebranój piiblicznonci, Adam, 
jako professor ^ Wymowy '^^kiernj ący deklamacyą uczniów, 




260 



bral w nim zwłaszcza przeważy udział, wespdł 2 pro- 
fessorem „Pizjki/ który doświadczeniam fizyczne- 
mi kierował. W gronie mdzów, ma sie rozoiBiee. by- 
ły tez i damy z Koman, Pani Kowalska tak była d&- 
brą, że zajęła mnyślnie miejsce obok z niemi, i mnie 
umieściła przy sobie. Ale ja przedtśm już, i to wła- 
śnie wjśj domu, znalazłem był niespodziewaną nowa^c, 
któi*a rozrywała moje uwagę. Była nią córka rodzo- 
nój jńj siostry, szesnastoletnia panna Józefa, a raczej 
Józia S,j przybyła z Wilna do ciotki, aby jechać z nia 
razem na lato do kąpieli niorskieh w Ki-antz, pod Kró- 
lewcem, dokąd it^i w końcu Lipca miał się udać 
i Adam. Nie mogła ona wprawdzie iać w porówna- 
nie z olśniewającą pięknością Armidy; ale miała tei 
piękność swojego rodzaju, która ją dziwnie uroczą 
czyniła. Był to wdzięk rozkwitającej różyczki, a ra- 
zem i duszyczki niewiiinój, bndzącój się właśnie do 
życia; i wdzięk myśli, co wpół jeszcze dziecinna, prze- 
czuwa jir^ w marzeniu świat wjtS7.jy świat uczucia 
i ideału, i tęskni doń z nadzieją i z wiai^ą. Słowem 
była to dziwnie poetyczna istotka. Ujrzawszy ją raz 
piśrwszy w kapelusiku pasterskim, kiedyśmy ją wraz 
z ciotką na przechadzce spotkali, nadałem j6j od razu 
nazwę „Serier/a," która tak widać zdała się stosowną, 
iż już na zawsze pozostała przy niej, w p'onie rodzi 
ny i bliższych przyjaciół. Adam zwłaszcza miał dla 
uićj affekt prawdziwie ojcowski, i kiedyśmy z tej 
pićrwszćj wspólnśj przechadzki wi^<)cili, zapytał mnie 
najprzód na seryo: czy mi się podoba? i w ślad zatem 
bez ogródki oświadczył, iż jest to jegoulubionćm ma 
rżeniem, aby mnie z nią kiedyś poswatać. Nic ni© 
mogło być dalśj ode mnie, jak naówczas myśl o mai- 



261 

bóstwie; a jednakże to powiedzenie Adama nie mu- 
siało pozostać bez pewnego wpływu; gdyż sam nie 
wiem jakim sposobem, ale dawny ui'ok Armidy znacz- 
nie jakoś we mnie osłabnął. Nie zaniedbałem prze- 
cie:^ być z wizytą w IŁomamach; tylko, że gdy wróci- 
łem i zdawałem z niój sprawę Adamowi, on widocznie 
byl rad z j6j wrażenia, i tśm bard^iój l&rźerkę wy- 
cŁwalał. 

Za powrotem z nim razem do Wilna, gdzie on 
z Czeczotem i ze mną zamieszkał, przeciągnąłem je- 
fizcze do połowy Lipca wyjazd mój na wakacye do 
domu, i i-ozstaliimy się 2 nadzieją^ że on znowoi na 
przyszły rok szkolny albo niiop dla zdi^owia otrzyma, 
Inb za granicę wysłany zostanie. Ale wszystko się 
obróciło inaczśjl.. Ja wszakże przedtśm miałem je- 
szcze porę spełnió mój wakacyjny projekt odwiedze- 
nia Chodźki w Dziewiętni. Odwiedziny te w życin 
i przeznaczeniu mojśm stanowią jedną z naj ważniej- 
szycli epok. Na nieb się skończył właściwie oki^es 
tiniwei-sytecki, i pod ich zwłaszcza wpływem rozpoczął 
się nowy. 



Od lat juź wielu znane są ci, siostrzyczko, ^Dwie 
Kcmwersaci/e z PrzesBhsd^'' przez antora j^Obrasów 
i Ibdań ZAimoskich'* (Ignacego Chodźkę). Ozęśó ich 
di^iiga, jak wiadomo, poświęcona jest wyłącznie wspo- 
mnieniom i opowiadania stosunków autora ze mną i zb 
wspólnym przyjacielem naszym, Jn^aoiem Korsakiem. 
Opowiadanie to, ujęte w kai^by i ti'zymane w tonie 
kompozycyi literackićj, lubo na szezerój prawdzie psy- 
chieznój, i nawet faktyczuój, oparte, nie trzyma się 
wszakże jój ściśle pod względem chronologicznego po« 
rządkUj przenosząc mianowicie zaraz na początek, co 
dopiśro po latach kilku i kilkunastu było skutkiem 
tych pierwszych moich, nie wspólnych, ale pojedyn- 
czych odwiedzin. Uprzedzam przeto, źe w niniejszym 
opowiadaniu mojem, nie ki-ępuje mię wcale wzgląd na 
owe popraednie; dla chcących zaś porównywać jedno 
z dnigióm, moje niech tylko służy za komentai^z- 

Od lat sześciu me byłem w tych stilonach. Ostatr^' 
zaś mój pobytj podczas którego, jak już wyżśj wsp- 
mnialem, raz piśi^wszy spotkałem się z Chodźką, b, 
mi zawsze niemniśj pamiętny z powodu ui*oczystef 



263 



te 




ijbi^zędii Bierzmowania^ do którego w parafialnym ko- 
lele WojstoiDskini i ja także przy stępo walewi. Jako 
>ścia poatawiono mie na czele szeregu cHopców. na- 
przeciw stały dziewczynki, a na ich czele, dwie pa- 
"ieneczki z sąsiedztwa^ jedenasto i dziesięcioletnie: 
mdwika i Zofia Mackiemczówny. Wspominając o tym 
iętym obrzędzie^ zawsze jakoś pajBiętałem i o nicli, 
mi więc była wiadomość^ żb o pół mili tylko od 
ziewiętni mieszkają, i zai^az nazajutrz uprzejmy mój 
gospodarz zawiózł mię do „Ruskiego Sioła," (tak się 
zwała wieś ich rodzimaa). W y^Dwódh Konwersacjach'' 
li wiernie skreślony ohraz i tego staroświeckiego 
mu, i młodych a gościnnych jego uaówczas gospo- 
'zy, i moich współbierzmowanek. Powtarzać go 
ięc tutaj nie hędę^ a tylko korzystam ze sposobnością 
tby hołd czci i przyjaźni serdecznój zloiyc pamięci 
L-zeciej, starszej ich siostry, (z poprzedniego malżeń- 
B, ojca), Anieli, dla którśj ta cześć włainie i przy- 
i, od pierwszśj chwili poznania powzięte, stały się 
piśrwszóm ogniwem, które los mój z tym domem 
' przyszłości złączyło. Autor ^Konwersaayi'' nie wspo- 
niśj 2 osobna, gdyż musiałby ją chyba na 
i"wszym planie postawid. Była ona o lat parę starszą 
ode mnie^ a obok niepospolitćj ui-ody, wykształceniem 
umysłu i serca godną była stać w piśrwszym r^^dzie 
tych typowych postaci niewieścich, a właściwiej mómąc 
panieńskich, które w ow6j epoce włainie nie rzadko 
''et wały się spotykać po szlacheckich dworkach Li tew- 
a których obraz w poez^^i naszćj uwidomił się 
uwiecznił w Marylli. Generyczne niejako pod obień- 
ich między sobą, było najniezawodniój skutkiem 
podobnego^ sposobu wychowania, a może i czytelnictwa 



264 

tych samych prawie dzieł literatury firancuzkiój, które 
byJy jiaówczas w powszechnym obiegu i modzie. Ogólną 
zaś, a wybitną, różnicę od wychowanek miasta, stanowił 
przeważny zwrot ich myśli do idealnych ki^ąin wyobraźni, 
zastępującśj im brak codziennych, rzeczywistych wrażeń. 
Panna Aniela nadto miała tę wyższość nad wieliji inne- 
mi, że przez blizkie spowinowacenie, (przez bratowę), 
i stosunki z domem xiążąt Ogińskicb, przejęła rze- 
czywiście ton wyższych światowych towarzystw, a ko- 
rzystając z biblioteki xięcia Michała w Zalesiu, czy- 
tała więcój dzieł treści poważnój, a mianowicie filo- 
zoficzno i religijno-moralnych, w których podobała naj- 
bardziśj. Osobistą zaś jśj właściwością było przede- 
wszystkiem to, że nie przestając na wiedzy, wszystko, 
co w xiążkach za dobre lub za piękne uznała, stoso- 
wała zaraz do siebie, i starała się urzeczywistnić 
w praktyce własnego życia, bez względu na interes 
i rachuby światowe, a często wbrew jednemu i drugim. 
Ztąd poszło, że trudna w wyborze, a wciąż czyimś 
cudzym losem zajęta, nie dała się nakłonić sama do 
wejścia w związki małżeńskie, ale przez całe życie 
i aż do końca była zawsze tylko pomocą lub opieką 
rodziny, a szczęściem i chlubą przyjaciół. W chwili, 
o którśj tu mowa, złączona ścisłą przyjaźnią z młodą, 
rozumną, i wysoce wykształconą bratową, (Teklą z Ło- 
pacińskich, rodzoną siostrzenicą xięcia Michała Ogiń- 
skiego), była wespół z nią opiekunką dwóch sióstr 
młodszych, moich- współbierzmowanek, i wychowującej 
się z niemi razem sti-yjecznśj siostry Kazimiry. Obj' 
one z urody mogłyby się mierzyć z Armidą; ale ź 
jedna> z nich, starsza, była już wybranym przedmiotei 
uczuć mojego gospodarza, druga zaś, choć dopić: 



265 

w dziewięć lat późniój, stała się, z woli Opatrzności, 
p towarzyszką mojego życia: rozszerzać się o nich dłuźój 
nie będę, z obawy oracyi jpro domo sua; a wracam do 
właściwego programu niniejszych opowiadań, do dal- 
szych osobisto-literackich stosunków moich z autorem 
^ Obrazów LitewskicK*" 

Kawalerskie gospodarstwo jego w Dziewiętni, 
za czasu tych piśrwszych moich odwiedzin, miało nie 
jeden rys podobieństwa z gospodarstwem żeńskiśm 
Marylli w Boleiennikach. Tu i tam, poezya, nie eko- 
nomia, we wszystkiśm. Ogród obchodził go więcśj, 
niż rola; lamus, gdzie miał literacką pracownię, i tak 
zwany Sdikon ^), gdzie marzył, więcśj niż spichrz 
albo stodoła. Na tym ostatnim, podczas bytności mojśj, 
wyprawił on rzeczywiście podwieczorek dla swoich 
nadobnych sąsiadek, które z bratową i z bratem przybyć 
nań raczyły, i niewątpliwie ta feta zbliżyła znacznie 
cel sercowych pragnień jego i westchnień. Następna już 
bowiem moja wizyta z Korsakiem, w r. 1825, opóźniona 
tak długo tą rażą z przyczyn, jak się to mówi, „nieza- 
leżnych ode mnie," zastała już w Dziewiętni młodą 



*) »W jednśj części ogrodu, znalazły się cztery ogromne 

brzozy, z jednego pnia rozrosłe; wśród nich zatóm, wysoko nad 

ziemią, osnowano z brzozowych także, korą pokrytycli, belek, 

bezpieczną galeryą. ogrodzoną i wymoszczoną, a przypartą do 

brzóz tak, że się razem z niemi od wiatru kołysała, i razem 

z niemi wzrosłą być się zdawała. Wschodki podobnież brzozowe, 

*^'"»akiem kręcone, bezpiecznie na nią wiodły, a tam stolik i ła- 

zki dla kilku osób wygodnie służyły. Na frontowój zaś barye- 

z białych brzozowych prątków splecionej, wielkie litery, ze 

lU zielonego ułożone, wyrażały szyld poetycki: Hełikon, 

(Dwie KonwersacyeJ, 



266 

panią domu^ która ład i porządek zaprowadziła we 
wszystkióm, a przy którśj i młodsza siostra j6j za- 
mieszkała. Odtąd już regularnie co lato, przyjeżdżając 
z Wai'szawy do ojca, bawiłem tam po całych tygodniach 
w uprzejmój, przyjacielskiój gościnie, lub byłem ucze- 
stnikiem fiamilijnych wizyt młodój pary, oddawanych, 
wraz z siostrą, daleko^ mieszkającym krewnym. Jedna 
właśnie z tych wizyt stała się jakby zwrotnikowym 
punktem w literackim zawodzie Ignacego Chodźki, 
i zasiała w nim piśrwsze ziarno przyszłych ^^Ohrazów 
i Podań IMeiJuskich.^ 

Pojechaliśmy do sędziwśj jego ciotki, dziedziczki 
właśnie naówczas owego „Doniku Dziadka^*' w którym 
się on sam ui*odził i wychował, i od którego opisania 
potom szereg owych Obrazów rozpocz^. (Nazwisko 
jego Zahtoczyzna^ w powiecie Wilejskim). Mąż ciotki, 
p. Kaczanowski, osiemdziesięcioletni już starzec, za 
ntfodu towarzysz broni i osobisty przyjaciel Pułaskich, 
w konfederacyi Barskiśj, następnie przez całe życie 
plenipotent różnych wielkich panów i w różnych czę- 
ściach kraju, miał w pamięci niezliczoną moc faktów, 
przygód i anegdot, których albo był sam uczestnikiem 
i świadkiem, albo o których kiedyś zasłyszał od drugich. 
Opowiadał zaś to wszystko tak żywo, tak barwnie 
i obrazowo, żeśmjT po całych dniach, a nieraz i w nocy, 
słuchali go ciekawie z otwartemi usty, aż do zniecier- 
pliwienia niekiedy i gniewu towarzyszek naszych po- 
dróży. Podobnego talentu opowiadania mógłby mu 
pozazdrościć największy powieściopisarz, jakich nate** 
czas u nas wcale jeszcze nie było. Zastanowiło 
uwagę Chodźki, który dotąd pisując tylko ulotne wie] 
szyki lub pełne dowcipu i werwy artykuły do „ Fic 






mości Snifiowych^" za cel T^szakże powaźiniejszej 
śj pracy literackiśj zakładał sobie jedynie napisanie 
iedyś dzielą filozoflczDO-moraln^j treści, na wzoi' 
Ptitmpes Fhihsofiques'* Weissa, które to dzieło naten- 
czas było powszeehnie znane i ulubione na Litwie. 
'oczTiliśmy raz piórwszy sami przez siebie, co jest 2a 
k w trądy cjrjny eh obrazach przeszłości i obycza- 
jowości rodzinnej. Gdy więc mając wydawać aowo- 
CMik Mditde na r. 1829^ wezwałem do współudziału 
odźkę; doradziłem mu tśa zarazem, aby zamiast fllo- 
;oflcznój rozprawy ^ lu Weiss, którą chciał mię obda** 
ó, spróbował raczój powtórzyć jedno z owych opo- 
!adań p. Kaczanowskiego. Uduchał, i napisał po- 
iastkę: „Poddany f*" która się podobała powszechnie. 
Adam najprzód ustnie przeze mnie w Petersburgu, 
a potśm sam własnoręcznym listem z Ezymu^ zachęcał 
naglił autora, aby i nadal w tym kierunku talent 
pwój rozwijał, I to był piśrwszy powód i pi śr wszy 
bodziec, który myśl jego kiei-ując powoli, zwi*ócił ją 
nakoniec stanowczo ku obrazowaniu własnśj naszśj, 
duchowo-obyczajowśj przeszłością i to wyłącznie w sferze 
,wieJBko-obywatelski6j, którą znał sam przez siebie, 
ją w duchu i prawdzie, i kochał* I toć jest, co 
itanowi ten urok, który tak zawsze po polsku z pism 
|ego do serc polskich px*zemawia, i takie w nich budzi 
fwspółczucie. 

I niech mi wolno będzie przy tśj sposobności, 
dla ulżenia własnemu sei-cu, wypowiedzieć choć raz 
otwai'cie cały ten wstręt i obrzydzenie, jakiem przejmują 
ą zwykle te pseudo-humorystyczne koncepta, lub 
"karykaturaliie obrazki, na tle wiejskiego życia ziemian 
naszych^ które lada zatemperowane, a nieutemperowane 



268 

piórka, gwazdają po xiążkaeh lub felietonach, dla 
popisu ze swym niby dowcipem, albo jakby dla pozo* 
wania na cywilizacyjną wyższość nad nimi. Czytając 
tego rodzaju elukubracye, zawsze zdaje mi się, że 
widzę fanfarona próżniaka, ubranego elegancko na 
ki'edyt, stojącego na trotoarze z cygai'em w zębacli 
i z rękami w próżnych kieszeniach, wyśmiewającego 
starodawny strój gospodarza ze wsi, który owoc swój 
znojnśj i poczciwój pracy przywiózł na pokarm i iia 
odzież miastu, lub szydzącego z przechodnićj kompanii 
pielgrzymów, którzy śladem pobożnych ojców, idą hołd 
złożyć cudownój swojśj Królowśj, którą szyderca 
i jemu podobni napróżno zdetronizowaćby chcieli. Nie 
ma wprawdzie i być nie może malarza, któryby się 
nie posługiwał cieniami, dla wydania jasnych punktów 
obrazu; lecz chcieć malować same tylko cienie, jest to 
chyba malować ciemność, by na tle j6j błyszczeć sa- 
memu, i to chyba połyskiem ognika, któiy sam błędny, 
obłąkuje drugich. Nie to był cel i nie taka metoda 
autora „Obrazów Litewskich;^ a gdy to świadczy dobi'ze 
o jego rozumie i sercu, toć z drugiśj strony mogłoby 
może posłużyć za niemniój pochlebne świadectwo 
o ówczesnym składzie i stanie społeczeństwa obywa- 
telskiego na Litwie, które mu za model służyło. 

Starszyzna, painiętająca żywo niedawno minioną 
przeszłość, odbijała jeszcze w sobie widomie, jak chmui-y 
światło po zachodzie słońca, dawną powagę i godność 
swego stanu; zapomniawszy, bodaj z potrzeby, zbytniśj 
może wesołości i buty. Młodzież zaś, którój cz^^'^ 
znaczna przeszła już była przez uniwersytet Wileńsl 
lub brała udział w kampaniach wojennych, w pićrwszj 
dziesiątkach bieżącego stulecia, wzięła już była sol 



269 

(aa zadanie, aby atać się mędi-szą po szkodzie, i łą- 
czyła się wzajem w dążeniach ku temu; notabene, bez 
cietiia modnej właśnie gdzieindziej w owym czasie 
Jąiymy^'' lub późniejszej ^cyganeri/L" Nie mówię 
jnżciż te^o w ogólności o wszystkich^ ^ale śmiało sto- 
suję do wszystkich, którzy już rej naówczas prowa- 
dzili w powiatach, a spotykali się z sobą nawzajem, 
już to na gubeiiiialnych wyborach, już na pi^owin- 
cyonalnych kontraktach. A dodać trzeba jeszcze do 
tego rys jedeu, drobny może na pozór, ale ogólny 
i wielce charaktei-ystyczuy, to jest, że między rówien- 
nymi wiekiem, koleżeństwo to, czy szkolue, czy obo- 
zowe, wyrobiło też było nawzajem w obejściu kole- 
żeńską otwai'tość i poufałość, przemieniające się już 
łatwo we wzajemną życzliwość i przyjaźń. Otóż 
Chodźko, należąc z wieku do tego właśnie pokolenia, 
przy osobistych swych zwłaszcza przymiotach: wro- 
dzonym jowialnym humorze, żailiObliwym a nie złośli- 
wym dowcipie, bystrym i wykształconym umyśle, 
a przytóm poetyckim taleuciCj bez przesady można 
powiedzieć, iż w obrębie przynajmniśj gubeniii swojej, 
byl on jakby środkowśm ogniwem, które podobnych 
jemu w kółko bliższćj zażyłości łączyło. Tu mi przy- 
chodzi ua myśl anegdota, którą jako przykład opomem- 
W końcu Kwietnia 1825 roku, Chodźko jechał 
do Wilna, swemi końmi, jak zwykle, na Śto-Jerskie 
koutraktRj na które się, jak dziś jeszcze w Kijowie, 
z całśj prowincyi zjeżdżano. Na ostatnim popasie przed 
iastem, napędził go jadący pocztą, kolega i przyja- 
^1 Józef Rahoza^ i dla skrócenia mu nudy popasu, 
mówił go z sobą na pocztową bryczkę, zostawiwszy 
Lomiast swego służącego, aby tenże w powozie 



270 

Chodźki, zdążył potćm za nimi. Tymczasem w ciągu 
di-ogi iiadsze(U deszcz ulewny, który nie tylko zmoczył 
ich do nitki, ale i całkiem biotem od stóp do głów 
obryzgał, W tak opłakanym stroju Chodźko zajechał 
wprost do mnie, który stale wtedy w Wilnie mieszka- 
łem, i zastał mię wychodzącego właśme na plac Ra- 
tuszowy, gdzie się cała kontraktowa publiczność codzień 
o tśj porze zbierała. Śliczna wiosenna pogoda, po 
przejściu chwilowój ulewy, tśm liczniejsze rokowała 
zebranie. Żal było Chodzce, że iić na nie nie mógł, 
to jest, że iść nie wypadało w tak Dyogenesowym 
kostiumie. Zostałbym przeto chętnie dla kompanii 
jego, ale w nim samym uakoniec chęć serdeczna nad 
względami światówśj etykiety przemogła. Otarłszy 
się więc nieco z błota, postanowił— jak się w^yi*aził — 
pójsc ze mną na „wypróbowanie swoich przyjaciół," 
którzy z nim i w tym stroju nie będą się wstydzili 
przywitać. Frazes ten^ powtórzony przez niego piói'- 
wszemu ze znajomych, którego spotkał na placu, roz- 
biegł się wnet jak echem po całśm zgromadzeniu, 
i w pól godziny Chodźko był joż jakby punktem środ- 
kowym, do którego się wszyscy z kolei z serdecznóm 
powitaniem gamęH; a ta właśnie szczególna jego toaleta, 
zdawało się, że owszem we wszystkich życzliwość ku 
niemu podaiosła. Nie tylko więc nie dano mu pójść 
się przebrać, gdy już rzeczy prawdopodobnie nadeszły, 
lecz musiał w licznóm gronie, wprost z placu, iść na 
meczerzę do restauracyi Titiusa, gdzie znowu na cześć 
jego nowa popłynęła ulewa, i próbujący serca swoic) 
przyjaciół, musiał, w skutek ich uprzejmości, przejś 
sam przez próbę mocy głowy swojśj. 






271 

-Takie hyly iwyezaje, serca, w one latit 
Śród eiebyeli 8tron litewskieli," 

wspominam tu o nicli tern chętniej, że ju^ ten dawny 
fti'6j obyczaju i ducba, znika nawet w pamięci nu- 
fego pokolenia, jak płowiejący piśrwotny dagerotyp— 
gdybyż tylko, jako on^ od słońca!— i źe się przeko- 
tem w dalszym ciągu życia, jak podobny stan, 
raczój nastrój serc i umysłów, nie jest wcale zwy- 
ytióm^ pospolitśm zjawiskiem. Obyczaj nawet pod 
względem dałby się może przyrównać do wiary, 
którój prostota graniczy z doskonałością^ a zaś po 
ryjściu z prostoty^ przez doskonałość jnź tylko wrócić 
10 niej można. A przecież trudno nie dodać ze 
tutkienij choćby tylko dla przestrogi nowyck pokoleń, 
podobny stan rzeczy za Niemnem, był, nie to mido 
ienionym, ale zgoła, rzec można^ niewiadomym nad 
isłą, a przynajmniej w samćj Warszawie, gdzie 
przecież w tym samym czasie^ z drobiazgową szcze- 
gółowością^ śledzono każdy symptom ro55woju obywa- 
ielskiego życia we Prancyi, i uczono się prawie na 

I pamięć frazesów, powiedzianych w Izbie Deputowanych 
fcr Paiyżu, które modny naówczas j,Joumal des Dd^aW 
pgłaszał. A możnaby powiedzieć toż samo i co do 
^wczesnego uniwersytetu w Wilnie; gdzie pr^ez cały 
ciąg najświetniejszego jego rozkwitu, nikt nigdy, ani 
z literatów, ani z podróżników Warszawsfciclij nie 
zajrzał choćby na chwilę, choćby tylko przez prostą 
lekawość, ozem tśż jest i jak wygląda w istocie, to 
iazdo nowego zwrotu w poezyi naszśj, o wartości 
^rzecieź którego tak głośne i tak zawzięte toczyły się 
rpory. 

^Titka bjlft przesądów owoezesnjeli wiadra,*' 



m-^m 



diM 



272 ' 

Ale wi'acam do głównego przedmiotu, to jest do 
literackich kompozycji Chodźki. Wspólną cechą ich 
wszystkich jest prawda realna, lecz dopatrzona ze 
strony dodatniój, oraz miłość, z tój zwłaszcza strony 
na przedmiot swój patrząca, a rozciągająca się i do 
czytelników. Pod tym względem jest to ten sam ton 
i koloryt, co w „Fami Tadeaszu^^ — rodzimy, nie na- 
śladowany; i wszystkie ^.Obrazy Litewskie'' Chodźki, 
mogłyby ujść za rapsody tój samój, tak skromnśj i tak 
prostej w wyborze przedmiotu, a tak żywej i ożywia- 
jącój, epopei ducha narodowego. 

Do powrotu mojego z zagranicy, był tylko napisany 
i wydrukowany (w noworoczniku Wileńskim), „Domek 
mojego Dziadka^ i „Samowar,^ które mi autor przysłał 
był do Drezna. Za piórwszą po powrocie moją bytnością 
w Dziewiętni, odczytawszy z nim wspólnie wieczorem 
„Domek,'' tak byłem nim żywo przejęty, że w nocy przy- 
szła mi, a raczśj przyśniła się myśl, i opisawszy tak 
pięknie cnotliwe i bogobojne życie, powinienby i śmierć 
podobnąż tego samego człowieka opisać. Myśl ta tak 
mię opanowała, że nie czekając poranku, wywołałem 
Chodźkę z sypialni, by mu ją wnet zakomunikować. 
Ą że noc była xiężycowa i ciepła, więc przechodzi- 
liśmy ją aż do świtu w ogrodzie, a pomysł mój tak 
trafił do jego przekonania, że gdyśmy się nazajutrz 
zeszli na dzień dobry, początek „ Śmierci mojego Dziadka'^ 
ułożony już był w myśK autora. Owa zaś wspólna 
nocna nai*ada tak się nam obu jakoś podobała, że nie 
czekając na senne natchnienia, zacząłem mu poddaw i 
różne inne przedmioty, tak, że mię nazwał w kor i 
swoim „liwerantem pomysłów." Nie wiele z nich, i 
się rozumieć, przydało mu się rzeczywiście, ale o każd; i 



273 

była zwykle mUa pogadanka^ i toć jest^ co stanowiło 
przyjemność tego rodzaju stosunku. Prócz tego miał 
on jeszcze jakby pewien rodzaj przesądu, że przedmiot, 
czy przez kogo innego, czy niespodzianie przez jakąś 
okoliczność wskazany, wzbudzał w nim żywszy interes, 
niż gdyby go był sam w sobie pierwiastkowo wymy- 
ślił; tak jak mnie samemu, naprzykład, zdawało się 
przez długie lata, że papier z przyjacielskiego daru, 
skuteczniój jakoś wpływał na wenę piszącego, niż ku- 
piony po prostu za własne trzy grosze. Eozumni ludzie 
dzisiejsi śmiać się będą z tego, wióm o tóm; ale ja 
właśnie mówię to dla tego, że się tój śmieszności nie 
lękam; a może znajdą się i tacy, którzy czując coś 
nakształt tego, w tym lub owym względzie, pocieszą 
się w przekonaniu własnóm, że nie oni jedni tak głupi, 
1 że może tego rodzaju przesąd tkwi gdzieś głębiśj 
w ludzkiój naturze i sięga jśj magnetycznych tajemnic. 
Zresztą te moje pomydy nie tyczyły się bynajmnićj 
ani formy, ani toku kompozycyi, a tylko w ogólności 
wskazywały na przedmiot. Tym sposobem, między in- 
nemi, powstały ^Boruny^ i j^ Pamiętniki Kwestarza^^ 
tylko że te ostatnie, w myśli i pod piórem autora, 
przybrały całkiem odmienny od mojego pomysłu obrót 
i charakter. Ja radzUem notatki kwestai'za, który 
podwaki'oć zwiedzał te same domy, raz podczas trwania 
wielkiój komety w r. 1811—1812, a di-ugi raz we 
dwadzieścia lat potom. Autor dopióro w części drugiój, 
napisanój o wiele lat późniój, do tśj piśrwotnój myśli 
- 7j6j nawrócił— choć się już w niój sam napiórwotną 
(ę swoje nie zdobył. 

Dla bliższego scharakteryzowania natury tego 
źyjacielsko-literackiego stosunku mojego z Chodźką, 
Wspomnienie z przeszłości. 18 



274 

opowióm ci tu jeszcze, siostrzyczko^ drobną anegdotę, 
o dopiska moim do „Brzegów Wili%^ o czćm sam autor 
w przypisku tamże wspomina. Pisai on je w WUnie^ 
bawiąc tam z rodziną przez zimę w r, 1842* Raz 
przyszedłszy do nich rano w niedzielę, nie zastałem 
nikogo w domu; na stoliku zaś Chodźki leżał tylko co 
napisany w nocy ustęp o budowie kościoła w Źodzi- 
szkach, kończący się opowiadaniem, jak djabeł, chcący 
tój budowie przeszkadzać, przenosił codzień w nocy 
na dragi brzeg rzeki przygotowane do niśj kamienie, 
i raz nie dostrzegłszy w ciemności siedzącego pod 
jednym z nich Jezuickiego braciszka, objął zarazem 
kamień — „i cap za Jezuitę.^ Na tych słowach kończył 
się rękopism. Przyszła mi więc myśl pu^ta przedłu- 
żyć żartem ten obraz, i sam śmiejąc się do rozpuku, 
dopisałem całą scenę borykania się porwanego braciszka 
z djabłem, który zahaczywszy pazm^em o święconą 
pod habitem d]*ócianną katenę, i nie mogąc go z uiśj 
wydostać, a przytóm, przez niemniej przestraszonego 
braciszka ciągłemi eksorcyzmami smagany, musiał się 
zobowiązać nakoniec, że nadal budowniczym przeszka- 
dzać nie będzie. Dopisek ten, nie byt bynajmniej 
w planie dalszym samego autora, wszakże tak go za- 
bawił, iż zostawił go na pamiątkę, powód tylko wy- 
mieniwszy w przypisku. 

Ale wszystko to było o wiele lat już późniój od 
owśj pićrwszój mojój wizyty w Dziewietni, o którój 
tu mówić zacząłem, a na którój się w życiu mojóm, 
jak już wyżój rzekłem, kończy piói^wszy peryod szcz^ 
śliwój i niczóm dotąd prawie niezachmurzonój młod< 
ści^ Ale tu właśnie mógłbym zastosować do siebi 



1 



275 

iwa Bji*oiia, w wiersza pod tytiilem; „&w« (T%^ 
mi). 

^A dtantje came o' er (ke spint of n^ dreajn,'' 

\ Które Adam wytlómaczyl po polsku: 

„Ta naszła zmiana w scenach mojego widzenia.** 
A do czego jeszcze w tym razie moźnaby było 
iaiS; i prBetnacizema. 

Napomkiiąłem już yiyU], źe znaleziony w pa- 
eraeli Massalskiego list Jankowskiego, pisany do 
?o, spowodował zabranie tó^ papierów tego ostat- 
ro, i nakoniec aresutowaide jego samego, Janków- 
jeden w całem Gronie Błękitnóm, odznaczał się 
^ Lotiiiej nie zapałem, lecz zapateóstwem; t. j. w słowach 
'ffzesadą uczucia, z którego sam szukał swej chluby 
L chdał przez to wy wyruszać się nad innych. Przyszło 
io t^go, iż mu zabroniono formalnie czytać na posie- 
rlzeniach swoje wiersze, któreby wprzód nie przeszły 
przez cenznrę przewodnika, i nie przeci\riły się wy- 
■iźnym, zasadniczym prawidłom Towarzystwa; aby 
ijiiiki i moralnśj pracy nad sob^, zgoła z polityką me 
iiiu-^^zad Obm^ał się na to Jankowski, i po swojemu 
'isał sam dla siebie. Me dziw więc, że po zabraniu 
pism jego, treść ich stała się obwioieuiem autora. Źe 
y|LS w owym liście jego do Massalskiego, była właśnie 
^Qwa o wierszach i o czytaniu ich na literackich 
wtorkowych zebraniach u Czeczota, z którym i ja 
;em mieszkałem; poszło ztąd. iż dla bliższego wy- 
lenią rzeczy, Czeczota powołano do tlómaczenia 
w Wibiie, a po mnie na wiei przysłano. Było to 
początku października (1823 r.), w kilka tygodni 
łwrócie moim od Chodźki, Ojciec mój był chory 



276 

óblbżme: wyjazd więc nagły z domu, w nocy, i podi*ó^ 
w słotę jesienną, byJy aiTy-niewesołej a pióinvszy 
promyk pociechy w tym stanie, jak zawsze i we wszy- 
stkich najważniejszych okoliczDOŚciach życia, poezyi 
i płci pięknśj zawdzięczam. 

Towarzyszący mi oficer poUcyJoy pozwolił mi 
pomodlid się chwilę w Ostrćj -Bramie, poczśm zawiózł 
mię wprost do mieszkania p» sowietnika gubemialnego 
rządu, Ławrynowicza, który miał poruczone sobie roz- 
patrzenie całśj tśj sprawy; że zaś właśnie spał po 
obiedzie, kazano mi czekać w salonie. Na stole leżało 
kilka zeszytów „Dziennika Wileńskiego/ a źe jeden 
był rozłożony — zajrzałem, i, o! dziwo! rozłożony na 
mojśj balladzie „Myśliwiec." Winnych zeszytach widać 
było powtykane zakładki, i z coraz rosnącśm podzi- 
wieniem ujrzałem, że oznaczały właśnie miejsca, gdzie 
były dinikowane inne moje ramoty. Sam nie wiedziałem 
co myślśó, i najprzód przyszło mi do głowy, że szu- 
kano w nich może jakiegoś corpus delicU, o coby mię 
można było obwinie. Nagle otworzyły się drzwi boczne, 
i jakaś młodziuteńka śliczna panieneczka, wbiegła 
szybko, i jakby zadziwiona mdokiem gościa, popatrzała 
na mnie przez chwilę, zarumieniła się, udygnęła, 
i znikła. Była to panna Laui*a, najstarsza córka go- 
spodai'za. Ona to, jak dowiedziałem się późniśj, po- 
wybierała właśnie te numera przeszłorocznego ^Dzien- 
nika'* i dała je do przeczytania ojcu, który był także 
lubownikiem wierszy, przed oczekiwanóm mojśm przy- 
byciem. Podziw więc i jakby przestrach na wi k 
niby niespodziewanego gościa, był tylko panieusk n 
udaniem. Po chwili weszła matka— ale z takim 
razem twarzy i z takiem współczuciem w spójrz£ 



"i 



f 



k 



277 

że nim słowo mogła przemówić, aam juz jśj widok dla 
mnie byl jak zablysk słońca śi^ód burzy. Od oficera 
wiedziała, że zostawiłem ojca chorego obłożnie^ a że 
sam byłem jeszcze w żałobie po matce, to wszystko 
tak ją widać wzruszyło, że piórwćj płakać^ niż mówić 
zaczęła; co znów taką mię wzajem przejęło wdzię- 
cznością, że słowa jeszcze nie wyrzekłszy oboje, wi- 
taliśmy się jak najlepsi znajomi, i ja raptem sam 
w sobie poczułem się nie więźniem, lecz gościem, „Bądź 
pan spokojny!— było pierwsze jśj słowo— mąż mój mó- 
wi, że to jest bagatela^ i że będzie się tylko trzeba 
wytłómaczyć." Poezćm w dalszśj rozmome objaśniła 
mię o co rzecz idzie, i tyle mi okazała życzliwości 
»erdec2nąj, że chwila ta przez całe życie jest dla 
mnie zawsze miłótn i rozrzewniaj ącóm wspomnieniem. 
Tu także mam za obowiązek sumienia powiedzieć 
stów pai-ę o jśj mężu, a mianowicie, że nie byl on by- 
najmniśj takim w gnmcie duszy, za jakiego go potśm, 
% powodu właśnie dalszego ciągu tćj sprawy, obwołała 
cliwilowo opinia publiczna. Serce w nim było dobre, 
nawet miękkie; tempemment tylko nieznośny: porywczy 
i opryskliwy w pi6i'wszśj chwili wi-ażenia, nad którćm 
sam zapanować nie umiał. Ale był on takim samym 
i w domu, w obejściu z żoną i z dziećmi, które przecież 
kochał namiętnie. Tylko, że żona i dzieci, (a miano- 
wicie córki), znając jego natm^ę, umiały go nie tylko 
ugłaskać, ale nim nawet podług woli swojój kierować; 
podczas gdy nieświadomi i obcy, złe tylko, ma się ro- 
^^mieć, odnosHi wrażenia, a z pozoi^ów sądząc o gruncie, 
li go za okrutnika 1 wroga> A przecież, w istocie 
czy, nie byl on ani jednym, ani dinigim; a chociaż 
ły o stanowisko swoje, jawnie się z pi^zeciwnemi 






278 



me 1 



uczuciami nie zdradzał, to pewna, że sam nigdy me 
chciał szkodzić nikomUj a nawet, że o ile ni6gt bez nara- 
żenia się własnego, rad był owszem dopomódz w poti-ze- 
bie. Miałem późniśj nieraz sposobność poznać go pod 
tym względem bliżśj, i przekonać się o tóm sam przez 
siebie; i to wszystko co o nim tu mówię* jest szczeróm 
i sumiennśm świadectwem^ chociaż na jego popai-cie 
nie czas tu ani miejsce pojedyncze szczegóły przyta- 
czać. Powziąłem ztąd wszakże naukę, jak mylny jest 
sąd ludzki z pozorów, i Jak słusznie powiada „Żeglarz*' 
u Adama: 

„Chcąc mnie sądzie, nie ze mną trzeba być— lecz we mnie," 

Chociaż i sam Adam, niestety, nie jest wolny od 
zai'zutu w tym względzie, za swój nazbyt doraźny, 
a co gorsza, niesprawiedliwy sąd, o nieszczęsnój ofierze 
piorunu, wydany jakby tylko dla poetyckiego effektu, 

Ale wracając do chwili, o którśj mowa; Fo dosyć 
długićm jeszcze oczekiwaniu mojóm w salonie, wszedł 
nakoniec sam pan Ł. w szlafroku i na wpół boso^ bo 
tylko w pończochach, z twai^zą jakby jeszcze zaspaną: 
ale uprzedzony widać przez żonę, był dla mnie od 
piórwszśj chwili nie tylko gi^zecznym, ale prawie nawet 
uprzejmym. Zaczai od rozmowy o wierszach, które 
świeżo czytał w „Dzienniku," i jakby a propos dopióro 
zapytał mię o naturę literackich wtorkowych zebrań 
u Czeczota. Opowiedziałem wszystko jak było w istocie, 
i on sam wysłuchawszy uznał, że przyjacielskie zbie- 
rania się kolegów, dla wzajemnego sobie czytania pi'^^ 
swoich, nie miały nic w sobie zdi^ożnego, byleby pr ^ 
same zdrożnemi nie były. Pozwolił mi więc wya ^ 
zaraz sztafetę do ojca, z obietnicą, że sam wki*^^ 



279 

powrócę; i ponieważ zaczynało już zmierzchać, o^ożyl 
do podania światła odpowiedź moje na urzędowe py- 
tania^ które miały mi być podane na piśmie, a tym- 
czasem pozwolił, a nawet raczój zaprosił, abym poszedł 
do jego żony i dzieci. Oprócz widzianej już panny 
Laury, była młodsza jój siostra, dwóch braci, piórwszo- 
letnich uczniów uniwersytetu, i młody ich kolega, 
który mieszkał u nich, znakomity potom obywatel na 
Żmndzi, pan Adolf Przeciszewski. Wszyscy przyjęli 
mię tak serdecznie, że nim godano herbatę, byliśmy 
juź przyjaciółmi nawzajem. Po herbacie wydano mię 
znów samego do salonu, abym odpisał na urzędowe 
pytania. LeżiJy przygotowane na stoliku, gdzie tóż 
w stosie innych papierów, ujrzałem jakby umyślnie 
wysunięty arkusz, w którym od razu rękę Czeczota 
poznałem. Były to odpowiedzi jego na też same py- 
tania. Ułatwiło to mi moje zadanie, po ukończeniu 
którego, czekałem aż mię gdzieindziój przewiozą. Tym- 
czasem zaproszono mię znów na wieczerzę, a że byłem 
widocznie znużony, sama pani zaproponowała uprzejmie, 
abym się zaraz uda2 na spoczynek. „Ale dokąd?** 
pytałem wieUdemi oczyma — nie słowy. Panna Laura 
z wesołym uśmiechem oświadczyła, iż chce być sama 
„moją Aryadną"— i wraz z siostrą i kawalerami, za- 
prowadzili mię wszyscy na górę, na dinigie piętro na 
tych samych wschodach, gdzie wakowały właśnie dwa 
pokoje, przeznaczone na kwaterunek oficerski, a które, 
jakby w gościnie, przygotowane już dla siebie znała- 
"^'^m. A nie mogło to przecież dziać się inaczćj, jak 
poprzednióm zezwoleniem ojca, chociaż on sam na 
;ór wcale się do tego nie mieszał. Nazajutrz za- 
)szono mię znowu na dół, na herbatę rano, i za- 



280 

trzymano dzień cały; sam zaś pan Ł, m.'óciwszy z sessyi 
urzędowój, oświadczył mi przy obiedzie^ iż będę mógł 
niezwłocznie powi'ócić do ojca, skoro tylkOj dla zakoń- 
czenia sprawy, Jankowski na ostateczne jeszcze za- 
pytania odpowió. Trwało to tak przez ti'zy dni* 
Czwartego nakoniec rano, Jankowski przybył pod 
sti'ażą i został, jak ja przedtóm, zamknięty w tymże 
salonie. Widzieć go nie było można, ale ponieważ pi- 
sał bardzo (Uugo, bo prawie do zachodu słońca, pozwo- 
lono mi posłać mu ciastek z cukierni i pół butelki wi- 
na. Mógłżem przewidzieć wtedy co on pisze?— Dowie- 
działem się otom późniój, ale skutki pocziUem zai*az. 
Nie już zebrania wtorkowe, których natura wy- 
jaśnioną została, ale własne tylko jego ramoty poczy- 
tane mu były za winę, za którą sam już tylko miał 
być odpowiedzialnym. Zląkł się zatóm o siebie, i wo- 
lał poświęcić dragich, myśląc, że się sam praez to 
ocali. Z zapaleńca przedziergnął się w delatora, i co gor- 
sza, w kłamliwego po^warcę. Wyjawiając sam dobrowol- 
nie przeszłe istnienie Filaretów, ich wpływowi przypisał 
to właśnie, co w nim oni najsurowiój karcili. Zwyczaj- 
na kolej wszystkich zapaleńców przez pychę, skoro sa- 
mi w niebezpieczeństwo popadną; tysiączne potwier- 
dzenie tój odwiecznój prawdy: 

„...że o mocy swojój. 

Kto w ni^j zbyt ufa, w próbie nie dostoi." 

Nazajutrz, zamiast jak zwykle wezwać mię ra- 
no na herbatę na dół, przyniesiono mi ją na gói 
i w ślad za tóm pocieszycielka i opiekunka moja, pa 
na Laura, wbiegła z bratem zalana łzami, z wiad 
mością, że musiało zajść coś bardzo złego, bo ojci 



281 " 

jest w najoki^opniej gzym linmoi^ze, piorunuje na Jankow- 
sldegOj i chciał umie kazać zaraz przeprowadzić 
gdzieindziej • Trafne widać wstawienie się żony i có^ 
rek sprawiło, że miał jakoby powiedzieć nakoniec: 
»A no, to niechby chyba zachorował!'' — Zachorowałem 
zatćm, i chorobie tój winien byłem, że nie tylko przez 
Idlka jeszcze tygodni pozostałem na miejsca; (chociaż 
w całkiem odmiennych warunkach, mając ju'^ straż 
w przedpokoju i rzadko baj'dzo kiedy, i to ledwo na 
chwilę, protektorkę maję widując); ale że i w polowie 
Grudnia dopiśro» powołano ronie nakoniec do indaga- 
eyi, kiedy już cała sprawa zkądinąd dostatecznie ro- 
zjaśnioną została. 

W klasztorze XX, Kannelitów, przy Ostiój Bra- 
mie^ dokąd mię w Listopadzie wreście przeniesiono, 
zaatalem już kilkunastu (16 jeśli się nie mylę) kolegów, 
a między nimi z Błękitnego Grona; Emeryka Stanie- 
wicza i Jana Zahoi^kiego, poetów- Z piśrwazym mie- 
szkaliśmy w celach tuż obok, mając piec wspólny z ogniem 
z jego strony, i tak cienką ściankę za piecem, że mo- 
gliśmy codzieó wieczorem odmawiać wspólnie litanię 
do N, Panny, podczas gdy ją w Ostrój Bramie śpiewa- 
no. Młodość, wiai-a^ nadzieja, i sąsiedztwo dobrych przy- 
jaciół, były taką osłodą dla wszystkich, że każdy potom 
czas tśj wspólnś] rekoUekcyi z rzewną przyjemnością 
wspominał; a i co do wewnętrznego, tak moralnego jak 
i umysłowego wykształcenia, była ona— dla mide przy- 
najmniśj — ważną w mlodśm życiu epoką. Mieliśmy czas 
— jść w siebie i zastanowię się nad sobą; a że przytńm 
żua było mieć xiąźki, ja w ciągu tych kUkn miesię- 
przeczytałem zapewne więcśj, niż w ciągu kilku 
poprzednich^ i to samych arcydzieł literatmy em'o- 



282 

pejskiój, których nam uprzejmy p, Moritz^ xięgarz, 
z dobrze zaopatrzono] czytelni swojśj dostaiTzał. Mu- 
za także nie próżnowała, i większa cześtó weszlych 
potom w skład piórwszego wydania moich ramot, wten- 
czas właśnie f napisaną została* Wenę tę rozbudziła 
we mnie zwłaszcza dumka Bohdana Zaleskiego^ 
^0 Hetmanie Kosińskim/ którą w „Bibliotece Pol- 
skiój," wydawanój przez Dmochowskiego znalazłem, 
i tegoż dnia po jój przeczytaniu napisałem na tęż 
miarę piosenkę, która się dotąd tu i ówdzie powtarza, 
zaczynającą się od słów: 

Precz, precz od nas smutek wszelki, 
Zapal fajki, staw butelki, 

Niech wesoły, 

Z przyjaeioły, 
Słodko płynie czas! i t. d. 

Piosenka ta, stosowana do okoliczności, a zawie- 
rająca toasty na cześć Zana, Czeczota i Adama, stała 
się wki'ótce jakby obrzędową, i śpiewana zwykle chó- 
rahiie, zróżnemi dodatkami iwaryantami, rozweselała 
nam wspólne skromne biesiady, po zamknięciu furty 
klasztomój. 

Około połowy Lutego, 1824 rokn^ cele klasztome, 
zajęte przez świeckich gości, zaczęły się powoli opró- 
!^niać, aż i mnie wi'eście, przy końcu miesiąca, pozwo- 
lono wziąć na porękę, którą dać za mną raczył p, gu- 
bernialny Mai^szałek, Marcinkiewicz-Żaba, przedtśm jnt 
wielce na mnie łaskaw, i w którego domu bywałei" 
Adam jeszcze do końca Marca, czy do piśrwszych d 
Kwietnia, (bo dat z pewnością przj^omnieć nie umiem 
pozostawał u Bazylianów, Widyw^tfem go wszaki 



283 

codzieii zdaleka, spacerując o pewnych godzinach po 
bulwai^kn za Ostrą Bramą, naprzeciw okien klasztornych; 
aż "Wi^eście dnia jednego powiedział mi pan ŁawiTno- 
wicz, że i oa tśż nazajutrz ma staó się panem awśj 
woli. PiśiT^szy zatóm spotkałem go w bramie rzą- 
dowego gmachUj przy ulicy Ś-to Jańskiój, gdy jnź sam 
jeden swobodnie zkomissyina ulicę wychodził. Wstą- 
piliśmy najprzód na chwilę do kościoła Ś. Jana, 1 po- 
szliśmy wprost ztamtąd na obiad do pani Macewiczo- 
wśjj gdzie już siostra jśj, pani Kowalska z KoAimaj od 
dni kilku na dzień ten czekała- Wszyscy witali go 
z rozrzewnieniem; on był wesół i żartobliwy- Mie- 
szkanie miał mieć w domu pani M., (gdzie była Zielona 
Apteka), lecz że w tój chwili właśnie było ono jeszcze za- 
jęte, ja go tymczasem zaprosiłem do swego, w domu 
Ważyńskich, za Eatoszowym placem, dokąd pani M. 
pościel i niektóre sprzęty przysłała. Mieszkaliśmy 
tam razem czas jakiś, aż mi pozwolono nakoniec poje- 
chać nawias do ojca, a on przeniósł się na stały pobyt do 
domu pani M., i jako gościa do siebie Jeżowskiego za- 
prosił. 

Za powrotem ze wsi do Wilna, zastałem już wia- 
domy częściowy wyrok w sprawie naszój, to jest, że 
Zan, Czeczot i Adam Suzin, mieli jechać do Orenbui-- 
ga. Los innych był jeszcze nie pewny. Adam tylko 
przepowiadał stanowczo, iż miał być podobnym do 
tamtych. A było to, jak dowiedzieliśmy się późniśj, 
w skutek tajemniczój jakiejś przepowie(hu, którą on 
««m w sobie, w kształcie jak gdyby wewnęti*znego gło- 
^, wpół drzómiąc kiedyś u Bazylianów posłyszał. 
(ie chciano mu wszakże wierzyć, zwąc go owszem 
ptakiem złój wróżby". Tymczasem zaś trzśj wyżój 



284 

wspomniani mieszkali wszyscy razem w klasztorzeBa- 
zyUanów, gdzie ich wolno było odwiedzać, za poprze- 
dnióm jednakże pozwoleniem władzy, które łatwo by- 
ło otrzymać. Tu się zaczęła epoka improwizacyi, sta- 
nowiących odtąd rys ważny w poetyckiśm dalszńm ży- 
cia Adama. 

Wspomniałem już nieraz wyżśj, że wszystkie ko- 
leżeńskie zabawy Filaretów, oki^aszane były zazwyczaj 
tak zwanemi jambami, to jest deklamacyą napisanych^ 
lub improwizacyą żartobliwych wierszy; w czśm celo- 
wali zwłaszcza Kułakowski i Frejent, ale brali tóż 
udział i inni. Ale to były tylko wprost wesołe żarty^ 
w których Adam wielce podobał, ale sam się do nich 
nie mieszał. U Bazylianów dopióro, dla rozweselenia 
kolegów, zaczął i on podobni) naśladować niekiedy ich 
przykład, ale także tylko dla żartu, przy akompania- 
mencie fletu Prejenta. Z opowiadania wiśm, że razu 
jednego Prejent, przekomai*zając się poecie, zaczął 
przyśpieszać tempo, w nadziei iż śpiewaka zmitręży, i że 
ten tóż ciągle zmieniając i ski*acając miarę wierszową, 
a treść dalszą do grajka stosując, bez tchu już prawie 
nareście, zwycięzką improwizacyą swoją zakończył je- 
dnosyllabowym wierszem: „Dośćl" — Ale to wszystko była 
tylko igi*aszką dobrego humoini. Piśrwsza dopiśi^o impro- 
wizacyą na seryo, wyniknęła z następującego powodu. 

Było nas kilkunastu wieczorem w celi Tomasza 
Zana, gdzie tóż przyszli Suzin i Czeczot. Ten ostatni 
zanucił przy gitarze świeżo ułożoną przez siebie poże- 
gnalną piosnkę, w ludowym dyalekcie rusińskim, o od- 
locie dzikich gęsi na południe i o wyjeździe na północ 
z nadzieją i bez nadziei powrotu; która tak wszj 
stkich wzruszyła do głębi, że płacz ogólny stał s: 



285 

wtói-em pieśni, a śpiewak przedmiotem uścisków. 
Adam nagle zawołał na Prejenta, aby zagi*ał nu- 
tę „Filona^'' którą zawsze lubił najbardziój; stanął 
^w środku, i zaczął improwizować balladę. Treść 
i forma pełue prostoty. Poeta opowiadał z początku, 
a raczój nucił, spokojnie; ale twarz jego przeobraziła 
się nagle; glos nabrał dziwnój rozciągłości i mocy, 
przy śpiewie strof ostatnich; a to przemienienie twa- 
rzy i glosu^ tak dziwnie i tak głęboko podziałało na 
wszystkichj iż przez pięć minut może trwało ogólne 
milczenie, ai nakoniec wrażenie podziwu, wybuchło, nie 
oklaskami, ale rozrzewnieniem ogólnóm. A i on sam 
w tśj chwili podobnym był do owego gi'ajka w „Panu 
Tadeuszu," który Jakby sam swojej dziwił się piosen- 
ce," i którego tak cudnie potem sportretował poeta. 
Od tśj chwili improwizacye weszły, rzec można, 
Ba porządek dzienny, przy wszystkich dalszych kole- 
żeńskich zebraniach, które właśnie w tym czasie, od 
Maja do Lipca, bywały tak tu, jak i gdzieindziśj. To 
gdzieindziej atoU stosuje się prawie wyłącznie do mie- 
szkania adwokata-rejenta, Stanisława Golickiego, w di*u- 
gim domu marszałka Żaby, przy zaułku Ś. Kazimierza, 
które jyło obszerne, i do którego mię gospodarz, po 
moim powi'ócie ze wsi^ jako gościa na współlokatora za- 
prosił, Piśrwszą inaugui-acyą tych zebrań u niego, 
był obchód imienin gospodarza, (dnia 8 Maja), które- 
gośmy wszyscy lubUt, tak dla jego bystrego dowcipu, 
jak i dla uprzejmości serdecznśj. Na imieninach tych, 
EL przy toaście wydeklamowałem żartobliwy wiersz do 
olenizanta, będący parafrazą ody Horacyusza: ,^Aequam 
nemento rebus in arduis servare mentem^^ i zawierający 



286 

allttzye do różnych własnych jego senteDcyi i wyrażeń ^j. 
Przytaczam go tu w przypisku, aby dać wyobrażenie 
o tonie, jaki w towarzystwie panował, a którym wła- 
śnie rozweselony Adam, sam dobrowolnie z długą im- 
prowizacyą wystąpił. Była to druga z rzędu, po owńj 
klasztomśj, tylko że w tonie całkiem odmiennym, jen 
wialno-dowcipnym, o powołaniu prawników, porówny- 
wając je w żai'tobliwy sposób z powołaniem lekarzy 
i poetów, i charakteryzując pobieżnie wszystkich sła- 
wniejszych adwokatów i doktorów wileńskich, i nako- 
niec koUegów, braci w Apollinie. Dostało się przytóm 



i 



^Nie bądź k..m, Stachu, nie nadyniaj pyeka^ 
Gdy ci Fortuna złotym wozem błyska, 
Lub gdy jej furman, Los, biczem cię elilośuie, 
Nie becz załośntel 

Wszystko na świecie tfu przeciw wieczności! 
A więc na djabła trud, zabiegi, przymus? 
Jedno, czyś jasny blaskiem wielmożnosci, 
Czyś „HumlllimuE!.^ 

Bo śmierć brat za brat pachołkiem czy a panem, 
Łap za kark ręką, i abszyt kolanem. 
Człowiek fajt w górę! potom na kształt piłki, 
Pęc na mogiłki. 

Coż ci po pełnych ankarach lub skrzyni?-- 
Gdy cię wielebni chwycą Bernardyni, 
"Wnet je twój niby żałujący śmierci, 

Dziedzic przewierci, 

„Dziś mnie, a jutro!..** — lecz dziś jeszcze naezei, 
A dzisiaj właśnie dzień twojego święta, 
Więc, przyjaciele! brzęk czasza o czaszę I 
Zdrowie Rejenta!" 



■287 



ClOl 



;demu po sporćm aiiai-enku pieprzu^ które poeta 
'szak'^6 tak umiał ozłocid^ że mkomu z obecnych nie 
j'awilo goryczy, a zai improwizatorski jego talent 
oczaclt wszystkicli wysoko podniosło. On sam widad 
ni go w sobiSj gdyż chętnie i coraz częściej sam 
siehie, bez próab i nacisku, dalsze odtąd pr6by pona* 
, liie mówiąCj ale nócąc, zawsze prawie na nutę 
Najogólniejszą cechą własnego jego przjrtśm 
osobienia bylOj że zaczynał zwykle powoli^ zimno, 
jakby wahające; ale się stopniowo ożywiał, i jeśli 
rzedmiot był po temn, to się zapalał i unosił; a wte* 
glos i twai*z jego przybierały taki Śzczegóby ton^ 
razi charakter, że już więcśj może niż same słowa 
wrażenie słuchaczów, w magnetyczny sposób dzia- 
Mgdy jednakże pod tym względem nie był ou 
ż takim w Wilnie, jak za piśrwtszej improwi^acyi 
Zana^ i jakim musiał być zapewne w Odessie, Mo- 
ej Petersburgu i nakoniec w Pai^żn, na wigilii 
Januszkiewicza, gdzie wszędziej jak wiadomo, wzbu- 
dzał takie podziwienie i zapal, źe już to prawie z cu- 
dotwórczością graniczy, A trzebaź jeszcze i na ta 
miętaćj że wiele z tych improwizacyi wypowiedzia- 
ch było prozą, i to po francuzko, a więc pozbawio- 
nych całego zewnętrznego lu^oku formy, jakim jest 
iTionia miary i rymu,— I cóż więc stanowiło ten ich 
rok tak nieprzeparty? Nikt zapewae nad ciebie, sio- 
rzyczko, nie mógłby odpowiedzieć lepiśj na to zapy- 
.nie. Ty, coś sama, ledwo wyszła z dzieciństwa, spi'a- 
iała podobneż uroki; o którój wieszcz nasz, prawdzl- 
ie natchniony, Zygmunt Ki'asiński powiedział: Jonie 
imjomę^ ale pr$ez dńewczę mówił;'' ty jedna chyba 
mogłabyś nam objaśnić^ „co mmmlo press^ niego? gdy- 



> 288 

byś sama nie była już powiedziała gdzie indziój, że 
natchnienie, co samo tylko „wszystkie tajemnice roz- 
jaśnia, jest oraz najgłębszą z tajemnic" i że: 

„Najcięższa z zasłon kryje tę prawicę, 
Co wszystkie inne rozsuwa zasłony. 
Ach! ten więc byłby najwyzśj natchniony, 
Ktoby natchnienia poj%ł tajemnicę!" 

Ze wszystkich atoli ówczesnych improwizacyi Ada- 
ma w Wanie, jedna już chyba ballada „Basza^"^ (slhoEere- 
gat)yktór&j część piśrwsza improwizowana byłana wieczo- 
rze u Golickiego, a druga wyśpiewana naostatniśm, po- 
żegnalnśm zebraniu kolegów, przypomniała nieco w:^yw 
i wrażenie owśj piśrwszśj improwizacyi w klasztorze. 
Nikomu z razu nie przyszło do głowy ażeby je spisy- 
wać, i przetoż wszystkie prawie w niepamięci zginęfy; 
gdy zaś wreście chciano to czynić, on stanowczo oparł 
się temu, mówiąc, że mu to wenę odbiera. Zręczne- 
mu tylko podstępowi jednego z kolegów, (uczonego bo- 
tanika, Stanisława Górskiego), i przy pomocy pamięci 
innych, udało się ponotować „Baszę; ** a zaś ja, przez 
przyjaźń dla Olesia Chodźki, spamiętałem apostrofę do 
niego. Stanowiła ona część (Bugiśj improwizacyi do 
wszystkich innych kolegów po lutni, w którśj hojnie 
na wszystkie strony szumnemi dla zachęty przepowie- 
dniami szafował. I toć jest, co mi zabrania innych 
z nićj wyjątków przytoczyć. Za ogłoszenie zaś tśj 
apostrofy do Olesia, Adam zbui-czał mię strasznie 
potśm w jednym ze swych listów, (ogłoszonych r' 
dawno w „Kronice Rodzinnśj"). W ogólności najzi 
czajniejszą formą ówczesnych improwizacyi jego, b, 
apostrofy do pojedynczych osób, między innemi do A 



289 



I ma Su2ma, która także spisaną została. Wszyscy tśż 
I inni skłailający rymy i umiejący powtórzyć notę „Fi- 
I łona/ próbowali z kolei improwizacyjnych sił swoich, 
I ale wszystkie te próby płonnym kwiatem bez owocu 
i opadły. Ja zas, ponieważ w całśm życiu mojśm, na 
f równi z jednym tylko Ignacym Domeyką, nie mogłem 
nigdy powtórzyć ani jednój noty, choćby nawet o „ko- 
tka na płotku," musiałem rad nie rad siedzieć jak on 
cicho i mrugać tylko ku nócącym kolegom, a zacze- 
piony zaś niekiedy przez nich, odpowiadałem ki'6tkim 
chyba rymem mówionym, naprędce wprzód ułożonym 
w pamięci. 

Koleżeńskie tego rodzaju zbierania się i zabawy, 
bez oznaczenia dnia, ale jak wypadło, trwały, jak już 
powiedziałem, do Lipca, to jest do czasu wyjazdu Zana, 
Czeczota i Suzina, którzy wszyscy trzśj wyjechali 
razem, i któiych wszyscy pozostający pożegnali tóż 
razem w Ostrój Bramie, gdzie się im pozwolono po- 
modlić na drogę. Ja zaraz potom wyjechałem na wieś 
do ojca, i wi'ócitem do Wilna dopióro w początkach 
Września, po otrzymaniu strasznej wiadomości o cio- 
sie, który dotknął dom pp. Becu, to jest o śmierci jego 
samftgo od udei*zenia piorunu, i o zranieniu w twai*z 
panny Hersylii szkłem od roztrzaskanego okna, przy 
którśm właśnie w salonie w chwili uderzenia siedziała. 
Adam wywdzięczając się za gościnę u mnie, za- 
prosił mię na mieszkanie do siebie, w domu pani Ma- 
cewiczowśj. Składało się z dwóch pokojów. Pierwszy 
mował Jeżowski, my we dwóch mieściliśmy się 
drugim. Na gościach kolegach nie brakło, ale na- 
ój ogólny był smutny, różny całkiem od tego, jaki 
lował przed Lipcem. Tam była jakby wesołość wio- 

Wspomnienie z przeszłości. 19 



290 

sny, po wydobyciu się z pęt zimy; tu jak mglista, po- 
sępna jesień, zagrożona znów błizką zimą. Przepowie- 
dnie Adama, wbrew oczekiwaniom ogólnym, z każdym 
dniem nabierały prawdopodobieństwa; aż przyszła wre- 
ście wiadomość stanowcza, iż on sam i kilkunastu 
innych kolegów, którzy byli już w naukowój służbie 
publicznśj, albo się do niśj na koszcie uniwersyteckim 
kształcili, miało otrzymać posady w innych guberniach 
cesarstwa. Domeyko Ignacy, Kozakiewicz Stanisław, 
i Piasecki Kazimierz, zostali internowani na wsi. Be- 
szta młodszych otrzymała amnestyą ogóhią, z warun- 
kiem tylko zwrotu kosztów procesu. Termin wyjazdu 
dla mających wyjechać nie był jeszcze oznaczony sta- 
nowczo, zalecono jednakże wszystkim, aby się mieli 
w pogotowiu do drogi. Oczekiwanie tego rodzaju nie 
usposabiało jużciż nikogo do wesołego humoru; dla 
mnie zaś dom pani Becu, okryty żałobą, jeszcze bar- 
dziśj tęsknotę pomnażał. Najlepsze i najpamiętniejsze 
mi z tśj epoki chwDe przepędzaliśmy zwykle w domu 
pani Macewiczowśj, gdzie J3-ko najbliżsi sąsiedzi byliśmy 
nie już gośćmi, ale domowymi, i jeżeli nie codzień, to 
przynajmniój kilka razy w tygodniu, kończyliśmy tam 
nasze wieczory. Berżerka grała prześlicznie, Adam 
lubił jśj słuchać, a zwłaszcza lubił ją samą; miał tóż 
szczególne upodobanie w gi^ze w kixa z panią Kowal- 
ską, matką, która wtedy w Wilnie mieszkała. A i myśl 
o swatowstwie nie odstępowała go także. Że zaś i ciot- 
ka, młoda pani Kowalska z Kowna, zdawała się j6j 
sprzyjać widocznie: nie dziw, że i ja w końcu zac: 
łem brać ją żywićj do serca. Ale wszystko to b; 
jeszcze w bardzo dalekiśj perspektywie. Tymczas 
kix ten, o którym wspomniałem, a w którym ja i F 



291 

zerka rlopelnialiśmy kompletu^ stanowił zwykłą rozryw- 
kę owych naszych wieczorów, nie obywając się ni- 
gdy bez kosterskich figlów Adama, a ztąd i kłótni ze 
.starą panią Kowalską, które go zawsze w dobry łiu- 
mor wprawiały. Otó^s dnia 22 Października (1824), 
kii ten był prawie weselszy, i trwał dłużśj niż kie- 
dy. Wyszliśmy około pótnocyj i zaraz z dziedzińca za- 
dziwił nas mdok światła we wszystkich oknach na- 
szego mieszkania. Wnieśliśmy^ że Jeżowski ma gości; 
ale nie przewidzieliśtny jakich. Był nim pan kapitan 
kwai'taliiy, Kiukowski, który czekał właśnie na Ada- 
ma, aby i jemu osobiście, jak przedtem już Jeżowskie- 
mu, udzielić dla podpisu rozporządzenie władzy, aże- 
by pojutrze rano gotów był do wyjazdu w podróż do 
stolicy cesarstwa. Wiadomomość tę udzieloną gi'zecznie, 
Adam przyjął spokojnie, podpisał— i zostaliśmy sami. 
CfJy ten wieczór, a raczśj noc tę całą, pamię- 
tam zawsze jak wczora. O śnie nie było już mowy. 
Ale za dowód hailu duszy Adama i usposobienia jego 
w tej chwili, może posłużyć następujący szczegół. 
Chodźko Ignacy, za ostatnią przed kilku tygodnia- 
mi bytnością swą w Wilnie, prosił i zobowiązał Ada- 
ma, ażeby do albumu narzeczonśj już jego. Ludwiki 
Mackiewiczówny, wpisał co przed wyjazdem na pa- 
miątkę, i to album w tym celu w ręku mojśm zosta- 
wił. Przypominałem o tśm nieraz Adamowi, ale on za- 
wsze odkładał na potśm. W tśj chwili album zgoła nie 
przyszło mi na myśl; ale on sam, nałożywszy fajkę 
)krywszy się płaszczem, wyszedł do drugiego pokoju, 
)o półgodzinnśm staniu przy piecu, podczas gdyśmy 
mawiali z Jeżowskim, powrócił mówiąc do mnie, aże- 



M0! 



292 

bym dał mu to album. Usiadł w drugim pokoju, i wpi- 
sał w nie ów powszechnie znajomy dziś wiersz: 

„Nieznajomej, dalekićj, nieznany, daleki^ i t. d. 

Nie pozwolił jednakże- odczytać go wtedy przy 
sobie, i reszta nocy zeszła na spokojnśj rozmowie o wy- 
borze, o różnych interesach lub poleceniach do speł- 
nienia przed lub po wyjeździe. Zasnęliśmy dopiśro gdy 
już rozedniało— nie rozbierając się. 

Nazajutrz ruch gorączkowy panował w calom na- 
szóm koleżeńskiem gronie. Termin wyjazdu był ogólny 
dla wszystkich, tylko że w kilkogodzinnych odstępach, 
aby koni na stacyach nie zbrakło. Wyjeżdżający za- 
tśm załatwiali każdy swe interesa,a mający pozostać 
dopomagali im do wyboru. Pomocnikiem Adama w tym 
względzie był zwłaszcza Maryan Piasecki, ten sam, 
który go potem w r. 1829 z Petersburga w podróż za 
granicę wyprawiał. Przeznaczonym zaś towarzyszem 
podi'óży, to jest mającym jechać na tśj samśj bryczce 
pocztowój, był Jan Sobolewski, b. professor gimnazyum 
w Krożach. Adam we dnie oddawał wizyty pożegnal- 
ne. Ja byłem z nim tylko razem u pani Becu, u pani 
Wojskiśj Zaleskiśj, i u Góreckiego. Wszędzie żegna- 
ny ze łzami zachował sam posągową spokojność. Raz 
tylko, kiedy Górecki zanosząc się od płaczu i zwoła- 
wszy wszystkie czworo swoich dziatek, kaz2J:im uklę- 
knąć przed nim, i prosił go, aby je pobłogosławił: raz 
ten tylko wzruszenie przemogło, i łzy nie mogące '^''^ 
ukryć, popłynęły cicho po bladój i drgającśj twa^* 
Mógłże przewidzieć on wtedy, że w małym, kilk 
tnim zaledwo Tadziu, błogosławił przyszłego swój 



293 

sięcia; któremu w rzeczywistej chwili ślubu z najmil- 
szą jego piśi-woroduą Marysią, z tamtego jnż chyba 
świata duch jego błogosławił powtórnie. 



-Dziwnie się jakrvfe plecie 
Na tym ta Bożym świecie; 



kiedy przeszłość niekiedy z przyszłością zestawim. 

Za toż wieczorem u pani Macewiczowej, on sam 
byl nie tylko spokojny, ale nawet żartobliwy z Berż^ką 
i ze starą panią Kowalską, gi'omiąc owszem surowo, 
albo stai^ąjąc się zawstydzić, mnie, Olesia, i Jnljana 
Korsaka, którzy byliśmy razem^ że zły przykład da- 
jemy damom. 

Ostatnia noc pobytn w Wilnie przeznaczoną była 

na ostatnie zebranie i pożegnanie się kolegów, odje^.dża- 

jących z pozostającymi. Była to istna niegdyś chrze- 

ściańska Agape, Odbyła się w mieszkaniu Tomasza 

Massalskiego, w głębi dziedzińca posępnego domu, tuif 

prawie przy Ostrej Bramie, Postanowiono wszakże 

z góry, aby sama nie była posępną. Pieśni, jamby^ 

i mleko, przypominały wszystkim najweselsze czasy, 

Kułakowski wyprawiał pocieszne dyalogi, i nakoniec 

sam Adam, na ogólne prośby, improwizował, przy 

flecie Frejenta, di'ugą część znanśj dzisiaj powszechnie 

ballady „Basza,"' którą Stanisław Górski pouoto- 

wrał z gruba ołówkiem, stojąc za plecyma śpiewaka, 

a drudzy dopełnili pamięcią. Dzwonek na primm-yą 

w Ostrśj Bramie położył koniec biesiadzie, i każdy 

1 był zapewne doznane przytem wrażenie połączyć 

jako razem i zakończyć modlitwą w tóm miejscu. 

am słuchał mszy na galeryi, klęcząc z twai*zą nlay tą 

Iłoniach, Twarz potśm była blada, ale najzupetniój 



294 ; 

spokojna. Wracając, tonem pedagoga mówił do nas idą- 
cych razem o obowiązku człowieka, poddania się wy- 
rokom Opatrzności, która nigdy nie opuszcza nikogo, 
kto wniój z wiarą ufność położy. Stosował to miano- 
wicie do mnie, który nie mając wtedy żadnych pe- 
wnych projektów na przyszłość, prosiłem go^ aby przy 
sposobności, starał się znaleźć dla mnie jakie miejsc& 
w stolicy, gdzie sam, jak pragnął, spodziewał się po- 
zostać. Miałem zwłaszcza na myśli Instytut wscho^ 
dnich języków, w któiym był już Ludwik Spitznagel, 
a Oleś Chodźko tamjije się wybierał. Pocieszaliśmy się 
przetoż nadzieją, że się znów gdzieś razem zbierzemy, 
I gdy już siedział z Sobolewskim na bryczce, poże- 
gnawszy się ze wsystkimi, któi'zy stali dokoła, sądzę 
że nie bez intencyi ostatnie jeszcze słowa zwrócił 
wspólnie do Beróerki i do mnie, ujmując razein ją 
i mnie za rękę, i mówiąc: „No, no! dosyć już tegol 
Obaczymy się jeszcze pewno; tu, czy tam— ale się oba- 
czymy. Bywajcie zdrowi, i niech was Bóg błogosławi!** — 
Dźwięk pocztowego dzwonka oznaczył ruszenie się 
koni. Był on dla nas jak dzwon pogrzebowy. Kilku 
z nas: Oleś, Koraak, Prejent i Domeyko Ignacy, szli- 
śmy jeszcze za biyczką przez ulicę Niemiecką, i do- 
pióro przed Pohulanką, zdjęciem czapek i powiewając 
chustkami, pożegnaliśmy się wzajem zdaleka ze zni- 
kającymi za górą. 

TJłożonśm było już przedtóm, że miałem zamie- 
szkać z Korsakiem; po zabranie więc tylko rzeczy 
wstąpiłem z nim razem do domu. Ale widok opust* 
szałych kątów tak straszne i niespodziane zrobił 
mnie wrażenie, że nie tylko sam zostać dłużćj, ale n: 
wet o własnój sile zejść ze wschodów nie mogłe 



295 

co gorsza, że wszędzie, gdzie bądź poszedłem, czu- 
łem ciągle tęż samą oki^opnośe pustkowia. Nie wiśm 
jakby to długo trwało; bo nim się oswoiłem ztymsta- 
nenij Puttkamer, na dni parę przybyły do Wilna, na- 
mówił mię i zabrał z sobą do Bołciennik. Jakkolwiek 
zas zmiana miejsca i wiejskie powietrze nie musiały 
pozostać bez wpływu, sądzę wszakże, że towarzystwo 
samych gospodarzy było dla mnie naj skuteczniej szem 
lekarstwem. Jak w Wilnie wszędzie tylko nieobecność, 
tak: tutaj, obok Marylli, czułem zda sję jak gdyby 
ciągłą obecność Adama, a widok jśj swobodnie obja- 
wianego żalu, nauczył mię hamować mój własny. Nie 
wyszło mi to jednak na dobre; bo gdy pod wpływem 
tych wi^ażeń, napisałem o nich potśm do niego, on za- 
miast odpowiedzią jakićj się spodziewałem, po kilku 
piśrwszych listach z di^ogi, z Petersburga i z Odessy 
dość regularnie pisanych, zamilld nagle, i dopićro w kil- 
ka miesięcy potćm, w liście z Moskwy, po przybyciu 
ju^ tam z Odessy^ w Lutym 1826 pisanym, dał mi ja- 
wnie do zrozmnienia, że właśnie ów mój list był przy 
czyną, że sam tak długo nie pisał ^). Zrozumiałem 
przyczynę przyczyny, i odtąd już w dalszych listach 
nie wspominałem więcśj o Marylli. 

Tymczasem wiadomości o wszystkich innych mi- 
łych mu osobach były zawsze najpożądańsze dla niego, 
i sam się nawet o nie dopominał. Pamiętam między inne- 
mi list jeden, w którym mi dziękował serdecznie za 
szczegóły o pani Kowalskiej, zawarte w liście moim 
^^'^anym do niego z Kowna, przy posłaniu mu ballady 



^) Ob. Przypisy, 



296 

mojńj „Siisalkij'' napisanej tam z jśj właśnie powodu, 
i które on zawsze „kochanemi" nazywał '). Powód 
ten byl następujący: 

Od początku 1825 roku, mieszkałem znów stale 
w Wilnie j w jednym domu i tuż obok 2 Koi-sakiem^ 
trudniąc się zwłaszcza wydawnictwem ramot moich, 
we dwóch tomikach, na które za bytności jeszcze 
Adama ogłosiłem był prenumeratę, a którśj powodze- 
nie przewyższyło wszelkie moje nadzieje, jak o tem 
świadczyły listy abonentów, podług ówczesnego zwy- 
czaju, w obu tomach dn^feowane na czele. Około po- 
łowy Czerwca^ p, Kajetan Krassowski, ówczesny dy- 
rektor gimnazymn, mianowany wizytatorem szkół gn- 
bemii Wileńskiój i wielce dla mnie uprzejmy, zapro- 
ponował mi wspólną podróż do Kowna, od którego 
miał zacząć wizytę szkół na Żmudzi '). Przystałem 
na to tóm chętnićj, że i Berżerka właśnie w tym cza- 
sie udała się tam na lato do ciotki. Zmrok juź był, 
gdy przybywszy do Kowna, poszedłem wprost do pań- 
stwa Kowalskich. Sama pani siedziała przy oknie 
w salonie, Niewyi*aźny okrzyk podziwu powita- mię 
najprzód gdy wszedłem, a wzruszenie było przytóm 
tak silne, że choć już przystąpiłem bliżśj, przez chwilę 
ani wstać z miejsca, ani słowa przemówić nie mo- 
gła. Pokazało się, że na pićrwszy iTiut oka zdaleka, 
z postaci i z ubrania wzięła mię za niespodziewanego 
Adama, o którym prawdopodobnie marzyła może w tój 
chwili. Byty ztąd potom śmiechy, ale i łzy razem; 



I 



1) Oljacz Diieia A. Mickiewicza. T. VI U, wyd. 1S80. gtr, 1' 
3) Żmudź n&leżala wteJy do gubernli 'Wileńskiój. 



297 

a z t6j to właśuie pomyłki powstał piśrwszy pomysł 
ballady. Do kwiatów zaś z doliny, o któi yeh w nićj 
DiowSj wiąże się także wspomnienie zdarzenia, o kto- 
rśm napomknąłem już wyżój, i obszerniój opowiedzieć 
przyrzekłem. 

Po kwiaty te^ w celu ich posłania, pojechaliśmy 
znów do doliny temi samemi czterema ognistemi koń- 
mij które mię niegdyś przejmowały trwogą, i kt6remi 
znów sam pan Kowalski obok z furmanem powoził, 
W powozie była sama pani Kowalska, jedna z panien 
marszałkówlen Siwickich, i ja z Berżerkąna przedzie. 
Dojechaliśmy szczęśliwie, i od młyna piecbotą doszli- 
śmy aż do końca doliny, nazbierawszy kwiatów po 
drodze, Ale wtśm nadeszła chmui-a i spadł deszcz 
dość obfity j trwający może przez kwadrans. Schro- 
niliśmy się do jakiójś chatki, ale powrót piechotą po 
błocie nie rokował miłśj przechadzki. Posłano więc 
gospodai'za chatki, aby konie z pod młyna sprowadził. 
Przyszły, i myśmy wsiedli do powozu; ale dojeżdżając 
do wzgórza, przez które di^oga szła brzegiem nad szu- 
miącym w dole stmmieniem, ja zacząłem doradzać 
daniom, aby je przejść raczój piechotą. Oburzył się 
nasz AutomedoD na to moje— jak je nazwał— tchórzo- 
stwo; ale mimo to, rada moja trafiła do przekonania^ 
1 damy razem ze mną wysiadły. Rozgniewany tśm 
p. Kowalski, i aby nas zawstydzić, ruszył śmiało kla- 
snąwszy z bicza. Ale grunt był ślizki po deszczu, 
tykę koło osunęło się z di-ogi, i powóz z obu dyszlo- 
ni końmi runął z góry do wody; lejcowe tylko, cho- 
\ również spadły, zatrzymały się jakoś nad brze-- 
n. Chwila była przerażająca. Szczęściem, że ani 
' p. Kowalski, ani furman, prócz lekkiego stłucze- 



298 

nia i zimnój kąpieli, żadnego zresztą nie ponieśli szwan- 
ku. Ale powóz był połamany, i dwa konie pokale- 
czone, a my prostym wozem młynarskim musieliśmy 
powracać do miasta. Pan Kowalski chciał nas prze- 
konać, że właśnie nasze wyjście z powozu, uczyniwszy 
go nazbyt lekkim, były przyczyną katastrofy; ale da- 
my myślały inaczśj, i to moje tak zwane „tchórzo- 
stwo," poczytały za Opatrzne natchnienie. Adam^ 
w liście swym o tśm, podzielał toż zdanie, i wróżył 
mi nagrodę w samśjże Bereżerce za uratowanie może 
jśj życia. Ale to widać nie było sądzono; i tylko 
przyjaźń wzajemna pozostała niezmienną do grobu. 

Podróż ta do Kowna, jak przed dwoma laty tak 
i teraz, była dla mnie wstępem^ do innych, które 
w ciągu tegoż lata w różne strony Litwy, jak gdyby 
na pożegnanie, odbyłem, a z których w myśli i pamięci 
mojśj złożył się i pozostał na całe życie tak uroczy 
i prawie z ideałem graniczący obraz wiejskiego oby- 
watelskiego życia, iż pozwalam tu sobie szczegółowiśj 
nieco o nim napomknąć. Dla przyszłych może kiedyś 
czytelników tych wspomnień, będzie to mogło podużyć 
za ciekawą miarę porównania z chwilą obecną. 

Na dzień św. Jana (24 Czerwca), poręczyciel 
mój, p. marszałek gubernialny, Marcinkiewicz Żaba, 
zabrał mię z sobą z Wilna do majątku swojego Gieł- 
wan, w powiecie Wiłkomirskim, gdzie już cała jego 
rodzina udała się była przedtóm na lato, i miała tam 
w dniu tym właśnie imieniny jego obchodzić. Naj- 
piórwsi obywatele z sąsiedztwa, i nawąt z pogi-a 
cznych powiatów, zjechali się wraz z rodzinami, a 
złożyć życzenia sędziwemu, zasłużonemu i kochane 
powszechnie solenizantowi. Własny dom jego, op'- 



299 



Bdorastającśj jedynaczkij Alinki, składaio gi'ono czte- 
jrech^ rówiennych jój lub nieco starszych kuzynek, po- 
bierających w nim wspólne wychowanie, pod przewo- 
dnictwem swiatłśj i doawiadczonń] mistrzyni, panny 
Kotowskiśj, z Królestwa, lodzonśj siostiy naczelnika 
powiatu w Bial6j Podlaskiój, którego długoletnie obywa- 
telskie ssasługi chlubnie pamiętne tam dotąd. Od lat dwóch 
bytem }nZ znajomy w tym domu, wi'az z inną uniwer- 
sytecką młodzieżą, którą uprzejmy gospodarz, w nie- 
dziele zwłaszcza i w awięta, zwykł był i lubił po oj- 
cowsku przyjmować; od czasu zaś, gdy na prośbę mo- 
jego ojca wziął mię był na swoje porękę, stałem się 
jeśli nie codziennym, to przynajmniśj jednym z naj- 
częstszych gości, a legenda moja ^Jałmużna,'' poświę- 
cona Alince, posłużyła mi za węzeł bliższego, przyja- 
cielskiego, tak z nią samą, jak i z całóm j6j gronem 
stosunku. Otóż dzień ten imienin ojca, w „rozkosznych 
Gielwanach," który doskonale pamiętam, mógłby ujść 
za streszczenie, w kiemnku dodatnim, wszystkich gló- 
wniejszych 17SÓW ówczesnego nastroju i oby watelskie- 
go życia na Litwie. Rozpoczęła go Msza Św., odpra- 
wiona przez kapelana i przyjaciela domu, x. Lubec- 
kiego, o dziewiątym już wtedy krzyżyku, a święcie 
bogobojnego stamszka, na którśj, oprócz rodziny i do- 
mowników, znajdowały się tśż deputacye ze wsi oko- 
licznych, należących do solenizanta, z samych najstar- 
szych gospodai^zy złożone. O południu zaczęli zjeżdżać 
się goście. Najpoważniejszymi z nich byli: Jenerał hr, 
"^ ssakowski, zLukoń, b. adjutant cesaraa Napoleona, 
Ocio-letni podkomorzy Kozakowski, z Kui^an, typ 
popolskiój cnoty, obyczaju, i nawet flzyognomii i m*o- 
którą, równie jak eleganckim polskim strojem, 



300 

w całśj prowincyi się odznaczał. Obaj oei, obok go- 
spodarza i w towarzystwie innych mężczyzn, udali się 
przed obiadem na folwai'k, gdzie tóź dla deputatów 
wiejskich ui-ządzona była biesiada, i razem z nimi, 
miodem zdi"owie solenizanta spełnili. Po obiedzie we 
dworze, całe grono gości wyszło użyć pogody letniśj 
na dziedzińcu, gdzie młodzież popisywała się przed 
damami, już to strzelaniem do wyrzucanych w gór^ 
jaj lub pomarańczy, już harcami, w krąg klombu, na 
koniach, które na pokaz w tym celu wyprowadzano 
kolejno ze stajni. Wieczorem był fajerwerk fabryki 
domowój, i nakoniec tańce przy fortepianie przecią- 
gnęły się do wschodu słońca. A nie obeszło się ts^e 
bez muzyki i śpiewu panienek, oraz kilkakrotnych de- 
klamacyi wierszy, które jeszcze natenczas nie same 
tylko damy, ale i stai*si panowie lubili. 

Wróciliśmy do Wilna na dzień świętego Piotra 
{29 Czerwca), gdyż p. gubernialny mai^szałek musiał 
z obowiązku urzędu brać udział w uroczystym obrzę- 
dzie zamknięcia uniwersytetu, który się w dniu tym 
co roku, w auli uniwersyteckiój odbywał. W tym ro- 
ku nie był on może tak wesołym jak dawniój; nic 
wszakże jeszcze iia zewnętrznśj powadze i pozomój 
świetności nie stracił. Purpurowe togi professorów, 
i srebrne berło rektorskie, w uroczystym pochodzie 
na wezgłowiu przed nim niesione, i następnie przed 
krzesłem jego na stoliku złożone, nie przestały być 
jeszcze godłami dawnego znaczenia i władzy, tój od- 
wiecznój „Alma Mater" Litewskiśj. 

Nazajutrz po świętym Pieti^ze, razem z sąsiad 
moim, Juljanem Korsakiem, pojechaliśmy do rodzic ^ 
jego w Słonimskie, po drodze wstąpiwszy najprzó*^ 



1 



i 



301 

do Bolciennik, a potśm namówiwszy na towai^zy- 
sza dalszśj podi^óży Ignacego Domeykę, dzisiejszego 
rektora uniwersytetu w Santiago, w Chili, a który 
wtedy, jako internowany na wsi, gospodarzył po lite- 
racku w ZapolUj pod Lida, i razem z nami pojecliał 
do stryja, wblizkióm sąsiedztwie od domu Koi-saków, 
Tn nowi ludzie, nowe stosunki i okoliczności, a prze- 
cież nasti'ój życia i obyczaj ten samy> Wszędzie taiŁ 
sama patryarchalna cześłi i miłość dla starszych, za- 
słnżeńszych sąsiadów; wszędzie ta sama przyjacielska 
zażyłość i poufałość między młodszymi, i nakoniec, 
wszędzie podobnież miłe, ua jednaki ton wychowane^ 
i poetycznie zwłaszcza nastrojone panienki. A są- 
siedztwo było tu liczne, z samych prawie zamożniej- 
szych domów złożone. Stolicą jego był Zdzięcioł^ pa- 
rafialne miasteczko, własność i rezydencja znakomitej 
rodziny Sołtanów^ którśj głową naówczas byt sędziwy^ 
a ogólną czcią otoczony, b. Marszałek W. X, Litew- 
skiego; rzeczywistym zaś gospodai'zem Zdzięcioła, mło- 
dy syn jego Adam, nowo ożeniony ze śliczną, uroczą 
blondynką, ostatnią z domu Pociejów. Co niedziela 
i święto, bywający w kościele sąsiedzi zapraszani byli 
zazwyczaj, wi-az z poważnym i światłym pi-oboszczem^ 
na obiad do pałacu, gdzie się już do nocy bawiono. 
Towarzystwo sędziwego mai'szalka składali mianowi- 
cie rówienni mu prawie: p. Ignacy Domeyko, (stryj 
kolegi naszego Ignacego), z Źybuitowczyzny, niegdyś 
sławny mecenas Trybunału W. X, L., i pan Jan Kor- 
k, były szambelan dworu Stanisława Augusta, brat 
Sty Rajmunda, i ojciec Juljana, ze Sti'zały. E,ó- 
innikami młodego Adama byli między innymi: Izy- 
r, i brat jego, Mikulscy, z Wiązowca, bezżenni, i no- 



302 

wo ożeniony Adam Strawiński^ z Nakryszek, którego 
matka, sędziwa i poważna matrona, xiężmczka Cze- 
twertyńska z domu, mieszkała w osobnym majątku 
Mirowczyznie, gdzie tóż uprzejmie częstych przyjmo- 
wała gości. „Strzała" Koi^saków, położona jakby we 
środku, ze wszystkiemitemi domami była w przyjaciel- 
skich stosunkach, a serdeczna uprzejmość gospodarzy^ 
a zwłaszcza gospodyni, Ordzianki z domu, młodśj jeszcze 
stosunkowo i bardzo wykształeonój osoby, dom tńż ich 
czyniła nawzajem celem częstych odwiedzin sąsiadów. 
Że zaś oprócz rodziców i syna, były w nim jeszcze 
dwie córki: śliczna panna Emilia i dorastająca Kostu- 
sia; najbardziśj przeto zestosunkowanym ze Strzałą, 
a i najbliższym codo odległością był dom pani Maryi Dmó- 
chowskiój, (Nahorodowicze), wdowy, matki czterech do- 
rosłych, słynnych z urody córek, i trzech synów. Sa- 
ma pani, typ dawnych naszych staropolskich gospodyń 
wiejskich, rządna, rozumna, pobożna, była przytśm 
dziwnie wesoła, i odznaczała się biegłością w heraldyce 
familijnój. Qd piśrwszój więc chwili poznania, wyna- 
lazła gdzieś w jakiómś pokoleniu węzeł powinowactwa 
ze mną, zkąd wyniknęła nazwa, a następnie i przy- 
wileje „kuzynka." Najstarszy z synów, Wincenty, wy- 
kształcił się potom na znakomitego malarza; w chwili 
zaś, o którśj tu mowa, był znakomitym przewodnikiem 
tańców, które wprost z natchnienia wesołości, po pa- 
rę razy w tydzień, odbywały się zazwyczaj w Strzale, 
przy fortepianowój muzyce pani domu, a na które 
i dzisiejszy rektor w Santiago, regularnie przyjeżd 
konno. Trzebaż mówicS, że wśród takich stosunk 
i otoczenia, w wirze ciągłych, codziennych, odda\ 
nych lub przyjmowanych wizyt, dwutygodniowy po^ 



I 



303 

mój w Strzale przeszedł mi jak uroczy ^sen nocy le- 
tirićj," tak, że niepodobna było przypuszczać^ abym kie- 
dy cos równie miłegOj a cóź dopióro milszego jeszcze^ 
mógł doznać, A jednak i to się stało. 

We dwa tygodnie po powi-ócie moim do domu 
na wsij odwiedził mię tśź nawzajem Koi-sak^ któremu 
i moja rodzina^ i całe nasze Kczne sąsiedztwo, stai-ały 
się, wedle możnościj odpłacić niejako gościnność, któ- 
rej ja w domu jego doznałem. Wigilią, zaś św. Igna- 
cego (30 Lipca)j pojechaliśmy z nim razem do Dzie^ 
więtnij na imieniny gospodarza, (Chodźki), które juki 
młoda jego żona uroczyście obchodziła w tym roku. 
A że w parę dni potom przypadały imieniny panny 
Anieli (2 Sierpnia), które teź niemniój solennie brat 
jój w „Ruskiem Siole *" obchodził: więc i tam całoty- 
godniowy nasz pobyt byt ciągle jakby dniem świąte- 
cznym, W dniu nakoniec, gdy Korsak wybrał się z po- 
wrotem do domu, ja bez trudności dałem się namówić 
do odbycia, jako gość przybrany, wraz z młodą parą 
i jśj siostrą, piórwszśj familijnćj wizyty, o mil kilka- 
naście, do czterech rodzonych wujów samćj pani, pp. 
Bohdanowiczów, mieszkających w powiecie Wilejskim, 
o mil parę jedni od drugich: w Stajkach, wManujłach, 
w^ Zaborzu i w Obodowcach, Wszyscy czterćj zamo- 
żni, i zasłużeni dygnitai'ze z wyborów obywatelskich, 
prowadziK dom na wyższą skalę, a ogólna wszystkich 
rodzina liczyła ni mniój ni więcej, jak czternaście mi- 
łych, ładnych, starannie wychowanych lub wychowu- 
;ych się kuzynek, mniej więcój rówienniczek mo- 
i towarzyszek podróży, i dziewięciu w różnym 
eku kuzynów, którzy właśnie w tym czasie na wa- 
cyach w domu bawili* Przybycie młodej pary do 



304 

domu najprzód najstai'szego z wujów, do Stajek, dało 
hasło cf^emu temu pokrewnemu gronu do spotykania 
jój i gi*omadzenia się koło niój, w coraz przemienia- 
jącym* się sUadzie, tak tam, jak i podczas następnych 
kolejowych wizyt; tśm bardziśj, że uprzejma gościnność 
gospodarzy starała się naprzemian łączyć wszystkich 
w jedno, dla uprzyjemnienia i urozmaicenia swym go- 
ściom pobytu każdy w swym domu. Były więc i do- 
żynki (żyta), i polowania, i rybołóstwa, i wyprawy 
w orzechy lub w grzyby, nie mówiąc już o domowych 
spacerach i tańcach wieczornych, przy muzyce forte- 
pianu. A działo się to wszystko najwięcój gwoli samego 
Chodźki, i jako nowego członka rodziny, i jako znane- 
go już powszechnie litei-ata, „szubrawca*^ i poety. Że 
zaś i piórwszy tomik moich ramot, wyszły w świat 
w początkach Czerwca, poprzedził już był moje osobi- 
ste przybycie: stał on mi się tóż wielką pomocą do 
prędkiego i przyjaznego stosunku z całóm tóm gronem 
młodzieży; co zwłaszcza było miłóm i pożądanóm dla 
mnie, z powodu oddziaływania jużciż i na własne to- 
warzystwo podróżne. A dodaćże jeszcze do tego, dwu- 
dziesty di'ugi rok życia i nowość wszystkich tych 
AVi'ażeń: a nie zadziwisz się, ufam, siostrzyczko, że 
dotąd cały ten peryod życia liczę w pamięci do naj- 
milszych wspomnień, które mi nieraz, jak polarna 
zorza, rozjaśniają nu-ok nocy zimowój. 

A nie koniec jeszcze i na tóm. W powi'ócie 
Chodźko wstąpił ar żoną po drodze do dwóch dobiych 
swoich przyjaciół: pp. Józefa Rahozy, w Serwec" 
i Wincentego Lewkowicza, którzy obaj kawaleroT 
gospodarzyli na wsi nie daleko siebie, i obaj, dla uczc 
nia tych przyjacielskich i damskich odwiedzin, spro 



F 



305 



każdy całe swoje sąsiedztwo, co nam także z tydzień 
crzasii zabr^o. Miałem więc o czóm rozmyślać powi'ó- 
ciwszy nareacie w końcu Siei^pnia do domu, i ealą 
już resztę jesieni poświęcając wyłącznie ku czci 
i służbie Dyannyj już to w orszaku czcigodnego sąsiada 
naszegOj p, Soroki, już sam na własną rękę. z psami 
jego u siebie polując. Aż jakby na uwieńczenie tego 
wyjątkowego cyklu ciągłycli zabaw, pan Lorens (Putt- 
kamer)^ w połowie Września, przysłał do mnie umy- 
ijlnego posłańca, aby mię też na polowanie do Boi- 
eienmk zaprosiiS. 

W „listach moich z Podróży" opowiedziałem 
pocieszną scenę mojego tam pi^ybycia, gdy wchodząc 
do pokoju trafiłem właśnie na opowiadanie o wrzeko- 
mśj śmierci mojśj, z ręki mordercy, któróm przybyły 
wprost z Wilna sąsiad ich staruszek, oboje gospodar- 
stwo ui-aczał; zwymyślawszy wprzód mnie samego na 
popasie w km^czmie, kiedy pa wysłuchaniu cierpliwie 
całej tśj długiśj powieści, sam się mu jako żywy za- 
prezentowałem, a on ta za niewczesny żart ^młokosa" 
poczytał. Drobna ta na pozór okoliczność, przez współ- 
4? żucie okazane z ich strony, a przez wdzięczność 
% mojśj, spoiła jużciż tern ściślej węzły wzajemnego 
stosunku* myśliwska zaś ta gościna u nich, stanowi 
tak skończony i wydatny obrazek obywatelskiego 
naówczas życia i obyczaju w Litwie, że chociaż w ski-o- 
mnych ramach szlacheckiego dworku, mógłby ujść za 
miniaturową kopię dawnych łowów pańskich, w zamku 
""■'alskim lub Worończańskim. 

Kilkunastu dobrych przyjaciół, bliższych i dal- 
xh sąsiadów, zjechało się w gościnę do p. Lorensa, 

Wsponmienia z przeszłości. 20 



306 

aby popolować razem dni kilka, w kniejach własnych 
i okolicznych. O polowaniu „z naganką," będącśm 
dziś w powszechnóm użyciu, nie słyszano wtedy nawet 
na Litwie. Polowanie było wojną, nie rzezią. Każdy 
przeto myśliwy przyprowadził psy swoje. Zebrało się 
w ten sposób ze dwadzieścia sfór gończych i około 
dziesiątka smyczów. Dojeżdżacze codzień o świcie 
wychodzili z gończyma do oznaczonych kniei, dokąd 
my strzelcy bryczkami, lub kto chciał, konno, dojeżdża- 
liśmy o wschodzie słońca, i trąbki grały uwerturę 
łowów. Udały się, czy nie udały, jak wypadło^ ale 
o południu zazwyczaj sama pani przyjeżdżała powozem, 
al^o po amazońsku konno, z taborem wiozącym śnia- 
danie, które odgrzewało się w lesie, pray nanieconem 
ognisku. Towarzyszką j6j w obu razach, w ciągu ca- 
łego tego zebrania, była krewna, sąsiadka i przyja- 
ciółka, panna baronówna Weronika Osten-Sacken, 
(z Gojcieniszek), z urody, humoru i irfożenia, jak dwie 
tofople wody podobna do obrazu Dyanny Vemon, w po- 
wieści Walter-Skotta p. t. „.B06 iZoy," tśm bardziej, 
że jak ona, przy amazonce, zielony kapelusik nosiła. 
Admiratorem j6j był p. Adam Rymsza, sąsiad i woj- 
skowy kolega pana Lorensa, który tóż, za protekcyą 
jego, w lat pai'ę z nią się ożenił; w chwili zaś, o któ- 
rój tu mowa, assystował jśj wiernie na łowach. Była 
albowiem tak śmiałą, a raczój tak zuchwałą amazonką^ 
że nikt inny nie miai ochoty towarzyszyć jśj w ści- 
ganiu za chartami, z któremi już zwykle po pc^dniu 
dla zabawy dam polowano. O znu^oku wi^acało się da 
domu, gdzie już płonęły kominki i stoły nakiyte czekf 
A cóż dopiśro mówić o wesołych gwarach i swai* 
przy tych stołach i tych komfaikach! Kłótnie bow 



„Assesom ł Rejentem, o Kusego i Sokola" w .,PaDu 
Tadeuszu^" ponawiały się tii co chwila, z powodu tego 
lab owego ogai-a czy charta, a mianowicie każdego 
szaraka czy lisa, który uszedł od chartów i strzałów 
myśliwskich. Pojednawczą powagą, nakształt j,pana 
"WTojskiego/ byw^ał zwykle w tych razach Źegota^ 
(Ijgnacy Domeyko), nie z wieku ani ze sławy myśliw- 
skiejj ale wprost z wesołego humoru i prawdziwie 
staropolskiego dowcipu, który JaK niegdyś w gronach 
Filareckichj tak i tu czynił go duszą przyjacielsko- 
myśliwskich rozmów, a bezsti^onnym rozjemcą sporów, 

A jednakże ta wesołość ówczesna, nie była już 
taką samą jak Hiegdyś. Na dnie serca była zawsze 
mysi o tych, którzy już jśj z nami nie dzielą. Po 
wyjeździe Zana i Czeczota, Domeyko, i jako krewny, 
i jako przyjaciel, był już jedynym powiernikiem dawnych 
wspomnień i uczuć Marylli, a razem i serdecznym 
druhem Jój męża. To tśż po za obrębem myśliwskie- 
go gwaru, przedmiotem rozmów poufnych byli zawsze 
Om. I jeśli Adam, który właśnie w tym czasie po- 
łii*óżował w Krymie, wjechawszy na stepy Akermań- 
skie, nie dosłyszał w ich ciszy, chociaż nadsłuchiwał, 
wołania za sobą z Litwy: w t6m już wma jego własna 
nie czyja, że pisać o tśm do siebie zabronił. 

A i drugim tóż czarnym punktem na tle myśli 
naszych, była wspólna z nim niepewność przyszłości. 
Co do mnie, czas już było pomyśleć o obraniu jakiegoś 
zawodu, ażeby przestać być ciężarem ojcu. Literatura, 
w wrłaściwóm znaczeniu, nie rokowała powszedniego 
cl .ba. Wprawdzie prenumerata na pierwsze dwa 
te 'ki moich ramot, zapewniła mi była na czas nie- 



308 



] 



zależność; ale czas ten nie mógł trwaiS długo, Źyeze 
niem ojca było, abym wszedł do palestry w WiMe; 
ja zaś czekałem ciągle na / skutek obietnicy Adama, ^e 
mi gdzieś blizko siebie jakieś naiejsce może wynajdzie, 
Ale były to gruszki na wierzbie, a tymczasem troska 
trapiła. Położenie Źegoty pod tym względem było ^ 
wprawdzie odmienne, ale w gruncie rzeczy podobne,^ 
Mógł on nie troszczyć się o chleb powszechni, alej 
przymusowe gospodarstwo w Zapoln nie odpowiadało I 
bynajmniej ani upodobaniom, ani aspii^aeyom jego; I 
a tymczasem trudno było przewidzieć, jak się z tego 
parafialnego zakątka na szerszy świat Boży wydostać. 
„Ale qui sdt co za górą?"— jak powiadał Ignacy^ 
Chodźko. Mógłże on nawet w mai^zeniaeh najbardziej 
rozbujalój wyobraźni przypuścić, a cóż dopiera pi7.e' 
widzieć, że kiedyś w antypodach, między dwoma oceana- 
mi, będzie uczył potomków Korteza, jak szukać złota 
po Kordylierach, i stanie się ich przewodnikiem do 
wyższćj Europejskiśj oświaty, którój system w Kze- 
czypospolitćj Chilijskiój sam na wzór Wileńskiego uni- 
wersytetu ui^ządził, i dotąd nim od lat piętnastu, jako 
rektor uniwersytetu w stolicy Santiago, i jako prezes 
Najwyższej Rady Wychowania, kieruje, A i mnie 
tóż, na nizkim poziomie, niespodziewana drobna oko- 
liczność popchnęła wnet w inne strony i na inne dix)gi, 
niż były te, o których marzyłem, 

W połowie Października powróciwszy do Wilna^ 
zajmowałem się wydawnictwem drugiego tomiku moich 
ramot, i śpieszyłem z drukiem jak mogłem, aby w d' 'eii 
Św. Salomei, (17 Listopada), ofiai^ować go na wiązŁ lie 
solenizantce, pani Becu, jako zawierający wiers" ()o 
niój, na dzień ten właśnie napisany. I trzeba-' że 



i 



g09 

w Anin tym wlaŚBie^ oua sama stała się jakby iiai*zę- 
^em Opatrznoicij która mię przez nią na te nowe 
Irogi zwi-ócila. 

Osłabiona po ciężkiej eboroMe^ nie mogła jeszcze 
lama by6 w kościele w dzień swych imienin. Ja więc, 

E panienkami i z Julkiem poszliśmy do Oatrśj Bramy 
by mszy intencyonabiśj wysłuchać, "Wracając^ przed 
_amym ich domem^ spotkałem na nlicy krewnego mo- 
jego i sąsiada^ p. Teodora Wańkowicza, którego syn^ 
mój rówiennikj był w szkole podchorążych w Warsza- 
wie, a złożony ciężką choi*obą, pisał do ojca prosząc, 
aby tam da niego przyjechał. Pan W,, który tylko 
co przybył do Wilna stamc się o paszport dla siebie, 
zaproponował mi wspólną podróż, mając jechać swojemi 
końmi i tylko na pai^ę tygodni. Odmówiłem wręcz bez 
natnysłu, i z tśm do solenizantki przyszedłem, Ale tu 
i ona sama, i panienki, tak stanowczo zganiły tę moje 
odmowę, i tak przekonywająco nakoniec słuszności swśj 
nagany dowiodły; że wprost od nich udałem się do p» 
Wańkowicza, aby razem z nim wspólne stai'ania 
o paszport dla siebie i^ozpocząć. Następnie, pojecha- 
wszy z nim razem na wieś do ojca, gdy i ten również 
zdanie pani Becu podzielał; d. 1 Grnidnia 1825 
i-oku, wyi-uszyliśmy z nim razem do Warszawy— 
swemi końmi i tylko na pai'ę tygodni, Ale „qui mi 
co za górą?** 

Tn znowu ciśnie mi się pod pióro, ów cytowany 
ju^ wyżśj wiersz Byi-ona, w przekładzie Adama: 

^Tu zasyła zmiana w eceaaeh mojego widzenia" — 
I (Bo jak enera mnie aaraemu e% dziś te wspomnienia). 



310 

Ale nim ci opowiśm, siostrzyczko^ i jeżeli kiedy 
opowiem^ szczegóły Uj nowej epoki miu-żydaj śród 
nowych ludzi i okoliczności: chcę tu opowiedzieć tym- 
czasem, w sposób oderwany^ o kilku nowych przyj a- 
ciołach-poetach, z którymi łączące mię uczucia, zacho- 
wały zwłaszcza charakter i nastrój FilareckL Takimi 
byli: Kazimierz Brodzińskij Stefan Witnickij i Józef 
Bohdan Zaleski w Wai^szawie; a Stefan Garczyński 
i Wincenty Pol, w Rzymie i w Dreźnie, 



i 



I 



KAZIMIERZ BROSZIHSKl 



Drobna na pozór okolieznosiS, zbliżyła mnie od 
razn z Brodrińskim, i Badała koloryt i ton stosunkowi* 
Po wyjściu w Warszawie zbioru poezyi jego we 
dwóch tomach, zdarzyło się, ze pierwszy ich egzemplarz 
w Wilnie, noialem ja. Przywiózł mi go, jako gości- 
niec, sąsiad wracający z Warszawy. Czytałem je więc 
1 deklamowałem na pamięć na wszystkie strony^ gdzie 
się tylko i komu zdarzyło. Raz na wieczoruem ze- 
braniu w domu państwa Balińskich^ (zięcia i córki 
Jędrzeja ŚnLad-eekiego)^ występując z podobną^ dekla- 
macyą, zacząłem recytować wiersz: ^^Matka i Deieoię^^ 
którego jedna strofka zwłaszcza, jak wtedy, tak i dziś 
jeszcze, czyni na mnie szczególniejsze wrażenie. To 
tóż wszyscy moi bliżsi znajomi, ze słuchania już tylko 
wiersz ten umieli na pamięć. Panna Hersylia Becu, 
jedna z najwyższych moich ideałów ówczesnych, i która, 
jako szczera nawzajem przyjaciółka moja, oddawna 
ięła sobie za zadanie, oduczyć mię od prawienia 
nplementów, podchwytując i kończąc je za mnie; 
tśj chwili, dopomagając pannie Ludwice Śniade- 
śj w nalewaniu herbaty — machinalnie, i z przy- 



312 

zwyczajenia, zaledwo wymówiłem dwa początkowe 
wiersze: 

„Mamo, do czego te dzwony, 
Tak smutnie xięża śpiewają.? 

przerwała mi i cliciała dokończyć strofę, któi-a brzmi: 

Nie bój się, mój ulubiony! 
Ktoś umarł, grzebać go mają.^ 

Ale zaledwo wymówiła wiersz trzeci i wyraz 
j^mój ulubumy!'' spostrzegła się i nagle zamilkła. Śmiech 
powstał w towarzystwie, a sędziwy pan Jan Śniadecki, 
który szczególniój pannę Hersylię lubfl, odezwał się 
z jowialnym przekąsem: „Czy to acanna z natchnie- 
nia serca tak improwizujesz." Słowa te podwoiły 
ogóhią wesołość i zapłonienie, panny Hei-sylii, a suiie 
to jakoś tak było przyjemnie, że po chwili zbliżywszy 
się do niój, zrobiłem formalne vołw(n, że jeśli kiedy 
poznam Brodzińskiego, zaraz najprzód podziękuję mu 
za to. 

Otóż prayby wszy raz . pierwszy do Warszawy, 
w Gradniu 1825 roku, i mając być na obiediie u Je- 
nerała Krasińskiego, na któiym wiedziałem, że jako 
piórwszy okaz romantyków z Wilna, miałem być za^ 
prezentowany od razu całemu gronu klas^yków i lite- 
ratów warszawskich: oddając więc im wszystkim po- 
przednie wizyty, pod przewodnictwem i opieką pana 
Joachima, przyjechaliśmy tóż z kolei i do KaeimierM 
z Królówki. Przyjął jużciż uprzejmie' i grzecznie, a" 
tak sobie dosyć obojętnie. Alić zaledwie— przepi 
siwszy go najprzód, ma się rozumieć — uiściłem się rz 
czywiście z owego mojego votxim: Brodziński ożjrr 



313 



rsię T\idocznie, zaczął śmiać się i rozmawiać bardzo 
życzliwie — nie o wierszach lub liążkach, ale tśż. 
o panienkach; a mianowicie, iż jednój z nich z za Buga 
zawdzięcza, że wierszy całkiem pisać nie przestał. 
Postanowił już bowiem był to uczynić, ale spotkawszy 
ją gdzieś na wieczorze, tyle w nićj znalazł współczucia 
dla poprzednich prac swoich, (a może i dla samego 
autora), że tegoż dnia, za powi'ótem do domu, po rocznój 
prawie przerwie, nowe wiersze napisał. Skończył to 
opowiadanie twierdzeniem: „że tylko dla panienek warta 
pisać wieraze,"— Nie wiedziałem, że był już wtenczas 
zaręczony, a przynajmniój zakochany w przyszłej swojój 
żonie, Zniechęcenie zaś to chwilowe do poezyi, po- 
chodziło znizkąd inąd, jak z nieżyczliwości ki^ytyki, 
która piśrwaze jego utwory, jeśli nie, w prassie, którój 
wtedy jakby nie było, to w ówczesnój warszawskiój. 
publiczności spotkała. Z rzeczy bowiem jutrzejszego* 
obiadu u Jenei-ała, na który był zaproszony, ale na 
którym być nie miał, wypowiedział otwarcie przyczynę: 
dla czego? Przeciwko uprzejmości samego Jenerała 
nie miał on nigdy nic do zarzucenia, i bywał niegdyś 
często na obiadach u niego; ale dowiedziawszy się 
potom, że Osiński, siadając do stołu, nieraz zamiast 
benedicite deklamuje parodjując różne jego wiersze, 
a obecni tylko się śmieją— dalszego bywania zaprze-- 
stał. I nie było to skutkiem obrażonśj miłości własnój, 
ale tylko, jak się wyi'aził: „że to jest rzecz niemiła,, 
czuć się między nieżyczliwymi." — Tym razem jednak, 
sy końcu mojój wizyty i na gorącą prośbę moje,, 
iecał, że na jutrzejszym obiedzie będzie, (jakoż i był 
istocie). Przypisałem to widocznój dobroci jego dla 
de, i serdecznie byłem mu wdzięczny; ale ani mi 



314 

na myśl nie przyszło, czśm sobie na tę dobroć potra- 
wem zasłużyć. Dopiśro w rok może potom, poznawszy 
się bliżśj z Witwickim, dowiedziałem się od niego, 
o czćm mu sam Brodziński powiadał,- że przyczyną tą 
było nie co innego, jak owo moje opowiadanie o pannie 
Hersylii, z czego Brodziński wyciągną ten wniosek, 
„że nie byłem literatem z professyi.**— Z tego zaś 
łatwiój jeszcze wywnioskować można, jak ci officyalni 
literaci z professyi, tak jemu, jak i wszystkim zkąd 
inąd przybyłym, do żywego dojedli w Warszawie. 

W dalszym ciągu tofzymiesięcznego tą rażą po- 
bytu mego w Warszawie, korzystając z danego mi 
pozwolenia, najmniśj raz w tydzień bywałem u Bro- 
dzińskiego,— i nawet za pośrednictwem jego zrobiłem 
kilka miłych znajomości z professorami uniwersytetu, 
których albo u niego spotkałem, albo do których domu 
on sam mię wprowadził, Nadewszystko zawdzięczam 
mu znajomość z domem państwa Bentkowskich, i z przy- 
jaciółką jego, panią Katarzyną Lewocką, którśj ja tóż 
dobroci i przyjaźni najmilsze moje wspomniejiia z owćj 
6poki życia mego winienem. 

Przybywszy w roku następnym na stałe zamie- 
szkanie do Warszawy, znalazłem już Brodzińskiego 
ożenionym. Przedstawił mię swojej żonie jako „wiel- 
kiego przyjaciela panienek." Protestowałem przeciw 
tśj wyłączności, mówiąc: iż radbym tśż zasługiwać na 
przyjaźń żon moich przyjaciół, o ile na to zazdrość 
mężów pozwoli. Pozwolenie, ma się rozumieć, zostiUo 
udzielone łaskawie; i rzeczywiście od tćj pierws 
chwili poznania, powziąłem tóż dla pani Wiktoryi r 
szczerszą przyjaźń i uszanowanie, na które ona 
wszech względów najsłuszniój zasługiwała. Rza' 



315 

zdarzyło jid się widzieć tak dobrae dobraną parę, nie 
tylko pod względem łagodności i słodyczy chai'akteru, 
ale nawet wyrazu twai^zy. Widocznie była to żona 
^od Boga przeznaczona^"^ za jaką on sam ją uważał; 
i chociaż uieraz potem spotkałem się z sądami di'ugich, 
że mu nie odpowiada naukowćm wykształceniem umysłu; 
ja sam przecież, jako bliższy świadek szczęśliwego 
pożycia Ich w domu, utwieMziłem się tylko w prze- 
kouaniu, że Przeznaczenie Boże nie podług tego widać 
kamertonu układa hai^monię małżeństw. — Do cech zaś 
i\^spólnych im obojgu, zaliczyćby jeszcze można i pewnego 
rodzaju nieśmiałość ^ — wynik równie skromności jak 
temperamentu. Oto iip. drobny jój rysek w nim 
samym. 

Razu jednego państwo Bentkowscy, zapi-oszeni 
przez dyrektora Obserwatoryum dla widzenia pierście- 
nia Satuma, zaprosili sami od siebie liczne grono 
swoich znajomych, którzy wraz z niemi, w piękny 
wieczór letni, mieli iść najprzód spacerem do Botani- 
cznego Ogrodu, i tam czekać na godzinę obserwacyi. 
Mężczyźni, przy wyjściu z bramy, podawali rękę damom. 
Brodziński zbliżył się do mnie i rzekł; „Proszę cię, 
podaj rękę mojój żonie."— Nie trzeba byłe mówić nu 
tego dwa razy, ale spytałem wszakże: zkąd ta łaska? 
A on z tym swoim łagodnym, dobrodusznym uśmiechem, 
który był charakterystycznym rysem jego fizyognonrii; 
odpowiedział: „Przyznam ci się, że mi wstyd jakoś 
iść pi;zez ulicę pod rękę ż kobietą."— „No, to weźże 
•zynajmnićj moje laseczkę— odpowiedziałem żartując— 
Bdy już tak do niój nawykłeś."— Zrozumiał alluzyę 
i swojój piosenki: 



316 

Chłopcy się żenią, 

A ja nie. 
Lata się mienią., 

Biada mnie! 
Każdy ze swoją. 

Żóneezką, 
Ja tylko z moją. 

Laseczką." 

i śmiejąc się wesoło, przyprowadził mię do swojej 
żony, powiedział jój o zamianie, i powierzył ją mojój 
opiece,— W domowóm wszakże obejściu był dla niśj 
zawsze bardzo czuły i pełen względności. Raz np., 
w rok może po urodzeniu jedynój ich córeczki, Karasi, 
którą równie kochali i pieścili oboje: przyszedłem do 
niego nad wieczór, kiedy żony w domu nie było. Dzień 
był skwarny, i tak mi się strasznie pić chciało, że 
uprząjmy gospodarz chciał mię koniecznie uczęstować 
piwem owsianóm. Żą zaś nie było posłać kogo po nie, 
a sklepik był niedaleko, a Karasia spala spokojnie — 
Brodziński wydelegował mamkę. Alić zaledwo ta wyszła, 
Karasia zaczęła się ruszać. Zaniepokojony tóm ojciec 
przystąpi sam do kolebki, i kołysząc ją zaczął nóció 
półgłosem. Ale właśnie to nieszczęsne nócenie rozbu- 
dziło gorzój dziecinę, która poczuwszy nieobecność 
mamki, otworzyła senne oczęta— a wtóm na biedę i ja 
się zbliżyłem.. Widok obcego człowieka przestraszył 
ją czy rozdrażnił tóm bardzićj; dość, że zaczęła krzy- 
czeć w niebogłosy. Ojciec w przestrachu porwał ją 
na ręce, i nosił po pokoju skacząc i śpiewając; ja 
biegałem tuż obok, klaszcząc w dłonie i pokazują* 
zegarek;— ale wszystko to było bez skutku. Karasi 
ki'zyczała tak mocno, że płacz prawie do konwulsy 
dochodził. Niepokój ojca przeszedł wszelkie granici 



317 

Z przerażeniem spoglądał ku di^zwiom, i nakoniec 
odezwał się do mnie; „Oto będzie piękna historya, 
jeśli żonaj broń Boże, nadejdzie."— Nie lękał się on 
wszakże żony^ ale tylko przykrego wrażenia dla niój, 
a jożciż pewno i słusznego wyi'zutu za nieoględne ode- 
słanie mamki. Szczęściem mamka wróciła przed żoną, 
Karusia się uspokoiła^ i ja przy nalewaniu piwa mogłem 
zadeklamować tryumfalnie z Kniaźnina: 

„Usnęło słabe niebożę, 
t)osyć się, dosjć spłakało, 
Po płaczu lepiej t^ż może 
Bfdzie nam spało.'' 

I trzebaż^ że właśnie przypomnienie tśj sceny 
podało temat i rzuciło niejako swój kolor na ostatnią, 
wigilią śmiercią rozmowę jego ze mną, która była jakby 
łabędzim śpiewem tśj pięknej ^ czy stój, niewinnój duszy 
śpiewaka „Wieslmua^"' która mu jak ten poemat, tak 
i wszystkie inne prace jego natchnęła. Ale na to 
będzie miejsce poniźśj. 

Przez piórwsze dwa lata pobytu mego w Wai*- 
szawie, stosunek mój z Brodzińskim był ciągle na 
tójże stopie, to jest, uprzejmój dobroci ze strony jego, 
a serdecznego przywiązania i wdzięczności z mojój. Na 
stopę przyjacielskiój równości, podniosła go dopióro 
następna okoliczność: 

Kazu jednego przyszedł do mnie o niezwykłśj 
godzinie rannój, i wyczytałem z twarzy że był czómś 

'zakłopotany. Z razu nie śmiałem pytać, o przyczynę; 

ile gdy wnet i ze słów jego odgadłem, że ma do mnie 
jakiś interes, i że w nim jest powód kłopotu: prosiłem, 

iby mi wszystko powiedział otwarcie. Ezecz szła 



'318 

o to, ażeby w grzeczny i spokojny sposób skłonić mię 
do zaprzestania bywać w jednym domu, którego oii 
był przyjacielem, i do- którego sam mnie kiedyś wpro- . 
wadził. Przyjmowano mię w nim nader uprzejmie; ja 
byłem wdzięczny serdecznie, i jużciż nie taiłem oznak 
tój wdzięczności. Otóż uprzejmość ta i ta wdzięcznośój, 
nie podobały się widać komuś trzeciemu; chociaż Bro- 
dziński mówił sam od siebie, w kształcie życzUwój^ 
przyj acielskiśj rady. Widocznóm było jednak, że się 
lękał, ażebym tego nie wziął za obrazę, lub aby to 
nie było zbyt trudną dla mnie ofiarą. Kiedy więc 
zamiast tego, uznałem owszem słuszność jego uwag, 
a on sam przekonał się dowodnie, że we wszystkiśm 
tóm z mojój strony ani cienia złój intencyi nie było: 
tak zdał się być tśm ujęty, a nawet wzruszony, że 
powstawszy z miejsca, zaczął mię najprzód ściskaó 
i całować, a potom wypowiedział- jak gdyby oświad- 
czenie swoich uczuć dla mnie. Od tćj chwili, jj*by 
mi dziesięć lat wieku przybyło, przestałem czuć się 
młodszym w towaraystwie jego; on zaś ze swojśj strony 
stał się ze mną daleko poufalszym i otwai*tszym niż 
przedtóm; mówił częściój o sobie, a nawet i o drugich^ 
i w wielu okolicznościach późniejszych udzidałmirad 
i przestróg braterskich. Ściągało się to mianowicie do 
zbyt szorstkiego niekiedy występowania mojego przeciw 
jednemu z ówczesnych koryfeuszów klassycyzmu w War- 
szawie, którego choć on sam także nie lubił, ale jako 
dojrzalszy wiekiem i rozumem ode mnie, umiejąc lepićj 
panować nad sobą, po mnie także równój względnoś 
i umiarkowania wymagai. Oto np. scenka w tym rij 
dzaju. 



319 



r 

I Broflziński mieszkał na dole, w pawilonie Kazi- 

I miroT\'3kiego pałacu, gdzie się mieścił naówczaa uni- 
wersytet. Raz chodząc z nim po pokoju i macliinal- 
nie spoglądając przez okno^ postrzegamy, że przecho- 
dzi mimo Wit wiek]. Bi^idziński poskoczyl ku okmi^ 
ale nim dobiegł i zapukał w szybę, Witwicki juk był ' 
przeszedł i pukania tego nie słyszał. Tymczasem za;^ 
tuż za Witwickinij szedł niewidziany przez nas, właś- 
nie ów koryfeusz klassyczny, który^ usłyszawszy brzęk 
szyby i widząc stojącego w oknie Brodzińskiego, po- 
zdi^owił go kapeluszem i zawrócił się ku drzwiom, 
^Otożeśmy się złapali!"— odezwał się do mnie Brodziń- 
ski. „Ale na miłość Pana Boga, proszę cię, bądi 
grzeczny^ i nie wszczynaj z nim dysput. Zr^łbiłbyś 
mi największą przykrość."— Obiecał em, i dotrzymałem. 
On zaś na wstępie przeprosiwszy gościa za to mimo- 
wolne qui pro qtWj wywiązał się jak najgrzeczniój 
z roK gościnnego gospodaraa, wiodąc dyskurs o dzien- 
nych sprawach uniwersyteckich- Dopióro, gdy gość 
był już za di-zwiami, Brodziński podniósł ręce do góry, 
i odetchuąwszy z głębi piersi, zawołał: „Ach!!! Po 
każdej takićj ix)^mowie czuję się jak zdjęty z tortuiy." 
Od tśj także epoki zaczął się między nami zwy- 
czaj czytywania sobie niekiedy uowo-napisanych wiei-- 
szy, ku czemu mnie, jako młodszego, Brodziński naj- 
przód przykładem swoim ośmielił. Delikatność jego 
w udzielaniu uwag dochodziła ^ prawie do nieśmiałości; 
łatwość zaś w ich przyjmowaniu była najlepszym do- 
łem, nie powierzchowno] tylko, ale szczerśj we- 
ętrznój skromności. Między innemi czytał mi, w miarę 
: pisał, przekład, a raczój parafii'azę xiąg Hioba^ 
ttórśj mówił mi potom w Dreźnie, że ją całkiem 



320 

przygotowaną do druku, wjjeżdźaJąCj w Warszawie 
zostawił;— a która przecież musiała gdzieś zaginąć, 
wraz z wielu innemi rękopismaniij bo nigdzie dotąd, 
-ilei wióm, w całości di^iikowaiią nie była, Pi*zy tśm 
czytaniu wymagał konieczniej ażeby nie przepuszczać 
żadnego wyrażenia, ani nawet żadnego wyrazu, przeciw 
któremu miałbym co do zarzucenia. Gdy zaś zarzut 
uznał za słuszny, z uśmiócheni zwykle powtai^zati y,No, 
to dobrze! ale jakże to zrobić?" I myśleliśmy wtedy 
wspólnie nad poprawką; która albo się udała na razie, 
albo ją do dalszego namysłu zostawiał. 

Ale nie było dla niego większej i prawdziwszej 
pociechy, jak kiedy mógł cudzą robotę bezwai-unkowo 
pochwalić. Miałem zwłaszcza tego dowód na sobie, 
czytając mu moje „Wesele^'' które uważał za najlepszą 
ze wszystkich moich dotychczasowych ramot, A cóż 
dopióro mówić o jego szczeróm uznaniu i gorącśm 
współczuciu dla Mickiewicza i dla Zaleskiego; o względ- 
nój życzliwości dla wszystkich młodszych talentów, 
i o sumiennej sprawiedliwości w sądzeniu o starszych, 
którzy w tśm wcale nie dawali przykładu z siebie, 
ani odpłacali się mu wzajemnością. Nie był on zresz- 
tą drażliwy na właściwą krytykę literacką, będąc sam 
najsui'owszym kiytykiem prac swoich; ale co go bolało^ 
to osobista zła wola i niechęć, dotykająca w pisarzu 
-człowieka, agrassująoa epidemicznie pomiędzy ówcze- 
snymi literatami w Warszawie; o czóm najlepsze wy- 
obrażenie może ^ać między innemi: „Obóz Klassyków,'' 
wydany przez L. Siemieńskiego, i przytoczone w r" 
kon-espondencye ich samych. Najgłębiój wszakże 
tym względem dotknął go był przed laty sam pan 
nister oświecenia, Potocki, głowa ówczesnych litera 



j 



321 



1 toytjkuw warszawskich. Było to w r, 1818 czy 
1819, z pewnością nie umićm powiedzieć* Brodzińskie 
jako professor literatury polskiej w Lyceiim Pijai-skióm 
na Żoliborziij jako współredaktor ówszesnego „Pamięt- 
nika Warszawskiego," i nakomec jako już znany z prao 
swoich autor i poeta, starał się o katedrę tegoż przed- 
liotu w nowo otwai*tym uniwersytecie warszawskim. 



fominacya zaleźaia od pana ministra, i Brodziński 



■poi 

^Biiał wszelkie powody mniemać, ze ją ostatecznie otrzy- 
^łna. Tymczasem, w wydawanym przez siebie „Pamięt- 
niku," umieścii rozprawę swoje, „O ronmniycznomi 
UmsijcBiwm^'' piśrwsze publiczne słowo w tjm przed- 
liocie, który juz od niejakiego czasu budził prywatne 
gterackie dysputy i wyw^oływał żarty albo paszkudle 
rszych lam*eatów^ Mm dając im spokojnie usypiać na 
im^ach. Do owśj to epoki odnosi się i to wspomniane 
rgśj parodyowanie wierszy Brodzińskiego na obiadach 
u Jenerała Bi^agińskiego. Ogłoszenie rsjeczonój roz* 
prawy dolało oliwy do ognia. Brodziński przyszedł 
do pana ministra dowiedzieć się o skutku swśj proaby; 
ale zamiast Bpodziewauej względnością znalazł tak zimne 
i dumne przyjęcie, że mu to wszelkij odjęło otuchę. 
Nie doHĆ na tóm. Pan minister^ w ciągu rozmowy. 
wziął niby nieumyślnie ze stołu świeżo wydany zeszyt 
stPamietnika,** i obracając go w ręku niby obojętnie, 
dał jednak spostrzedz autorowi rozprawy, że właśnie 
w całym zeszycie kartki jój tylko były nierozcięte. 
}i*odziński uczuł to boleśnie^ nie jako osobistą obrazę, 
le jako niesprawiedliwość ze strony tego właśnie 
ztowieka, który z urzędu, imienia i wieku, był— czy 
faczćj być by powinien— kierowiukiem postępu oświaty; 

Wspomnienia z przeszłości. 21 



322 

rzewodnikiem i opiekunem garnącej się do nauk i do 
pióra młodzieży. Ale— jak mówi Podkomoi^zy w „Panu 
Tadeuszu:" 

„Taka była przesądów owoezesnych wladzal" 

W cłiwili, gdy ja się poznałem z Brodzińskim, 
stanowisko jego w hierai-cMi społecznśj było jnż cał- 
kiem odmienne. Jako professor uniwersytetu, (miano- 
wany po śmierci Potockiego^ przez następcę jego Gri-a- 
bowskiego); jako członek Towai*zystwa Przyjaciół Nauk; 
jako poeta ustalonój sławy; przytóm jako człowiek 
szanowany powszechnie i ukochany przez młodzie:^: 
Brodziński stał już na równi ze wszystkimi tymi, któ- 
rzy niegdyś, w początkach jego zawodu, stojąc sto- 
sunkowo na górze, zamiast mu podad opiekuńczą rękę, 
odepchnąp go i poniżyć chcieli, Brodziński nie był 
z tych ludzi, którzy długo pamiętają urazy, a zawziętość 
chowają w sercu. Nie stronił on od nikogo przez niechęć, 
ale unikał spotkania się z tymi, których życzliwości 
nie ufał. — Zwykłe i ulubione jego towarzystwo skła- 
dali professorowie koledzy, u których skromne kolejne 
wieczorki, obok swobodnych pogadanek, urozmaicały: 
dla młodszych gry towarzyskie, dla starszych boston 
lub wist szelągowy. W salonach tak zwanego wiel- 
kiego świata, Brodziński zgoła prawie nie bywała 
przynajmniój ja go tam nie widywałem; oprócz chyba 
na literackich obiadach u państwa Ordynatowstwa 
Zamoyskich, które bywały u nich co piątek, podczas 
zimy 1827 roku, na uczczenie brata jej samćj» To t^': 
wzajem i świat ten wielki, który w błyszczących i - 
retach zjeżdżał się tłumnie na deklamacyjne ku , 
Osińskiego, dla Brodzińskiego był obojętny i zimr 



i 



323 



I i liczone chyba razy pamiętam, że kilka dam, i to 
I młodszych i ze średniego stanu, zjawiło się na lekcyach 
\ jego, A przecież jak wykład przedmiotu, tak i sama 
nawet jego osobistość, zdolne były obudzić najżywszą 
sympatyą słuchaczy. Szczupła, blada, łagodna twarz 
jego, prześlicznie odbijała od czamśj togi i biretu, 
(w których professorowie wówczas na katedrę wcho- 
dzili), a cichy, ski^omny i ujmujący ton głosu, nie mniój 
tśź kontrastował z doktorską powagą tego stroju. Sama 
tylko treść rzeczy znamię j6j zawsze nosiła. Na 
obiadach u Jenerała Ki^asińskiego, oprócz wspomnio- 
uego powyżśj, nie wićm czy go parę razy widziałem. 
Pamiętani jednak, te był na wielkiój Wigilii w roku 
1827, na którój znajdowali się wyżsi dostojnicy woj- 
f skowi i cywOni, i całe gi'ono Towarzystwa Przyjaciół 
Nauk, Wybrał wtedy mnie i Waleryana Krasińskie- 
go, abyśmy obok niego usiedli, nie chcąc, jak mówił, 
wysilać się na rozmowę z mniój znajomym sąsiadem. 
W ogólności był on nieprzyjacielem wszelkich dyalek- 
tycznych wysileń w towarzystwie, żadnój w tym wglę- 
dzie próżności ani pretensyi nie mając. Panna Kle- 
mentyna Tańska, dla którój był on zawsze z najwięk- 
szym szacunkiem i życzliwością, J)ragnęła bardzo mie- 
wać go na wtorkowych wieczorach u siebie, i wiele 
razy przeze mnie prosiła go o to. Choć nie łatwo, 
ale się dał namówić, i poszliśmy razem jednego wtorku. 
Ale trzebaż było nieszczęścia, że trafił właśnie na 
{"•ę w sekretarza, (co się przecież nie co Wtorek zda- 
1 ^ało), i tak się tóm znudził i zmęczył, że pomimo 
^ ielokrotnych nalegań, dalszych wizyt wtorkowych 
j .nrzestał. „Eaedy już mam mózg smażyć— mówU — 
1 wolę nad xiążką czy piórem, a nie jak student 



324 

stawać dó popisu.*" — A nie nęciła go także i owa skar- 
l^onka na stole, w którą każdy z obecnych, za użycie 
cudzoziemskiego wyrazu, musiał zaraz trzy grosze 
wi'zucić dla ubogich. Zdarzało się i nieraz, że ktoś 
w żywszój rozmowie, zajęty przedmiotem, dopuścił się 
pomienionego grzechu; natychmiast znalazł się słuchacz, 
a najczęściój młoda słuchaczka, która schwytawszy go 
na gorącym uczynku, zai-az mu podawała skarbonkę, 
Kzecz zatśm naturalna, że oszti^afowany w ten sposób, 
stracił, lub przerwa! umyślnie wątek dalszych swych 
myśli, i rozmowa spadała na ton powszedniości. Dodać 
tu jednak muszę, że nigdy sama gospodyni domu nie 
brała na się obowiązku podobnego rodzaju ostrzeżeń. 
Były one zwykle udziałem tych zwłaszcza z pomiędzy 
gości, którzy przed nią meryłowaó się chcieli* Zawsze 
jednak ta nieszczęsna skarbonka była istnym kamie- 
niem obrazy dla wszelkiój ożywieuszśj na serjo roz- 
mowy. Brodziński wiedział o t6m, i zwyczaju tego 
nie chwalił; chociaż sam tak dalece czuł całą niedo- 
rzeczność i śmieszność używania obcój mowy ze swoi- 
mi, że gdy raz jedna pani domu, chcąca poznać go 
jako poetę, powitała go po francuzkii, nigdy już odtąd 
w progach j6j nie postał. A nawet jedną z przyczyn, 
dla których stronił od wielkiego ś\riata, była i ta, 
ażeby się tą jego śmiesznością nadaremnie nie jątrzyć, 
"Wszelka wszakże ostentacya i pi^zesada, tak były 
wręcz naturze jego przeciwne, że ich nawet w dobrom 
nie znosił. Był on samą natui^alnością, prostotą i pra- 
wdą, i w nich tylko w towarzystwie smakował. Jb 
zaś dalece towarzystwo kobiót, na podobny ton nastr 
jone, miało powab i ui'ok dla niego: za dowód mą 
przytoczyć najprzód stosunek jego i przyjaźń z pan 



i 



325 

Katarzyną Lewocką, z którą on mnie piśrwszy zapoznał, 
a potem podobnyż stosunek z domem panny Teressy 
Kickićj, który się najprzód zawiązał przeze mnie. 
Sama panna Teressa^ i mieszkające przy niój siostrze- 
nice; śliczna panna Natalia i Kozalia Biszpink, oddawna 
pragnęły go poznać; ale długich potrzeba było próśb 
i namów, nim się nakoniec pozwolił zaprowadzić 
raz do nich na sobotni wieczór. Od pićrwszój wszakże 
bytności, tak był już sam przez siebie doznaną uprzej- 
mością ujęty, Kie nie tylko coraz częstszym gościem, 
ale stał się nakoniec najbliższym przyjacielem domu, 
i przyjaźni tśj— jak mi sam potćm w Dreźnie opowia- 
dał—winien był największą osłodę ostatnich lat pobytu 
swego w Warszawie,— a nawet i ostatnich chwil życia, 
jak o tóm na swojóni miejscu opowióm. 

Tymczasem a propos tego domu, i jako przed 
admiratorką muzyki Szopena, pozwalam sobie wtrącić 
tu wzmiankę o nim samym, który w tym domu, będąc 
jeszcze studentem w szkołach, piśrwszy swój towarzy- 
sko-artystyczny debiut rozpoczął, i potom, (także w Dre- 
źnie), w czasie już świtającój eui*opejskiśj swój chwały, 
z charakteryzującą go, (kiedy chciał), naiwną czy fi- 
glarną prostotą, oppmadał swoje wrażenia: kiedy raz 
piórwszy ze mną, jako introdukłorem, wszedł do tego 
salonu, i raz piśrwszy w roli artysty, w obec świa- 
towego grona wystąpił. Dotąd bowiem rodzice nie 
dozwalali mu tego, i tylko szczególniej szśj ich łasce 
winien byłem, że w skutek próśb panny Teressy, prze- 
"iżonych przeze mnie, zgodzili się na uczynienie dla 
I6j wyjątku. Było to w r. 1827, a może i 1826, — 
pewnością nie pamiętam. Szopen był jeszcze w mun- 
urku szkolnym, a nieśmiały jak młoda panienka. W sa- 



326 

lónie, zamiast fortepianu, był tylko EoU-mdodicon. 
Gospodyni, w ciągu wieczoru, prosiła go, aby co za- 
grał. Szopen w Dreźnie śmiejąc się przypominał 
i opowiadał, jakicłi przytóm wzruszeń doznawał; ja zaś 
na seryo pamiętam, jakie wrażenie sprawił na słucha- 
czach. Po dwóch czy trzech kompozycyach cudzych, 
zaczął improwizować na temat ostatniój. Rzewne 
i uroczyste tony organku, oddziałały widocznie na na- 
strój natchnienia, które jego s*amego zdawało się po- 
chłaniać. Podziwienie było ogóhie. Nie sądzono już, 
ale słuchano. On grał i grał coraz dalśj, coraz wy- 
raziściój i rzewniśj, i grałby nie wiedzieć jak długo, 
gdyby czcigodny Juljan Ursyn, postrzegłszy nadzwy- 
czajną zmianę i bladość jego twarzy, nie ulitował się 
nakoniec nad nim. Zbliżył się więc, i z cicha usiadłszy 
przy nim, ujął go powoli za rękę, mówiąc: „Dość już, 
dość, kawalerze! trzeba żebyś odpoczął." — Wtenczas 
dopićro otoczyli go wszyscy. Nikt już głośno chwalić 
go nie śmiał, i tylko gospodyni i goście ściśnieniem 
rąk mu dziękowali. Szopen mówił, że żaden z naj- 
świetniejszych późniejszych tryumfów, nie sprawił mu 
tak słodkiój wewnętrznój pociechy. 

Ale wracając do Br<^dzińskiego;— dwie jeszcze role^ 
w których go pamiętam: słuchacza i naiTatora, chciałbym 
aby uzupełniły niejako obraz jego w prywatnśm towa- 
rzysWóm pożyciu. Umiejętność słuchania w Brodzińskim 
była jednym z' ujmujących rysów jego chai^akteru, wy- 
nikającym, jak zwykle, częścią z własnój jego skro- 
mności, częścią ze względnój dobroci dla drugich, a za- 
wsze z zapomnienia o sobie. Oto fakciktego rodzaj 
Na świetnóm i licznóm weselu panny Mochn^ 
ckiój siostry Maurycego, w początku r. 1826, kilk^ 



^9 — - .|ł 

327 

nastu młodszych literatów zasiadło do wieczei-zy 
przy osobnym poboczcym stole, gdzie honorowe miej- 
sce prezesa zajmowsJ p. Sagatyńskij najwymowniejszy 
i najdoskonalszy narrator, jakiego kiedykolwiek sły- 
szałem. Brodziński zapraszany do stoła dygnitai-- 
skiego, wolał jednakże nsiąśó między nami młodszymi; 
i trzeba było go widzieć^ z jak szczerśm naiwnem 
zajęciem, wbrew swojej professorskiśj i literacktój po- 
wadze j słncliałj jak stndent bajki, dwóch długich opo- 
^viadań SagatyńsMego, któremi ten, z Walter-Skotow- 
słdna prawdziwie talentem, tak przez" ciąg całśj wie- 
czerzy słnchaczów swoich zajmował, że sam chyba 
nprzejmy gospodarz domu przerywał mu niekiedy mo- 
wę, a to dla przyi)omniema swym gościom, aby prze- 
cież coś jedli i pili»— Sam Brodziński w^ słowach zwy- 
Ide był skąpy, ale prostota, natnralnośi5, otwartość, 
a przytńm sam miły dźwięk głosu, nadawały temu co 
mÓT\ił ów magnetyczny, że tak powiśm, powab, który 
sam przez się w rozmowie, niezależnie od treści, uwagę 
i współczucie obudzą. Żartdbliwość, którą się rad 
posługiwał, była jak jego nimiśch: łagodna i cicha; ale 
co jowialność, dowcip i humor narratora, to raz tylko 
miałem sposobność w nim widzieć, i podziwiałem isto- 
tnie, A było to przy obiedzie, którego, piśrwszy raz 
w życiu, ja byłem ftmdatorem, a który z mojój strony, 
był tylko aktem i hołdem wdzięczności dla tych, któ- 
rzy bez żadnych korzyści dla siebie^ i jedynie z do- 
broci swćj dla mnie, przyczyiuli się najwiecćj do upo- 
jenia mojćj „Meliteli,'' Świetne nadzwyczaj powo- 
mie^ jakiego przeto z ich łaski od pierwszśj zaraz 
wili ukazania się na świat doznała, dozwoliło mi 



328 

i upoważniło niejako podziękować niektórym w ten sposób 
i wystąpić pi'zed nimi w roli Amfitryona. 

Gośćmi moimi byli: Brodziński, Witwicki, Zale- 
ski, pan Joachim i Waleryan Krasiński. Obiad był 
u ChoYota; — mrtwi edttcatum. Cytata słów Achillesa 
z Iliady, gdy przyjmuje i ugaszcza u siebie Nestora 
i Ulissessa, mówiąc: 

„Niechaj czara przed każdym napełniona stoi, 
Pszyszli do mnie najlepsi przyjaciele moi!" 

cytata ta służyła za pretext i bodziec do dopełnie- 
nia wyrażonój w niśj formy gościnności. Brodziński 
był w najdoskonalszym humorze, i powoli, sam stał 
się koryfeuszem rozmowy. Przedmiot jćj stanowiły 
żai"ciki i opowiadania anegdot. Opowiadał je o sobie 
i o drugich, z czasów swoich szkolnych albo żołnier- 
skich; zakrawając nawet niekiedy na ton Fraszek Ko- 
chanowskiego, albo Mglików Reja,— tylko, że bez ich 
zbytniój czasem rubaszności, wręcz usposobieniu jego 
przeciwnśj. Szczerze uśmieliśmy się, pamiętam, z opo- 
wiadania jego o sobie: gdy zaraz po wstąpieniu do 
wojska, marząCcemu o sławie i dziełach bohaterskich, 
kazano przewodniczyć rozdawaniu racyj żołnierskich, 
to jest mierzeniu kaszy i ważeniu mięsa; i jak on, 
upokorzony w sobie tą czynnością, dźwigał się sam 
w opinii swojój przypominaniem lub powtarzaniem 
w myśli tych miejsc z Iliady czy Odyssei, w którśj 
bohaterowie Homera sami płatają mięso i pi'zyrządzają 
biesiady. A przypominam jeszcze także jedną anep^- 
dotę, która chociaż go tylko pośrednio dotyczy, chr 
ją tu jednak powtórzyć dla tego, że inaczój zginęła! 
w niepamięci. 



329 



Bazn jednego j w czasie wakacyjnym, jechał on 
do Kloakowa z Kudiiczenij znanym i znakomitym arty- 
stą sceny warszawskiój. Jechali we dwóch tylko na- 
jętym furmanem. Zajechawszy na popas do karczmy, 
trafili tam na wsesele krakowskie. Autor „Wiesłaiva^ 
byl w swoim elemencie; Kndlicz zaś, który grał do- 
brze na skrzypcach^ odwdzięczając za doznaną uprzej- 
niośfi weselników, zagrał im dla zabawy skocznego 
jakiegoś ohertasa. Muzyka ta tak się podobała^ że 
tłumnie skłaniając się do kolan, prosili go o raz drugi 
i trzeci- Kudlicz ochoczo uczynił im zadość; ale gdy 
popas zbliżał się do końca, i on chciał już uprzejmych 
gospodarzy pożegnać: zapał gromady doszedł do tego 
stopnia^ że porwawszy go i nosząc na rękach, posta- 
wili nakoniec na stole^ i kłaniając się zawsze z naj- 
większą uniżonością, oświadczyli jednak stanowczo, że 
go od siebie nie puszczą. Młodsi i zapaleńsi wołali: 
„Nasypiemy ci pełną czapkę złotówek, ale musisz nam 
gi^ać aż do końca!" — Eiśdny Kudlicz, na piedestale 
swej muzycznój chwały, pocił się krwawym znojem 
i mdlał od znużenia; ale opór był niepodobny; z pijaną 
zgrają nie było co gadać. Dal więc tylko znak Bro- 
dzińskiemu, który kazał cichaczem zaprzęgać konie, 
i sam wymknąwszy się chyłkiem, czekał z niemi na 
towarzysza za górą, o kilka stajów od karczmy. Cze- 
kanie to trwało z godzinę, aż dopićro już prame 
o zmi'oku ujrzał pędzącego ku sobie co tchu Kudli- 
cza — bez czapki; którą zamiast złotówkami napełnić, 
\usiał owszem, jako zakład powrotu, w ręku godo- 
ników zostawić. 

A i ostatnie moje wspomnienie o Brodzińskim 
Warszawie, łączy się też z pamięcią przyjacielskiej 



330 

btesiady; to jest pożegnalnego śniadania, które Wale- 
ryan Krasiński, dla Stanisława Rzewuskiego i dla 
mnie, w dzień mego z nim wyjazdu za granicę, wy- 
prawił. W gronie kilku najbliższych był i kochany 
Kazimierz z Królówki, który i wtedy jeszcze, wzią- 
wszy mię na stronę, z życzliwością i powagą, starsze- 
go brata, udzielił mi po raz ostatni niektórych i-ad 
i przestróg, tyczących się zwłaszcza oszczędności w po- 
dróży i pokus, na jakie w większych zwłaszcza mia- 
stach, każd^ niedoświadczony narażonym być może 
i bywa. Po śniadaniu, wszyscy współbiesiadnicy prze- 
prowadzili nas aż do rogatek, i tym sposobem Bro- 
dziński, jak za przybyciem mojśm do Warszawy był 
dla mnie jednym z piśrwsźych, tak przy wyjeździe 
był jednym z tych ostatnich, którym przez cały ciąg 
ówczesnego mego w niśj pobytu, najwięcej i chwil mi- 
łych, i zbawiennych wpływów winien byłem. Nie 
przewidywałem wtedy, niestety, gdzie i w jakich oko- 
licznościach przyjdzie mi odwdzięczać mu za nie. 



f 



u. 

w początku Czerwca 1835 roku, wychodząc z do- 
inn na ulicę w Dreźnie, apotkalem w bramie — i prze- 
raziłem się, ujrzawszy podobieóstwOj i jakoby cień Bro- 
dzińskiego. Byl to on sam, niestety; ale jakże od- 
mienny od dawnego siebiel Wycieńczenie fizyczne 
i eiei*pienia moralne* zlały się w jeden wyraz — zdi-o- 
bnionej zda się jeszcze bladćj jego twarzy, Byl to 
skutek clioroby^ która go trawiła, a w częaci i znu^ 
żenią podi'óźą^ bo wprost z botelu, gdzie tylko co przy- 
był z Klukowa^ szedł do mnie, mając adi'es od współ- 
nśj naszój przyjaciółki w Warszawie, pani Katarzyny 
Łewockiśj, która raczyła zawsze byd moją koiTespon- 
dentką. Chorobą jego, a przynajmniej głównym jej 
symptomatem na zewnątrz, byl jakiś guz czy narośl 
na prawom ramieniu, która powiększając się coraz^ 
wyczerpywała znać siły źiywotne. Lekarze zalecili mn 
n^cie wód i kąpieli karlsbadzkich, dokąd był właśnie 
^ jjodi'óży, i na ki'ótki czas tylko zajechał do Drezna, 

Widok jego odjął radość spotkaniu. Przywitali- 
1 y się jak na pogi^zebie. Do zwyklój łagodności 



832 



i słodyczy jego usposobienia, przybyła wrażliwa rze 
wność, objawiająca się za lada powodem. Po piśrwszem 
powitaniu w bramie, za wejściem do mego mieszka- 
nia, widok małśj mojój córeczki, na ręku matki, wzru- 
szył go przypomnieniem Karusi, o którśj była pińnysza 
rozmowa. Dziękował mi za znajomość 2 domem pan- 
ny Teressy Kickiój, pod której zwłaszcza opieką żonę 
swoje i ośmioletnią już wtedy Karusię zostawił. Dru- 
gą zaś rzeczą, o którój w ślad za tóm wspomniał, by- 
ło: że miaiem racyą nie lubić pewnego literata, któ- 
rego choć on sam także nie lubił, ale px'zecieź hamo- 
wał niegdyś zbyteczną może moje względem niego 
szorstkość. To właśnie posłużyło za temat do dal- 
szych jego opowiadań o drugich i o sobie, które nieraz 
starałem się przei-wać lub ski-ócić, widząc że go za- 
nadto wzruszały. W ten sposób zawiązał się na no- 
wo 4awny między nami stosunek, ale jakże w odmien- 
nych warunkach! W Warszawie był on dla mnie jednym 
z głównych punktów oparcia, w życiu mojóm wewnęti'z- 
nśm i towai-zyskiśm. W przyjaźni jego czułem za- 
szczyt i opiekę. Dziś zaszczyt tylko pozostał nie- 
zmiennym. Ale za doznaną naówczas dobroć, czidem, 
że mi się podaje sposobność odwdzięczenia mu przy- 
jacielską posługą. 

Zacząłem od znalezienia dlań prywatnego mieszka- 
nia, (na Tópfer Gasse\ i to tego samego, w któróm ja 
sam po przybyciu do Djrezna przez rok przeszło mie- 
szkałem, a które po mnie z kolei zajmowali z reko- 
mendacyi mojśj: Garczyński, Witwicki i Górecki. Se 
deczna uprzejmość i usłużność obojga gospodarzy, ot 
czała go taką troskliwością, że mu to, jak sam p< 
wiadał, osładzało samotność i tęsknotę. Samotnym^* 



1 



333 ^ 

dnak rzadko l)ywal we dnie. Oprócz mnie, zastał tu 
jeszcze kilku dawnych znajomych, międzyi nnemi pana 
Adolfa Cichowskiego, i dom państwa Województwa 
Wodzińskich, z którym go zwłaszcza blizka łączyła 
przyjaźń. Nowi znajomi przybywali także, a każdy 
wedle możności stai^ał się uprzyjemnić pobyt w obcśm 
mieście sławnemu narodowemu poecie. On sam jednak 
rzadko gd2de bywał, z powodu ciei^pienia w ramieniu, 
które mu zawadzało w ubraniu. Nad wieczorem za- 
zwyczaj, wi'acając ze spaceru z Oross-Garłen, wstę- 
pował po di'odze do mnie (na Jóliannis-Gasse), a że 
miał zakazane kawę i herbatę, żona moja przyi-ządza- 
ła dlań ulubiony mu z czasów studenckich "(jak mówił) 
przysmak, 2^aderecs:kę; którą mu też na codzienne śnia- 
danie w domu, nauczona przezemnie gospodyni jego 
walczyła. Pi^zyjaciel mój i wszystkich w ogólności 
Polaków, doktór Hedenus, syn sławnego niegdyś chi- 
rurga i sam niemniej znakomity lekai'z; wiedząc, kto 
był Brodziński, z braterską prawdziwie troskliwością 
zajął się nim i czuwał nad jego zdrowiem; chociaż po 
piśrwszych zaraz odwiedzinach, niestety, nie rokował 
pomyślnych nadziei.— I z tym to ja zwłaszcza stosun- 
Jdem nuałem ciągły i największy kłopot. Znając 
już z doświadczenia uczucia Hedenusa, wiedziałem 
dobrze, że ofiarowanie mu wynagi'odzenia przez moje 
ręce byłoby dlań^ dotkliwą obrazą; z rąk zaś samego 
Brodzińskiego od razuby go nie przyjął. Ale tśż 
z di'ugiśj strony, znając delikatność Brodzińskiego, 
ałem z niemniejszą pewnością, iżby mu to całą swo- 
)dę w postępowaniu z lekarzem odjęło. Przystałem 
ęc wrzekomo na żądanie, ażebym był jego płatni- 
3m; ale tśż wyperswadowałem zai'azem, że się tu nie 




334 

za każdą wizytę, ale dopiśro po skończeniu kura- 
cyi, ryczjJ:towo lekarza opłaca. Uwierzył, i pi-zez ca- 
Jy ciąg pobytu w Dreźnie, wszystko jakoś szło spo- 
kojnie i dobrze. Ale przyszedł nakoniec dzień wy- 
jazdu do Karlsbadu, w którym przez nieuniknioną ko- 
nieczność, interes ten zwalił się na mnie. Brodziński 
przygotował nilonik dukatów, i oczekując na ostatnią 
wizytę Hedenusa, chciał go już naprzód złożyć w mo- 
je ręce. Wywijałem się zatóm jak mogłem, aby jego 
pi'zyjęcie opóźnić; aż nakoniec wejście doktora uczy- 
niło to niemożliwćm. Podczas konferencyi, Brodziński 
usiłował nieraz zbliżyć się do mnie; ja zaś pod pozo- 
rem delikatności, aby lekarskich konfidencyi nie słu- 
chać, coraz dalćj usuwałem się od niego. Rulonik był 
w jego ręku, i widać było, że go ogniem palił. Z twa- 
rzy jego Hedenus domyślił się snąć o co idzie; gdyż 
uścisnąwszy go raptem, tak szybko wybiegł z pokoju, 
że Brodziński ze swoim nilonikiem pozostał jak od:u- 
piały; a ja miałem niesłychaną mękę, nimem go od- 
wiódł od zamiaru pisania przeze mnie listu, i uspokoił 
nakoniec ponowioną uroczyście obietnicą, że po powro- 
cie jego z Karlsbadu, ja tę rzecz wezmę całkiem na 
siebie. 

Przez czas trzytygodniowego pobytu w Dreźnie, 
zdrowie jego polepszyło się o tyle, że nie tylko poczuł 
się mocniejszym na siłach, ale i weselszym na humo- 
rze. Wprawdzie źródło choroby pozostawało zawsze 
w jednakowym stanie, ale dotkliwsze symptomata 
zwolniały, a nadzieja lepszego jeszcze skutku Wi 
karlsbadzkich ki'zepiła go i dodawała otuchy. Korr 
stając więc z tego usposobienia, zaczął powoli zv, 
dzać galeryą i inne osobKwości miasta, w czem ja, al 



335 

p. Adolf Cichowski, służyliśmy mu zwykle za dcero- 
nóu\ Obudziła się tóż w nim chęć do czytania; ale 
z powodu osłabienia oczu, my także na praemiany speł- 
nialiśmy obowiązek lektorów. Nigdy nie miałem tyle 
sposobności przekonać się, jaką serdeczną radość spra- 
wiał mu ka^dy nowy autor, lub nowe dzieło, stające 
się ozdobą literatury ojczystśj. W Kijakowie czyta! 
jaz był ^Pana Tadeusza,"" i uważał go za najwyższy 
szczebel, na jakim dotąd poezya nasza stanęła. Znał 
także już przedtśm j^Nie-hoskąy"^ ale tutaj dopiśro po- 
^mk „Agaf/^Hanaj** i dowiedział się ode mnie, że jest 
dziełem tegoż samego autora. Widzę zda się, jak 
blada twai*z jego zapłonęła nagłym rumieńcem, gdy 
mu jeden ustęp czytałem; jak mimo osłabienia powstał 
i cłiodził po izbie, mówiąc o zaletach obu tych utwo- 
rów, i z tak wielkiśj między niemi różnicy w chara- 
kterze, barwie i tonie, wnioskując o potędze talentu 
autora, i o przyszłych z niego nadziejach. Ja wtedy 
tłómaczyłem właśnie „Banią Jeziora,"" którą, na wzór 
niemieckiego jój ttómacza, przeclu^zcUem potśm na 
„Dńeuńcę z JeziwaJ*' Brodziński wysłuchawszy opi- 
su łowów z pieśni piśrwszój, nie dał mi już pokoju, 
aż przeczytałem mu wszystko, co było napisane; a to 
jego współczucie stało mi się tak dzielnym bodźcem 
w dalszśj pracy, że w ciągu jego pobytu przełożyłem 
całą pieśń czwartą, a do powi'ótu jego z Karlsbadu, 
cały przeHad był już prawie u końca. Wpływ jego 
tak był widoczny, że dotąd jeszcze wiele wiei-szy, za 
żdśm ich przypomnieniem, obudzą we mnie pamięć 
odzińskiego: jak słuchał ich czytania, wnet po na- 
jiniu, lub jak je, myśląc o nim, składałem. Ach! bo 
ma na świecie Mecenasa, któryby przy największój 



336 

potędze i chęci, mógł dodać tyle zachęty i siły, co 
przyjacielskie współczucie brata w sztuce— a cóż do- 
piero siostrzyczki, komu Opatrzność szczęście to na- 
darzy! To jest owa cudowna, ożywcza Fontanna^ przy 
którśj nawet na starość serce i duch się odmładza, 
a która, jak mówi Szyller, „w krainie tylko poezyi 
płynie. ** Słowa nie wystarczyłyby wdzięczności, kto- 
by ją chciał za doświadczenie tego wpływu wyi'azić. 
Ale za tóż tśm bai'dziój żal bierze nad tymi, którzy 
ożywiając nim drugich, sami go, jak się zdaje, nigdy 
nie zaznali. O! bo są okolice, podobne pod tym wzglę- 
dem do piaszczystśj Sahary, gdzie chociażby jaka oa- 
za zielonością i kwiatem zakwitła: będzie ona tóm 
większym może podziwem dla drugich, ale co w sobie 
i dla samój siebie, to zawsze sierota w pustyni — choć- 
by nawet, przez nawyknienie, samatego sieroctwa nie 
czułal 

Brodziński w życiu swojćm wpływ- tego rodzaju, 
zawdzięczał, jak opowiadał, w części stai^szemu brata 
swemu Andrzejowi, najwięcój zaś przyjaźni Wincen- 
tego Eeklewskiego, poety, starszego wiekiem, i bez- 
pośredniego naczelnika swojego w wojsku, który go 
osobiście pokochał, a oceniając poetycką w nim duszę 
i talent, do kształcenia go przez naukę i do dalszego 
rozwijania zachęcał. Reklewski umarł potćm na ręku 
jego, podczas kampanii 1812 roku, a obraz tój śmierci, 
i inne czułe wspomnienia o Reklewskim, były często 
przedmiotem jego rozmów. W ogólności bowiem w tych 
czasach Brodziński lubił szczególnie opowiadać dawn 
swoje wspomnienia, jak gdyby dusza jego przeczuwsg 
zamykającą się przed nim przyszłość, albo może chct, 
się oderwać od smutnśj teraźniejszością w przeszłe 



337 

tylko z upodobaniem patrzała. Mówił mi wtedy, 
że napisał, i wraz z wielu innemi rekopismami, 
zostawił w krają praepisane na czysto, jak do 
tlrukUj osobiste swoje wspomnienia z lat dzieciństwa 
i piśi^wsz^j młodości; z nadzieją zaa powi^otu do 
zdrowia łączył zamiar dalszśj ich kontynuaeyi, mając 
przytóm zwłaszcza na względzie, zaszły w tych 
czasach w literaturze naszśj przełom w wyobra- 
żeniach i w sposobie pisania. Poczuwał sie on w tćm 
Bawet do pewnego i-^dzaju obowiązku, aby jako ucze- 
stnik i najbliższy świadek tśj walki między tak zwa- 
ną klassijcB^riością i romantycsmokią^ obraz j6j w świe- 
tle prawdziwśni pamięci potomnych zostawić* Przy- 
wiązywał bowiem szczególną wartość do wszystkich 
w ogólności pamiętników osobistych^ byle pijanych 
z dobrą wiarą, bez wpływu nienawiści lub miłości 
własnej: uważając je za najbai^dziśj pomocniczy śro- 
dek do poznania i zrozumienia prawdziwego charakteru 
epoki i pojedynczych ludzi- Brakowi nawet dziel te- 
go rodzaju w literaturze naszój przypisywał on z ża- 
lem nader smutne skutki, a mianowicie tę tak dziwną, 
a prawie powszechną u nas, nieświadomość naszój 
przeszłości, pod względem zwłaszcza psychicznym i mo- 
ralnym, która pozbawiając nas wzorów własnych, nsposa* 
bia i zmusza niejako do naśladowania i szukania obcych, 
Pojednśj długiśj w tym przedmiocie rozmowie, zwłasz- 
cza o dwóch głównych szkopułach tego rodzaju autor- 
stwa, to jest, o drobiazgowości pojedynczych szczegó- 
6w, i o zai'zucie ciągłego a koniecznego przytóm 
[łowienia autora o $obie: Brodziński dał mi naza- 
uti'z, napisane ołówkiem na świstku, dwa następujące 
lystychy: 

'Wspomnienia z przeszłości. ŚS 



338 

„Nie zważaj, że cię zarzut samolubatwa czeka. 
Mów o sobie, gdy w sobie zbadałeś człowieka,** 

i di'ugi: 

„Drobiazg nie jest błahością. Drobnii w kroplaeti rosa, 
Raeźwi ziemię, i w sobie odbija Niebiosa." 

I bodaj czy to nie były ostatnie wiersze, które 
w życiu napisał. W Dreźnie bowiem nie brał pióra 
do ręki, i owszem nieraz powtarzał, że ze względu na 
stan swego zdrowia, właściwy zawód autorski uważa 
już za skończony; gdyż spisywanie swych wspomnień 
miałby raczój za rozrywkę starości. Co do ostatnich 
pism swoich, zostawionych tóż, jak mówił, w Warsza- 
wie, i przygotowanych do druku: szczególną wartość 
przywiązywał do historyczno} rozprawy „o trzech epo- 
kach kształtowania się i objawiania charaktera szlachty 
naszój, pod wpływem czci Boga Kodzicy." Praca ta 
nigdzie dotąd drukowaną nie była, i od nikogo innego 
nie słyszałem o niśj. Prawdopodobnie więc musiała 
gdzieś zaginąć wraz z rękopismem parafrazy xiąg 
Hioba, którą ja sam u niego, przed moim wyjazdem z War- 
szawy w r. 1829, całkiem już jak do di-uku przepisa- 
ną widziałem. Zkąd zaś i jakim sposobem pamiętnik 
jego, czy tylko niektóre ułamki, dostały siędo„fVi'y- 
jaciela Ludu^ który je piórwszy ogłosił, ja nie wiem; 
choć byłaby to może jedyna di'Oga, do dowiedzenia się 
o losie innych rękopismów, z któremi razem, jak mó- 
wił, i pamiętnik ten w Warszawie zostawił. 

W końcu Czerwca Brodziński wyjechał zDre a 
do Karlsbadu, fuimanem, w towarzystwie dwóch i - 
dych Niemców, których mu jego gospodai'z na ws 1- 
ników podróży wynalazł, i którzy go, jako słab, >, 



339 

w drodze pielęgnować przyrzekli. Dotrzymali istotnie 
słowa, i Brodziński z wdzięezuością o nich wspomiEał, 

Kuracya w Kailsbad^ie szła z początku bai^dzo 
pomyślnie. Przez jednego z powracających ztamtąd, 
miałem od niego śmstekj napisany ołówkiem, w któ- 
rym mi o tóm donosił, dodając w żartobliwy sposób, 
że zamiast ^acierec^ki^ tuczy się wasser-zupkąy a nawet 
czasem sobie i Blmn-Caffe pozwala. Ku końcowi zaś 
Lipca otrzymałem list % poleceniem, abym najął dlań 
na cały Sierpień to samo co przedtóm mieszkaniCj na 
Topfer-Oasse; ale że ono było już zajęte — wynalazłem 
więc inne, w prawom skrzydle pocztowego gmachu, 
bardzo wygodne i stosunkowo tanie, które mi jego 
właściciel, wyjeżdżając sam na wieś, odnajął; nie na 
dłużój jednakże jak do piśrwszych dni Września, to 
jest do dnia swego powi*ótu. Drobna to na pozór oko* 
liczność, ale wpływ jśj, niestety, był wielki! Przysta- 
łem zaś na to tśm chętniój, że Brodziński nie dłużśj 
właśnie zamierzał zabawić w Dreźnie. 

Tymczasem, przy samym już końcu kuracyi w Karls- 
badzie, przypadła nań inna choroba: rozlanie się żółci, 
wskutek którśj przyjazd jego do Drezna przewlókł się 
do połowy Sierpnia. Znalazłem go mocno zmienionym, 
a żółtośó zwłsszcza cery i ogólne osłabienie świad^ 
czyły, że choroba ta w nim jeszcze nurtuje. Pomimo 
tego jednak, w piśrwszych dniach pobytu, wychodził 
jeszcze z domu i odwiedza! znajomych, mając zamiar 
niezwłocznie wi^acać do Warszawy. Ale wkrótce za- 
-"iemógł obłożnie. Państwo Wodzińscy, pan Cichowski 
ja, odwiedzaliśmy go stale w pewnych godzinach^ aby 
ył jak najmniśj samotnym, a przytśm najęliśmy bar- 
^0 porządną kobiótę, Niemkę, któraby była nieodstę- 



340 

pnie przy nim. Troskliwe starania i lekarstwa Hede- 
nusa, zaczęły zwolna okazyw^aó swój skutek. Cfhory 
już się mógł przechadzać po pokoju— kiedy wtóm, na 
początku Września, właściciel mieszkania powrócił, 
i trzeba było starać się o nowe. Znalazłem je nie- 
opodal piśi*wszego, i urządziwszy w niśm wszystko, co 
mi się zdawało potrzebnóm, przeniesienie samego cho- 
rego zdałem na pana Cichowskiego, który się sam tego 
domagał. Przeniesiono go w lektyce. Nie wióm, czyby 
moja przytćm obecność naprowadziła mię była na myśl, 
która nieszczęściem w tój chwili panu Cichowskiemu 
nie przyszła: to jest, że ti^zeba było zacząć od ogrzania 
pościeli, nastygłśj w nieopalanśm dotąd jeszcze mie- 
szkaniu. Samo ono nie było chłodne; a że i dzień był 
pogodny i ciepły, urządzając przeto je z rana, nie wi- 
działam nawet potrzeby kazać przepalić w piecu, cho- 
ciaż miałem przygotowany zapas drzewa na kąpiele, 
które chory, z przepisu lekarza, co trzeci dzień w domu 
brać musiał. Wprawdzie samo jednorazowe przepale- 
nie nie ogi*załoby jeszcze pościeli; zawsze jednak ta 
nieprz^ezorność z mojśj strony di'ęczyła mię przez lata 
jak wyrzut sumienia; a biśdny pan Cichówski cierpiał 
jeszcze więcój, on, który aktem przenosin bezpośrednio 
kierował. Ledwo albowiem chory położył się przy nim 
do łóżka, porwały go oki'opne dreszcze i trzęsienie, 
jakby w najgwałtowniejszym paroxyzmie febry. Prze- 
rażony Cichówski pobiegł po doktora; a tymczasem 
i ja nadszedłem. Nie czas było palić już w piecu. 
Skoczyłem więc co żywo po spirytus do sklepiku, i rr 
lawszy go na talerze, zapaliłem na środku i po wsi 
stkich rogach pokoju. Powietrze wnet się ogrzałc 
ale złe, co się już stało, nie dało się przez to napra^^ 



341 

Choroba wzmogła się widocznie, a lubo po dniach kilku, 
za użyciem lekarstwa, znowu . do poprzedniego stanu 
wróciła: postęp ku polepszeniu zatrzymał się na tóm. 
A tymczasem sSy niknęły, i Hedenus oświadczył nam 
otwarcie, że dobrego końca nie widzi. Sądził wszakże, 
że po niejakim czasie chory, będzie mógł jeszcze 
przedsięwziąć podróż do Wai'szawy, byle miał w niśj 
stosowną wygodę i opiekę. On sam pragnął tego 
najmocniój, aby choć raz jeszcze, jak mówił, obaczyć 
żonę i córkę, i spocząć w ziemi rodzinnśj. Na przy- 
jazd jednak żony do Drezna, w żaden sposób zgodzie 
się nie chciał; i z tegośmy zwłaszcza wnosili, że choć 
często mówił o śmierci, zbliżania się jśj nie przeczuwał. 
Ale jakiemiż słowy zdołałbym odmalować to praw- 
dziwie anielskie bohaterstwo duszy; teniczem niezachwia- 
ne pokój i cierpliwość, jakie w nim w każdśj chwili 
ze czcią trzeba było podziwiać! I nie była to dumna 
stoicka odwaga, ale owszem pokorne i ciche poddanie 
się woli wyższśj, którśj rząd i kierunek, nie tylko 
w tym razie, ale zawsze, jak mówił, czuł i uznawał 
nad sobą. I był to nawet, możnaby powiedzieć, ulu- 
biony dlań przedmiot rozmowy, ilekroć w chwilach 
swobodniejszych od cierpień, szukał w niój rozrywki 
dla myśli, a może i zapomnienia o obecnym swym sta- 
nie. Nigdy albowiem, jak tylu innych chorych, nie 
rad był mówić o swojśj chorobie, i nawet na pytania 
odwiedzających odpowiadał krótko i obojętnie, przecho- 
dząc zaraz do innego przedmiotu. Pi^zytśm nie czuł 
-^n żadnych gwałtownych boleści, ale tylko stopniowe 
bywanie siły, i oprócz przelotnych dolegliwości flzy- 
znych, rzewną niekiedy tęsknotę. Pod wpływem jśj 
nia jednego, sam z własnego natchnienia, powiedział 



342 

mi, że się chciałby spowiadać; a z oczu jego, zwi'óco- 
nych na mnie, gdy to mówił, odgadłem, że była w tern 
i clięć wybadania, co sądzimy o jego stanie. Udałem 
więc najzupełniejszą obojętność, i radząc mu wrzeko- 
mo aby to raczćj do czasu całkowitego wyzdrowienia 
odłożył, zacytowałem tylko kilka i-zeczywistych wy- 
padków, w których odbyta spowiedź, jakby cudownym 
tajemniczym wpływem, do uzdrowienia chorym dopo- 
mogła. Widziałem i poczułem wyraźnie, że go to ucie- 
szyło. A chociaż wnet roziiiowę zwróciłem ku cze- 
mu innemu, i kilka obcych osób nadeszło: on jednak 
przy pożegnaniu, gdy już miałem wychodzić, pociągnął 
mię za rękę,' abym się nachylił ku niemu, i z cicha 
powiedział do ucha: „Proszę cię, ja się chciałbym ju- 
tro wyspowiadać.** — Udałem się więc natychmiast do 
szanownego x. kanonika Miłde, który tśż zaraz na- 
zajutrz świętego tego aktu dopełnił. —I zdawało się 
rzeczywiście, że jakiś wpływ cudowny ogarn^ nagle 
i ożywił chorego. Wszelkie cierpienia fizyczne ustały; 
twarz się jakoś wypogodziła; a pokój ten i pogoda 
oddziałały widocznie na stan jego wewnętrzny, jeśK 
nie same raczśj wypłynęły z niego.— „Czuję sam, (mó- 
wił do mnie), że już choroba ustąpiła całkiem; ale ży- 
cie tli tylko jak w iskierce, i z tśj iskierki trzeba te- 
raz odradzać się jak fenix."— I był pewnym, że się 
odrodzi. A było to na trzy dni przed śmiercią. I wszy- 
stko w tych dniach dziwnym sposobem zbiegało się 
jakoś, aby mu te ostatnie chwile osłodzić. Odebrałem 
listy z Pai'yża, między któremi był liścik do niei^ 
pisany przez Witwickiego, na przypadek, gdyby jeszc 
był w Dreźnie. Mickiewicz zaś w liście do mnie 
ssi: „Jeśli Brodziński jest jeszcze u was, kłaniaj 



się ode mnie. Chodaic nie znam go osobiście, wiósz, 
jak go wysoko szacuję. Na końcu „Tadeusza*^ był 
do niego ustęp; ale nagłe di^ukowanie i moje ówczesne 
2:atnidnienie małżeńskie, zrobiły, że nie miałem czasu 
poprawić i umieścić owego Epilogu. Zostawiłem to 
do przyszłego (jeśli będzie) wydania." — Odczytałem 
te słowa Brodzińskiemu. Słuchając zamknął oczy, 
i nie mógł powstrzymać łkania; co mu się zresztą 
w tym czasie za kaźdem wzruszeniem zdarzało. Po 
niejakim czasie dopióro polecił mi podziękować Ada- 
mowi za ten dowód pamięci, w którym jużciż musiał 
czuć dowód, że sam autor ,,Panc(, Tadeusza'' miał go 
jakby za drugą pieań z tego tonu, który najprzód za- 
l}rzmiał w „TFieste^'6,''— Przedłużające się leżenie za- 
częło mu być dolegliwem. Miękkiój niemieckiśj pierzy- 
ny znieść nie mógł, a zwyczajny materac był już dla 
niego za twardy. Wiedząc o tem przeze mnie pani ba- 
ronowa Bónne, (Załuska z domu), kazała zrobić umy- 
ślnie dla niego materac na sprężynach, który właśnie 
w tym czasie przyniesiono. Ucieszył się dziecinną ra- 
dością, kiedy za każdóm poruszeniem na nim, poczu- 
wał się jakby kołysanym. — Piśrwszój tóż nocy po do- 
staniu jego, miał ów szczególny sen, czy widzenie, 
wiadome już z listu mego do pani Lewockiój, 
w którym jśj najprzód o śmierci jego doniosłem. By- 
ło to na drugi dzień po spowiedzi. Przyszedłem, jak 
zwykle, rano, aby się o nocy dowiedzieć. Dozorująca 
go Niemka piśrwsza powiedziała mi o tśm. Nade dniem 
'ludziło ją wołanie chorego, który ją pytał: „czy nic 
3 widziała?"— On sam zdawał się być przelęknionym, 
aa wzajemne pytanie: „co się stało?" odpowiedział: 
j/i habe meinen Heiland geseken!*" (widziałem moje- 



344 . 

go Zbawiciela)! Podług jego opisu, był On w białśj 
szacie, długiśj do ziemi. Stał przed nim, u stóp łoźfa, 
opromieniony światłością, i ręce ku niemu wyciągał. ^ 

Wszedłszy, nie wspomniałem nic o tśm choremu, 
ale on mię sam piśrwszy zagadnął: „Czy kobiśta nic 
ci nie mówiła?"— „MówiŁsi, rzekłem, o śnie, który mia- 
łeś." — „Ja nie wiśm, czy to był sen," odpowiedział. 
„Mnie się zdaje, żenię spałem, i że to było na jawie." — 
I tu powtórzył mi sam słowo w słowo opowiadanie 
Niemki, i dodał: „Nie wiśm, co to ma znaczyć? Czy 
że mam prędko umrzóć, czy że wyzdrowieję?" — Wró- 
żyłem, ma się rozumieć, ostatnie, i on wiiocznie tęż 
nadzieję podzielał.— Jeszcześmy rozmawiali o tśm, gdy 
wszedł pocztylion i przyniósł mu list od żony. Chory 
sam czytać nie mógł, i kazał mi go sobie przeczytać. 
Donosiła mu same pomyślne wiadomości o sobie i o Ka- 
rusi; o troskliwości przyjaciół, jakiśj doznaje; przyczóm 
wymieniała szczególnie doktora Malcza, panią Katarzy- 
nę Lewocką, i dom panny Teresy i pani Natalii Kic- 
kich. Nakoniec prosiła usilnie, ażeby jej pozwolił pi'zy- 
jechać do siebie. Czytanie to wzruszyło go bardzo; 
ale wzruszenie to było słodkie, a wdzięczność dla przy- 
jaciół, rozpromieniła i myśl, i twai'z jego. „Gdyby mi 
nawet skończyć tutaj przyszło, umierałbym z tóm prze- 
konaniem, że byliby zawsze pociechą i opieką mojśj 
biednśj żony i dziecka."— Słowa te za świeżój pamię- 
ci powtórzyłem w liście do pani Lewockiśj, i przyja- 
ciele spełnili je święcie. Mówiąc je wszakże był on 
pewny, że sam jeszcze do nich powróci, i polecił "^^ 
odpisać w tym sensie do żony, uspakajając ją i f 
sząc, aby zaniechała zamiaru przybycia do Drezi 
Obawa o słabe jój zdi-owie, zwłaszcza przy truda 



345 

podróży i jakieby musiała przy nim chorym ponosić, 
były główną pobudką tego zaprzeczenia. Napisałem 
kopję w domu, i przyniosłem wieczorem, aby ją przed 
nim odczytać. 

Wieczoru tego nie zapomnę nigdy. Nie przewidy- 
wałem bynajmniój, że to była ostatnia rozmowa; ale 
była ona jakby streszczeniem jego uczuć, jakby minia- 
turowym obrazem duszy, który jest odtąd dla mnie 
ideałem cnotliwego człowieka i poety, jakiby trudno 
może dał się znaleźć gdzieindziój, niż u nas. Powta- 
rzałem ją tyle razy w opowiadaniu di'ugim i w my- 
śli, że treść i ciąg jój dotąd doskonale pamiętam. Po- 
wód do niój dała właśnie owa kopja listu, który na- 
pisałem sam od siebie, nie mogąc znaleźć w myśli wła- 
ściwego tonu do pisania w jego imieniu. Przystał na 
to, i miai mi tylko nazajutrz podyktować przypisek 
od siebie. Nazajutrz!!! — A był to, jak sam mówił, 
dzień pamiętny i szczęśliwy w jego żydu; dzień, w któ- 
rym w 1822 r. wszedł po raz piórwszy na katedrę 
professorską w uniwersytecie warszawskim, i rocznica 
urodzin Karusi. — List mój, jako przeznaczony do uspo- 
kojenia jego żony, a nawet i jego samego, był w tonie 
prawie wesołym, jakby już wszelkie niebezpieczeństwo 
minęło; w apostrofie zaś do Karusi, było przypomnie- 
nie jej płaczu i naszego kłopotu z rzeczy wysłania 
niegdyś mamki j6j po piwo. Wspomnienie to, w po- 
łączeniu z jutrzejszą rocznicą j6j urodzia, da^o począ- 
tek i nastrój rozmowie. Mówił o uczuciach męża i ojca, 
'ako o największśj słodyczy i szczęściu swojego życia, 
łowiąc zaś o wyborze żony:— jako wskazówkę prze- 
.naczenia z góry, opowiedział mi wtedy następującą 
►koliczność. Gdy idąc na wyprawę 1812 roku, masze- 
^wał w szeregach s^ojój kompanii, widok wiejskiego 



346 

kościółka blizko drogi, ściągnął jego owagę-, i tak 
w nim< poetycką fantazję rozmarzył, że zaczął sobie 
roić cały obraz szczęścia, jakiego by mógł doznać, biorąc 
w nim ślub zakochaną. Marzenie to było tego rodzaju, że 
mu utkwiło w pamięci. I trzeba^, s?!e we czternaście 
lat potśm, w tym samym władnie, a nie innym ko^ 
ściołku, zaślubił się ze swoją żoną.— Z powodu za 
tego zdarzenia, w dalszym ciągu rozmowy, dostrze-< 
głem w nim po raz piśrwss^y mistyczny niejako odcień^ 
myśli, to jest, żywą wiarę w tajemniczą stronę natmy 
i życia ludzkiego. Opierał on ją nie na żadnój oder- 
wanój teoryi, ale wprost na doświadczeniu własnśm, 
w rzeczach często, jak mówił, tak drobnych i błahych 
na pozór, iżby te dla nikogo, prócz jego samego, żadnój 
wagi i znaczenia nie miały. — Wszedłszy raz* bowiem 
na tór mówienia o sobie, z tak widocznśm upodoba- 
niem wywoływał różne dawne wspomnienia, że ja, po- 
mimo całśj przyjemności w słuchaniu, bojąc się by go 
to zbyt nie znużyło, po wiele razy prosiłem, ażeby 
przestał mówić i odpoczął. Ale odpowiadał mi na to 
zapewnieniem, że go mówienie nie męczy, i że tylko 
głośno mówić nie może. Jakoż mówił tak cicho, że 
musiałem aż głowę wesprzeć, na jego poduszce, ażeby 
każde słowo dosłyszeć. — Niepodobna mi już dzisiaj 
przypomnieć wszystkich szczegółów tych jego opowia- 
dań, ale pamiętam dobrze, że powziąłem z nich to 
przekonanie, że w osobistóm życiu swojśm uważai się 
w ogólności za szczęśliwego, i że oprócz moralnych, 
głównych podstaw szczęścia w każdym człowieku, 
swoje zawdzięczał tśż nie mniej poetycznemu uspo 
bieniu własnśj swojśj duszy i serca, a zwłaszcza 
do uprzejmój życzliwości dla ludzi i zamiłowania : 



347 

tury. Większa część bowiem tych wspomuień tyczyła 
się towarzyskich zabaw z przyjaciółmi^ Inb wakacyj- 
nych przyjemności na wsi. Z pomiędzy tych ostatnich 
z największśni upodobaniem mówił o zbieraniu orze- 
chów w lesie, i tak się widać myślą i wyobraźnią 
przeniósł byl w tćj chwili do lasu, źe z uśmiechem 
dzieciimój radości, opisywał uajszczegótowiej tę uciechę 
i rozkosz, Medy się nagle, ukiyte pod liściem, bujne 
grono orzechów obaczy, albo gdy za watrząśnieniem 
drzewa, dojrzałe juz orzechy, same jak grad sypią 
się z góry. Dodał, że nie ma milszój przed sobą na- 
dzieiy jak że wróciwszy do Warszawy, pojedzie z żoną 
i Kai'usią do szwagra na wieś, i znowu z niśmi pój- 
dzie razem na orzechy! 

Na tym obrazku i na tój nadziei skończyła się 
nasza rozmowa; żaden z nas nie pi^eczuwal, ze jnż 
była ostatnią. Nazajutrz o tój porze już konał! — 
Z rana czul się jak zwykle; ale gdy pan Oichowski 
przyszedł go odwiedzić w południe, znakami tylko dal 
mu do poznania, że mu sił do mówienia brakuje. 
Przytomność miał wszakże zupełną. Po południu do- 
pióro wpadł w drzśmkę, która ku wieczorowi przy- 
brała już widocznie cechę powolnego konania. Korzy- 
stając z mojego przyjścia, Niemka pobiegła po Hede- 
nusa, i ja z nim tylko sam na sam zostałem.— Wierny 
obraz chwil tych ostatnich masz, siostrzyczko, w wier- 
szu moim na śmierć jego. Przytoczeniem więc z niego 
wyjątku, smutne to opowiadanie zakończę. 

Zbliżała się godzina — a jako gdy słońcB 

Schyla się do zachodu: wiatry w dziefi wiej^jCe 

Ucichają, a ono swe blaski promie nae 

Wciąga zda się w głąb' siebie, na Bpocznienie senne; 

Lecz nim zgaśnie, raz jeszcze w pełni majestata^ 



348 

Nieśmiertelne swe jutro zapowiada światu. 
Tak dusza chrześcijańska, przed ostatnia prób%. 
Ucisza się w spokoju — i jakby chcąc z sobą 
Zabrać i unieść wszystkie swe cnoty na ziemi. 
Wsiąka je, i niewiedząe promienieje niemi. 

Tak był on.— Obmytemu u pokuty zdroju, 
Bóg snae wlał taką. słodycz wnętrznego spokoju, 
I tak podniósł go w duchu— że z tśj wysokości 
Stanął przed nim zarazem, i obras przeszłości, 
I nadzieja błękitni przyszłość odsłoniła; 
Czuł jćj blask— lecz nie wiedział, że to wieczność była. 
I ufny, z pełni serca, przed okiem przyjaźni, 
Rzucał w nią, jakby resztę gwiazd swćj wyobraźni; 
A wszystkie były tylko iskry, lub odbicia 
Jednćj — stałćj, słonecznćj, przewodniczki życia, 
Miłości: Boga, kraju, braci, towarzyszy, 
I domowćj rodziny, i wiejskićj zaciszy. 
Odzie wrócić, którym jeszcze błogosławić, służyć 
Chciał w życiu — które, mniemał, że Pan chce przedłużyć. 

Lecz Pan inak rozrządził — i sam mu swą wolę 
Obwieścił — nie przez trwogę śmierci, nie przez bóle, 
Nie przez strach nawet sądów swych i Majestatu: — 
Lecz jak wstępował w Niebo, błogosławiąc światu, 
Jak stokroć zchodził z Nieba na męczeńskie dusze. 
By je wzmódz duchem swoim nad śmierć i katusze: 
Tak zszedł snąć i ku niemu;— z jasnjrm włosem młodzian, 
Z promieniej ącćm czołem, śnieżną szatą odzian. 
Stanął przed nim w widzeniu — i skinieniem ręki 
Wskazał drogę ku Niebu — palmę życia męki. 

I on uznał znak Pański!— i jakby Anieli 
Na straży mu u serca i myśli stanęli. 
Taki spokój tchnął w licu, taka w oku radość: 
Że nawet w onćj chwili, gdy już śmierci bladość 
Zwiastowała jćj przyjście; gdy na łup jćj ciało 
Skazane, snąć w jej ręku konwulsyjnie drgało. 



\ 



r 



349 

A Bkroń jego stygnącą, jako marmur biały, 

Ueta jui tylko moje i łzy ogrzewały: 

Że nawet w onej chwili— którą widząc człowiek, 

Brzy tylko albo płacze: — z pod gasnących powiek 

Lśnił jakiś taki promieni taki blask weselny, 

Tak się dawał eznć tryumf duszy nieśmiertelnej, 

Taka pewno śd, że żyje i id de do Boga: 

Że grzechemby bic zdały litość albo trwoga; 

I tom jedno czuł tylko w głębi serca mego— 

Jak dobry Fani jak Błodka śmierć Sprawiedliwego!^ 



! 



STEFAN WITWICKI 
i 

STEFAN GARCZYŃSRI. 



I. 

Dwa te imiona i dwie te postacie tak się niero- 
zerwalnie łączą w mojój pamięci, sercu, i codziennśj 
za ich dusze modlitwie, że chcę też obu ich razem, 
Siostrzyczko, wyobraźni twojśj przedstawić. Prócz 
tego, w samej nawet osobistości ich i charakterze mo- 
ralnym, przy najwybitniejszej powierzchownśj różnicy: 
temperamentu, rysów, i nawet cery, jest wszakże jakby 
pewny węzeł podobieństwa; to jest, że jeden i drugi 
mogliby ujść za typ męzkiśj, młodzieńczej piękności: 
piśrwszy (brunet), południowo-hiszpańskiśj; dragi, 
(blondyn), czysto naszój rodzimćj, słowiańskiśj. W mo- 
ralnym zaś nastroju duszy, główną cechą obudwóch 
była najczystsza i prawie wygórowana g;odność i szla- 
chetność, oparta na poczuciu powinności własnój, w jój 
najdelikatniejszych odcieniach, i skora zawsze dla niej 
do ofiary z siebie. Zresztą, to połączenie ich w mojńi 
myśli i pamięci, wiąże się ze wspomnieniem waż 
dla mnie chwili w mśm życiu, tak, że, ilekroć c 
ich sobie w wyobraźni przedstawić, nie mogę tego 
konać inaczój, jak, że oba razem stają przede mną, i 



351 

za\vś5ze w tej samśj postaci i stroju, jak ich w owej 
cliwili ujraałem. Prawda, że i ja dla nich nawzajem 
byłem jakby pośrednim ogniwem, co ich najprzód 
l)eze mnie między sobą zbliżyło; owa zaś chwila, o której 
wspomniałemj przywiązała mię do nich wspólnie nowym 
węzłem stosunku^ w nowśj dla mnie epoce życia, 
o którćj mógłbym powiedzieć, że się właściwie od tój 
chwili zaczęła. O tój chwili więc powióm najpiórwej. 
Witwicki, przybywszy do Drezna, w końcu Lipca 
1832 r., przy ówezesnśm utrudnieniu listowych stosun- 
kóWj nie wiedziałj że pojechałem na ślub do Królewca. 
Wiedział jednakże przedtem o adi*esie mego mieszka- 
nia, i wprost z poczty przyszedł do niego. Zajmował 
je po mnie G-arczyński, Poznali się więc w ten sposób, 
i tak widać od razu przypadli do siebie, iż, jak nie- 
gdyś Garczyński u mnie, w tómże samom mieszkaniu, 
tak Witwicki zamieszkał: u niego, kilka dni tylko 
mając bawić w Dreźnie. Pobyt ten przedłużył się 
potom, z powodu rychlejszego nad zamiar powrotu 
mojego z żoną. Dzięki dobroci i staraniom paniKlau- 
dyny (hi', z Działyńskich Potockiśj), nowo najęte mie- 
szkanie, (w domu poety Fryderyka Ejnda), czekało 
już w pogotowiu na nas. Wstęp przecież nie był 
wesoły. Przyjechaliśmy już prawie o zmierzchu. Cudzy 
kraj, obca mowa i puste ściany, które nas spotkały, 
nie mogły jużciż nie oddziałać smutnćm wrażeniem na 
serce młode, nie obyte z życiem, oddalonśj raz piśrwszy 
i razem: od kraju, od rodzinnego wiejskiego domu, 
i od wszystkich swoich. Pod smutnśm więc godłem hie- 
ko miało się zacząć nowe nasze gospodarstwo;— gdy 
tóm drzwi otwarły się prędko, i w progu stanęli obok: 
arczyński, i bynajmniój niespodziewany, Witwicki. 



352 

Obaj podobni wzrostem, i prawie jednostajnie, w czai'- 
nych tużurkach i przez pół biało po letniemu ubrani, 
byli dla nas prawdziwie Piastowymi gośćmi, którzy 
nam nie tylko pociechę, ale i jakby dobrą wróżbę na 
przyszłość, i błogosławieństwo przynieśli. Wkrótce 
po nich prayszła pani Klaudyna, i dama dworu Saskiego, 
pani Salomeą Dobrzycka; i wieczór ten, łzami zaczęty, 
liczę dotąd do najszczęśliwszych chwil mojego życia. 
Nadewszystko zaś jest on mi ważnym i pamiętnym 
dla tego, że na nim to najbliżsi przyjaciele moi, po- 
wzięli dla mojśj żony i natchnęli jój tóż dla siebie 
prawdziwie braterską życzliwość, którą stale nawzajem 
dochowali do grobu. Uczucie to, osładzając jój piśrwsze 
chwile pobytu w obczyźnie, przeniosło ją tśż od razu 
w tę sferę moich najmilszych stosunków, która, dla 
wychowanój w wiejskiśm ustroniu, była może z po- 
czątku nowością, ale którą wnet przecież poczuć i oce- 
nić umiała. I tento właśnie przejściowy stan jój duszy 
miał dla nich największy powab. Witwicki zaś, który 
ją przezwał „dziką Litwinką," opowiadając potom 
o niój Adamowi, który jśj osobiście nie znał, był za- 
pewne piśrwszym powodem, iż tenże, jak mi sam pisał 
w swym liście, „miał ją często na myśli, malując 
heroinę poematu swego, Zosię, ** którój imię także no- 
siła. — Witwicki na prośby nasze przebył w Dreźnie 
parę tygodni dłużśj. Całe dni przepędzaliśmy razem. 
Pojechał do Paryża, i już go więcśj nie widziałem. 

Nie jest moim zamiarem. Siostrzyczko, opowiadać 
ci biografie moich przyjaciół, o których wiedzieć f - 
gnęłaś, ale wprost tylko osobiste moje o nich ws - 
mnienia. Nie tu więc miejsce mówić o powód i 
i celu tój jego podi'óży, a raczój dobrowolnego wy - 



353 



lenia się z ki*ajii, z poświęceniem świetnego stanowi- 
ska i korzystnych widoków na przyszłość. Wyniknęło 
to wUśnie z tego najdelikatniejszego poczucia powin- 
ności i moralnśj godności własnćj, które miał wspólne 
z Garczyńskim, a które tak ich wzajem między sobą 
zbliżytOj że się rozstali jak bracia, i odtąd tak obok 
siebie żyją w mojśj pamięci, jak może ich dusze w wie- 
czności. 

Kóżny wcale był wszakże początek piórwszśj mój 
znajomości i przyjaźni z jednym i z dmgim. Przyby- 
wszy raz piśrwszy do Warszawy, w Grudniu 1825 r., 
i poznawszy zaraz z kolei wszystkich starszych i młod- 
szych mistrzów i braci w ApoUinie, z Witwickun po- 
znałem się uajpóżniój. Był on natenczas urzędnikiem 
w Komisyi Oświecenia, i trzymał się zdaleka od 
Warszawskiego literackiego świata. Niedawna publi- 
kacya jego ^ Ballad '^ i siu^owy sąd ki^ytyki o nich były 
może tego przyczyną. Nie spotykałem go więc nigdzie, 
ani na obiadach u Generała Ki*asińskiego, ani w gro- 
nach młodszych kolegów, w których tu i ówdzie by- 
wałem; sam zaś iść wprost do niego nie miałem jakoś 
bodźca, ni powodu. Dopióro kochany Bohdan (Zaleski), 
którego wnet po przybyciu poznałem i od razu poko- 
chałem sei'decznie, zaczął mię piśrwszy namawiać do 
tego. Nie bronił on tych nieszczęsnych ballad, ale 
mówił o ich autorze, jako o bardzo zacnym i światłym 
człowieku, z którym sam żył w blizkich przyjaciel- 
skich stosunkach i z którym przeto chciał mię zazna- 
nić. Poszliśmy więc do niego razem. Witwicki 
eszkał wcale nie jak brat-literat. W przedpokoju 
.staliśmy lokaja, który nam pomógł zdjąć płaszcze 
drzwi do salonu otworzył. W salonie spotkał nas 
Wspomnienie z przeszłości. 23 



354 

sam gospodarz, ale nie z tym bratersko-koleżeuskim" 
wykrzykiem i uściskiem serdecznym, z jakim naprzy- 
kład powitał mię kochany Bohdan, gdy wprost sam 
jeden do niego po raz piśrwszy przyszedłem, i zastałem 
go piszącego stojąco przy prostom drei\Tiianćm binrku, 
i w prostym jakimś szarym surdncikii. Tu przeciwnie: 
gospodarz, elegancko ubrany, powitał mię wprawdzie 
uprzejmie, ale tonem zwyczajnśj kwiatowej gi-zeczno- 
ści, i choć mi się od razu z urody i fizyognomii po- 
dobał, ton ten również od razu zwarzył we mnie to 
dobre uczucie. Wizyta trwała niedługo, i skończyła 
się, jak zaczęła — na zimno. Poczciwy Bohdan czuł 
to widać i usiłował, jak mógł, aby zwyczajną, obojętną 
rozmowę, na ton jakoś cieplejszy nastroić. Za środek, 
pamiętam dobrze, wziął ku temu ślicznego angielskie- 
go charcika, nazwiskiem Merry, wielkiego faworyta 
gospodarza, który wskoczył na jego kolana, i którego 
on głaskał, rozmawiając ze mną. Nie zdało się to 
jednak na nic. Figle z pieskiem i wesołe żarty Bohdana 
nie rozbroiły powagi gospodarza, ani usposobiły gościa 
do poufalszśj inicyatywy. Pogadawszy więc jeszcze 
przez chwilę o przymiotach i wadach różnśj rasy 
piesków, o mopsach, -taxach, szpicach, i t. d., pożegna- 
łem się i wyszedłem z mocnśm postanowieniem, że 
już tu więcój nigdy nie powrócę. Jakoż dotrwałem 
w niśm wiernie, nie tylko za tą piśrwszą bytnością 
w Warszawie, (chociaż zaraz nazajutrz bilet rewizy- 
towy u siebie znalazłem), ale i po powrocie do niój 
na stały już pobyt, w lecie 1826 roku. 

Upłynęło tak z parę miesięcy. Aż nakoniec jednej 
rana otwierają się di'zwi ski'omnśj mojój, małśj izdebi 
wktórśj, (jak mówił znany epigramat), „obok z Ordyi 



Wni 

H. 



!j (Janem Kazimierzem), z Ordynata łaskie ordynkiem 

sadzony patrzałem w ogród Saski:" i wchodzą— kto? 

ohdaii z AVitwickim. Ten ostatni, tą rażą nie jiiź z zimną 

zecznością światową^ ale z poczciwym, dobrym, ser- 

eczn>Tn u śmiechem ^ wyciąga ku mnie rękę, i zaczyna 

d wesołego j^artu z siebie i ze mnie, wspoj^iinając 

tśj pierwszej chwili poznama, w którśj on mnie, 

e znając, przjjąt jak powaMego literata, za jakiego 

aźdy piszący chce achodzić w Warszawie; a ja go 

wd^em za „wielkiego pana," (jak go istotnie wtedy 

ipzed Bohdanem nazwałem), nie spojrzawszy widać 

a „połatane hóty,** które i dotąd ma jeszcze, bo mu 

nie zawsze wystarcza na nowe* Ton ten i sanie te 

owa, jak iski-ą elektryczną stopiły we mnie od razu 

szystkie lody dawniejszych uprzedzeń, i nowy, od 

ej chwili zaczęty stosunek, przemienił się powidi 

najżywszą, najserdeczniejszą przyjaźń, połączoną 

najwyższym z niojśj strony szacimkiem dla chara- 

tex*u jego i rozumu, którego jasuoMÓ i bezstronna 

zwaga stanowiły wybitną cechę. Cecha ta w owym 

zasie nie była nam wspólną, i ztąd poszła żartobliwa 

azwa: „Staruszka i Młodzieniaszka,^ którąsmy sie 

tytułowali nawzajem* 

Do stopniowego wzrostu tśj poufałości dopo- 
agalo najwięcej ciągłe i coraz częstsze spotyka- 
nie się w tych samych towarzyskich kółkach, i naj- 
Eźazy pomiędzy sobą stosunek tych właśnie, w kto- 
[•yeh on i ja, każdy w swojóm, byliśmy prawie co- 
dziennymi gośćmi. Piórwsze stanowił dom pana M- 
nistra Oświecema, hi\ Grabowsldego; drugie, dom pani 
Wojewodziny Kickiej, a raczśj córki j6j, panny Teressy^ 
rodzono] ciotki i ciotecznej siostry tegoż pana Ministra, 
o obydwóch wprowadził mię najprzód, zai^az po moim 



356 

przyjeździe, Waleryan lu\ Krasiński, sam najbliższy 
przyjaciel panny Teressy, a Witwickiego kolega w urzę- 
dzie. Oni dwaj bowiem, wraz z trzecim p, Ignacym 
Zaleskim, szwagrem pana Ministra po żonach, składali 
osobny komitet w Ministerstwie Oświecenia, czuwają- 
cy nad szkolnśm wychowaniem żydów, Krasiński, były 
uczeń uniwersytetu Wileńskiego i osobisty naówczas 
przyjaciel Adama, w skutek rekomendacyjnego listu 
jego za mną, przyjął mię od razn jak brata^ i wespół 
z panem Joadhimem (Lelewelem), był piśrwszym moim 
przewodnikiem i orędownikiem w Warszawie. Nadto 
w domu państwa Grabowskich mieszkała wtedy cza- 
sowo blizka ki'ewna jśj samśj, panna Flora Laskarys, 
serdeczna niegdyś w Wilnie przyjaciółka Adama i moja, 
tak, źe nazwana przezeń żartem „Cezarynią,"' miano- 
wała nas swoimi „paziami:" jego starszym, mnie miód- 
szym, i te nazwy pozostały na zawsze we wzajemnych 
naszych stosunkach. Otóż panna Flora w Warszawie 
była niemniśj serdeczną przyjaciółką Witwickiego; a te 
wszystkie wpływy, razem wzięte, przy udziale jeszcze 
i innych pięknych, uroczych, a wspólnych przyjaciółek 
naszych, jako to: pani Katarzyny LeWockiój i mie- 
szkającój przy niśj panny Maryi Ślaskiój; panny Me- 
lanii, córki pana Ministra z piórwszego małżeństwa, 
i panien Natalii i Rozalii Biszpink, przebywających 
czasowo w Warszawie, w domu babki, Wojewodzinój 
Kickiój, nie tylko zbliżały mię coraz bai-dziśj z Wit- 
wickim, ale i stosunkowi naszemu nadawały poetycki 
niejako charakter, więcśj sercowy niż literacki z ^'^ 
czątku. Ostatni owszem ten odcień wyszedł na j 
dopiśro wtedy, gdyśmy się rozmówili nakoniec otwai 
o tych jego niefortunnych balladach. A był to 



357 

ostatnia i najtrudniejszy może do przebycia szfczebel 
do zupełnego zbliżenia się nawzajem. 

Byliśmy już zbliżeni sercem i towarzyskim sto- 
sunkiem, a jeszcze przedmiot, który nas obu przecież 
zajmował najwięcśj, to jest poezya, nie mógł być dla 
nas przedmiotem rozmowy i wzajemnój wymiany myśli. 
Jakkolwiek bowiem zapewniał mię Bohdan, że autor 
„ballad" wyższym jest nad autorską di'ażliwość, i że 
sam owszem, srożśj nawet od innych, wartość ich 
sądzi i ocenia, tak, że je nawet wycofał z obiegu: — 
zaw^sze jednak czułem to dobrze, że mi nie wypadało 
wyi-ywad się ze zdaniem o nich. Chwalić jużciż nie- 
szczerzBj nie mogłem; kiytykować, nie miałem prawa 
i nie śmiałem; a więc cóż zostawało innego, jak milczeć? 
Ale żeby o nich nie wspomnieć, trzeba tćż było uni- 
kać mowy o tćm wszystkiem, coby o nie potrącić 
mogło. Wywiązał się więc ztąd w rozmowie pewnego 
rodzaju pi^zymus, zwłaszcza gdy byliśmy dłużśj sam 
na sam, który jak ton fałszywy mącił hannonię uczuć. 
Nie wątpię, że i on także musiał czegoś podobnego 
doświadczać, ale i jemu trudno widać było zacząć 
mówić o tśm piśrwszemu. A jednakże być inaczśj 
nie mogło. Ja wtedy jeszcze, chcąc nawet, nie umiał- 
bym znalóźć sposobu, jakby ten przedmiot delikatnie 
zagaić; a oprócz tego jeszcze była okoliczność, która 
mi dziwnie podwajała tę trudność. Plórwsze moje 
ramoty, wydane w dwóch tomikach w Wilnie, i może 
właśnie dla tego że ramoty, znalazły jakoś łaskę 
»czach ówczesnych recenzentów wai'szawskich, a nawet 
koryfeuszów klassycyzmu. Pochodziło to nłewąt- 
wie nie zkąd inąd jak z tego, że się mego współ- 
"odnictwa nie bali, a zaś chcieli przez to okazać 



358 

bezstronność niby swoje względem nowej szkoły, przeciw 
mistrzowi którśj ze śmieszną zapamiętałością walczjii, 
Dmochowski zaś, trzymający naó wczas berło krytyki 
dziennikai'skiśj, był zawsze ze mną w oąjlepszycli to- 
warzyskich stosunkach, chociaźeśniy się nieraz ząb za 
ząb o klassyczność i romantycziiość kłócili. Ztąd 
poszło, że w wydawanych przezeń pismach: „Kon*e- 
spondencie Warszawskim" i „Bibliotece Polskiśj,*' obok 
pedagogicznych napomnień i przestróg, wyczytywałem 
wszakże nieraz pochwałę dla siebie, wraz z zachętą 
do dalszego kształcenia się i pracy. 

Otóż każda taka pochwała, sprawiała mi zawsze 
pewnego rodzaju przykrość, przez wzgląd na Wit- 
wickiego, którego serce i przyjaźń były mi di'oższe 
sto razy nad wszelkie połechtania próżności autorskiej, 
i myślę, że on to musiał odgadnąć. 

Raz bowiem, gdyśmy mówili o wzajemnych są- 
dach pomiędzy ludźmi, — gdyż tego rodzaj ntemata były 
zwykle treścią tych rozmów, — on, chociaż z przymu- 
szoną może wesołością, zagaił piórwsz^ ten drażliwy 
przedmiot, zapytując, a raczój opisując sam w sposobie 
żartu, jakie wyobrażenie powziąć o nim musiałem, 
przeczytawszy jego ballady. Zmieszało to mię z po- 
czątku, ale i wzruszyło zarazem; i udało się jakoś 
szczęśliwie skorzystać z przełamanśj zapory. Nie taiłem 
więc, że zwolennikiem ich w ogóluości nie byłem, ale 
w szczegółach wszakże miałem słuszne prawo nie 
Avtórować całkiem surowości, z jaką je własny autor 
potępiał. Nawzajem zaś, nie przez udaną lub fałszy \ 
ski*omność, ale szczerze, z wezbrania serca, zaczai" 
mu cytować własne moje niektóre ballady i wien 
umieszczone zwłaszcza w pićrwszym tomiku wileński' 



359 

wydania, które lub sam już teraz miałem za ramoty, 
albo o których Adam pisał do mnie, żartując, naprzy- 
klad: iż szkoda że ^Zh^odniarza'' (tytuł ballady) przed 
jego spomedzią nie ściąłem; że radziłby wypędzić 
^koia'' który zbyt przeraźliwie miauczy, (^ame&ii^fleco^- 
Jiall^ ballada)^ a „Michasia^ wynieść z kołyską, póki 
nie wyrośnie, i t* d, (Notabene, wszystkie te eluku- 
bracye wyi'zuciłem całldem w następnych wydaniach). 
Ale tu znów wspaniałomyślny Witwicki, odpłacając 
mi pięknóm za nadobne, zaczął mię bronić w tśm lub 
owóm przeciwko mnie samemu; i ile razem potśm 
wspominałem sobie te chwilę, zawsze przychodziło mi 
na myśl, że mogłaby posłużyć za temat do pociesznśj 
sceny w komedyi, któraby miała za przedmiot życie 
i stosunki wierszokletów. Dla mnie wszakże chwila 
ta stała się zwłaszcza pamiętną i ważną niezmiernie 
przez to, że od niój-to właśnie Witwicki stał się nadal 
nąjpiśrwszym i najbliższym powiernikiem moim, co do 
wszystkich prac moich następnych; obdarzony zaś 
niepospolitym talentem krytycznym, delikatnością smaku 
i trafnością sądu, a przytśm szczery i surowy przez 
przyjaźń, był mi zawsze najlepszym probierzem każdego 
nowego wiersza, a tóm samom przestrogą i nauką na 
przyszłość. Nie wiśm, o ile w tym względzie mogłem 
się mu wzajemnością wypłacić; ale to wióm, że i on 
także obrał mię za pićrwszego słuchacza, ile razy co 
nowego napisał. Zrażony zaś niepowodzeniem, a raczćj 
nieudaniem sier ballad, postanowił był właśnie w tym 
czasie zaniechać zupełnie wierszy, a oddać się pisaniu 
pi'ozą. Zaczął więc od czytania i studyowania dawnych 
prozaików naszych; przyczśm Rey, Skarga, i przekład 
Pisma Świętego przez Wujka, były dlań szczególnie 



360 

przedmiotem uwielbienia i wzorem języka i stylu. Studya 
te, oprócz korzyści literackich, wpłynęły ^także prze- 
ważnie na wzrost i na kierunek moralnych jego wy- 
obrażeń i uczuć, i zamieniły zwłaszcza w niezachwiana 
pewność przekonania, religijne uczucia serca, któremi 
był zawsze przejęty. Wiadomo, jak bolesną i jak 
ciężką ofiai*ą serca okupił on potom w przyss^ści te 
moc i świętość relig^nych swoich przekonań. I cho- 
ciaż to nie wchodzi bynajmniśj w zakres niniejszych 
moich opowiadań, tyczących się tylko jedynie własnych 
moich osobistych stosmJców i wspomnień: nie mogę 
wszakże nie wspomniść tu, chociaż nawiasem, owego 
pożegnalnego listu jego do Adama, umieszczonego w dru- 
gim tomie „Korrespondencyi** tego ostatniego. Sam 
nigdy bez łez go przeczytać nie mogę; ale tobie. Sio- 
strzyczko, lepiój nad wszystkie słowa moje, da on po- 
jąć, czystość, godność, a przytśm i tkliwość człowieka^ 
o którym tu opowiadam, a który je zawsze miał w duszy* 
Gk)dność ta zwłaszcza, malująca się w owym 
liście, a przytśm słodycz pokoju, co go nawet i w żalu 
nie opuszcza, odznaczałly już Witwickiego w czasie, 
o którym tu mowa, we wszystkich towarzyskich i przy- 
jacielskich stosunkach, a w połączeniu z salonową 
ogładą i taktem, mogły nawet dla nieznających go 
bliżśj, a sądzących, jak ja niegdyś, z pozoru, stać się 
nieraz dostatecznym powodem, aby go o zimną obo- 
jętność, albo nawet i o dumę posądzić. Tymczasem 
w gruncie duszy, duma tak była daleką od niego, jak 
od każdego rozumnego człowieka być musi; a zwy^ ' 
jednostajność wyrazu twarzy była w nim tylko sl 
kiem panowania nad sobą i nad żywością wrażeń, 
kich w sercu rzeczjrwiście doznawał. Za toż w bl 



r 



361 



szeni pożyciu z ludźmi, których szanował i lubił, (nl&' 
mówiąc już o najbliższycli przyjaciołach serca), był 
on zawsze pełen swobody, prostoty i naturalności, za- 
prawionej niekiedy jowialnym dowcipem, ale nigdy 
złośliwym, lub gorzkim sarkazmem. Jowiahiośó ta, 
zwłaszcza w rozmowach z młodemi damami, mogłaby 
lyść za najogólniejszą cechę tonu i kolorytu tych roz- 
mów. *) Ale i z najbliższymi nawet przyjaciółmi, obej- 
ście się j^o było zawsze spokojne, i nie pamiętam, 
żebym widział w nim kiedy, czy to gorętszy wylew 
serdeczności na zewnątrz, czy wybuch gniewnego wzru- 
szenia. Karcił on je owszem niekiedy surowo w „i/fc- 
d^Ł&niaszku^'' który tóż za to głównie przezwał go 
jj Staruszkiem},'' ale i dzisiaj jeszcze z wdzięcznością 
wyznaje, że równie jak Brodzińskiemu, wiele mu pod 
tym względem dobrego zawdzięcza. 

Przestrogi tego rodzaju tyczyły się najczęściój walki 
z klassykami^ która naówczas wrzała w całój sile, a od k tó- 
rśj WitwicM, równie jak Brodziński, unikali sami sta- 
rannie, i o stai'ciach na obiadach czwartkowych u Generała 
Krasińskiego dowiadywali się zazwyczaj ode mnie, który 
byłem w nich czynnym i gorliwym szermiei-zem. Obaj 
oni z przekonania i z serca staU po stronie romanty- 




*) Na przykład przytaczam tu żartobliwą szaradę, napi- 
saną dla słynnćj z urody i słodyczy charakteru panny Natalii 6. 

„Piórwszśm podaje, drugiśm pokazuje, 
Trzeeióm się pyta; egoista czwarte. 
Wszystko złe, brzydkie kapryśne, uparte; 
Jednak mu rączkę całuję/ 

Słowo szarady: NcUaUja, 



362 

ków, a przecież w abronie to ich antagonistów, a zwła- 
szcza Osińskiego, którego obaj szczerze nielubili, spo- 
tykały mię zwykle owe reprymandy. I jest to jakby 
rys wspólny charakteru ich obu, chociaż może z od- 
miennym odcieniem. Brodziński, łagodny i cichy, wo- 
lał wprost dla świętego pokoju ustąpić i zapomnieć 
obrazy, a więc i drugich do tegoż zachęcał; ale Wi- 
twicki nie był wcale takim barankiem. Miał on dosyć 
energii i siły, aby w razie potrzeby nie unikać walki; 
na punkcie zaś godności własnćj był on owszem bar- 
dzo dotkliwym i czujnym, i w tym tylko jedynie razie 
można byłoby o nim powiedzieć niekiedy, że dumny. 
Tylko że w nim ta godność i duma nie miały nic 
wspólnego z próżnością lub pychą. Zakładał on je 
nie na obronie błędu, skoroby czuł że go popełnU, 
lecz na uznaniu go i poprawie; względem zaś nieprzy- 
jaciół, na tćm, aby nigdy złśm za złe nie płacić. Wie- 
dząc więc że Osiński brał go często za cel swych 
szyderstw, on właśnie z tego powodu lubił stawać 
w jego obronie; a gdy przez to, jak się zdarzało, ży- 
wsze moje oburzenie wywołał: sypał mi znów obrok 
duchowny, występując w roli „Staruszka." Za toż 
gdy rzecz szła o uznanie czy uwielbienie prawdzi- 
wego czyjegoś talentu i pracy, sam on stawał się 
„młodzieniaszkiem," wraz ze mną, i w wyborze przed- 
miotu uwielbień zawsześmy się jakoś zgadzali. Wspóhie 
zaś głośne czytanie podobnych utworów, polskich, czy 
obcych, było dljsi nas najmilszą zabawą. 

Witwicki właśnie w owym czasie zaczął był 
sać swojego ^Edmunday^ i gdyśmy już zaczęli mó^ \ 
o autorstwie, przeczytał mi z niego wyjątki. Ku r • 
wymównój mojćj pociesze, tak mi się one szcz« \ 



: 363 

imdobałyj że bez cienia obłudy, unosząc się nad niemi, 
mogłem przez to i sercu własnemu dogodzić, i jużciż 
żywszą może przychylność autora zjednałem. Dla niego 
tćż to moje współczucie było, jak mi sam mówił, no- 
wym bodźcem do pracy; i przeto zwykle raz w tydzień 
zaczął mię prosić na obiady do siebie, na któiych 
odczytywał przede mną, co przez tydzień nowego na- 
pigaJ:, Obiady te tak mi były przyjemne, że nie tyl- 
ko rad dla nich wyrzekałem się innych, na które mię 
czasem gdzieindziej w tymże dniu proszono; ale, aby 
je częiciój ponawiać, zaproponowałem sam piórwszy, 
abym mógł zawsze, gdy zechcę, przychodzić na nie, 
nie jak gość proszony, ale wprost, jako wspólny sto- 
łownik, za własne swoje pieniądze-. Witwicki bowiem 
nie miał kuchni u siebie, a i ten obiad proszony, bijany 
z traktyerni, nie kosztował go więcśj nad dwa złote, 
oprócz butelki owsianego piwa. Opierał się więc 
z razu memu projektowi, mogąc i pragnąc ochoczo 
sam koszt częstszych tych biesiad ponosić; ale gdy i ja 
także obstawałem przy swójćm, zgodził się w końcu 
na uldad. Trwało to tak przez kilka miesięcy, i w cią- 
gu tego czasu nie więcśj nad dziewięć razy mogłem 
tylko z tego korzystać. Ezecz naturalna, że po upły- 
wie pół wieku, nie mógłbym dotąd ściśle pamiętać tej 
liczby, gdyby mi jśj nie wi'aziło w pamięć to, co tu 
!zaraz opowiśm. 

Dnia jednego raniutko otrzymuję list od Witwic- 
kiego, i w nim świadectwo z Towarzystwa Dobro- 
czynności o złożeniu na rzecz ubogich ośmnastu zło- 
tych, a przytśm pełne serca i dowcipu objaśnienie tśj 
rzeczy, to jest, że on, po długiej walce sam z sobą, 
ie mógł znieść w końcu tej myśli, ażeby „gość tak 




364 

miły," sam przyjemność g^ospodarza opłacał; i przeto 
zapłacone przeze mnie 18 złotych oddał na moje ioten- 
cyą ubogim, a sam nawzajem prosi, jako o jałmużnę 
dla siebie, abym jako gosó częściej wspólnie z nim 
obiadować przychodził. Drobna ta jest na pozór oko- 
liczność, . ale i w niój, jak słonce w ki'opli, ma- 
luje się ta sama dziwnie dotkliwa delikatność uczucia^ 
dla którśj potśm, jak już wyżej wspomniałem, los ca* 
łego życia poświęcił. Ma się rozniiueć, źe inwitacyą 
szczęrśm sercem przyjąłem; a gdy on wki^ótce z No* 
wego-Światu, gdzie przez lat kilka mieszkał, przeniósł 
się w blizkie moje sąsiedztwo, na róg Żabiój i Banko- 
wego Placu, mieszkanie jego przez dwa przeszło lata, 
do wyjazdu mego z Warszawy, było dla mnie rodza- 
jem „przypisnój kwatery," tyle w nióm czasu codzień 
prawie i o każdój porze spędzałem. "Weszło to tak 
dalece we zwyczaj, źe gdy raz przez dzień cały przyjść 
jakoś nie mogłem, otrzymałem wieczorem następny 

wierszyk, który dotąd tkwi mi w pamięci: 
i 

„Ja wzdycham, a Merry wyje, 

Ja i on stroskany, 
Czy zapomniał, czy nie żyje 

Nasz sąsiad kochany, 
Że go dzisiaj przez dzień cały 
Nasze oczy nie widziały?" — 

U mnie Witwicki rzadszym bywał gościem. Je- 
dna mała izdebka, w którój najprzód przez lat parę 
mieszkałem; gdzie w zimie woda w szklance ścinr^" 
się lodem na oknie, a w lecie duże od południa ol 
weneckie ti*zeba było zamalowywać krśdą, zami* 
sztorów; nie miała czóm przynęcać przychodnia. 



i 



3fi5 



sprzyjała bardzo dłuższej pogadance. A jednak, ileż to 
chwil szczęśliwych, i nawet prawdziwie ui-oczych, miałem 
w iiiój, i dotychczas pi'zypominam z rozkoszą! Wielu 
z nich był wspólnikiem Witwicki. Głównemi zaś ich 
czynnikami były zwłaszcza dwie rzeczy: herbata, i fórtka 
do Ogrodu Saskiego. Herbaty tego gatunku, być mośise, 
iż nie było naówczas w Warszawie, gdzie zwyczaj jśj 
nie był jeszcze zbj^t upowszechniony. Sprowadzałem 
ją wprost z Petersbui*ga, za pośrednictwem Malewskiego 
i łaskawego na mnie p. Turkułła, funt po 25 rubli asy- 
gnacyjnych, t. j. po 7 i pul rs. Był to jedyny szalony 
zbytek, który mógłbym mieć sobie do wyrzu,cenia. 
Pokusił mnie do. tego p. Kasper Żelwietr, sławny 
naówczas mecenas, plenipotent, i prawdziwy Lukullus 
towarzystwa polskiego w Petersburgu, który za bytno- 
ści swojćj w Warszawie poczęstował mię taką herbatą, 
a gdy się unos^Sfem nad jćj przymiotami, ofiarował mi 
pół funta w prezencie. Czyniłem zaś to nie gwoli 
podniebieniu, ale dla doznanego wpływu na umysł 
i usposobienie wewnętrzne. Przez ciąg półtora roku, 
po kilku szklankach takiego nektaru wieczorem, całe 
bezsenne noce schodziły mi najrozkoszniój na czytaniu 
poetów angielskich; i nigdy tak poezyi nie czułem. 
Jeśli opium sprawia takie skutki, to nie dziw, że się 
niśm rozpijają Chińczycy. Nakoniec wprawdzie przy- 
płaciłem to drogo, tak chorobliwśm rozdrażnieniem 
nerwów, że się bałem o stratę zmysłów, i ledwo mię 
z tego sławny naówczas Kopenstetter cytrynową swoją 
^nracyą uleczył. Ale dopóki to pijaństwo trwało, 
yumfowalem sam z wynalazku, i przyjaciół nim uga- 
czałem. Samowaru wprawdzie nie było, ale były 
sczepane drewka, przy których sam sobie co wieczór 



366 

zagotowywałem wodę w kociołku, w czem także do- 
pomagali i goście. Witwicki bywał nim zwłaszcza 
przy xięźycowych nocach w zimie i w lecie. W zimie 
albowiem o godzinie siódmśj, a w lecie o dziewiątój^ 
ogród Saski był już dla publiczności zamknięty, a ja 
natenczas, dzięki mojój fórtce, stawałem się samowła- 
dnym jego panem, i mogłem w nim gości moich, jak 
we własnym parku przyjmować. Drzewa okryte sre- 
brnym szronem lub kwiatem, nieprzeliczona moc kawek 
w zimie, a mnóztwo słowików w lecie, stanowiły uroczą, 
jego ozdobę i kapelę, do pory roku stosowną. Ileż to 
takich wieczorów przepędziliśmy tam po herbacie 
z Witwickim, albośmy po uprzedniój przechadzce na 
herbatę do mnie wi'acali. O jednym z nich muszę 
wspomnieć obszerniśj; bo najprzód nie pamiętam, aże- 
bym kiedykolwiek śmiał się tak szalenie w życiu^ 
a potom, że będziesz mogła, siostrzyczko, chociażby 
„po tym śmiechu," jak mówi przysłowie, poznać ówcze- 
sny stan rozumu starego dziś sługi swego, i powziąć 
wyobrażenie o koleżeńskim nastroju stosunku, o którym 
tu mowa. 

Wspomniałem, że ogród zamykano o pewnych 
godzinach. Ale najprzód, przed ostatecznóm zamknię- 
ciem, obchodziły go wkoło runty wojskowe, z główne- 
go odwachtu na Placu Saskim, złożone z dwóch żoł- 
nierzy i trzeciego kaprala. Przed oknem zaś, przez 
które ja „w Ogród Saski patrzałem," zasadzony był 
świeżo klomb akacyi, dziś już stary i przetrzebiony, 
ale naówczas jeszcze giętki i gęsto zarosły, a rozc^**"- 
gający się wzdłuż ostatniój skraj nśj ulicy, któn 
runt zwykle przechodził. Kupiłem więc Idębek sz 
gatu, i spuściwszy jeden koniec przez okno, przyr 






ałem go^ j^ można było oajwyźójj do jednego z naj- 

ibszycli drzewek w środku klombu, o jakie 20 kroków 

d okna, aby oa nie uwagi nie ściągnąć^ Ilekroć więc 

byłem w domUj w godzinach przechodzenia runtu^ nie 

zaniedbałem prawie nigdy, (ma się rozumieć w lecie), 

zastanawiać go zwykle i drażnić szumem pocifiganego 

drzewa. Udawało mi się to przewybornie, ku wielkiej 

mojćj stndenckićj uciesze. Zaprosiłem więc raz na 

nią Witwickiego, i trzebai, że się udało jak nigdy. 

Jakiś stary wąsaty kapral z szewronamij tak się na* 

;0Biec rozżarl ciągłym szumem drzewa, odpowiadają- 

ym mil coraz głośniej na każde coraz groźniejsze za- 

|>y tanie; „kto tam"?"Ze rozstawiwszy :?.ołnierzy po 

obu stronach klombu, sam na czworaku prawie wydarł 

ię w środek jego, i po omacku w gęstwie szukał wi- 

iowajcy. Tarzałem się po ziemi ze śmiechu, i nie 

iśm, jak nii serce nie pękło^ zwłaszcza, gdy zmordo- 

any i rozwścieczony wiarus, wypełznąwszy nakoniec 

kt^zaków, ukląkł na ścieżce, i na krzyż składając 

Ice, prz3'iśią*i:ł na wszystkie świętości, że jutro, przed 

twarciem ogrodu, przyjdzie z całym odwaclitem prze- 

rząić go, i „złodzieja jak wieprza zakole. '^ Niewiśm,. 

czy dotrwał w zamiarze szukania; ale Witwicki, który 

' ię t&X ubawił serdecznie, zwi-ócił jednak moje uwagę^ 

;e w razie odki-ycia prawdziwśj przyczyny, mógłbym 

yć istotnie narażonym na wielkie niebezpieczeństwo 

e strony zwierzchniczśj naów^czas władzy wojskowój. 

Zerwałem więc natychmiast sznur z di-zewa, i już go 

ie nawiązałem powtórnie. 

Mógłbym przytoczyć wiele podobnych faktów, 
to jest di*obnych na pozór, ale w których mi prze- 
stroga i rada Witwickiego nieraz wyszły ua dobre 



368 

a zawsze były dowodem więcój niż zwyczajnój przy- 
jaźni. Domeyko Ignacy, w liście pisanym do mnie 
o Warszawie, a drukowanym w drugim tomie Korre- 
spondencyi A. Mickiewicza, powiada: „Z twoich przy- 
jaciół, Witwicki najwięcój mi się podobał, bo widziad- 
łem, że cię bardzo kocha."— Tak było w rzeczy samśj. 
Odpłacał mi wzajemnością. Nigdy wszakże nie diUt 
mi więcśj dowodów uczynności, pomocy, i prawie po- 
święcenia, jak przy wydawnictwie, w roku 1829, no- 
worocznika mego Melitde. Był on, można powiedzieć, 
jakby owocem wspólnśj pracy, o ile ta dotyczyła zajęć 
redakcyjnych i di-uku. Sam nawet pići-wszy pomysł 
tego wydawnictwa poszedłby tylko może na „bruk 
piekła," jak tyle innych dobrych intencyi, gdyby nie 
przyjacielska zachęta i goi'ące współczucie Włtwickiego. 
Wydawnictwo zaś to w życiu mojóm ważną bardzo 
odegrało rolę: gdyż ułatwiło mi zwłaszcza możność 
odbycia wspólnój potśm podróży z Adamem, a nie było 
tśż w swoim czasie bez pewnego znaczenia i wpływu 
w naszym właściwym świecie literackim. Owóż pići-wszy 
pomysł do niego, jak wszystko dobre w mojćm życiu, 
przyszedł mi przypadkowo, znienacka, a zawsze za 
wpływem płci pięknśj. Pan minister Gi^abowski spro- 
wa^ił był z Londynu bardzo piękny i kosztowny 
Almanak, z wizerunkami pięknych kobiót angielskich. 
Gdym więc raz admirował je w gronie panienek, jedna 
z nich, panna Rozalia Biszpink, zaczęła ubolewać 
z przekąsem, że ja nie jestem malarzem; gdyż mając 
tyle pięknych przyjaciółek, pewnobym o podobnj 
almanaku pomyślał. Słówko to, żartem i bez celu rzuco 
zapaliło nagle we mnie myśl inną. Czemużbym, mą 
tylu przyjaciół-poetów, nie mógł wydać wiązanki z 



369 ^ 

pieani? ZakomiBiikowalem więc zaraz myśl tę Wit- 
uckiemu, a on wziął ją tak żywo do serca, że pomysł 
raptem zamienił się w projekt; a że nowy rok był już 
niedaleko, trzeba się było śpieszyć z wykonamem. 
Zaraz zatśm nazajutrz zacząłem rozpisywać listy, 
a pierwszy kochany Bolidan ofiarował mi swoje ^Ttu- 
saJki." Nikt tóż z wezwanych nie odmówił udziału; 
Ł tymczasem Witwicki wziął na siebie układy z dm- 
karnią, papiernią, litogi^aflą i t. d., to jest całą niate- 
ryalną część wydawnictwa, licząc w to i późniejszą 
korrektę, do której wielką przywiązywał ważność i sam 
ją 2 niezmordowaną gorliwością pix)wadził. Drugi nawet 
tom Meliteli, na rok 1830, wydał już sam całkiem beze 
mnie, po moim wyjeździe za gi^anicę, z materyalów 
tylko zebranych i zostawionych przeze mnie. Pomimo 
wszakże tej pracy, która mu nieraz całe dnie zabie- 
i^ala, ani chciał słyszeć o udziale w korzyściach, jakie 
mi zwłaszcza wydanie piórwszego tomu przyniosło. 
Nie wiedziałem atoli wtenczas, jaką mu jeszcze 
byłem winien wdzięczność, i od jakiego mię niebezpieczeń- 
stwa uchronił, które mi z tego względu zagrażało bez- 
wiednie. Tytuł Meliłele wybrałem wprost jedynie fila 
tego, iż było to imię bogini kwiatów w dawnój mythu- 
logii Litewski 6j. Tymczasem inne w tśm wcale zna- 
czenie upatrzył, czy raczśj uroił sobie, p. Gustaw 
Grabowski, daleki krewny Ministra, ui'zędnik w jego 
wydziale i częsty gość w jego domu. Był to zacuy, 
przyzwoity, a zwłaszcza bardzo przystojny młodzieniec, 
e że trochę na dandysa zakrawał, nie przypadaliśmy 
ikoś do siebie, chociaż byliśmy zawsze w dobrych 
)warzyskich stosunkach. Ja przynajmniej ani się do- 
Wspomnienie z przeszłości. 2^ 



370 

myślałem, że mię swoją zazdrością* zaszczycał. Wie- 
dzirfem wprawdzie, co i wszyscy wiedzieli, że przed- 
miotem jego admiracyi była piękna kuzynka, panna 
Melania, córka p. Ministra; ale że przecież wolno ad- 
mirować każdemu, więc i ja tóż nie uchylałem się od 
tego; a że przytśm nie rościłem bynajmniój pretensyi 
do wzajemności, nie dziw, że obejście się jój ze mną 
bywało nieraz łaskawsze i swobodniejsze niż z nim. 
Jątrzyło go to widać, ale się z tśm nie wydawd. 
Dopióro gdy się dowiedział o tytule MeUtdiy uroił 
sobie, że to ma być hołd publiczny, oddany przeze 
mnie imieniu Melanii^ i uważając to za ubliżenie ku- 
zynce, przedsięwziął wyzwać mnie na pojedynek. Szczę- 
ściem, że się otworzył z tem najprzód przed Witwic- 
kim, prosząc go za sekundanta dla siebie. Ten go 
więc naturalnie zreflektował, i rzecz cała poszła per 
non sunł. Za dowód zaś delikatności Witwickiego i to 
jeszcze może posłużyć, że powiedzijJ: mi o tśm dopiśro 
w Dreźnie, kiedy p. Gustaw już nie żył— a poległ 
śmiercią walecznych. 

Ale oprócz naczelnego tytułu, chodziło jeszcze 
o nazwę generyczną tego rodzaju publikacyi, jakiśj 
dotąd .w literaturze naszej nie było, a jakie za gi'anicą 
nazywano powszechnie AlmanaJcami. Chciałem więc 
poprostu nazwę tę sobie przyswoić; ale piórwszy Ge- 
nerał Morawski, przysyłając mi poezye swoje z Lu- 
blina, zwrócił moje uwagę i wyraził życzenie, aby dla 
rzeczy nowćj nową tóż nazwę, czysto polską, wymy- 
ślić. Suszyliśmy więc nad tśm głowę z WitwicL , 
zasięgając rady i drugich. Wyraz Kolędnik miał : 
więcśj głosów za sobą; naszśj wszakże aprobaty j 
zyskał. Zostałby więc najpodobniśj Almanak; gdv > 



371 

dnia jednego w nocy, kiedy wieczorem zgoła nie my- 
ślałem o tern, przyśnił mi się wyraz: Noworocznik. 
Obnd^em się^ i tak byłem kontent z niego na jawie, 
że się nań zdecydowałem od razu. Tśm bardziśj więc 
strach mi było, aby go nie zapomnieć nazajutrz, jak 
to już parę razy przedtśm zdarzyło mi się z wiersza- 
mi, które mi się były przyśniły, choć je sobie po razy 
dziesięć, jak obecnie ten wyraz, obudziwszy się po- 
wtarzałem głośno na pamięć. Przemogłem więc nad 
lenistwem i obawą zimna, i wyskoczywszy z łóżka, 
pociemku, aby czasu na ki^zesanie ognia nie tracić, 
ołówkiem na jakimś świstku, który mi wpadł pod rękę, 
napisałem wyśniony wyraz. Przezorność ta nie była 
zbyteczną. "Wstawszy bowiem rano nazajutrz, jakbym 
zamiast herbaty napił się wody Letejskiśj, tak mi cała 
ta nocna scena najzupełniśj wypadła z pamięci, i nie 
wióm, czybym ją kiedy przypomniał, gdybym, wró- 
ciwszy około północy do domu, nie rzucił przypadkowo 
okiem na ów świstek z ołówkowym napisem. Wtedy 
dopiśro wszystkie pomienione tu szczegóły stanęły mi 
żywo w pamięci, a chęć dowiedzenia się o zdaniu 
Witwickiego, co do tego wyrazu, była tak wielka, iż, 
chociaż to już było dobrze po północy i mróz był 
trzaskający na dworze, ubrałem się na nowo i posze- 
dłem dó niego. A nadto musiałem jeszcze najprzód 
skłamać po di'odze praed szwajcarem Błękitnego Pa- 
łacu, że idę do umierającego kolegi. 

Następnie zaś przestraszyłem okropnie Witwic- 

iego, który, obudzony nagle szczekaniem swojego fa- 

oryta (Merry), i słysząc o tśj porze kołatanie do 

rzwi, porwał się z łóżka w mniemaniu, że albo go 

łodzieje chąc napaść, albo wieść jakaś straszna przy- 



372 

chodzi. Wszystko to jednak chętnie przebaczonśm 
zostało, gdy się o powodzie przyjścia dowiedział, i gdy 
wyśniony wyraz przypadł mu tśż do gustu. Większa 
częścS reszty nocy, którą już przepędziłem u niego, 
zeszła nam na najmilszój gawędce; a ja zaraz naza- 
juti'z, pod wpływem rozigranój w ten sposób fantazyi, 
napisałem w parę godzin BrcmJcę Litwinay a we dwa 
dni potśm Wesde, to jest najlepsze z moich owocze- 
snych ballad. Witwicki tak był z nich kontent, że 
zmuszał mię aż do uprzyki*zenia powtarzać je w obec 
siebie przed każdym z dobrych wspólnych znajomych, 
i zaprowadził sam do Brodzińskiego, abym je mu zaraz 
przedeklamował. Wprawdzie i artykuły innych, byle 
dobre, sprawiały mu również przyjemność; w ogólności 
zaś powodzenie tój piśrwszój MelUeli, którą takie arcy- 
utwory jak Rusałki^ Farys, O Tcmcach, (Brodzińskiego), 
i t. d. po raz piórwszy w niój ogłoszone, nad zwykłą 
miarę podobnych publikacyi wyniosły: interesowało 
go nie mniój ode mnie. 

Własne jego poezye biblijne, („Tobiasz"' i in.) 
umieszczone w tym piśrwszym tomie Meliteli, a pi-zed 
tśm jeszcze pięcio-aktowa komedya, „Maruda^'' wy- 
stawiona na Teatrze Warsz. i życzliwie przez pu- 
bliczność przyjęta, rehabilitowały go całkiem, jako 
poetę, w opinii miejscowój krytyki literackiój, po 
owych niefortunnych balladach, i myślę, że mu to 
zdjęło niemały ciężar z serca. Bo chociaż nie prze- 
ceniał on nigdy skali swego talentu, ani chciał sięgać 
po pierwszorzędne laury: zawsze przecież, jako c 
wiek rozumny i szanujący swą godność, nie mógł 
całkiem obojętnym na to, aby imienia swojego nie 
zostawić pod zarzutem, iż się wdał, jak to mó 



373 

„w nie swoje." To tśż pozostałe dziś po nim poezye 
biblijne, piosnki, gawędy, i t, d., wydane razem w je- 
dnym tomie, w Paryżu, w r. 1836, muszą w każdym 
myślącym i czującym czytelniku obudzić szczery sza- 
cunek i serdeczną życzliwość dla autora, pełnego 
prawdy i zacności w myślach i uczuciach, a oddają- 
cego je zawsze z właściwą przedmiotowi powagą, 
wdziękiem lub humorem. Uważany zaś jako prozaik, 
myśliciel i moralista, np. w y^Wieczorach Pielgrzyma,^ 
w „Gadu gadu^ i t. d., pozostanie on zawsze jako 
pisarz wzorowy; to jest, że każdy piszący prozą, może 
Tdęcśj od niego, niż od innych, nauczyć się jasności, 
treściwości i harmonii stylu, a czystości i jędrności 
języka. Przedewszystkiśm atoli, jako autor-człowiek 
i obywatel, wart on jest być przykładem dla wszy- 
stkich piszących, co do użycia talentu, ile go Bóg komu 
udzieli, „ku służbie poczciwśj sławie i ogólnemu dobru*" 
kraju swego i bliźnich. To tóż systematyczne ułoże- 
nie i wydanie w Paryżu (1836) „Ołtarzyka Polskie- 
go," najlepszćj w swoim czasie xiążki do nabożeń- 
stwa u nas, uważiJ: on sam za najważniejszą swoje 
pracę i zasługę. 

W dzień mojego wyjazdu z Warszawy za grani- 
cę, na pożegnalnćm śniadaniu u Waleryana Basiń- 
skiego, wpisał mi na początku przygotowanego dzien- 
niczka podróży następujący czterowiersz: 

„Bywaj zdrów, Młodzieniaszku! i niech, cię w podróży 
Prowadzą razem Anioł-Stróż i Muza Wróżka; 
A gdy cię już włóczęga znudzi, albo znuży. 
Wracaj pocieszyć Staruszka." 



374 

W Dreźnie, jak powiedziałem już wyżej, spotka- 
liśmy się raz jeszcze, i pożegnaliśmy się— na zawsze. 
Ale i w oddaleniu nawet, do wyjazdu mojego z Dre- 
zna, nie przestał on dawać mi zawsze dowodów obo- 
wiązującej przyjaźni; i jego to zwłaszcza gorliwój po- 
mocy w zbieraniu materyałów winienem, iż mogłem 
wydać trzeci tom Meliteli w Lipsku, w r. 1837. 

O pobycie jego w Paryżu, o stosunku z Adamem, 
i w ogólności o zbawiennym wpływie, jaki zawsze i wszę 
dzie na otaczających siebie wywierał: mam nadzieję, iż 
kochany Bohdan Zaleski, jako naoczny świadek, a naj- 
bliższy przyjaciel jego i powiernik, godne jego pozo- 
stawi wspomnienie. Ja tymczasem pozwalam sobie 
przytoczyć tu jeszcze niektóre wyjątki z listów jego, 
pisanych do mnie do Drezna, w których się on sam 
lepiej, niźli w cudzych słowach maluje. 

„20 Stycznia 1835 r. Kochany mój Edwardzie! 
Że tak dawno do ciebie nie pisałem, to najbardziej 
ztąd wynikło, żem się niepotrzebnie wdał do spółki 
z dwoma bałamutami, z Domeyką i z Adamem. Mie- 
liśmy pisać wszyscy razem; ztąd odkładanie z dnia na 
dzień, z miesiąca jednego na drugi. Dziś dopióro pa- 
ni Celina (Mickiewiczowa), wziąwszy na siebie exe- 
kucyą, listy te do ciebie wyprawia. Dziękuję wam 
bardzo za pamięć, i tobie, itwojśj dóbr ój żonie, którą, 
za wielkióm pańskióm pozwoleniem, seryo kocham, 
a osobliwie tśj pannie, co się tamcodzień, jak piszesz, 
wita z moim portretem. Kiedyż ja będę mógł uści- 
snąć ją i z nią się bawić? „Ehej, ehej!** (jak m(— 
Jakób Wujek w Piśmie Świętom), kx'opi nas biśda 
pomaiu, panie Antoni! Cóż robić!? Jeszcze-ż komu 
lata choć cierniste, wychowują na przyszłość pociec 



375 

koiTHi dziecię rośnie; może się on pocieszać, jak ów 
i'oliulc, któremu choe dzisiaj głodno, widzi jednak, że 
mu juz na własnym łanie wschodzi urodzaj i gotuje się 
obfitość. Ale taki lampart igołysz jak ja, co nic przed 
sobą nie ma, a za sobą dyabli wiedzą co, dla takiego 
i najlepsza rosa jest tylko słotą. Z niczego nic— po- 
^wiada uczony Zdanowicz, aktor wai-szawski, w „Na- 
szych przebiegach." 

„Chcesz muie widzę utrzymać na dawnym ui-zę- 
dzie nadwornego swego ki-ytyka i pytasz, co trzy- 
mam o Korsarzu? Podobał mi się oczywiście; aleśmy 
zauważyli z Adamem dość częste zwroty ffancuzkie, 
a przynajmniej nie szczero-polskie. Ja prócz tego wy- 
szpiegowalem kilka wierszów zaniedbanych; niby ła- 
twych, a w istocie złych, np. na ego^ które tobie, po- 
prawnemu pisarzowi, wcale nie uchodzą. Można się 
czasem śmiać z pedantów, ale nie wszystkiemi ich spo- 
strzesŁeniami należy pogardzać. Co się zaś tyczy owych 
zwrotów, jest to nas wszystkich, wadą, którąśmy odzie- 
dziczyli po nieszczęśliwych ojcach literackich, tak zwa- 
nych klassykach, że jedyną naszą narodową literaturę 
Zygmuntowską, raz kiedyś tam w pacholęcych szkol- 
nych latach piąte przez dziesiąte przebiegłszy, już po- 
tom nie wdawaliśmy się z nią nic prawie. Ja w tych 
dopiśi'o czasach postrzegłem się w tśm niedbalstwie 
seryo, i jestem dziś tego zdania, że czytanie i wertowanie 
owych pisarzów, powinno być naszym codziennym pa- 
cierzem literackim; że tylko od nich jednych możemy 
się nauczyć pisać prawdziwie po polsku, prozą i wier- 
ceni, i że tak zwani klassycy nasi, z których się spra- 
ledliwie śmiejemy, byliby nigdy tak nie zgłupieli, 
dyby się położyli u tego jedynego źródła polszczyzny 



376 

i narodowości. Słyszałem żeś „Narzeczoną z Ahydos^ 
wytłómaczył. Cieszę się, i niech ci Bóg daje, to An- 
tosie, to poemata. Obojga tego ojczyzna potrzebuje. 
Ja, żebym mógł mieć choć jedno, tobym Panu Bogu 
podziękował. Ale na nic się nie zanosi, ani na żonę, 
ani na poemat, tylko na starość czczą i smutną. Bo- 
ska wola! 

„Całuję was wszystko troje serdecznie i często, 
często żałuję, że nie jesteśmy razem.** 

„2i lAj^ca 1835 r. Montmorency. Czyż nie wiósz 
dla czego do ciebie tak rzadko pisuję? Oto jedynie dla 
tego, żebyś się na pocztę nie rujnował; ale kiedy mię 
łajesz i strofujesz, za karę zapłać-że braciszku! Jeże- 
li kochany Professor (Brodziński) jeszcze z Drezna 
nie wyjechał, oddaj mu bilet, który załączam; jeżeli zaś 
wyjechał, to ten bilet spaJ, a nie puszczaj go na ręce 
niepewne. 

„Ale jaka to mucha była cię ukąsiła, że nie ma- 
jąc za co innego przyczepić się, zburczaleś mię za ty- 
tuł Młodzieniaszka? Już o mało żem nie rozpoczął ko- 
respondencyi od „Wielmożny Mości Dobrodzieju." Nie 
bądźże dzieckiem, mając już dzieci, a na tytuł i prze- 
zwiska, jakie ci po staremu pouMy przyjaciel daje 
w poufnych swych i zapieczętowanych, a więc od ni- 
kogo niewidzianych listach, nie zważaj — kochany Mło- 
dzieniaszku! Masz na złość. 

„Lato przepędzam znowu w Montmorency; listy 
jednak możesz zawsze adresować do Paryża. Gdy mi 
tu ostatni odesłano, był właśnie u mnie Adam, i wziai 
twój bilet do siebie i drugi do Domeyki. Miał do ci 
bie wkrótce pisać, ale wątpię, żeby z tego co by 



'^ 377 

tśiii bardziej, iż żona, która go do listów napędza, bę- 
dzie myślała niezadługo o czśm innóm. 

„O Meliteli nie zapomnę. Sam mało dam, gdyż 
mało mam, ale dostanę zapewne cokolwiek od Niem- 
cewicza i od Bohdana. Górecki da chętnie, ale on 
także ma tak mało, jak ja. Nieszczęście, że ci na tym 
świecie, co gotowi najwięcej dawać, najmniój mają. 

„Co do twoich tłómaczeń, miałem ci powiedzieć, 
żebyś w wyborze oryginałów był baczniejszy. Ja gdy- 
bym był na twojóm miejscu, miał twój talent i twoje 
łatwość, tobym zamiast sławnych współczesnych, któ- 
rzy dla tego nie koniecznie jeszcze mają być sławni 
u potomnych, wziął się raczej doDanta, albobym wy- 
brał co z G5thego. Zgorszę cię może, gdy pdwióm, 
źe w nieśmiertelność Byrona ani Moora nie wierzę. 
Podług mnie, ten tylko poeta żyć będzie wiecznie na 
tym świecie, którego myśl jest ze świata tamtego. 

„Całuję cię serdecznie, kochany mój— jak się na- 
zywasz? (Połóż tu sam sobie i nazwisko, i tytuł i przy- 
domek, jaki sam zechcesz i lubisz), i rączki twojój 
żony, i buzię twojój córeczki, a mojśj przyjaciółki. — 
Adam przyszedł przed chwilą i chce się sam do tego 
listu przypisać.** 

„25 Września 1835 r. Paryż, Do Meliteli będziesz 
mógł wziąć co, jeśli zechcesz, z Wieczorów Pielgrzy- 
ma, Zacząłem tu był coś prozą, umyślnie dla ciebie, 
ale się nie skończyło. Bo nie wiósz, dla czego tak pó- 
źno ten Mdiidowski ładunek wysyłam; nie wiósz, że 
ł^^łem u wód morskich w Dieppe, zkąd dopióro wra- 
Q, a chociaż naprzód artykuły pozamawiałem, jednak 
do mego powrotu nic się zrobić nie mogło, bo Adam 
1 zajęty najprzód żoną, a potom córką. Umieścisz 



378 

zapewne jaki portret; chciałbym żeby to był portret 
Brodzińskiego. Jeżeli będzie dwa, to niech drugi bę- 
dzie Garczyńskiego, o którym mógłbyś napisać choć 
ki*ótką wiadomość. Ja mam myśl napisać o nim kie- 
dyś óbszeniićj. Namawiałem do tego Adama, nawet 
chciałem, żeby to było dla twojśj Meliteli, ale zaszły 
przeszkody. Adam ma do ciebie teraz napisać i sam 
ci donieść o szczęśliwśm przybyciu na świat panny 
Maryanny Mickiewiczówny. Matka zdi^owa, jak łania, 
i sama karmi. Kiedy tóż ja zapoznam się z twoją 
panienką? Domeykusa nie mogłem nigdzie złapać, alem 
poleca Adamowi, żeby się go spytała czy nie miałby 
czego do Meliteli? Wątpię jednak, gdyż jego nauki 
lżyłyby dla Mditelskich czytelników nadto poważne. 
Donieś mi proszę o Brodzińskim. Przyszła tu zkąd- 
ciś wiadomość, że on bardzo słaby w Dreźnie; wszyscy 
przeto jesteśmy niespokojni. 

„Całuję cię serdecznie, kochany mój Młodzie- 
''niaszlm! a nie starzej się. Bodaj żyć i umierać z mło- 
dością; to przynajmniej powiedzieliby o człowieku: 

. „Umarł, nie mało szkody! 
Był dość piękny i młody." 

^24 Lipca 1886 r. Montmorency, Niemcewicz po- 
zwala na druki i sam o tśm pisze do ciebie bilet, któ- 
ry tu załączam, razem z listem Adama. Domeyko 
wyjechał, i nie wiemy jeszcze gdziebygo listem ła- 
pać; więc twój leży u mnie. Przepędzam znowu lato 
w Montmorency; blizko ztąd Domont, gdzie mieszka 
Adam. Bywamy u siebie piechotą i często. Przyj< 
i zażyłość z Adamem jest w dzisiejszśm mojem t^ 
główną pociechą; bo musisz wiedzieć, że jesteśmy 5 



S79 



hą bardzo serdecznie i ściśle. Mai'ysia jego przepyszne 
(Lriecko. Jak^^em ciekawy twojój Antosi! Ale Pan 
Bóg wiś, kiedy i gdzie się z nią poznamy. Na długą, 
i ciężką zaciągnęło się słotę. Ti'zeba jednak i w tych 
goryczach starać się, ?:eby coś robić. My literaci pra- 
cujmy; powołanie nasze jest dziś ważniejsze, niż kie- 
dykolwiek- Myśl tam o tóm, panie Edwardzie, i nie 
zalegaj talentu. Ja pracuję teraz nad łaciną, nad sta- 
rą polszczyzną^ i nauczyłem się lepiój cokolwiek po 
polskuj najwięcój z łaski Skargi i Wujka. Po xiążce 
do nabożeństwa, (która już jest w ręku ludzkióm, i za 
którą Bogu serdecznie dziękuję, bo pewnie nic większe- 
go w życiu nie zi*obię), wydałem tom dawnych i tro- 
chę nowych wierszów, i zabieram się do wydania to- 
mu „ TFiec£'(>r(>w;jB'eZ(/r^yma," gdzie niechcący występuję 
w postaci reformatora. Pocieszam się nadzieją, że ta 
xiążka może przynieść rodakom i domowi naszemu ja- 
kiś pożyteK; jest przynajmniśj na dobrym gruncie 
zbudowana, bo na miłości Boga i na miłości narodu. 
"W tych czasach zajęty jestem przepisywaniem. Otwo- 
jśj Meliłeli pamiętam." 

„26 Sierpnia 1836 r. Masz tedy nowe wiersze 
Niemcewicza; prócz tego przyrzekli mi je także: Gó- 
recki, Zaleski, i nowy jeden poeta, Orpiszewski, co 
wszystko odbierzesz przez Zaleskiego, któremu do ciebie 
najbliżej (ze Strasburga). Adam nic nie daje, bo nic nie 
napisał. Co za szkoda, że ón się tak marnuje! Oprócz ta- 
lentu poetyckiego, tyle ma jeszcze rozmaitych wiadomo- 
i, z których mógłby zrobić użytek pisarski, na tak wielki 
ik pożądany rodaków pożytek; ale cóż, kiedy gadać mu 
óm, to jak do ściany. Od dwóch dni pojechał do Paryża, 
) wiósz, że lato przepędza blizko Montmorency, w ma- 



380 

Jej wioseczce Domont). Marysia słaba na ząbki, i on 
sam postękuje, a w Domont ani doktora, ani apteki. 

„Muszę tśż się przed tobą pochwalić, żem wy- 
szedł na człowieka dosyć pracowitego. Przez pracę 
zagłuszam w sobie uczucie biśdy i smutku. Od nie- 
jakiego czasu jestem ciągle zajęty łaciną, do której 
miałem zawsze pociąg, a dziś passyą, jak to właściwe 
staruszkom. Drugą moją ulubioną rzeczą jest historya 
polska." 

„22 Stycznia 1837 r. Paryż. Ty, który na nas 
gderałeś, że nie pisujemy, że o tobie zapominamy, coś, 
jak widzę, straciłeś na tem gderaniu nagle głos, i już 
od bardzo wielu miesięcy ani słychać o tobie. Jeszcze 
we Wrześniu posłałem dla twojój pani Ołtarzyka a dla 
ciebie tom moich wierszy, i dotychczas nie wióm na- 
wet, czy wam to oddano. Ead nierad czekałem aż 
tak pewnśj okazyi, jak dzisiejsza. Adam wiś o niej 
i także ma pisać. Domeyko zaś już napisał i załą- 
czam tu list jego. 

„Ostatnią o tobie wiadomość mieliśmy przez Szo- 
pena. Antosię bardzo nam zachwalił, że ma być ładna, 
i milutka, i zabawniutka. Szczęśliwyś, błogosławionyś 
Młodzieniaszku! Ze mnie, według wszelkiego podo- 
bieństwa, nic już podobno nie będzie; nigdy już zape- 
wne nie nawiedzi mię żadna ładna blondyneczka i żad- 
ne dzieciątko. Żebyi przynajmniśj choć dzieci cudze, 
dzieci tych, których się lubi, niańczyć gdzie można! 
Z Marysią Mickiewicza jestem w wielkiój przyjaźni: 
sam ojciec przyznaje,* że mnie więcśj kocha niż j^""^ 
Śliczne bardzo stworzątko, i zdrowo się chowa. 

„ Od dzieci przechodząc do ojców: — cóż ty tam robi 
co piszesz? powiódz. Adam wziął się do francuzczy 



381 

i mam nadzieję, że pójdzie mu dobrze. Ja drukuję 
tom Wieczorów i już niezadługo kończę. Znajdziesz 
w nim powtórzony zeszyt drugi i kilka piosnek no- 
wych, za które zapewne nie jeden się na autora za- 
gniewa, chociaż nie mam chęci nikogo obrażać. Twój 
!Noworocznik musiał już wyjść na świat, ale nic tu 
o nim dotąd nie słyszeliśmy. Jeśli będzie można, to 
przyszlij choć jeden exemplarz. 

„Ucałuj rączkę żony i gadaj o mnie czasem Antosi. 
Za to całuję cię serdecznie, kochany Młodzieniaszku!" 

„16 Kwietnia 1837 r, Paryż. Mditdi napróźno do- 
tąd wyglądamy; z zapowiedzianych 7 exemplarzy, ani 
jeden jeszcze nie nadciągnął. Chodźko (Leonard), spro- 
wadził sobie jeden exemplarz swoją drogą, i ten wi- 
dzieliśmy obadwaj z Adamem, aleśmy tylko po kilka 
kartek mieli czas przeczytać. Wiersz „Memento mori^ 
bardzo nam się podobał. Wypełniając twoje zlecenie, 
prosiłem już o pisma do nowśj Meliteli. Niemcewicz, 
Hofmanowa, Górecki przyrzekli. Adam ma coś prze- 
tłómaczyć, ja nai^eszcie mam coś napisać, prozą. Do 
tego spodziewam się jeszcze dołączyć jaki wierszyk od 
kogoś z młodszych literatów, których tu mamy kilku. 
Jest tedy podobieństwo, że znów xiążeczkę uciułasz. 

„Mówiłem Niemcewiczowi, co mi piszesz o jego 
wydawcy, (Bobrowiczu w Lipsku), ma on sam do nie- 
go zgłosić się. Ale coś stary piszczał, nie wiśm na 
co, i gadał ni to, ni owo; a sam piórwej powiadał, że 
za sto talarów miałby do dania tom nowych wierszy. 

„Od Adama nic przez tę okazyę nie odbierzesz, 

o on o niój nie wie. Ja sam ledwie mam czas tych 

ivilka liter nabazgrać, a od Adama do mnie jest teraz 

pół mili. Wjmieśli się tak daleko niewiedziśe dla 



.382 

czego, bo taniśj. Marysia już wreszcie odłączona, 
a zawsze jest z(Łfowa i przednia. Ze mną jest w bar- 
dzo blizkich stosunkach, chociaż Domeyko ma czdlo 
utrzymywać, że jego lepiśj kocha. A twoje pannę czy 
tóż poznamy kiedy? Kto wiś, kto wiś? Jak pomrze- 
my po cudzych ziemiach, a ona już będzie duża, tójśj 
kiedy pokażesz który z naszych listów, jeżeli je znaj- 
dziesz w papierach, i będziesz jój gadał: „Ten był taki 
ataki, a ten był taki ataki." A ja wcześnie proszę 

opacierzza swoje duszę, a jeżeli łaska, to i o mszy kilka 

Żony twojój rączki całuję i za przypisek dziękuję. 
Z tym listem posyłam ci exemplai'z „ Wieczorów.*" 



Na zakończenie tych moich wspomnień o Wi- 
twickim, przytaczam tu jeszcze mój wiersz, pisany do 
niego, właśnie z podziękowaniem za ów exemplarz 
„ Wieczorów Pielgrzyma.^ 

O! jako dusza w sobie czuje słodkość nową, 
Gdy mądrą, a z ust miłych napoi się mową, 
Co jako deszcz majowy, bujnemi kroplami, 
Przesiąknie w nią aż do dna żywemi słowami, 
A myśli w niśj, jak kwiaty więdnące, z rozkoszą 
Piją ożywczą rosę, a główki podnoszą; 
Łub jak owe ptaszątka, co skwarem spragnione, 
Siedząc niemo, a dzióbki trzymając stulone, 
Uczuwszy chłód rzeźwiąey, zaraz się trzepocą 
Skrzydełkami, a głosu próbując świegocą; 
A człek się, jak ogrodnik uśmiecha radośnie, 
Marząc, co może w jesień z tych kwiatów wyrośnie! 

Oto masz wierne mojćj duszy malowanie. 
Gdy twój duch, z kart twój xięgi, mój luby Stefanie, 
Owionął mię i porwał, podniósł i ukorzył, 
Gdym przezeń zamarł sobie, a ku Prawdzie ożł.y 



383 

1 w eereu poczuł Kapał natchnionej ochoty, 
Do podohn^-j dla miJych współziomków roboty. 

Tak leniwy myśliwiec, gdy się próżno znuży, 
Sią-dzie, odstawi strzelbę, i oczy zamruży, 
G-otów nawet zapomnieć strzeleckiego sromu, 
Gdy w wieczór przyjdzie zniczom powrócić do domu: 
"Wt^m mu nagle nsA uchem wystrzał zagrzmi w lesie, 
I towarzysz jelenia, albo sarnę niesie. 
"Więc się zrywa zbudzony, i znów ima broni, 
I chłodząc wstyd na twarzy — wiatry w polu goni. 

Lecz mnież to rość ku tobie zuchwałą nadzieją. 
Serdeczny narodowej prawdy Kaznodziejo! 
Co i sam j^j ?,baJaniem głębszą myśl zdumiewasz, 
1 do serc z jłtłni serca miłość jój przelewasz? 

01 jak snąć, jako woda czysta a spokojna, 
Rozlała się w twśj duszy mądrość bogobojna! 
Jak jasno z dna j^j głębi błękit Niebios bije. 
Jak wykwitają my&li, jak wodne lilije! 

Biada mu, kto ją widząc, nie zechce się kwapić 
Przpjrzeć się w uii^j, oczyścić, a wewnątrz się napić; 
Kto na pamięć ku ełużbie ojczystój i Bożćj, 
Kwiatów onych ku swojój piersi nie przyłoży! 

Przyszła bowiem godzina skruszenia bałwanów. 
Sam Duch czasu. Buch Boży, jak brzmienie organów, 
Z tysiąca liSt, tysiącem różnych głosów woła: 
Starą Cnotę do domu, Wiarę do kościoła, 
Grzeszników do pokuty: wszystkich samych w siebie, 
I z wszystkimi o litość do Ojca na Niebie. 

Jakoż więc nie raa wnętrznćm tchnąć rozradowaniem, 
Czyj g\oSj jako wódz chóru, przed wspólnćm wołaniem, 
I w ojczyźnie najszerzćj Bożą i^awdę głosi, 
I ku. Niebu najwyźłźj bratnią myśl podnosi! 



II. 

w Listach moich z Podróży, w tomie trzecim, 
opowiedziałem piórwsze spotkanie i dalszy wspóhiy 
pobyt z Garczyńskim w Rzymie; tu więc już tylko dla 
całości powtórzę ztamtąd jedno i drugie, dosłownie, 
albo w streszczeniu. 

„Dnia 3 Marca (1830 r. w Rzymie), siedzieliśmy 
z Adamem rano, jak zwykle po kawie, zatopiony ka- 
żdy w swojój lekturze. A wtóm otwierają się drzwi 
i wchodzi jakiś młodzieńczyk, blondyn, ładny, rumiany, 
i z wesołym uśmiechem, jakby pewny serdecznego 
przyjęcia, idzie wprost ku Adamowi. Ten podniósł 
oczy, spojrzał; ale ani się ruszył z kanapy. Młodzień- 
czyk zachwiał się nieco, ale nie tracąc jednak fanta- i 
zyi, zbliża się i zapytuje: „Pan mnie nie poznaje?"* — f 
„Przepraszam — odpowiada mu zimno, nie rozbudzony i 
jeszcze z czytania Adam. — „Jestem Stefan 6ai'czyń- 
ski.*^ — Adam się przecież poruszył, ale widać było 
wyraźnie, że nie lepiej nazwisko gościa, jak i rysy 
jego przypomniał. Młodzieńczyk zmieszał się str 
nie; pobladł raptem i poczerwieniał, że aż mi się 
go zrobiło, tóm bardziśj, że mi przyszła na pan 
własna moja niegdyś scena z Chodanim. Dopiśro 



385 

mu wydeklamował wyraźnie i dobitnie, źe się poznali 
w Berliniej i że to on go pierwszy zapiowadzil i za- 
znajomił z pi^ofessorem Gansem; dopióro wi^eście Adam 
przyszedł doroztropu^ izacząl spełniać obowiązek gościn- 
nego i uprzejmego gospodarza. Ja zaś, aby zatrzeć 
do reszty to niemiłe wrażenie^ odezwałem się żaHo- 
bliwie do gościa, źe jeśli liczył na pamięć pana Mic- 
kiewicza, co do fizyognomii i nazwisk, to się fatalnie 
omylił; bo ja myślę^ źe on sam siebie kiedyś we źwier- 
ciedle nie pozna, jak już raz swego nazwiska (w Ko- 
wnie) przy podpisywaniu lista zapomniał. Adam za- 
czął się śmiać, a Młodzieńczy k, nie pytając nawet 
kto jeatenUj zwi"óeił się do mnie, i z tak miłym uśmie- 
chem i tak cznle podał mi rękę, że mi się jak panienka 
od razu podobał." 

Nie wiedziałem atoli, ani się mogłem domyślać 
natenczas, jak mu istotną i wielką przysługę uczyni- 
łem bezwiednie. Dowiedziałem się o tńm dopióro pó- 
źniej od niego samego, kiedy mi pisał i mówił, że ti^y 
razy miałem w ręku los jego życia. Żeby zaś zna- 
czenie i prawdę tych słów jego zrozumieć, trzeba już 
bj^ło znać tak jego charakter, jak ja go w dalszym sto- 
sunku poznałem. Zrażony bowiem zimnśm przyjęciem 
Adama^ dla którego jedynie do Rzymu przyjechała już 
miał na myśli projekt wyjechania zaraz nazajutrz gdzie 
indziśj, gdy mu żai't mfjj przyczynę tej pozornej obo- 
jętności wyjaśnił, i obudzoną drażUwość uczucia^ czy 
raczńj temperamentu, uspokoił. 

Od tój chwili stosunek nas ohn z Garczynskim 

iwał się codzień bliższym i milszym. Widywaliśmy 

bowiem codziennie, i od niego już tylko zależało 

Wspomnienie z przeszłości. 25 



386 

jedynie, aby wszedł razem z nami w kolo wszystkich 
innych, towarayskich stosunków naszych. Ale to był 
punkt właśnie, na którym po raz pierwszy spostrze- 
gliśmy w nim coś jakby nie zwyczajnego, coś jakby 
zagadkowego dla nas. Pełen serdeczno] otwartości 
z nami, co do własnych swych uczuć i myśli, stawał 
się nagle jakimś tajemniczym, gdyśmy chcieli — ^ja zwła- 
szcza—pociągnąć go wraz z sobą na tor naszł?go co- 
dziennego życia. Z wielką biedą zaledwo dał się 
przecież wprowadzić do domu państwa Aukwiczów, 
i lubo najuprzejmiój przyjęty, sam w nim w końcu 
największą znajdował przyjemność: dla tśj-to właśnie 
przyjemności, jak mówił, uważał sobie za powinność, 
aby się jój jak najmniój poddawać, i przez to nie tra- 
cić z oka istotnego celu swojój podróży. Ale w czóm 
był ten cel jego istotny? To właśnie było dla nas 
nierozwiązalną zagadką. Nie był przecież ani mala- 
rzem, ani rzeźbiarzem, ani archeologiem, ani teologiem. 
Dla towarzystwa Adama, jak mówił, przyjechał mia- 
nowicie do Rzymu. A więc dla czegóż właśnie z to- 
warzystwa tego nie chce korzystać? — Adam znudzU 
się prędko próżnemi domysłami, i przestał jia nim taJcimy 
jakim się sam dobrowolnie nam i względem nas oka- 
zywał. Ale ja nie tak łatwo dałem za wyginaną. Kor- 
ciło to mię owszem tśm bardziej, im się bardziój pray- 
wiązywałem do niego, a i on tśż widocznie nawzajem 
tę moje sympatyą podzielał. Z rozmów jego, zwła- 
szcza z Adamem, nie trudno jużciż było wyi^ozum^^^^ 
że ostatecznym, głównym celem jego aspiracyi, b 
doskonałość moralna, polegająca, podług niego, na 
winięciu i pielęgnowaniu w sobie wszystkich sił i z 
ności przyrodzonych, aby w miarę ich najgorli\ 



387 



i najpożyteczniej służyć społeczeństwu i krajowi swo- 
jemnj to jest w ogólności ojczyźnie. Ale przy sto- 
sowaniu to wlaanie zasady tśj do praktyki codziennego 
życia, wychodziły w nim na jaw owe excentrycznośei, 
(a podług mnie istne dziwactwa), które mię w nim 
irrytowały najbardziśj, i były ciągłym powodem sprze- 
czności i sporów. Naturę zaś tych sporów najlepiój 
wyjaśnią przykłady. 

Pan Ankwicz w zimie jeszcze zrobił był pro- 
jekt, aby na wiosnę zwiedzić wszystkie sławniejsze 
okolice Rzymu, i Adama wraz ze mną z góry do ucze- 
stnictwa w tych wycieczkach zaprosił. Gdy więc 
Garczyński poznał się z tym domem, pan Ankwicz 
również do niego uprzejmą swą inwitacyą rozciągnął. 
Ale Garczyński stanowczo wymówił się od piórwszój 
podróży do Fiumicino, i dopiśro w skutek moich na- 
legań obiecał, że pojedzie razem w drugą, do Frascati. 
„Tymczasem przychodzę wigilią do niego. Pisał coś, 
ale schował gdy wszedłem; potom zaś, jakimś despe- 
rackim tonem oświadcza mi, że jutro jechać z nami 
nie może. Co? Dla czego? Pytam go, reflektuję, i na- 
koniec wściekam się ze złości. Nic nie pomaga. Chciałby, 
ale nie może; jedyna odpowiedź. A niechże go wszy- 
stkie bogil Kochany, mtty, ale dziwny człowiek! Gdy- 
byż był przynajmniśj poetą! Powiedziałbym, że pół- 
waryat, i kwita. Ale filozof!... (Prawda, że takaż-to 
i filozofia niemiecka!) Kocham go coraz więcśj, im 
^ ^'iój poznaję, a to mię w nim nie tylko razi, ale na- 
^, jakby przeraża. Zdałoby się, że straszny jakiś 
b, czy tajemnica, cięży mu na sercu i myśli. Roz- 
iseli się ze mną, śmieje, goni się po ruinach, jak 




388 

student, a potśm raptem, ni z tego, ni z owego, wygląda 
jak zrozpaczony kochanek. ** 

Tak pisałem naówczas o nim, pod wpływem pier- 
wszego wrażenia; ale za powrotem z Frascati, upa- 
trzywszy stosowną chwilę, rozmówiłem się z nim sa- 
mym na otwarte, to jest wypowiedziałem otwarcie, że 
ten w nim jakiś katonizm uważam wprost za wybryk 
i przesadę dziwactwa; a że tego nie czyni przez asce- 
tyzm i dla zbawienia swój duszy, więc musi chyba 
czynić dla pychy, choć ją ubióra w pozór cnoty i obo- 
wiązku. Skutek tśj rozmowy był taki, że i-zucił mi 
się na szyję, i zowiąc mię szczęśliwym, sam, omal 
nie ze łzami w oczach, pi^zyznał się nakoniec, że cierpi, 
i że sam sobie rady dać nie może. Ofiarowałem się 
mu więc za lekai^za, a piórwsza recepta, którą zapi- 
sałem, była ta, aby już razem z nami koniecznie na 
następną sielankę pojechał. Dał słowo, i tą rażą do- 
trzymał. Odbył z nami dwudniową wycieczkę do Gre- 
nezzano, i był tak z niej rad i szczęśliwy, że już bez 
żadnych namów towarzyszył nam w dwóch ostatnich: 
do Tivoli i do Subiaco, i dziękując mi po razy kilka 
powtarzał: „że ani wióm, ani domyślić się nie mogę, 
co dlań i ile dobrego zrobiłem." Z mocy więc tój 
wrzekomój, mnie samemu niewiadomój przysługi, chcia- 
łem i nadal świadczyć mu podobneż, a zwłaszcza do- 
kładałem wszelkich usilności, ażeby razem z nami odbył 
podróż do Neapolu. On słuchał, wzdychał, omal że 
nie płakał, żegnając się z nami w Albano, doką" 
wraz z Adolfem Januszkiewiczem odprowadzaJt; u 
wszystkie moje argumenta odpowiedź była zawsz, 
dna i taż sama: „chciałbym, ale nie mogę." A' 
który był przy tśm obecny i palił fajkę leżąc n«- '^"-^ 



/>» 



389 

znieciei-pliwił sie w końcu widoczniej i zenvawszy się 
na równe nogi^ wydmuchnął z o^iem niedopalony 
tytoń, i odezwał się dość opryskliwie; „Dość już tego! 
Każdy ma swoje zdanie, i niech lohij jak mu nią zdaje!" 
Zamilkliśmy; ale Garczyński wzdychał tak rozpaczli- 
wie, jak niewinnie potępiona ofiara^ że niepodobna było 
w końcu wstrzymać się od śmiechu. Dotrwał wszakiise 
przy swojóm, i nie pojenhal z nami. 

Mimo tOj za powi*ótem z Neapolu do Rzymu , zna- 
leźliśmy go tak zmienionym, tak mizeniym i bladym, 
z powodu skwarów miejskich i ciągłej wysilonśj pracy, 
że zapomniawszy o poprzednich odmowach, próbowali- 
śmy go znowu namówić do pojechania z nami na lato 
do Szwaj caryi. Ale ponowiła się tylko scena z Albano. 
Rozstaliśmy się przeto z żalem, ale wszakże nie bez 
cienia zarzutu w myśli z naszśj strony, że jest pod 
wpływem dziwactwa, czy uporu, jeśli w tśm chyba nie 
było jakiśjś ważnśj, zagadkowój dla nas przyczyny. 

Otóż ta zagadkowa przyczyna wyjaśniła się na- 
koniec przede mną w Dreźnie, gdzie przybywszy w po- 
czątku Stycznia 1831 r. z Paryża, oczekiwałem właśnie na 
umówiony pi-zyjazd Garczyńskiego z Rzymu, aby razem 
jechać już dalśj. Jakoż przybył w połowie Stycznia 
i zamieszkał wraz ze mną w mojóm prywatnśm mie- 
szkaniu. W parę dni po tym przyjeździe byliśmy na 
herbacie wieczorem u szanownój i łaskawśj na mnie pani 
Ewy z Koszutskich Dobrzyckiśj, gdzie był także jśj 
dawny przyjaciel, sędziwy generał Kniaziewicz. Pod 
wr^ływem różnych jego opowiadań, i korzystając z xię- 
;owśj nocy, poszliśmy jeszcze z Garczyńskim przejść 
1 po Bruhlowskim terasie, i aniśmy się spostrzegli, 
: zegar z wieży zaczął bić dwunastą. Rozmowa szła 



39Q 

o niepewności życia. Na piśrwszy, dźwięk zegara, 
Garczyński zatrzymał się nagle, i ująwszy mię mocno 
za ramię, odezwał się jakimś niezwykłym, uroczystym 
głosem: -Słuchaj! mam ci powierzyć jedne tajemnicę — 
tajemnicę życia mojego, o której dotąd nikt nie wiś. 
Ale przysiąż, że dopóki ja żyję, nie powiśsz o niśj 
nigdy i nikomu." Struchlałem. Twarz jego, oświecona 
xiężycem, przybrała dziwny jakiś tajemniczy wyi-az, 
który mię do reszty przeraził. Byłem pewny, że coś 
strasznego cięży mu na duszy, i nie mogąc odrzucić 
dowodu ufności, szedłem przy nim istotnie w roli delin- 
kwenta, gdyśmy milcząc wracali do domu, gdzie mi 
dopiśro miał swój sekret powierzyć. Drżącą ręką 
zaledwo wyki'zesałem ognia; on zaś tymczasem z go- 
rączkowym pośpiechem rozrzucał swój tłómok podróżny, 
i wydostawszy z niego jakiś zwój papieru, stanął 
przede mną jak posąg, i drgającemi usty, przytłumio- 
nym głosem, wyjąkał, jakby wyznanie zbrodni: „Ja 
piszę wiersze!*^— Póki życia nie zapomnę tój chwili. 
Kontrast rzeczy z oczekiwaniem; nagłe przejście z bo- 
jaźni w radość; takie razem spi*awiły wrażenie, że 
mimowoli parsknąłem od śmiechu. On zmieszał się; 
ale gdy mu opowiedziałem poprzedni mój przestrach, 
sam zaczął śmiać się. wraz ze mną. Przyszła jednak 
nowa obawa. Przypomniałem, co zwykł był mówić 
o godności i powołaniu poezyi i poety; czułem, jak on 
na seryo rzecz bierze; a przecież zdania mojego ani- 
bym ukryć, ani udać nie mógł. To też radość moja 
nie miała granic, gdy w piśrwszych zaraz wiersza ^^ 
które mi przeczytał, obok głębokiój myśli i uczui 
była i tak skończona artystyczna forma, że mię od r 
w podziwienie wprawiła. Był to ustęp z poem* 



r 



391 

, Wacław^ który wtenczas miał inny tytuł: „Apostata.^ 
Zamiast wiec zdania mojegOj powtórzyłem mu tylko 
własne jego dwa wiersze, które zapamiętałem^ a które 
to zdanie moje istotnie i najzupeiuiój wyrażały: 

„Czytam wiersz: — myśli dumne, nielodya dzika. 
Ale ailaa, zaświadcza o wewnętrznej sile." 

Do rana przeczytaliśmy cały ten t>oemat, który 
następnie uległ znacznym odmianom, ale i wtedy już 
miał wszystkie zalety, któremi się głównie odznacza. 
Z roli zatśm sędziego, od której zacząłem, i z podziwu 
prostego słuchacza, pi-zeszedłem w końcu do uznania 
od razu wyższości jego nad sobą, i żaden tryumf mojśj 
miłości własnój nie uczyniłby mię tyle szczęśliwym. 
Ou polewał pióro i napisał w moim dzienniczku: 

„Dzień 17 Stycznia 1831 roku, a osobliwie 12 
w nocy godzina^ niechaj nam wiecznie pamiętną zo- 
stanie." 

A byt to właśnie ów di'Ugi wypadek, przy którym, 
jak się wyrażał: „los jego życia miaiem w moich ręku." 
Gdyby mi bowiem wiersze jego nie przypały były do 
sei^ca, miał zamiar rzucić w ogień i^ękopism i pióro na 
zawsze załamać. Pi-osiłem, żeby mi pozwolił napisać 
o tśm do Adama; lecz on mi owszem wyraźnie i sta- 
nowczo tego zabronił. Nie mam zda się potrzeby mówić, 
jak ta chwila ścieśniła węzły naszego stosunku. W parę 
dni potśm wyjechaliśmy razem; ja z wizą tylko paszportu 
do Berlina, bo mi go nigdzie dalśj zawizować w Dreźnie 
-^'-^ chciano. Miałem wszakże nadzieję, że będąc już 
granicach Pruskich, łatwiój mi przyjdzie z Berlina 
echać z nim razem do Xięztwa. Ale stało się 
kiem przeciwnie. Nie tylko mi odmówiono tśj żą- 



392 

danój wizy, ale potrzeba było długich korowodów i garli- 
wśj protekcyi professora Gansa, z którym mię Gar- 
czyński zapoznał, aby mi pozwolono nakoniec powł"ócid 
nazad do Drezna. Zwłoka trwała kilka tygodni. Osło- 
dziła mi ją zaś uprzejma gościnność i przyjaźń pp. J, 
K. Żupańskiego, znakomitego dzisiaj naszego xięga- 
rza-obywatela, i Cybulskiego Wojciecha, sławnego 
potśm profesora w uniwersytecie Wrocławskim, którzy 
razem naówczas mieszkali w Berlinie, i jako gościa 
zaprosili mię na mieszkanie do siebie. 

Garczyński tymczasem...— Ale nie piszę ja bynaj- 
mniej biografii moich przyjaciół, a tylko opowiadam 
własne moje z nimi stosunki. Otóż stosunki te z Gar- 
czyńskim nie przerwaiy się zgoła z oddaleniem. Do- 
nosił mi, że wyjeżdża z xięztwa, i że się zaciągnął do 
wojska, jako prosty żołnierz ochotnik, — nim go w końca 
generał Umiński na adjutanta swego powołaj. Pomimo 
nowych wrażeń i trudów obozowych, pisał do mnie 
z każdego prawie miejsca dłuższego odpoczynku^ Szkoda^ 
że nie tu miejsce na przytaczanie w całości tych listów^ 
Parę wszakże wyjątków muszę z nich przytoczyć, raz 
dla tego, że one same lepiój, niż wszelkie opowiadania 
cudze, uwydatniają nastrój myśli jego i serca; a . po- 
wtóre, że mogą dać niejako klucz do odgadnienia, 
kiedy i jakiój natuiy był ów raz trzeci, w którym los 
jego życia był jakoby w mych rękach. 

Pisał więc do mnie z obozu pod Liwem, d. 30 
Marca 1830 r. 

„Otóż po mocowaniach się ze śmiercią ni 
ślednich, dziś ci tę bazgraninę w odpowiedzi na i 
list z d. 9 Marca przesyłam. Odczytywałem czT' 
i bardzo często twoje myśli, które tchną miłością. 



393 

a mnie zapomnieć nie zdołasz, zaręczają dostatecznie. 
Czyż dostatecznie? Wymkn^o mi się z pod pióra 
słowo, które z większą rozwagą pisaćby należało. Od 
Adama list miałem; odpisuję nań dzisiaj. Nasze listy, 
w dzisiejszych okolicznościach, nie tylko wymalowywać 
potrzebnemi do tego kolorami nie można, ale i szkice 
nawet niezręcznemi z umysłu być muszą... Kochany 
Edwardzie! Przypominasz może sobie niektóre imiona 
litewskie, w pugilaresie moim zapisane praez ciebie, 
między któremi jedno bardziśj nad inne wystaje? Zo- 
baczę Ją może niezadługo. Cóż powióm? Może za- 
zdrosna? Czy mam wyjawić, że cię kocham? — Nie! nic nie 
powióm. List twój tylko pokażę— a Ona, jestem pewny, 
mile mię przyjmie. A jak się spyta, czy czasem?... 
w chwilach zapomnienia...? Przysięgam, że nic nie. 
powiśm...— Żarty mi się kręcą po głowie, kiedy testa- 
ment raczśj pisaćby wypadało. — Edwardzie! bywaj 
zdrów! Zobaczymy się jeszcze— tak! pewny jestem. 
Bóg ufającym łaski swój użycza. Toć i ja spodziewam 
się...— Jedna rzecz jeszcze: Byłżeby z nas który stę- 
skniony, gdyby drugiego nie strfo? Ja z pewnością— 
a ty?...— Przynajmniśj wierszy parę poświęć mi, drogi 
Edwardzie! Nie z pochwałami— ja pochwał nie żądam. 
Napisz i zrymuj tylko: Kochałem go, i nie zapomnę o nim, 
a wiersz taki najmilszym mi będzie. Ależ kochanie 
dziwnym trafem rymuje z rozstaniem. Dałby Bóg, 
żeby w rzeczywistości, i to na zawsze, rymować się 
nie chciało!?— Bądź zdi^ów, mój drogi! Kochaj i nie 

^minaj o mnie!" 
Ale w innym już całkiem tonie brzmiaiy listy 

o następne, po powrocie do domu. Oto próbki: 



394 

„Lubosłrm 25 Buzdziemika 1831 r. Gdzież ty 
się obracasz, mój drogi Edwardzie? Grdzie Adam? Gdzie 
wszyscy jesteście? Kjpótki dziś tylko list ode mnie 
odbierasz. Ma on być tylko znakiem życia. Ty w 
obszerniśj odpisz. PoU'zebuję tego — bo inaczśj, iiieza- 
dłtigo płakać mię będziesz... Stan mój umysłowy jest 
okropny. Boże, Boże! kiedyż się zakończy?... Zmiłnj 
się, pisuj do mnie jak najczęściśj, ja ci wiernie odpi- 
sywać będę. Straciłem brata, Edwardzie! Nie jeden 
znajomy przy mnie żyć przestał. Mój koń padł zabity. 
Kula trafiła w pałasz i zgięła go zupełnie. Ja żyi^ 
zostałem. Przecież gdybym był wiedział... byłbym 
śmierć przymusił... Dość tego! Pisuj i nie zapominaj 
o xnnie!" 

Pisałem więc prawie codziennie; tóm bardziśj, że 
listy jego stawały się coraz smutniejsze, i czułem, że 
potrzebuje pociechy. Oto np. jeszcze jeden list jego 
z Łubostronia, z dnia 5 Listopada 1831 r. 

„List twój, kochany mój Edwardzie, odebrriem— 
i oto leży przede mną — a przecież zdaje mi się, że nie 
do mnie pisany; bo czuły, otwarty, szczery, z duszy 
wychodzący, a mnie się wydaje, że ludzie wszyscy... 
O nie!— są wyjątki, i ty do nich należysz. Czułe 
serce gdzie niegdzie znaleźć na tym świecie. Tylko 
myśli twoje przesadzone, mój drogi! Zbijać ich nie 
będę, nie mogę; bo widzę, jak ci z czucia płynęły, jak 
ci konieczne się stały, aby duszę zaspokoić. Pokój 
jej, bo dobra i bardzo dobra!!... Co do mnie, inaczój 
stoi. Poduszka moja łzami przesiąknąć musi, bo xńf \ 
nocy, w którójbym... wstydzę się powiedzieć- \ 
płakał jak dziecko. Wczoraj osobliwie myślrfem, \ 
skonam. Dla czego? Wićsz dla czego? Oto „ Yferi^ 



395 

wziąłem do ręki, i ledwom wierszy parę przeczytał, 
niiź płafcaćj i płakać bez końca!!— Nieszczęście nasze 
ogólne cięży prawda na sercu i umyśle, ale nie ono 
Tjycie mi podkopuje. Poznałem ludzi!.. Ohydni, ohydni! 
WerOwra czytaj! Co za prawda, co za prawda!! Czytaj 
go, a w duazę moje patrzeć będziesz.— Tu w domu 
dobrzy, ale nie rozumieją mię wcale; a ja się niecier- 
pliwię, przeklinam siebie, i di'ugich nie szczędzę. Nie 
znalazłem dotąd istoty żadnśj, któraby ze mną dzieltta 
myśli i uczucia. Wszyscy zimni— a ja się trawię, jak 
pochodnia globowa, zapomniana od ludzi. Nieraz marzę 
o szczęściu; widzę, jakby łatwo po trudach i pielgi'zymce 
wypocząć zmordowanym siłom;., a przecież!.. Chciałbym 
tylko mieć przyjaciółkę i przyjaciela; z nimibym się 
w niedostępnych skałach zagnieździ; tam pożył lat 
kilka, roczek choć tylko, i skonał. 

„O! gdybym ci mógł całą moje duszę otworzyć!.. 
Nie, nie! Zawrótubyś głowy dostał; bo w uiój prze- 
paściste i czarno. A przecież nie cała nadzieja upadła. 
Promyczek j6j miga mi co chwila przed okiem; o czóm 
tylko pomyślę, on zawsze miga. Kiedy o przyszłości 
zamarzę, i daJśj noc ciemną i tak ciężką napotykam, 
że oddychać trudno; pomyśię sobie:— toć jeszcze jedna 
pozostaje pomoc! Życie nasze nie wieczne, a ja mam 
rękę i wolę... Kiedy o cierpieniach, ludziach, świecie 
pomyślę— znów koniec, znów wola i ręka na oku... Słu- 
chaj, Edwardzie! jeżeli weźmiesz Werfhera do ręki, nie 
czytaj końca!... i ja go czytać nie chcę... 

„Mój poemat, mój Wacław, jedyną samotnych 
c .ii pociechą. Nie poznałbyś go wcale. Com ci czytał, 
b y tylko U17 wki i próby; dziś go mam pi^zed oczyma— 
\ luszy — w sercu! — Do Drezna może przyjadę, bo nie 



.396 

« 

pozwalają; — wtenczas — o nie!— nie pokażę, aż skończę 
zupełnie.— Gdzież Adam? Ja o nim nic nie wiśm. 
Napisz, a jeśli go zobaczysz, powiódz: non sic iractan- 
tur amid. Odpowiedź mi oddawna winien. 

„Bądź zdrów, mój di'ogi i kochany! Odpisz mi 
jak najśpieszniój. Lubię listy odbierać od ciebie, któ- 
rego tak szczei^ze kocham. Kochaj mnie i nie zapo- 
minaj o twoim przyjacielu!" 

List ten był już zapieczętowany, kiedy go jeszcze 
otworzył, i dodał następujący przypisek. 

„Zapieczętowałem i znów odrywam pieczątkę. 
Sam nie wiem, co robię. Pisae chcę jeszcze. Dziś 
zimno na dworze; biały szron wszystko pokrywa, jak 
w owój nocy, pamiętasz? kiedyśmy (Uugo, długo rozma- 
wiali; — ale nie prawda! wtenczas śnieg był na dworze. 
Mnie albo w brudne rozkosze rzucić się poti*zeba, albo 
bardzo czułą i szczerą mieć duszę pr^y boku. Gdybym 
był z tobą! mówilibyśmy tak wiele i o tak wielu rze- 
czach; i nocną porą zawsze! Bo nie wióm, czy prze- 
sada, czy choroba, ale mi w nocy lepiej na świecie. 

„Edwardzie! ja dziwną religią tworzyć sobie za- 
czynam—religią duszy. Tak w j6j skutki i rozliczne 
cuda wierzę, jak żyd w Dńesięcioro. Jak będę chory, 
każę się magnetyzować. MówSem o tern przed kilkoma 
dniami, nie tu, ale w sąsiednim domu, do którego jechać 
przymuszony byłem. Wszyscy otworzyli usta i oczy. 
Jedna tylko dziewczyna zajętą się tóm być wydawała; 
czuła, com mówfl...— Fuj, fuj! o biedach życia nie myśl 
nigdy! Ja wszystko straciłem, bom wszystko ' * t 
w kraju, a przecież nigdy nie myślę, jak się wj.. ł 
potrafię. Toć do licha! wiele na to nie potrzeba ' 
chleb, czy zrazy— wszystko jedno. Skoro nie ^-^^ 



397 



r 

r mieli pieiiiędzjj pójdziemy w służbę do Szwajcaryi, do 
[ chłopa za parobków, byle tylko z pankami nie mieć 
do czymenia. Służąc w wojsku przekonałem się, że 
wszystko zniesc potrafię, oprócz zimnych maryonetek. 
Nie będzie do wytrzymania— to pomówimy o przyszło- 
ści, o wieczności!-. Nadzieja, zawsze nadzieja! 

„Jeszcze słowo o Werther^^e. Taka Szarlotta by- 
łaby dla mnie niedostateczną; aniby mię jśj ki'omko- 
wanie chleba^ ani jśj zimne obejście się z kochankiem, 
ani jój giętkość duszy na dwie strony, zadowolnić nie 
mogły. Zapomnienia siebie, zupełnego szaleństwa żądam 
w miłości; inaczśj jest ona nudną, jak tragedya fran- 
Guzka. O szaleństwie mógłbym coś napisać, bo czuję, 
bo przekonany jestem, że wielka dusza szaloną być 
musi; bo jest pi*zeciwną wszystkim formułkom społe- 
cznym i ich menuetowemu życiu.— Ja mam przeczucie, 
że się zobaczymy. Wtenczas, obaczysz, jak dnie nam 
rozkosznie płynąć będą! Powićm ci zawsze, co czuć 
będę i pomyślę— i ty także— nie prawdaż, drogi Edwar- 
dzie? Szczerość, szczerość przed wszystkiśm! Myśl 
o mnie, jak ja o tobie!" 

W liście tym, (a i wszystkie inne były doń mniój 
więcśj podobne), odbija, jak we źwierciedle, stan zrozpa- 
czonój i prawie blizkiój obłąkania duszy. Cóż za dziw, 
że w tśm usposobieniu umysłu i serca, przyjacielskie 
codzienne listy były dlań jakby rodzajem podpory. 
Czekając na nie albo odpisując, miał zawsze jakie takie 
jcie z dnia na dzień, które go nie jątrzyło, lecz 
akajało. 

To tśż pisałem je w końcu regularnie codzień, 

) mi pochłaniało wszystkie chwile czasu. Czyniłem 

*o nie tylko z serca, lecz może więcśj jeszcze 



398 

z poczucia obowiązku, gdyż się ciągle obawiałem o nie- 
go. Ale i toby może spowszedniało w końcu, gdyby 
szczęściem właśnie w tym czasie nie zjechał się z Ada- 
mem w sięztwie, który już tam przebywał od lipca. 
To wywarło nań wpływ zbawienny. Adam także po- 
dobał „Wacława^^ a to dodało bodźca jego Pegazowi, 
że go z nad otchłani rozpaczy, co go gwałtem w głąb 
swą ciągnęła, uniósł znów w sfery poetycznych marzeń. 

To tóż, gdy przybył nareście do Drezna, w Sty- 
czniu 1832 roku, o pociechach wieczności, „z własnej 
woli i ręki," nie było już bynajmniśj mowy. Zawsze 
jednak została mu chorobliwa niejako wrażliwość 
uczucia na wpływy zdań cudzych i ludzi, niezgodnych 
albo nieodpowiednich jego wyobrażeniom moralnym. 
Unikał praetoż starannie wszelkich obcych towarzystw; 
a ja miaJera jakoś to szczęście, że ze mną odzyskiwał 
spokojnośe i do równowagi powracał. Do dziś dnia 
zachowuję kartkę, którą raz, późno już w wieczór, 
nie zastawszy mię w domu, na stoliku u mnie napisał. 
Przytaczam ją, jako wybitny wyraz usposobienia j^o 
w tym czasie: 

„Zmęczony przyszedłem do ciebie. Chciałem cię 
uściskać; bo mi serdeczności potrzeba było. Tak zimno, 
tak zimno w społeczeństwach!! Wystaw sobie, Kr. był, 
i wciąż był, i nie wychodził! Jam się ki-ęcił, jak pi- 
skorz. Chciałem uciec — zatrzymano. Trzebaż więc 
było męczyć się do upadłego. Prosto ztamtąd przy- 
biegłem do ciebie. Nie zastałem — piszę przynajmni " 
Dobrój nocy z serca życzy Stefan,'^ (9 Lutego lo 

Usiłując więc wedle możności wpływać na u 
kajanie w nim ciągle burzącego się w ten sp^ 
uczucia, chciałem go przedewszystkióm zaznajor''^ 






399 



zej z panią Kkudyną Potocką. Ale to właśnie, co 
mu o niej mówiłem, zamiast chęci lub ciekawości, obu- 
dziło w nim owszem opór, i to wcale nie przez ducha 
przekory, chociaż zawsze przez pewną jużciż excen- 
tryczność umysłu, albo raczśj uczucia. „Jeżeli jest 
tsią^ jak mówisz — powiadał — to ja się jśj boję. Jeśli 
nie jest, to nie chcę mieć powodu do spiśrania się 
z tobą^ a także za nic na świecie nie chciałbym psuć 
nikomu illuzyi, widząc, jak ona szczęśliwym go czyni. *^ 
Słowa te jego doskonale pamiętam, bo o nich tysiąc 
razy myślałem. Nie przewidywał on wtedy bynaj- 
mniej, że ona to właśnie miaJa stać się wkrótce dla 
niego tym prawdziwym Aniołem pociechy, o którym on 
bezwiednie w wyobraźni marzył, a któiy go i z ludz- 
kością pogodził, i koniec życia jego opromienił tóm 
właśnie uczuciem czci i uwielbienia, które dla duszy 
takiśj, jak jego^ mogło być jedynie skutecznóm lekar- 
stwem, łagodząc ją i uspakajając. 

Ale rzecz dziwna, i nigdy racyonalnie niewytłóma- 
czona dla mnie, jak pani Klaudyna sama, znając go za- 
ledwo z mdzenia i tylko słysząc o nim ode mnie, jakby 
magnetycznóm jasnowidzeniem odgadła zaraz z począ- 
tku to jego względem niśj usposobienie, o któróm ja, ma 
się rozumieć, nigdy przecież nie wspominałem przed nią. 
A czy to może nie wpłynęło tśż na to, że go potom 
tak czułą, tak anielską otoczyła opieką? tego już ja 
sam ani twierdzić, ani temu zaprzeczyć nie umiem. 

W piórwszych tygodniach pobytu swojego w Dre- 
z , Garczyński zajęty był głównie wykończaniem 
s go Wacława. Mieszkaliśmy zaledwo o kilka domów 
o liebie; ja zawsze w tśm samom mieszkaniu, gdzie 
o ''^'>'dyś był moim kilkodniowym gościem, (róg Tópfer- 



m 



400 

Gasse i Nowego Eynku, Neumarkt), on zaś na tymże 
rynku, naprzeciw Marien-Kirche. Wpadaliśmy więc 
wzajem do siebie za kaźdóm wyjściem z domu i o ka- 
żdśj porze. Ja tłómaczyłem właśnie ostatnią pietó 
•^CzdcieU Ognia*^ które jemu zamierzałem poświęcić. Pi- 
sząc, okrywałem się zwykle dużym szalem jedwabnym, 
darowanym mi na pamiątkę w Litwie, przy ostatnim wy- 
jeździe za granicę, i przypisywałem mu żartem tajem- 
niczo-inspiracyjną własność. Garczyńskiemu tóż jedna 
z pięknych jego kuzynek-przyjaciółek uszyła przed wy- 
jazdem śliczny jedwabny kaftanik z rękawami, dziwnie 
jakoś przytulny i miękki, w którym on tśż zwykle pi- 
sywał. Otóż zaproponował mi razu jednego czasową 
zamianę tych okryć, jak się niegdyś przyjaciele-ryce- 
rze mieniali czasem na oręż lub zbroję, ażeby przez 
to w szrankach przypominać o sobie. I jakkolwiek to 
komu, (dziś zwłaszcza), może się wydać dziecinnćm łub 
śmiśsznóm: dla nas obu naówczas ten żart przyjacielski 
miał wpływ jakby talizmanowy, pod którym on swego 
Wacława, (choć go potom znacznie rozszerzył), a ja i 
przekład Czcicieli Ognia skończyłem. 

Dokonanie tśj pracy, którą on za powinność i za- 
danie życia swego uważał, wpłynęło tóż nader korzy- 
stnie na jego usposobienie wewnętrzne. Odzyskał spokój 
i swobodę myśli. Dał mi się nawet wprowadzić do 
kilku domów, lub kółek towarzyskich, i mianowicie 
. z Litwinami chętnie przestawał. Przybycie nakoniec 
Adama, a w ślad za nim Ignacego Domeyki, Pola, 
i potom Góreckiego, zamieniło nam ów kilkomiesi^j, ly 
pobyt w Dreźnie, na tle okoliczności 6wczesny^> :- 
by w uroczą jakąś oazę w pustyni. Adam, j m 

żaa-tem powiadał, „zaraził się poezyą od na^ ** :o 



401 

właśnie zaczęła się trzecia, ostatnia epoka jego poe- 
tycznój twórczości. Zaczął ją od wznowienia prze- 
kiadu Giauraj który kiedyś przed laty rozpoczął był 
w Kownie; ale gdy doszedł do spowiedzi Kcdajora, 
modląc się raz w kościele, poczuł, (jak sam się wyra- 
żał), „KB jakby bania z poezyą rozbiła się nad nim." 
Zaniecliał więc tłómaczenia, a wziął się do kontynu- 
acyi Dziadów, Część, którą najprzód w ciągu tygo- 
dnia napisała al^ którój^ mimo próśb naszych, nie po- 
kazał zgoła nikomu^ i potom ją prawdopodobnie sam 
zniszczył, obejmowała pobyt jego w Rzymie. Za toż 
część trzecią, którą pisał z równym pośpiechem, lubił 
sam owszem odczytywać przed nami na codziennych 
zebraniach wieczornych, a w listach jego znajdują się 
wzmianki, jak właśnie to czytanie dodawało mu bodźca 
do pracy. Przykład ten nie był bez wpływu na di'u- 
gich. Wszystkim paliło się w głowie— i w sercu. 
Każdy, co mógł, i jak mógł, robił swoje, ku wspólnśj 
wzajemnój pociesze. Garczyński, jak sam wyznawał, 
nigdy w życiu nie czid się tak szczęśliwym. Spraw- 
dzU:a się niejako przepowiednia, którą sam, pewnie 
bezwiednie, w przytoczonym wyżój liście wyraził. Hu- 
mor nawet jego tak się rozjaśni, że gdy ja, z polece- 
nia pani Klaudyny, musiałem na dni parę pojechać do 
Lipska, a Domeyko mi towarzyszył; on dobrowolnie 
przyłączył się do spółki, i mieszkając tam w jednym 
pokoju, w hotelu, tak się niekiedy dał rozi-uszać we- 
sołemu Domeyce, że sam z nami po studencku figlo- 
wał. Ale niestety, cały ten krótki peryod w życiu 
igo, był to jakby ostatni, po dniu burzliwym i chmur- 
om, zabłysk słońca przed zachodem — na zawsze. 

Wspomnienie z przeszłości. 26 



402 

Fizyczny stan jego zdi'Owi.a mało dotąd zwracał 
uwagi, a zwłaszcza jego samego. Poniewierał on 
owszem ciałem, jak asceta, odmawiając mu nie tylko 
wygód i przyjemności, ale nawet koniecznego niekiedy 
odpoczynku i wytchnienia z pracy. Wycieńczyło go 
to było w Ezymie; ale inich i trudy obozowe wzmo- 
gły owszem siły i zdi-owie. Dopióro za powrotem do 
domu, czarne myśli i cierpienia moralne zaczęły znów 
je podkopywać i niszczyć^ Wszedł właśnie w to koło 
zaklęte, w któróm stan smutny umysłu zaczyna wpły- 
wać na zdrowie, a zły stan zdrowia na umysł. W tym 
okresie przybył do Drezna. Umysł wprawdzie, jak 
powiedziałem, rozpogodził się więcój może niż kiedy, 
ale organizm był stanowczo zachwiany. Skarżył się 
nieraz na to lub na owo, ale ani się radzić, ani leczyć 
nie chciał. Na domiar złego, Adam i ja, z rady He- 
denusa, zaczęliśmy na wiosnę pić wody Karlsbadzkie, 
w zakładzie sztucznych wód mineralnych Struvego. 
Garczyński towarzyszył nam codzień dla kompanii; 
aż nakoniec, zakosztowawszy raz MUhlbrunn, postano- 
wił pić je wraz z nami. Adam owszem pochwalił ten 
zamiar, co nieraz potom sam sobie gorzko wyrzucał. 
Ale nie wiedzieliśmy wtedy bynajmniej, że te wody 
mogą źle działać na piersi, ani że matka jego na su- 
choty umarła. Dopiśro gdy w skutek tój samowolnśj 
kuracyi stan zdrowia jego pogorszył się widocznie, 
Hedenus zaczął go leczyć na dobre. Jakoż piśrwsze 
symptomata choroby piersiowój dały się usunąć szczę- 
śliwie. Ale trzebaż, że właśnie w tym czasie ogame"^ 
go znowu tęsknota. Ja na początku Czerwca wyj 
chałem na ślub mój do Ea^ólewca, mając potom z 
mieszkać w Poznaniu; w parę tygodni zaś potem, Ada 



403 

z Domeyką opuścili tóź Drezno, udając się do Parysa. 
Pol i Górecki wyjechali jeszcze przede mną. Z całe- 
go tedy niegdyś tak miłego kółka, Garczyński isostał 
sam jeden. Ale tu, jak Anioł pociechy, stanęła przy 
nim pani Klaudyiia. Dowiedziawszy się, żt zachoro- 
wał znów nagle po wyjeździe Adama, przyszła do 
niego sama wi*az z Hedenusem, który był przyjacielem 
i lekarzem nas wszystkich, i odwiedzała codziennie, 
dopóki niebezpieczeństwo groziło. Następnie, gdy już 
zaczął wychodzić, otworzyła mu dom swój uprzejmie. 
W początkach Lipca pisał już do mnie do Ki*ólewca: 
,U Potocki ój bywam co di^ugi dzień prawie, a za ka^dą 
wizytą nowe jakieś przymioty odki'ywam. Wielka du- 
szal" Kiedy zaś w piórwszych dniach Sierpnia, nie- 
spodzianie i mimowolnie, bo za wyraźnym rozkazem 
ministeryum Praskiego, znowu z żoną wróciłem do 
Drezna: znalazłem go już tak przejętego czcią, wdzię- 
cznością i uwielbieniem dla pani Klaudyny, że to osta- 
tnie dorównywało mojemu, co go niegdyś tak we mnie 
drażniło. 

Koniec lata przeszedł spokojnie, chociaż kaszel 
nigdy całkiem nie ustał; ale z nadejściem jesieni i zi- 
my, tak się coraz pogorszać zaczął, że mu doktor 
wychodzić zabronił. Odwiedzaliśmy go, ma się rozu- 
mieć, jak można było najczęściój; ale słotne wieczory 
i ranki nieraz musiał przepędzać sam jeden. Pani 
Klaudyna znieść tego nie mogła. Najęła wi<^c dlań 
nowe mieszkanie, słoneczne i obszerniejsze, i to w tym 
samym domu, tylko, że na drugióm piętrze, gdzie sa- 
ma wraz z matką mieszkała. Urządziła tśż w niśm 
ila siebie w jednym kącie stolik, przy którym po go- 
dzinach przychodziła czytać lub pisać, nie rozmawiając 



404 

t 

wcale z gospodarzem, któremu mówić stanowczo wzbro- 
niono, a którego gwałtowny kaszel, zdający się piersi 
rozrywać, każdóm echem ódbijai się w sercach sły- 
szących. . Pakt t«n może się wydać niepodobnym dla 
tych, któFzy nie wiedzą, jaką była pani Klaudyna. 
A przecież był on tylko jednym z tysiąca podobnych, 
z jakich się całe jćj życie składało. Nie łatwo to jest 
wprawdzie pojąć i zrozumieć, jak niei-az, przy czyta- 
^u np. Żywotów Świętych, nie możemy się zdobyć na 
pojęcie tój siły wytrwania lub poświęcenia, którą duch 
męczennikom lub ascetom nadawał. W tym razie już- 
ciż ofiara miała na względzie i godność duszy czło- 
wieka, dla którego się ponosiła; ale ileż-to takich 
ofiar, i to w najrozmaitszych kierunkach, w najważ- 
niejszych i w najdrobniejszych niekiedy okolicznościach, 
biograf pani Klaudyny mógłby w jój życiu naliczyć! 
Cóż więc za dziw, że wpływ takiój duszy oSAńsldl 
tóż stanowczo na duszę chorego? Z formidek filozofii 
niemieckiój, które ją dotąd wikłały, wyrwała się ona 
stanowczo, jak motyl z sieci pajęczój, i zwróciła się 
ku zaś wiato wćj wieczności: nie jak niegdyś, w chwi- 
lach rozpaczy, aby ujść tylko od cierpień i od brudów 
ziemskich; ale z pokomśm poddaniem się woli wyż- 
szój, z obawą sprawiedliwości Sądu, ale tóż i z u&o- 
ścią w miłosierdzie Jego. Najulubieńszą jego lekturą 
w tym czasie były: „Żywoty Świętych" Skargi. Na 
ziemi, jak w Ideałach Szyllera, zostały mu już tylko: 
„Przyjaźń i Praca,"— praca nad ostatecznśm wykoń- 
czeniem poematu Wadaw, przed wysłaniem go do I 
ryża, gdzie Adam, wespół z Witwickim i Domeyl 
zajęli się wydaniem wszystkich jego poezyi w dwf 
tomach. W nich on chciał już tylko ślad prze^ś 



405 

swego zostawić ojczyźnie, dla którój zawsze i na każ- 
dśm polu wszystkie myśli i siły poświęcał. Jakoś: do- 
żył jeszcze pociechy, że je w diniku całkiem już skoń- 
czone ogląAai', w ciągu zimy zaś odbierał pocztę po- 
jedyncze ai'kusze, w miarę jak wychodziły z pod pra- 
sy, i to było dlań najprzyjemniejszą rozrywką, i czę- 
sto jakby ożywiającym lekai^stwem. A przecież po- 
spolita autorska miłość własna najmniśj w tśm miała 
udziału. Chodziło mu przedewszystkiśm o to, aby skarb 
własnych uczuć i myśli, pracą całego życia zebrany, 
bratnim duszom w spuściźnie przekazać. Artyzm i for- 
ma, (lubo o nie dbał najtroskliwićj), stały zawsze na 
drugim planie. Na piórwszym była myśl i prawda, 
w którą sam wierzył. W ulotnym wierszyku do mnie, 
napisanym po przeczytaniu Żmii Słowackiego powiedział: 

„Nie sama gładkość mowy do serc ludzkich kluczem; 

Będziem i poetami, skoro się nauczym 

Czuć prawdę, pisać prawdę, i stwierdzać ją w czynie.** 

To był cel jego i zasada w pisaniu, od której 
w niczóm nie odstąpił nigdy. 

Jedyną jeszcze nadzieją utrzymania go przy ży- 
ciu był, zalecony pi-zez Hedenusa, wyjazd na wiosnę 
na południe, do Włoch. Wybierał się więc ciągle w tę 
podróż; ale i tu pani Klaudyna stała się dlań jak 
Aniołem Stróżem. Mając się udać do męża na ćUuższy 
pobyt w Genewie, zwlekła umyślnie swój wyjazd do 
nastania cieplejszśj pory, ażeby razem z sobą zabrać 
Garczyńskiego. W Szwajcaryi miał go spotkać Mic- 
kiewicz i towarzyszyć mu już w dalszćj podi^óży. 
Wyjechali z Drezna oboje 21 Maja 1833 r. Wigilią, 
ja z żoną przeprowadziliśmy Garczyńskiego do Ta- 
rantu, piśrwszój stacyi pocztowśj od Drezna, zkąd go 



406 

nazajutrz po di^odze miała zabrać pani Klaudyna. 
Cała noc przeszła nam na rozmowie, bo zasnąć nie 
chciał i nie mógł. Zawsze miał on dla mojój żony 
prawdziwie braterską przychylność; w tych zaś ostat- 
nich chwilach, wnikając w jój położenie i zapomniawszy 
o własnych cierpieniach, cały ten czas poświęcił pra- 
wie wyłącznie na wyldadanie jój, tonem brata, teoryi 
obowiązkowego życia, stosując ją mianowicie do ów- 
czesnego j6j stanu i do przypuszczalnych na przysz- 
łość kolei i powinności życia. Skończył na rozrzew- 
nieniu się serdecznóm, ściskając nas i błogosławiąc 
prawem przyjaciela. Takie było właściwie ostatnie 
z nim pożegnanie moje; gdyż resztę czasu, ażeby to 
wzruszenie jego uspokoić, przepędziliśmy z umysłu na 
obojętnych już tylko rozmowach. Nazajuti^z, gdy już 
siedział w powozie, ostatniśm do nas słowem jego było: 
„Do zobaczenia, moi drodzy!" — „Zawsze do zobaczenia,** 
powtórzyła mi z cicha pani Klaudyna, gdym jój rękę 
do powozu podawał. A i to było ostatnie tóż słowo, 
które z ust jśj w tóm życiu słyszrfem. Słyszę je 
dotąd w duszy i powtarzam nad grobem każdego z przy- 
jaciół, którzy wszyscy już— wszyscy odeszli; bo i tych 
co są jeszcze daleko na ziemi, pewno już na niój nigdy 
nie zobaczę. 

Sama podróż z Drezna do Strasburga trwała 
półtrzecia tygodnia; stan chorego zmuszał do zatrzy- 
mywania się po di-odze. W Strasburgu spotkał po- 
dróżnych sam pan hr. Potocki (Bernard), i w końcu 
Czerwca oboje odwieźli Stefana do Bex, w Szwajca-. 
ryi, na kuracyą serwatkową. Pani Klaudyna została 
tam jeszcze przy nim, aż do przybycia Adama z Pa- 
ryża. Oto wyciąg z listu jój, ztamtąd pisanego do 



407 

mnie. „Mickiewicz przybył do Bex d. 8 Lipca. Dzień 
i noc nie odstępuje Stefana. Duszę jego w gieniuszu 
przeczułam, a z podziwieniem, ze łzami na niego pa- 
trzę. Wyższy jest od nas wszystkich sercem, cnotą, 
duszą, jak jest i gieniuszem wyższym od wybranych." 
Adam zaś w liście do Domeyki, z Bex także dnia 8 
Lipca pisanym, tak mówi o spotkaniu się swojóm ze 
Stefanem i z panią Klaudyną: „Smutne i rozdziera- 
jące duszę było widzenie się nasze. Patrząc na twarz 
Stefena, taką bladą i smutną, przewi^acało mi się 
w sercu. Jadąc do Lausanny, znalazłem na statku 
na Lemanie panią Potocką, która jak Anioł opiekuń- 
czy utrzymuje duszę w Stefanie. Ta kobiśta godzi 
z rodzajem ludzkim, i może natchnąć znowu wiarę 
w cnotę i dobroć na ziemi. Zdaje się, że życia ma 
tylko na parę godzin, a przecież znajduje zawsze siły 
na służenie innym. Wkrótce ona ztąd odjeżdża, i nie 
wióm potom, co się z nami stanie.** To wzajemne 
o sobie świadectwo dusz takich, godne zaiste wieku- 
istśj pamięci! 

Gdy kuracya w Bex okazała się bezskuteczną, 
Adam w końcu Lipca (22) przywiózł chorego do Ge- 
newy, gdzie byli znów z panią Klaudyną, którą Ste- 
fan w listach swych do mnie nie inaczśj już tylko, 
jak swoim „Aniołem Stróżem, Aniołem Pocieszycielem" 
nazywał. Ostatni kończył się słowy: „Żegnam cię 
po tysiąc razy. Zosi ręce całuję. Proście Boga za 
mnie!" 

W piśrwszych dniach Września, Adam z chorym 
wyjechali z Genewy do Włoch, przez Francyą połu-r 
dniową, .dokąd tóż wkrótce po nich udali się państwo 
Potoccy. Dnia 17 Września pani Klaudyną przybyła 



408 

do Avignonu, dla odwiedzenia chorego, który dal6j 
jechać już nie mógł, i tamże, d. 20 Września, Bogu 
ducha oddri, w 29 roku swego życia. Przytaczam tu 
jeszcze wyciągi z Kstów Adama i pani Klaudyny, do- 
noszących mi i mówiących o tóm. Żadna chwała na 
świecie nie dorówna współczuciu i świadectwu dusz 
takich! 

Adam pisał z Arignonu d. 22 Września. 

„Nasz Stefan już przed dwoma dniami przestał 
cierpióó. — Wrócflem właśnie z Marsylii, gdzie jeździłem 
niby po paszport do Włoch, ale rzeczywiście już go 
niepodobna było z miejsca ruszyć. Znalazłem naszego 
przyjaciela przez kilka dni mojój niebytności bardzo 
zmienionego. W nocy o godzinie szóstśj przestał od- 
dychać. Tak lekko usnął, że nie można nazwać sko- 
naniem tój fcrótkićj chwili przejścia z biedy na świat 
lepszy. Śmierć swoje często przepowiadał, ale tćż 
równie często pełen był nadziei, a w ostatnich dniach 
więcć] niż kiedykolwiek. Przybyła tóż kilku dniami 
przed śmiercią pani Potocka, i osłodziła mu ostatnie 
chwile na ziemi. Tój nocy, kiedy żyć przestał, byłem 
przy nim do późna; potśm, znużony bezsennością i dro- 
gą, poszedłem spać. Pągowski czuwał przy łóżku. 
Przerażony zbyt cichym snem chorego, zbliżył się, 
i znalazł go bez życia." 

Wyjątek z listu pani Klaudyny: Genewa, 21 
Lutego 1834 roku. 

„Czuję i dzielę z panem, co o Stefanie i stracie 
jego mówisz. Codzień był więcój przyjacielem mc 
Cierpienia ciała, przytłaczając wielką jego duszę, 
dzień do mnie ją zbliżały. Dawniśj, kiedy przyp 
kiem słowo z głębi serca mi się wymknęło— nie rc 



X 



409 

miał, i wyższością swoją zati-ważał. Ostatnich mie- 
sięcy życia czytał w mojój, jakby we własnśj duszy. 
Niewyrażone odga<U uczucie, każdą boleść, każde wra- 
żenie. Takiój straty nic mi nie zastąpi. A przecież,^ 
za nagrodę liczę, że mi Bóg pozwolił go poznać, za- 
służyć na zupełną jego przyjaźń, i nie jedną ciężką 
osłodzić mu chwilę. Dziś mimowolnie w górę patrzę,, 
kiedy się sądu jego lękam; w górę za nim, kiedy mi 
tęskno, zimno między ludźmi. 

„Siódmego Września pisał jeszcze do mnie, 17-go 
przywita! tak serdecznie, tak czule! Mówił, że mu 
Iżśj przy mnie; że takby chciał na ręku mojóm umie- 
rać! Ośmnastego wrócił Mickiewicz z Marsylii. Nad 
rankiem 20 usnąil..." 

Na zakończenie przytaczam własny mój wiersz, 
na śmierć jego, napisany w końcu 1833 r. 

„Płakać cię, czy się cieszyć? — wierzę, że wraz z tobą; — 
Że duch twój, istny tutaj Anioł na wygnaniu, 
Bolejąc wciąż nad ludzką skazą, lub żałobą, 
Odszedł — dokąd tak tęsknił; — i snąć w przeczuwaniu 
Erótkićj drogi swćj, tak się kwapił z gromadzeniem — 
Nie laurów albo skarbów— lecz dzieł swćj zasługi. 
Jakby stosu ofiary: — by na nim płomieniem 
"Własnych swych uczuć spłonąć, jak Krywejto drugi? 

Wieszcz, rycerz, obywatel — w każdym z nich twa dusza. 
Odbiła, jak ogniste słońce w wód krysztale. 
Lecz pieśń, dla innych — rozkosz; dla ciebie — katUsza. 
I nie strach sądów świata, nie troska o chwale 
Miotały sercem twojćm: — nie! tyś drżał o dary 
Dane ci i natchnione: — by ich bez użycia 
Nie strwonić; by z nich żadnćj cząstki, jak z ofiary. 
Nie użyć sam dla siebie; by treść prawdy życia 
"Wydać w pieśni, jak w czynie: tak jak wszystkie czynjr 
Dostrajałeś do tonu wieszczych natchnień ducha. 



410 

Trud dla Prawdy — to dla cię był spokój jedyny; 
•Ofiara— j6dno szczęście; Krzyż— jedna otucha. 

Jeden twój grzech, żeś nazbyt żądał sam od siebie, 
Żeś chciał nazbyt wysoko dójśó o ludzkiój sile, 
Chciał stać się doskonałym, jak Ojciec na Niebie, 
Myślą-c, żeś mógł i musiał— i nie tylko tyle, 
He da i dozwoli w tobie Pan. — Tyś sądził, 
Że życie — to już tylko czas działać, nie prosić; 
*Czas zdobywać, nie czekać! — O! jeśliś w tćm zbłądził, 
Męczenniku twój cnoty! odcierpiałeś dosyć. 

I Pan snąć twe cierpienia ujrzał i przebaczył, 
Ody do łoża twój śmierci posłał ludzi dwoje, 
Abyś w nich, jako w żywóm źwierciedle, obaczył, 
O czóm tu już rozpaczać jęło serce twoje: 
Gieniusz chrześcijański i świętość Anielską. 
Oboje oni duszą kochali cię bratnią, 
Oboje z poświęceniem i łzą przyjacielską 
Przynieśli ci na ziemi pociechę ostatnią, 
O! i rękojmię szczęścia tam! Bo kto z takiemi 
^lał się sercem i duchem: czyż Ojciec Litości, 
Każąc go takim ludziom pożegnać na ziemi, 
innym-by duchom kazał spotkać go w wieczności? — 

Przyjacielu mój, bracie! wierzę w to— a przecie, 
O! przebacz mi! że siebie, a nie ciebie płaczę. 
Jam-to cię z nimi poznał i zbliżył na świecie, 
A już i ich, jak ciebie, wióm, że nie o baczę! 



4 



JÓZEF BOHBAS ZALSSEl 



Kochany Bohdanie! Opowiadając Deotymie o przy- 
jaciołach poetach, mogęż obok najmilszych nie wspor 
mnieó o tobie? Bogu tylko niech będą dzięki, że mówiąc 
o 2iyjącym, muszę to uczynić w inny sposób, to jest, 
odwołując się najprzód do ciebie samego, na podobień- 
stwo owśj dawnój piosnki Berangera: „Tm soumens- 
tu?^ w którój stary towarzysz broni, przypominając kole- 
dze z pod tśjże chorągwi wspólną przeszłość, z wdzię- 
cznością tśż przypomina to wszystko, co sam jego 
przyjaźni zawdzięczał. 

A więc— pamiętasz? jakeśmy się poznali? — Ale nie 
możesz pamiętać, bo nie wiósz, z jakióm ja uczuciem 
szeffl:em z piórwszą wizytą do ciebie. Wszystkie do- 
tychczasowe dumki twoje umiałem na pamięć, a jedna 
z nich „O Hetmanie Kosińskim,** była dla. mnie, w kry- 
tycznej niegdyś chwili życia, jakby kroplą ożywczśj 
rosy, jako f^na górach świtający dzioneky^ który i we 
mnie wenę, jak uśpionego czy skrzepłego skowronka 
rozbudził. Obaczywszy raz piśrwszy zdaleka wieże 
Wai'szawy, piórwszą myśl moja była o tóm, że w niśj 
Ursyna i ciebie zobaczę. O wi'ażeniu piśrwszego wi- 
dzenia zdałem naówczas sprawę przyjacielowi, Igna- 



412 

cemu Chodźce, w liście, drukowanym już raz gd^ieio- 
dziśj, który tu w dosłównóm brzmieniu praytaczam: 

Dnia 14 O-rudnia 1825 r. Warszawa, 

„Mój drogi Ignacy! Jak obiecałem, donoszę na- 
tychmiast, źe się już poznrfem z Bohdanem; i to nie 
tylko poznałem, ale i pokochałem od razu. Dowie- 
dziawszy się o adressie, poszedłem wczoraj do niego 
sam jeden. Z bijącóm sercem zapukałem do drzwi 
Pisał coś stojąc przy prostom, niemalowanym biórku^ 
w króciutkim jakimś szarym surduciku. Postrzeglszy 
nieznajomego, pytał zda się wzrokiem, co powióm? Ale 
zaledwo powiedziałem kto jestem, rzucił pióro, 1 wy- 
ciągając ręce, powitał takiśm uprzejmśm, mimowohiśm: 
„A!"— jakbym naprzyldad ja ciebie^ gdybyś mespodzia- 
nie wszedł do mnie. —Miły, dobry- kochany, prawdziwy 
filarecki koleżka! To t6ż wie o nas wszystko, jak 
nikt z Warszawiaków. Rozpytywał się najtroskliwiśj 
o Adamie, o Olesiu, o Juljanie; a ja mu opowiedzia- 
łem o tobie, jak płaczesz deklamując; ^Swiat omamień 
mych pomału, niknie z sennych 7nar drużyną;'' i jak go 
kazałeś pozdi^owić za piórwszćm z nim spotkaniem. 
Kontent był, i nawzajem pozdrawia cię sei-decznie. — 

„A podziękowałem mu tśż, jak miałem, za tę mroczą 
niegdyś chwilę w Kannelickim klasz torze jaki 6j doznałem 
po przeczytaniu dumki „ O Kosińskim.'' Zaczął śmiać się, 
i odpowiedział, że powinienem najprzód podziękować 
sam sobie. Nie rozumia2em;-"a więc mi opowiedział, 
że napisał ją pod wrażeniem, i w ślad po przeczyta 
niu mojego „il/«/s7wca," i że początkowe Jwphop!'' tt 
'właśnie odbiciem strofy: 

„I hop, hop, hop, rum^ skory 
Leci, hasa śród trąb wrzawy** i t. d. 



w 



413 

„Siedziałbym nie wiśm jak długo u niego, tak 
mi było dobije i miło, gdybym nie musiał iść na pro- 
szony obiad, Alić dziś ledwo wstałem, on sam wcho- 
dzi do mnie, ubrany elegancko, we fraku, bo i ja tak 
byłem u niego, idąc właśnie na proszony ów obiad. 
Byliimy }wŁ dzisiaj nawzajem, jak uiewiedzieć odkąd 
znajomi. Powiedział mi, że miejscowych Warszawskich 
literatów nie lubi, a żyje tylko z Brodzińskim i Wi- 
twickim, którzy t6ż nie są rodem z Warszawy. Z tym 
ostatnim chce mnie zaznajomić koniecznie, bo wić, że 
już Brodzińskiego poznałem. W nim samym ani cie- 
nia fumy literackiój, którą w tutejszych laureatach 
dostrzegam. Szczery, prosty, serdeczny, ożywiony 
w rozmowie; śmieje się głośno, ręką pocierając włosy; 
słucha z zajęciem, opowiada z uczuciem, — znać że nie 
pamięta o sobie. Jednóm słowem, prawdziwy Filaret; 
to tóż i kocham go jak Filareta. 

„A chcesz wiedzieć, jak wygląda na oko? — Niższy 
nieco wzrostem ode mnie; blondyn, kształtny, zgrabny, 
ruchawy; wzrok i uśmiśch łagodny; twai^z pełna życia 
i pociągająca. Jak wewnątrz, tak i zewnątrz— poeta!..* 



A teraz, mój di-ogi Bohdanie! pozwól że ci przy- 
pomnę i opowióm tobie samemu cały szereg dobrych 
twoich uczynków dla mnie, które jak z jednój strony 
były wprost skutkiem i dowodem twojój dobroci i przy- 
jaźni, tak z diTigiój, miały wpływ wielki, a najlepszy, 
na cały ówczesny peryod życia mego i pobjtu w War- 
8 iwie. 

Piśrwszym z nich jest przyjaźń z Witwickim, 
I »rą wprost twojój dobi-oci i pośrednictwu twojemu 
z Evdzięczam. W osobnóm wspomnieniu o nim opo- 



414 

wiedziałem szczegółowo obie piśrwsze wizyty: moje 
z tobą u niego, i jego z tobą u mnie, od któyśj się 
właściwie owa przyjaźń zaczęła. Czyż więc myślisz, 
że zastanawiając się nad tóm, nie czułem i nie czuję, 
ile musiałeś zadać sobie trudu i ile przeszkód prze- 
łamać, nimeś go, z jego cliarakterem i usposobieniem, 
potrafił nakłonić do tego, że nie czekając na moje wi- 
zytę, przyszedł do mnie sam piórwszy, po mojśm już 
zamieszkaniu w Warszawie, i że przemówił w ten 
sposób, dla zatarcia w moim umyśle tego piórwszego 
wrażenia, które niegdyś z pićrwszój u niego, a wspól- 
nój z tobą bytności odniosłem, a o którśm tobie tylko 
jednemu mówiłem? Czyż myślisz, że nie czułem i nie 
czuję, ile musiałeś mu o mtiie takich rzeczy nagadać, 
iż on, zimny, rozważny, poważny gentleman, przy- 
brał od razu ze mną ton koleżeńsko-studencki, jakiego 
z nikim nie przybierał nigdy? Mógłżeby on to uczy- 
nić, gdybyś mu nie zaręczył, a on na słowo twoje nie 
uwierzył, że przyjmę to takiśm sercem, jakiśm rze- 
czywiście przyjąłem? — A przyjaźń jego, w dalszym 
ciągu życia, stalą się dla mnie takiśm dobrodziejstwem, 
że tego, kto mi ją zjednał, mam wszelkie prawo uwa- 
żać za dobi'oczynne narzędzie Opatrzności, którą w tśm 
uznawałem i uznaję dotąd, — wdzięczność tśż moje dla 
ciebie do uznania tego stosując. 

Wprawdzie ty sam nieraz, di'ogi Bohdanie, wzią- 
łeś za to „zapłatę swoje;" nie tylko w tśj mojój 
wdzięczności; nie tylko we własnśm może sercu swo- 
jóm; ale w tylu a tylu rozkosznych, uroczych chwi- 
lach, cośmy razem z kochanym Stefanem, w ciągu lat 
czterech przeżyli. Bo cóżby to było za życie nasze 
w sztywnój, oschłój, oziębłśj literackiśj atmosferze 






415 



Warszawskiój, gdybyśmy z sobą we trzech, albo z czwarr 
tym chyba Brodzińskim, lub przyjezdnym Juljanem 
Korsakiem, nie mogli czasem odetchnąć tóm iście poe- .' 
tyckióm powietrzem, tą swobodą bratei'skich koleżeń- 
skich uczuć: jakby ożywiającą wonią owych kwiatów,, 
do których się nad Wilią i nad Dnieprem nawyHo^, 
a o które na piaskach Mazowsza tak trudno! 

Przypomnij tylko sobie owe miłe wieczorki, owe 
nieraz wspólne czytania, a choćby i dzienne tylko po- 
gadanki u Witwickiego, gdyś z Kawy lub z Socha- 
czewa, jak gość chwilowo tylko do Warszawy przy- 
jeżdżał; albo te nasze z Witwickim odwiedziny u ciebie, 
coś je latem w Powązkowskim obozie, pod płóciennym 
namiotem przyjmował! 

A pamiętasz, między innęmi, owego skowronka, 
(kjiedyś raz o zachodzie słońca odprowadzał nas na pół 
drogi), co to chcąc niby przysiąść na kłosach żyta,, 
które się pod nim uginały, wzbijał się znowu jakby 
z gniewem do góry, i coraz to głośniej szczebiotało 
Przyrównałeś go żartem do ducha poety, coby się chciał 
opierać na ziemskich podporach; a ja ^j?ropo5, i jak zawsze 
z rozkoszą, przedeklamowałem twój „Śpiew poety." 
Nigdy nic podobnego nie widziałem potom; a ten sko- 
wronek nieraz przychodził mi na myśl. A ty? „Tew. 
soumens-tu? 

Od skowronka przechodząc do słowika, to jest 
do śpiewającój jak słowik, a kraśnój, a uroczój, jakjój 
imienniczka kwiatowa: do panny Róży czy Rozyny Ż..* 
O! co o tśj, to ani wątpię, że musisz doskonale pamiętaćl 
Wspomnień takich nie grzebią krzyżyki. Ale co dla 
mnie, to jój także wspomnienie wiąże się zwłaszcza 
z wdzięcznością dla ciebie. Romantyczniej-poetyczniej- 



'm 



^:'m 



416 

iszśj istoty pewao wówczas w Warszawie nie było; 
-a ty jeden wiśsz chyba i mógłbyś powiedzieć, jaki 
tśż wpływ na piórwszy rozwój romantycznój poezyi 
naszój wywarła, i czyby pod tym względem nie warta 
była może stać obok z Maiyllą?— Że zaś jutraeńkowe to 
światło od nićjy chociaż świecąc w innym kierunku, 
padło czasem z ukosa i na mnie, i ożywiło mię jak 
posąg Memnona: to komuż znów to zawdzięczam, jeśli 
nie tobie samemu? Zapoznałeś mnie z nią, jak z Wit- 
wickim; a j6j uprzejmość, którój doznawałem, czyliż nie 
z tego pochodziła zwłaszcza, że mogła ze mną rozma- 
wiać o tobie; mówić sama niby tylko o pieśniach, ale 
najmilśj słuchać o śpiewaku — któremu, jużciż nie wątpiła 
pewnie, że wszystkie j6j słowa powtórzę? Zaprawdę 
ona sama, jak mistyczna róża, cudzóm już słowem za- 
klęta, we mnie samym cześć tylko i podziw wzbudzała; 
ale ileż to innych otaczało ją kwiatów i pączków, 
równie barwą jak wdziękiem pokrewnych, śród których 
nawet najlotniejszy motyl mógłby nieraz zastosować 
do siebie ów wiersz Byrona o skrzydłach zefiru, „mdle- 
jących od woni ciężaru," w przelocie po nad Greckim 
ogi'odem różanym!— Cóż za dziw, że ta istna Syrena 
Wiślanna, wiążąc się w myślach twoich z wspomnie- 
niami Dniepru, sama z Bozyny przemieniona w Zorynę, 
wywołała te cudne, urocze Rusałki^ których śpiew od 
pół wieku serca ziomków zachwyca, i nie przestanie za- 
chwycać dopóty, dopóki w ich ustach taż mowa, a w sercu 
też uczucia żyć będą. 

A znowuż te „BtisdlM,'^ mój di^ogi Bohda] I 
•czyż to nie nowe ogniwo serdecznśj mój przyja i 
i wdzięczności dla ciebie? Ofiarowałeś mi je piśr\^ i 
-do mojój „Meliłeli,^ skoro zamiar j6j wydawnictwa - 
wziąłem; a bez czegoby nawet ów zamiar nigdy r ) 



U7 

nie przyszedł do skutku. Wspierrieś go i w latach 
następnych, nie pozwalając nigdy ofiarować sobie nic 
wzajem, oprócz przyjacielskiego „Bóg zapłać! **— I Bóg 
mi rzeczywiście dał dożyć tśj chwili, żem ci sam, 
wedle możności, podobnegoż rodzaju monetą, to jest 
miłóm a poetycznóm wrażeniem odpłacił. 

Ale tu już, drogi Bohdanie! kończę moje apostrofę' 
do ciebie, i resztę już nie tobie samemu, ale wprost 
Deotymie i innym moim czytelnikom dopowióm. 



Na początku 1882 roku, pani Seweryna Duchiń- 
ska raczyła mi donieść z Paryża, o gotującym się 
tamże obchodzie osiemdziesiąto] rocznicy urodzin autora 
„Busałek*^ i „B^źfenajśtoięłszej Bodńny,^ powołując mię 
przytóm do zbierania własnoręcznych podpisów lite- 
rackich znakomitości Warszawskich, do mającego się 
mu ofiarować albumu. Nie należąc sam do nich, ani mając 
zaszczytu bliższych z niemi stosunków, nie czułem się 
być zdolnym do spełnienia tego zadania; ale to mi 
podało myśl inną. Od pół wieku nie zdarzyło mi się 
spotkać ani jednśj światłśj PolM, coby nie znrfa i nie 
czuła sercem tych lub owych poezyi jubilata. THatwić 
więc moim znajomym sposobność okazania mu tego 
współczucia, wzi^em sam sobie za święty i najmilszy 
obowiązek. Ograniczając wszakże jego zakres, pro- 
siłem same panienki, aby w zastępstwie matek, i za- 
razem jako reprezentantki przyszłości, własne tylko 
swoje imiona do obrzędowego albumu wpisały. Złożyło 
^e 126 własnoręcznych podpisów, które ja sam osobi- 
jcie zebrałem, a poprzedziwszy i zakończywszy tę listę 
prologiem i epUogiem własnym, przesłałem ją jubila^ 
towi na ręce wspólnój przyjaciółki naszój, pani Sewe- 

Wspomnienia z przeszłośei. 27 



418 

lyńy Duchińskiój. I oto jest wyjątek z j6j listu do 
redakcji j^Kroniki Bodńnn^,^ w którym opisuje przy- 
jęcie, i w ogólności obchód tśj pamiętnój uroczystości 



Paryż, 21 marca 1882. 
„W Niedzielę, 19 maixa, w dzień św. Józefa, czas 
był prześliczny, prawdziwie wiosenny, słońce nieprzy- 
ćmione najlżejszą chmui'ką. Wyjechaliśmy z Paryża 
w samo południe, w liczbie kilkunastu osób, do wioski 
Villepreux, położonśj za Wersalem, pod Saint Cyr, 
w pięknśj i wesołój okolicy. Zabrałam garstkę dzieci 
i dorastającój młodzieży, aby dać poznać Bohdanowi, 
że pamięć jego przejdzie w następne pokolenia; co on 
tóż wybornie zrozumiał i żywo odczuł. Po piśrwszój 
przybyliśmy na miejsce. Z wielką radością ujrzałam 
Bohdana w jak najlepszóm zdrowiu. Cera jego biała, 
świeża; lekki rumieniec ślicznie odbya obok śnieżnych 
włosów i białśj, długiśj do pasa brody. Barki wcale 
nie pochylone; dosyć szczupły, chodzi żwawo i lekko; 
skarży się tylko na przytępienie słuchu, a bardziój 
jeszcze na zachodzące mgłą oczy. GWyby nie to, niktby 
nie odgadł ciężących na nim lat osiemdziesięciu. Pamięć 
zachował wyborną, wielką świeżość wyobraźni, i sposób 
mówienia płynny, łatwy i prawie młodzieńczy. Oto- 
czyliśmy jubilata. Wtedy podałam ogromne album 
w rękę młodego Ludwika Góreckiego: „Niechaj wnuk 
Mickiewicza, rzekłam, złoży u stóp Bohdana hołdy 
ze wszystkich części ki'aju."— To połączenie dwóch 
drogich narodowi imion, głęboko poruszyło obecny--** 
i wycisnęło łzy z oczu solenizanta. Karta piói-w^ 
pod okładką, wykonana akwarellą, pendzlem pai 
Rakowskiój, przedstawia wieniec, upleciony z kłos 



419 

paproci, macierzanki, bławatków i stepowych burzanów. 
Dało mi to pobudkę do ^napisania pieśni dożynkowśj. 
Bohdan głęboko był poruszony; przy wspomnieniu Ukra- 
iny, rozpłakał się jak dziecko. Adresy ułożone były 
w osobne koperty, każda ze stosownym napisem. 

Uradzono z góry, iż aby nie rozrzewniać zbytecznie 
jubilata, adresy te ani wiersze czytane w dniu tym nie 
będą. Wyjątkowym tylko sposobem odczytałam wiersz 
A.E. Odyńca, przedstawiający solenizantowi grono pod- 
pisów 126 panienek, formą i pomysłem godny Busałelc nad- 
wiślańskich. Bohdan uszczęśliwiony był z niego. „Edward 
zawsze ten sam," rzekł, ^zawsze przyjaciel panienek. 
Dzięki Bogu, że zachował młodość i myśl swobodną." 
Z tego powodu opowiadał nam dawne niegdyś zebrania 
w kółku przyjaciół. Wspominał każdego z druhów, 
tak miłych jego sercu: Brodzińskiego, Witwickiego, 
Mochnackiego, których groby rozrzucone dziś pod obcśm 
niebem, nad Elbą, Tybrem i Sekwaną, a z któiych 
ten jedyny przyjaciel pozostał mu jeszcze na własnój 
ziemi. Zapragnął widzieć własne pismo jego. Wtedy 
pokazałam mu wiersz drugi, a praeczuwając jaką to 
sprawi mu radość, odczytałam go na głos. Bohdan 
zapłakał rzewnie. Pix)sił, aby złożyć w jego imieniu 
podziękowanie wszystkim, którzy go tak serdecznie 
uczcili. Autora wiersza wymienił nasamprzód. Z zakazu 
lekarzy pisać sam dzisiaj nie może; nie traci jednak 
nadziei, że troskliwe starania dr. Gałęzowskiego po- 
prawią mu wzrok o tyle, iż nakreśli sam kilka dzięk- 
synnych słówek do osób, które dały mu tyle dowodów 
•mania i współczucia. Imię Adama Pługa wymienił 
najżywszą wdzięcznością. „Ja nie zasłużyłem na to, 
ekł do mnie, „bo cóż ja uczyniłem? Nie moja w tóm 



42C 

zasługa, że Bóg pozwolił mi m^odzić się w czasach, 
kiedy prąd poezji powis^ nad krajem naszym i potrącił 
tóż o mnie."— ^A dla czegóż nie potrącił o wszystkich, 
którzy w tych czasach żyli?— zapytałam. „Malaż to 
rzecz należeć do garstki wybrańców Bożych? Ten 
chór głosów nadbiegłycŁ tu z kraju, niech da miarę 
waszśj zasługi, ojcze, a wdzięczności serc ziomków.*' 

„Kilka godzin zbiegło nam w oka mgnieniu. O za- 
chodzie słońca pożegnaliśmy drogiego jubilata, obda- 
rzeni jego błogosławieństwem. Był to w życiu mojśm 
jeden z tych dni, których pamięć nie zaciera się 
w duszy." S. D. 



Tu pozwalam sobie dodać jeszcze wyjątek z wła- 
snego listu Jubilata do mnie, tudzież własny mój prolog 
i epilog do adressowój listy podpisów panieńskich, i na- 
koniec osobny wiersz drugi do Jubilata, w liście jego 
i pani Duchińskiój wspomniany: 

VillepretiXj 4 Maja 1882. 
„Dobry mój i drogi Edwardzie! 

„Z wielkim smutkiem i nie mniejszym wstydem 
zasiadam do pisania. Smucę się z niedołężno] mojój 
starości, a wstydzę się, żem ci dotąd nie podziękowri 
za ui'oczysty, niewolący wiersz twój do mnie, i za prze- 
śliczne strofld od panienek. Nie wątpiłem nigdy o twojój 
stai'6j, stałśj przyjaźni dla mnie, ale obiedwie poezye 
i czynny udział twój w moim jubileuszu, rozrzewniły 
mnie do łez i rozmarzyły błogo. B6g ci zapłać, j 
drogi, za bratnie współczucie! 

„Szczerze mówiąc, kochany Edwardzie! nie 
leżało mi się wcale to wyszczególnienie, ani uczcz j 



421 

od rodaków. Wyznaję atoli, że przemnogie dowody 
di-ogocennśj życzliwości publicznój wzruszyły mnie 
mocno, i o ile napełniły pociechą serce, o tyle upoko- 
rzyły w sumieniu. Bóg mię strzegł, że nie przeceniam 
za£d:ngi mój ani zdolności. I owszem widzę tylu spół- 
czesnych godniejszych ode mnie wieńca; mężów wiedzy, 
i rady, i słowa. Cóż ja kiedy znaczącego lub dobrego 
uczyniłem dla kraju? „Dni moje zeszły jako cień, 
a jam usechł jako siano.^ 

„Zkądinąd znowu jubileusz mój wypadł, niestety, 
za późno — kiedy już jestem niesposobnym do niczego. 
Osiemdziesiątka dała mi się uczuć złowi*ogo. Omdlewam 
z dnia na dzień w organizmie moim, i cielesnym i du- 
chowym. Najdotkłiwiśj cierpię jednak z powodu wzroku, 
wyraźnie już dogasającego. W pochmurne dni nie do- 
widzę całkiem, a i w jasne zaledwie czytać i pisać 
zdołam, i to jeszcze z koniecznem!, częstemi przestaur 
kami. Oczywiście pisanie takie, z wysiłkiem woli, 
drażniąc nerwy, mąci wciąż uwagę i nuży niemiło- 
siernie. 

„Stan chorobliwy, w jakim obecnie zostaję, może 

Bóg da, że z cieplejszą pogodą pi*zesili się, a przy- 

najmniój choć trochę się uśmierzy. Mo<Uę się o to 

gorąco. Zadłużyłem się w koiTespondencyach na wsze 

strony. Nie było na to rady; to niech się święci wola 

Bożal— Jeśli mi rozwidni się nieco w Benicach, to 

radbym pogawędził z tobą, Edwardzie mój stary, 

o latach miłój naszój młodości. Pokuszę się bodaj i na 

derszowanie, dawno, ol dawno już zaniechane. Tym- 

msem proszę cię, mój di'ogi, podziękuj ode mnie naj- 

}rzejmiśj Deotymie za wspaniały wierszyk, którym 

[darowała mnie, i zaszczyciła nadto publicznóm odczy- 



422 

taniem go we Lwowie. Ona to dziś na wyżynach 
twórczości poetyckiśj u nasi,.. A bądź tśż zarazem tło- 
maczem serdecznój wdzięczności mojśj i przed przyja- 
ciółeczkami swojemi, panienkami, które mi przez po- 
średnictwo twoje podpisy imion swoich przysłidy. 
W pokorze chrześcijańskiśj wzdragam się od rozgło- 
śnych podziękowań po gazetach. Wolałbym to nczynić 
w inakszy sposób. Wolałbym np. w godzinie natchnie- 
nia, jeśli kiedy jeszcze zawita, podnieść pieśń dzięk- 
czynną; — byłoby to na posł-scriptum do pośmiertnego 
wydania moich poezyi. 

^Zmęczony już jestem pisaniem; kończę, więc po- 
lecając się sercu twemu i modlitwom. ' 

^ J. B. Zaleski.. 



Hejże, Bohdaniel nie zwłócz tćj piosenki, 
^iech nie łab^zią będzie, lecz słowicza. 
Boć przecież na ni% czekają panienki. 
Co śpiewakowi sto lat zdrowia życzą. 



P K o L o &. 



Drogi Bohdanie! gdym kiedyś przed laty 
Bogini kwiatów niósł ofiarę z pieśni, 
A do tćj wieszezój, duehowćj objaty 
Dopomagali mi bracia rówieśni: 

Tyś, jako Bojan, mistrz arfy proroezój, 
Stron jćj zaklęeiem, z Dnieprowej topieli, 
Wywołał orszak Rusałek uroczy, 
I sam je przywiódł w uścisk MeUteU, 

Pół wieku przeszło ciężył sercu memu 
Żywój wdzięczności dług niewypłacony; 
Aż przyszła chwila, ie tobie samemu 
Kraj składa z kwiatów i z laurów korony. 

Korzystam z pory:— i sam. bez przechwałek 
Śmiem głosić z góry, że wzajem ci wiodę 
Orszak, piękniejszy od W6zy,stkich Rusałek, 
Od wszystkich Ondyn i Nimf. 

Polki młode, 
Ozcicielki pieśni twych, zasług i chwały, 
Chcą ci tćż złożyć hołd, w dzień ich obchodu, 
I mnie starego guślarza wybrały. 
Abym szedł z niemi, jak wódz korowodu. 



424 

Same panienki! Masz tu ich imiona. 
Ja zaś nie więcśj nie życzę dla ciebie, 
Jak aby widok podobnego grona 
Daszę twą. kiedyś rozradował w Niebie. 



(po 126 podpisach). 



Masz więc, Bohdanie! chór dziewie ojczystych, 
I spojrzyj tylko wieszczem okiem ducha 
W głąb serc ich czystych, myśli promienistych, 
A duch twój nowa pokrzepi otucha: 

Że matka, która w swych córkach rozwija 
Takie poczucia i takie pojęcia. 
Jako pod krzyżem płacząca Marya, 
Doczeka chwili swego "Wniebowzięcia. 



DO JÓZEFA BOHDANA ZALESKIEGO 

(na osiemdziesiątą rocznicę urodzin^ 1882 r.) 



Drogi Bohdanie mój! osiemdziesiątkę 

Łat wieku twego, gdy dziś naród cały, 

Z czcią i miłością, święci jak pamiątkę 

Obywatelskiej i wieszczej twój chwały: 

Ja tóż pozdrawiam ciebie,— ja ostatni 

Z mnogiej tak niegdyś drużyny twśj bratniój. 

Gdyś po Adamie pićrwszy wieszcz narodu^ 
Arfę Bojana otarł z wieków pleśni, 
I duchem jego natchniony od młodu. 
Zagrał nam notę ukraińskiej pieśni, 
I jak woń stepu, od Dniepru do "Wisły, 
Tchnął w niój na ziomków serca i umysły. 

Pozdrawiam ciebie, w imię tych uroczych 

Uczuć i marzeń, któreś wtedy budził; 

W imię tych natchnień, i tych wieszczb proroczych, 

Któremiś siebie i nas — o! nie łudził, 

Nie! lecz pokrzepiał; jak dziś krzepią jeszcze 

Serca rodaków twoje pienia wieszcze. 

O! bo my wierzym, że Pan me omylą 
Tych, czyim ustom dał głos Swego ducha; 
Spełnienia tylko niewiadoma chwila. 
Ale kto z wiarą głosu tego słucha, 
W żelaznój nawet swych losów obręczy 
Dostrzeże odblask Przeznaczenia tęczy. 



426 

Więc cię pozdrawiam w imię braci owych, 

Coć wtedy z wiarą młodzieńczą słuchali, 

I pod urokiem pieśni coraz nowych. 

Ciebie samego jak brata kochali, 

A tyś w uścisku ich i uniesieniu 

Do coraz nowych brał siłę w natchnieniu. 

Znam cię, Bohdanie! a więc wićm na pewno. 
Że gdy ci naród niesie hołd uznania, 
Ty myślisz o nich, i pamięcią rzewną 
Liczysz ich groby po ziemiach wygnania: 
A więc i wierzę, ie ci będzie miły 
Głos ostatniego z U} strony mogiły. 

Los od pół wieku rozłączył nas obu, 
Lecz serce moje, ufam, ie ci znane. 
Przyjaźń młodzieńczą chowam ci do grobu, 
I śmielej przez nią na sąd Pański stanę. 
A nim się mołe spotkamy przed Sędzią, 
Jako brat bratu szlę ci pieśń łabędzią. 



WIHCESTT POL 



Osobisty stosunek mój z Polem trwał zaledwo kil* 
ka miesięcy, lec^ zawiązany pi^zezeń stosnnek dachowy 
dotrwał wzajem przez całe życie, i ze śmiercią się jego 
nie skończył. Przyjaźń bowiem dla niego i i*zewny żal 
po nim, tak żjją zawsze wmyśli i uczuciu mojśm, jak 
pieśni jego i wspomnienia o nim w pamięci. 

Te ostatnie skreśliłem niegdyś w liście do pana 
Ludwika hr. Dębickiego, który on drukiem ogłosU. 
Nie mając nienowego do dodania, list ten tu dosłow- 
nie powtarzam. 



LIST DO HRABIEGO LUDWIKA DĘBICKIEGO. 



Mądre to jest dictum francuzkie: le mieuao est 
Vennemi du hien. Otrzymawszy uprzejme wezwanie 
pańskie, abym skreślił moje wspomnienia o wspólnym 
ś. p. przyjacielu naszym; serdecznym, zacnym, szlache- 
ym człowieku, a przytóm prawdziwym wieszczu na- 
)dowym: wyznaję, iż chciałem zrobić to bardzo de- 
rze, i niestety, skutkiem właśnie tój chęci, nie tylko 
e zrobiłem nic dotąd, ale co gorsza, przekonałem się 



428 

ostatecznie, że w ten sposób i na tę skalę nic zrobić 
nie mogę. Zniżam tedy kamerton własnych moich 
wymagań, i w prostśj fonnie prywatnego listu, chcę 
opowiedzieć panu, co mi przyjdzie na pamięć z owych 
kilku ui'oczych miesięcy, cośmy z Polem niegdyś w Dre- 
źnie przeżyli, a które dla obu nas, przez caie odtąd 
życie, były tómmflśm idrogióm wspomnieniem, które my- 
^ nasze isercanierozerwan^m ogniwem łączyło; chociaż 
nigdyśmy się już potćm osobiście nie zeszli, a nawet 
przez całe często lata niie bywali w listownych sto- 
sunkach. Pan sam mówiłeś mi kiedyś, że to samo 
słyszałeś nieraz z ust Pola; on zaś, po otrzymaniu 
piórwszego mego listu z Warszawy, gdy się tam na 
sta2y pobyt przeniosłem, pisał, a raczśj dyktował do 
mnie, pod datą 14 czerwca 1867 roku ze Lwowa. 

„Mój drogi panie Edwardzie! 

,,Zaledwiebyś uwierzył, ile mię uszczęśliwiło od- 
nowienie stosunków z tobąl Jakież to wspomnienia 
i uczucia wywołał w duszy mojój twój listl GWzie 
ztąd do owad? Już nawet myślą trudno przebiedz po- 
wtórnie tę drogę, na którćj początku postać mi twoja 
świeci. W uczuciu straconój pikiety stojąc na stano- 
wisku mojśm przez lata, pojmiesz, jaką otuchą napawa 
lilię przyjaźń twoja, słowo twojel O-dybym cię w ży- 
ciu jeszcze kiedy ujrzał, wyżaliłbym się przed tobą! 
Gdybym na twojśj piersi głowę złożył, jak niegdyś 
młodzieńcem, -wypłakałbym całą boleść życia! Grdy- 
bym mógł przemówić do ciebie, poniósłbym ci sł^ 
pociechy! Ale papierowi żalić się nie będę. Płs 
pono już nie trzeba, kiedy Bóg wziął oczy; a po 
chę czerpiemy oba z jednego źródła: z Boga, i z uczi 



429 . 

dopdnionego obowiązku. Więc przyjm żal niewyżalo- 
ny, łzę niewypłakaną, pociechę niewysłowioną, i wdzię- 
cznego serca zapewnienie, że między żywymi, ciebie^tyl- 
ko jeszcze odszukuje dusza, uczuciem Janusza Nowiny.^ — 
Na jeden zaś z następnych listów moich, odpo- 
wiada także ze Lwowa, pod dniem 22 lipca tegoż ro- 
ku 1867. 

„Na ostatni punkt twego listu odpowiadam; że 
gdyby to nie z tobą była sprawa, odpowiedziałbym: 
„I nie wódź nas na pokuszeniel^ Żądasz ode mnie abym 
opisał nasze Drezdeńskie czasy. Myślę o nich często; 
ale czy podołam temu zadaniu? Chyba, że jako star- 
szy po służbie każesz mi to zrobić; to zi^obię, i złożę, 
się twoim rozkazem. 

„Osoby i stosunki nie trudno byłoby opisać, ale 
trudno się wznieść do tego wysokiego nastroju ducha^ 
który ówczesne- koło nasze Drezdeńskie ożywiał. Trudno 
będzie dać dzisiejszemu pokoleniu wyobrażenie odde- 
chu tój atmosfery duchowćj, która nasze pokolenie 
otaczała. Komu to mówić dziś o tśm, cośmy wnieśli 
i dali? z jaką miłością, jakiśm sercem? Komu to mó- 
wić, co z tego świat zrobił, i czóm to zapłacił? W każ- 
dym razie taki ustęp z pamiętników, dopióro chyba 
z trumny podać można żyjącemu pokoleniu. Ale kie- 
dy chcesz, kiedy żądasz tego po mnie, to zrobię. Je- 
dyną i piórwszą zachętę, jaką w życiu do zawodu poe- 
tycznego otrzymałem, otrzymałem od ciebie. Masz. 
tedy prawo żądać, abym zrobił, co każesz. Ale dajże 
ai i tym razem radę, czy mam to pisać prozą, czy 
wierszem? Może cię to pytanie zadziwi? Ale racz. 
wszakże rozważyć, o co cię proszę i pytam."— 



^ 430 

Nie umiałem na to odpowiedzieć, i zostawiłem 
wybór formy do woli i natchnienia jego samego. On 
zaś w jednym z następnych listów swoich z Ejrakowa, 
proponował mi formę korrespondencyi ze mną, abyśmy 
wspólnie niejako w ten sposób, wspólne nasze wspo- 
mnienia z owego czasu spisali, gdyż myśl ta zajmo- 
wała go żywo i ciągle. Winnym liście powiada: 

„Na nas, jako na ostatnich już prawie żyjących dziś 
zowśjepoki, cięży niejako obowiązek dopełnienia tego, 
€zego inni dopełnić nie mogli, albo dopełnić nie chcieli. 
Ale ja rzeczy nie lubię odkładać, a obu nam śpieszyć 
się wypada. Do pisania formalnych pamiętników nie 
zostawia mi czasu troska o chleb powszedni. Ale 
wszystko może być pamiętnikiem, i wszystko może syn- 
tetycznie dzisiaj ogarnąć i objaśnić kilka listów. Ja 
cię zaczepię, a ty mi odpowiósz, i nawzajem; i tym 
sposobem będzie się mogła złożyć i wyświecić całość 
obrazu." ^ 

Przystałem na ten projekt, i czekałem zapowie- 
dzianój inicyaty wy. Tymczasem nieszczęśliwa jego ope- 
racya oczu, potśm nowe stosunki domowe, nie dozwo- 
liły mu widać przyprowadzić tego do skutku; aż śmierć 
nakoniec zniweczyła wszystko. Otrzymawszy więc we- 
zwanie pańskie, poczułem się w podwójnym niejako 
obowiązku, aby myśl jego za siebie i za niego wyko- 
nać. Ale im bliżćj wpatrzyłem się w przedmiot, tśm 
coraz mocnićj poczuwałem trudność, o którśj Pol w liście 
swym mówi: aby go w prawdzie jego duchowśj przed- 
stawić; i zrozumiałem dla czego się wahał, czyby 
czćj ku temu formy poezyi nie użyć? W istocie, w s 
wie chyba poezyi możnaby było bez przesady ch( 
wydać tę poezyę uczucia i życia, jaką się wła.* 



431 

przedeT^zystkiśm ten nasz wspólny pobyt w Dreźnie 
odznaczał; Ztąd tśż poszło, że wszyscy jego ncze- 
atnicy tak żywo i tak rzewnie pamiętali o nim. Masz 
pan dowód tego w drukowanych listach Mickiewicza 
i Ignacego Domejki, prócz przytoczonych tutaj listów 
tola. Daruj więc pan, że opisać go, jakbym chciał 
i jakby trzeba było, nie umiejąc, poprzestaję na pro- 
stym, prozaicznym szkicu. 

Drezno, na początku 1832 roku, było może jedy- 
nym punktem na świecie, gdzie się razem i jednocze- 
śnie tyłe naszych znakomitości zebrało, i przez kilka 
miesięcy źjyło życiem wspólnóm, podniesionem nad po- 
ziom ziemskich towarzyskich stosunków, a nie zatrutóm 
jeszcze przez stronnicze waśnie i swary. Możniejsi 
z pomiędzy nowoprzybyłych, i mający obszerniejsze 
mieszkania, otwierali je uprzejmie dla gości, którzy 
^ię w nich codziennie wieczorami zbierali. Prócz te- 
go były domy oddawna już zamieszkałe w Dreźnie, 
które tśż niemniój uprzejmie przyjmowały nowoprzy- 
byłych. 

Do takich, między innemi, należały: dom pani Ewy 
z Koszutskich, Dobrzyckiój, matki damy dworu tegoż 
nazwiska, będącój typem najczcigodniejszój stai*opol- 
skiśj matrony; dom państwa Józefostwa hr. Łubieńskich, 
dom pani generałowój DąbroWskiśj, (wdowy po Hen- 
ryku); dom xięztwa Sapiehów, hrabiny Kossakowskiej, 
państwa Komarów (rodziców pani Delfiny Potockiój, 
która wtedy przy nich mieszkała), hrabianki Anieli 
^zackiśj, i t. d., i t. d. W niektórych z tych domów 
yły tśż ndode i piękne, pełne wdzięku i uroku osoby, 
ik np. panna Bronisława Dąbrowska, panna Antoni- 
a Szczaniecka, i inne. Z imion sławnych nowoprzy- 



432 

byłych, wolę nie wymieniać żadnego, aby przez zamil- 
czenie nie ubliżyć innym, a wszystkich wymienić nie-^ 
sposób. A wrescie pan zkądinąd możesz wiedzieć o tonu 

Ale wspólnym niejako węzłem, który wszystkich 
jednoczył; ale duchem, który, bez przesady rzec mo- 
żna, wszystkim jakby swą bai'wę i nastrój nadawał; 
była pani Klaudyna, z DziaJyńskich, Potocka. Komuż. 
to imię nie jest znane w ki^aju? I w niój tóż to naj- 
większa trudność do skreślenia obrazu tśj epoki w Dre- 
źnie. O czśmkolwiekby się mówiło, wszystko musi się. 
o nią opierać* wszystko lub się od niój zaczyna, albo* 
staje się przez nią. i kończy się na niój. Tymczasem 
dla tych, którzy ją sami znali,' wszelkie słowa będą. 
za blade; dla nieznających zaś jój osobiście, a zatóm 
nie mających i nie mogących mieć wyobrażenia o duszy 
tego nastroju, wszystko mogłoby łatwo wydać się za 
jaskrawśm, przesadzonśm, lub urojonóm. W istocie 
legendarna ta postać, tak się wyróżnia od ogółu ludzie 
i tak się w każdym kierunku po nad zwyczajny ich po- 
ziom podnosi, że w legendzie tóż chyba lub poezyi^ 
mogłaby ujść od razu za prawdziwą, jako ideał; ba 
choć nim była prawdziwie w życiu rzeczywistóm, co- 
dziennóm, (przynajmniśj w tśj epoce w Dreźnie), lu- 
dzie zwykle nie łatwiśj może wierzą powieściom o ta- 
kiój wyższości ducha, jak i o zjawianiu się samychże 
duchów. 

Z niezachwianą stałością i mocą bohaterskiój duszy 
i charakteru, łączyły się w niój zarazem słodycz, łago- 
dność, cierpliwość, i pokora siostry mUosierdzia. Ro~"n 
jasny, trzeźwy, praktyczny w okolicznościach codzieL 
go życia, przybierał wszystkie tęczowe barwy poe , 
ilekroć sam, jak tęcza, podniósł się nad ziemię i '"' 



433 

szy widnoki^ąg ogaa-niał, albo się w tajemniczy świat 
ducha zagłębił. A wszystko to było owiane takim 
urokiem wdzięku i uczuć niewieścich, takim blaskiem 
estetycznego i towarzyskiego wykształcenia, że połą- 
czenie w jednśj osobie tych tak spi-zecznych na pozór 
rzeczy, (nie śmióm powiedzieć przymiotów, czy zalet) 
nie da się ani pojąć, ani wytłómaczyć przez nic inne- 
go, jak chyba przez ten cudowny stan duszy, którą 
sti*ata najdi^oższych uczuć i nadziei ziemskich, tak na- 
gle i tak całkiem zwróciła ku Niebu, że bezwiednie 
dosięgła do tój wysokości, gdzie się już tajemniczy 
wpływ Łaski zaczyna, i wybranych, jakby widomą aure- 
olą otacza. Na dowód tego, co tu mówię, mógłbym 
przytoczyć panu tysiąc faktów, drobnych często na 
pozór, ale świadczących zarówno i zarazem, jak o tśm, 
cz6m była w sobie, tak i o tój dziwnój potędze i wpły- 
wie, jaki bezwiednie wywierała na di'ugich. Mówię 
be^medniej bo do najbardziśj może charakterysty- 
cznych i zdumiewających w niój rysów, należała dzie- 
cinna prawie w obec obcych nieśmiałość, i ta przera- 
żająca (jak ją nazwał Mickiewicz) pokora, jaka się 
objawiała zarówno wjój słowach przy wypowiedzeniu 
swojego zdania w zwyczajnój towarzyskiój rozmowie, 
jak i w każdój, często najniższój posłudze bliźniego, 
którą, n^ każde zapotrzebowanie, niosła zawsze i wszę- 
dzie, z zupełnóm zapomnieniem o sobie. A mimo to, 
tajemniczy ten wpływ jój na drugich, tak był wyra- 
źny i potężny, że mu ulegał zarówno prosty wiarus, 
który go czuł tylko instynktem, jak i najwyższy umyd, 
(np. Mickiewicza), który umiał zdać sobie sprawę 
z natury i z powodu swych wrażeń. 

Wspomnienie z przeszłości. 28 



434 

I tu już muszę koniecznie przytoczyć panu parę 
faktów, abyś pan z nich sam przez się o wartośd 
i prawdzie tych słów moich osądził. 

Byłem raz u pani Potockiój o godzinie ll-6j ra- 
no, i zastałem ją tak cierpiącą na straszny ból głD^ 
wy, że właśnie pragnęła pójść się położyć, kiedy 
wszedł prosty jakiś zagrodowy szlachcic litewski, ale 
na twarzy którego malowała się poczciwość i boleść. 
Byłem pewny, że przyszedł prosić o wsparcie, i że so- 
bie zaraz odejdzie. Tymczasem on, ujęty widocznie 
uprzejmością przyjęcia, usiadł, i widać było że o prę- 
dkiem wyjściu nie myśli. Napomknąłem więc o sta- 
nie zdrowia gospodyni, a kiedy i to nie pcmiogło, go- 
towałem się oslrzedz go otwarciśj, aby j6j długo nie 
utrudzał. Ale tu ona spojrzała tak błagająco, ale ra- 
zem tak rozkazująco, że rad nie rad zaciąłem usta, 
i nie mogąc poskromić niecierpliwości, wyszedłem. 

We dwie godziny potćm, idącnaóbiad do jćj matki, 
pani wojewodzinćj poznańskiój, Działyńskićj, która w tym 
samym domu niżój piętrem mieszkała, wstąpiłem wprzód 
do niśj samćj, aby się o zdi-owiu dowiedzieć: i ujrza- 
łem ją bladą i nieruchomą, jak posąg z marmuru, 
z twarzą wspaitą na dłoni, słuchającą ciei-pliwie tegoż 
samego człowieka, który j6j jakieś długie historye o so- 
bie opowiadri. Tu już nie mogłem wytrzymać, i zwró- 
ciłem jego uwagę na stan zdrowia nie^zczęśliwój słu- 
chaczki. Porwał się z przerażeniem, bo sam wreśde 
stan ten obaczył, a całując na pożegnanie j6j rękę, 
rozpłakał się jak dziecko; przepraszając zaś, że się 
długo zapomniał, dodi^ na usprawiedKweinie swoje, 
to była piórwsza chwila pociechy, jakiśj doznał 
zostawieniu w domu żony i siedmiorga dzieci. Mi 



435 

rozumieć^ że odszedł zaopatrzony hojnie na dalszą po- 
di^óż, a mni6 obowiązano najmócniśj, ażebym o tśj sce- 
nie ani słowa nie ^irspomniał przlad matką; ^ 

Po pi'żybycin do Drezna przyjacirta naszego, 
Ignacego DomeyM, zaprbwudźiliśiny go wtaz z Ada-- 
mem na wi^szy niźt zwykle wieczór do pani Dóbrzyc- 
kiój. A był tte z nami. i drugi gość nowy^ Litwin, 
sąsiad mdj wiejskie pań Stanisław Paszkowski/ dzie- 
dzic znacssnój ^ fortuny, a sławny niyśKwy. Był to typ 
dawnych Litwinów; czcicieM di^zew dębowych i lasów 
twardych i nieugiętych jak onfe; najdoskonalszy kon- 
trast z tkliwym i łagodnym Domeyką, któi^y nadto jest 
znany, ażebym miał potfźebęehaipakteryzowaó^ głowię* 
cśj, mówiąc o jego uczoności ^ i charakterze moralnym, 
które mu i na drugiśj półkuli świata, w nowój jego priży- 
branój ojczyźnie, cżeśó Ogólną i miłośó zjednały. Owóż > 
obaj ci panowie po raz piórwszy na tym wieczorze wi- 
dzieli panią Kłaudynę. Zazwyczaj mało mówiąca, tą 
rażą była nią mniśj może niż kiedy. W chwili wyj- 
ścia na wieczór otrzymała nader stóutną wiadomość,^ 
ale izamkn^a ją w sobie, ażeby dru^m gościom weso- 
łości nie mąoió. Dowiedzieliśmy się o tóm dopióro na^ 
zaj«trz> ale w ciągu całego tiego wieczoru, ona sama^ 
najmniejszóm słowem nie zdradziła wrażenia, które 
tkwiło w j4j duszy, Usiłowała owszem okazać się 
wesołą, i nikt z: tych, co ją widywali codziennie, nic 
w niśj dziś nadzwyczajnego nie widział. Tymczasem, 
przy wyjściu z wieczoru, dyszę jak idący przede mną 
< )k z Adamem Domeyko, z poiniszeniem mówi do nie- , 
I . ^Powiśdz: mi,N znasz ją lepiśj, co to za kobiśta? 
] trzałem na nią jak na świętą; chęć naę brała uklę- 
1 ąć przed nią i prosić o błogosławieństwo."— A w tśj- 



436 

ź;e samój chwili- idący obok ze mną Paszkowskie mówi 
do mnie: „Straciłem, ty wiósz, wszystko! Ale pa- 
trząc dziś na tę panią, myśMem, że nie żal mi prze- 
cie tego, kiedym mógł przez to widziść taką kobiśtę." 
A nie mówił on tego o piękności twarzy. 

Zdaje mi się, że dość będzie na tóm, aby poprze- 
dnie słowa moje od zarzutu przesady ochronić. 

Ale niech tśż pan w ogólności tego, co o tśm tu 
mówię, nie bierze ^ zboczenie od głównego przedmio- 
tu tego listu; jest ono owszem z nim w prostym i jak 
najbliższym stosunku. Towarzystwu to bowiem i przy- 
jaźni pani Klaudyny, Pol, równie jak my wszyscy, 
zawdzięczał mianowicie ten niewysłowiony urok ówcze- 
snego naszego pobytu w Dreźnie, pod którego ogólnym 
wpływem, szczupłe, odrębne kółko nasze, nie Jedną 
tylko chwilę tak górnie^ (a przynajmniśj tak mile i po- 
etycznie) przeiyłoj'^ że i najwięksi i najszczęśliwsi po- 
eci, mogliby nam jój słusznie zazdrościć. 

Kółko to, do przybycia Pola, składało się wy- 
łącznie z nas czterech: Adama, Garczyńskiego, Do- 
meyki, i mnie. Górecki zaglądał często, gdy mu 
się podobało; inni zaś, jak naprzykład: Orpiszewski, 
Czetwertyński Janusz, i inni, bywali tylko proszonymi 
gośćmi. Otóż cała moja zasługa względem Pola, 
o którój on w listach swoich do mnie wspomina, jest 
chyba ta, że mnie. się to szczęściem zdarzyło, wpro- 
wadzić go niejako do tego naszego kółka i zapoznać 
z Adamem i z panią Klaudyną. A i w tóm nawet 
piórwsza inicyatywa należy się właściwiej Domej ^ 
a najwłaściwiój samemuż Polowi. Że jednak piór - 
sza ta chwila poznania się jego ze mną i zapozr« i 



437 

przeze mnie, jest rzeczywiście charakterystyczną, więc 
ją tu panu szczegółowiój nieco opowiśm. 

Dnia jednego mniutko, Domeyko przyszedł do 
mnie z jakimś nieznajomym młodzieńcem, ładnym, oży- 
wionym, wesołym, który zaraz z piórwszego wejrzenia 
sympatycznie mi się podobał. Był to Wincenty Pol, 
Domeyko przedstawił mi go jako ucznia wileńskiego 
uniwersytetu, a więc przez powinowactwo kolegę, 
i jako swego towarzysza w Rastenburgu, (jeżeli się 
nie mylę), zkąd sam przed tygodniami kilku przybył 
prosto do Drezna. 

Pol znał w Wilnie wielu jeszcze z dawnycŁ mo- 
ich kolegów i przyjaciół; a trzebaż było czego więcój, 
aby się między nami od razu koleżeński stosunek za- 
wiązał? Wspomnienia wspólnych znajomych i okolic 
wileńskich, piórwszym zaraz rozmowom nadały poetycki 
niejako charakter, co właśnie było powodem Domeyce, że 
piśrwszy zaczął mówić o tśm, co już widać wprzód 
słyszał od Pola, to jest, że Pol znał i zostawił w Ea- 
stenburgu młodego poetę, niejakiego Janusza Nomnę^ 
także ucznia wileńskiego uniwersytetu, którego wiele 
wierszy sam umió na pamięć. Prosiłem więc o powtórze- 
nie niektórych, i Pol ochoczo sp^nił to żądanie. Ale za- 
ledwie przedeklamował kilkadziesiąt wierszy, te już tak 
mi się podobały, że wnet po dokończeniu piórwszój 
sztuczki, żal mi było, że ich Adam razem nie słyszy, 
i przeto zaproponowałem Polowi, aby pójść zaraz do 
riego, (który mieszkał tuż przez ulicę, okno w okno 
•awie), i aby tam już deklamacyą dalszych konty- 
: ować. Przystał na to z wielką radością, bo i tak 
] ał ode mnie zajść do niego z Domeyką; ja zaś ubie- 
: ijąc się co prędzćj, powtarzałem machinalnie dopiśro 



438 

co słyszane wiersze, które od razu utkwiły mi w pa- 
mięci. Pol tak był t6m uradowany widocznie, że za- 
cz^ mię ściskać serdecznie; co prz3T[)isalem przyja- 
źni jego dla ysMB. Nowiny; on zaś przypisywsJ to 
moj^ pamięci i współczuciu dla młodszych braci w Apol- 
linie. Ale ani mi ua myśl nie przyszła prawdziwa 
tych uścisków przyczyna. 

Przyszedłszy do Adama, zastaliśmy go jeszcze 
w łóżku; bo wtedy właśnie pisał ostatnią część Dńa- 
dów, a pisząc zazwyczaj w nocy, rankiem sobie bez- 
senność nocną wynagradzał. Po pierwszóm przedsta- 
wieniu, bez dalszych przemów, przystąpiłem wręcz do 
pana Nomny, i Pol, bez żadnych ceregielów, zaczął 
nam deklamować dalsze pieśni Janusza. Wpływ ich 
na Mickiewicza, był jak słońca na kwiecie, kiedy je 
ono stopniami z nocnego uśpienia obudzą. Wstał 
wreście, i okrywszy się płaszczem, zaczął spiesznie 
nakładać fajkę, aby już z całą uroczystością słuchać 
deklamacyi dalszój; z tego, co dotąd już słyszał, roku- 
jąc świetną poetycką przyszłość talentowi pana Ne- 
winy. Gdy zaś na zapytanie moje, dla czego ten pan 
Nowina nie przyjechał razem do Drezna? dowiedzieli- 
śmy się od Pola, że nie ma za co przedsięwziąć po- 
dróży: myśl nagła zabłysła mi w głowie— i słowa nie 
mówiąc nikomu, porwałem za kapelusz i pobiegłem do 
pani E3audyny. Zadziwiła się, widząc mię tak rano: 
ale gdy jednym tchem wyrecytowałem jój wszystko 
o panu .Nowinie^ o jego wierszach,, i co o nim samym 
słyszałem: pani Kłaudyna, wysłuchawszy z zajęc. , 
powstała nie mówiąc słowa, i wyszła do drugiego 
koju. W minut parę wrócia, trzymając w ręku, i 
dzy dwoma mniejszemi palcami, 50-cio talarowy pan^^ : 



439 

i mówiąc: „No, niechże ten pan Pol poszle to zaraz 
temu panu Nowinie, żeby zaraz przyjeżdżał do Drezna; 
a my jużtubędziem myśleK, co z nim zrobić dalśj." 

Kwadrans nie upłynął — kiedy już byłem z po- 
wrotem na Tćpfer-Gasse, gdzie przyjaciel pana Nowiny 
czekał na mnie z dalszą, deklamacyą jego wierszy. 
Podając mu przyniesiony bilet, powtórzyłem słowa 
dawczyni, i chciałem zaraz dać Polowi ćwiartkę papióru, 
aby list do niego napisał, który ja sam, jako lepiśj 
znający drogę, miałem zanieść i oddać na pocztę. Ale 
tu Pol, zmieszany widocznie, zaczerwienił się cały jak 
rak, a:^ po uszy, i nie biorąc z rąk moich papiórka, za- 
czął się exkuzować, jąkając, i przepraszać nas za 
udanie: gdyż Janusza Nowiny nie było na świecie, 
a on sam był autorem wierszy, które mówił, i o któ- 
lych w ten sposób chciał się pewniśj prawdziwego 
zdania dowiedzieć. Łatwo pojąć, jakie wi-ażenie i sku- 
tek sprawiło na nas to wyznanie, a sama ta chwilo- 
wa mistyfikacya, dopomogła jużciż ku temu, że i w obec 
Adama, który nie był tak skory do poufałych stosun- 
ków, figlarny mistyflkator stanął od razu na stopie wi- 
leńflko-uniwersyteckiego koleżeństwa. Musiał tylko na 
expiacyą swojego kłamstwa, iść ze mną stante pede 
do pani Klaudyny, i oddać jśj własnoręcznie przezna- 
czony dla Janusza Nowiny papiórek. 

Narracyą podstępuja wziąłem na siebie; on zaś, spd- 
niwszy naznaczoną mu przez panią Klaudynę pokutę, t.j. 
aby i dlaniśj tóż zaraz kilka wierszy swoich powiedział: 
trzymał absolucyą zupełną, a w dalszym ciągu stosunku 
yczliwość j6j i przyjaźń. Wprost ztamtąd zaprowa- 
Iziłem go do Gałczyńskiego, który też, ma się rozu- 
liieć, przyjął go po bratersku; i następnie zaznajomiłem 



440 

ze wszystkiemi damami, chociaż nie nadaremnie prze- 
czidem w nim od razu nader niebezpiecznego rywala. 

Od tśj pory p. Jcmus^ Notmna, jakeśmy go za- 
wsze nazywali, stał się integralną cząstką naszego 
kółka, codziennym (gdy był w mieście) towarzyszem 
naszym; gdyż po kilkakroć z polecenia pani Klaudyny 
w różne strony na dni kilka wyjeżdżał. 

A teraz cóż mam panu powiedzieć o tśm kółku 
naszóm? To chyba, że choć często bywaliśmy zapra- 
szani na wieczory, zwykle jednak, gdy specyalnój in- 
witacyi nie było, zbieraliśmy się o 7-m6j u Adama, 
który miał najobszerniejsze mieszkanie, lub u mnie, 
który lepiój przyrządzałem herbatę, — i pogadanka prze- 
ciągała się nieraz dobrze po północy. Ale co do cha- 
rakteru tych pogadanek, to niechaj to już pańska wy- 
obraźnia dopełni. Ja chyba dodam to jeszcze, że nigdy 
żadnych pedanckich rozpraw ani dysput nie było; wza- 
jemna zaś życzliwość i u&ość, nie krępowały w niczśm 
swobody i szczerości zdania lub uczucia. A chociaż 
często z tego wynikała szennierka myśli i słowa, nie- 
kiedy prowadzona z zapałem; ale że osobistość nigdy 
w niśj nie miała udziału, więc- choć się zdania w koń- 
cu nie zgodziły, serca zawsze pozostały w jedności. By- 
ła to zwłaszcza wieczna historya dysput z Garczyń- 
skim o Heglu, i w ogólności o filozofii niemieckiśj, której 
on był gorliwym adeptem. Pola zaś Adam lubił bar^ 
dzo jeszcze i za to, że był niewyczerpanym w opo- 
wiadaniu różnych starych przygód i anegdot szlachec- 
kich, a w dowcipie i żartobliwych konceptach, 
dnie sekundował Domeyce. 

Prócz tego była to chwila, gdy każdy z . 
według swój skali, był właśnie w wenie i werwi<" 



/^ 



441 

etyckiój, i co kto we dnie lub w nocy poprzedniój na- 
pisał, przynosił do osądzenia na wieczór. 

Mickiewicz w listach swoich pisze o tych cza- 
sach w Dreźnie: ^Ach! jak tam mile przepędziliśmy 
te kilka miesięcy! Jak cznłem/że nie prędko już bę- 
dziemy mieli taką epokę spokojności i pogody! Zdaje 
się, że jak magnetyzowany z oczu towarzyszy ciągnie 
siłę, tak ja z was nabierałem ognia i ochoty.**— Jak 
te chwile wspominał Pol, pan sam wiósz najlepiśj, 
bo sam kiedyś mówiłeś mi o tóm. Ja zaś powtórzę 
chyba dowa jego do mnie: „Grdzie ztąd do owad?** 
i dodam: „Gdzie on? gdzie oni?"— Jeden tylko Do- 
meyko jest jeszcze na ziemi, a i ten w miecie 'no- 
wym^ na drugiój półkuli! * 

Przychodzą mi więc na myśl słowa „Ostatniego 
Mnstrela^ Walter-Skotta, i daruj pan, że je tutaj przy- 
toczę, stosując je do siebie samego: 

,,Ja tylko jeszcze, starzec nad mogiłą,, 
Stoję i płaczę, wspomniawszy co było; 
I że już ucho moje nie usłyszy 
Zajrzanycłi niegdyś pieśni towarzyszy; 
Bo, zawiść moja zgasła razem z niemi, 
A żal mi tylko został na tój ziemi. ^ 

Oprócz zawiści, którój Bogu dzięki nie było, jest 
to w istocie wierny dzisiaj mój obraz. A więc, aby 
skończyć weselój, opowióm panu jeszcze jedne ane-^ 
gdotę, która nas wszystkich kiedyś wielce ubawiła, 
a przypomina tóż jeden z najmilszych epizodów ówcze- 
snśj naszój epoki Drezdeńskiój. 

W początkach Kwietnia 1832 roku, wszyscy 
pięciu odbyliśmy wspólną pielgrzymkę do Szwajcaryi 
Saskiój, którą pi*zebiegliśmy piechotą. Na Bastai trzech 



442 

jakichś młodych, czystśj krwi Warszawiaków^ jeden 
z gitarą na błękitnśj wstążce przez plecy, weszła 
z szykiem i szumem, i zasiano koło nas przy osobnym 
stoliku, a dysząc nas mówiących po polsku, zawiążą^ 
ło z nami rozmowę. Ani my, ani oni, nie wiedzieli- 
śmy nawzajem kto jesteśmy; ale wnet gitarzysta, 
z własnój woli swojśj, raczył nas zawiadomić łaska- 
wie, że jest „poetą romantycznym^ z Warszawy, i w ślad 
zatóm, z tegoż tytułu, zaczął papjać trzy po trzy ró- 
żne górno-sentymentahie frazesy, ż wyi'aźną intency^ 
zaimponowauia nam przez to. Cytował wyjątki z Jteia- 
dówy i unosił się ttad niemi, i w ogóle nad Mickiewi- 
czem, jakby chciał nas nauczyć i wskazać, jak go 
trzeba czuć i rozumieć. Koledzy jego, znać było, że 
go mieli za mędrca i wieszcza, i byli tylko, jak echem 
słów jego; ja zaś z Domeyką i Polem wyciągaliśmy 
go coraz dalój na słówka; choć to w końcu Adama 
nudziło, a Garczyńskiego gniewało. Aż nakoniec, sam 
gitarowy minstrel, także z własnego natchnienia, ra- 
czył nam oświadczyć ochotę zaśpiewania nam nowój 
swojśj piosenki, którą, jak się wyraził, pod wpływem 
„tęsknot wygnania" ułożył. Prosiliśmy go, ma słę ro- 
zumieć, a on, skrobiąa palcami po stronach, zaczął 
z najlepszą fantazyą i śmiałością śpiewać mój własny 
wiersz, p. t. y^OddoLony,"^ drukowany już w zbiorze 
moich ramot, a zaczynający się od słów: 

„Rozwesel lice, cudzoziemcze młody, 
Poprzestań tęsknić za rodzinnym krajem" i t. d- 

Potrzeba było użyć całśj siły nad sobą, aby 
parsknąć od śmiechu, widząc zwłaszcza przytóm n. 
i sentymentalną fanfaronadę śpiewaka. Wysłuchali;' 



443 

jednak cierpliwie, a nie mając ochoty kompromitowad 
ani jego, ani siebie, pożegnaliśmy co prędzój tych pa- 
nów, nie pytając o ich nazwiska, aby nawzajem nie 
powiedzieć swoich. Mickiewicz tylko zastanawiał się 
głęboko nad tóm, „zkąd on mógł wziąść tę gitarę?" 
Bo jużciż trudno było przypuszczać, aby ją wynieść, 
miał z kraju, jak Eneasz Penaty z palącój się Troi; 
a zaś w dzisiejszóm jego położeniu kupować najprzód 
gitai^ę!... była to taka cecha romantyków warszawskich, 
że w zestawieniu ich z tamecznymi także klassykami, 
posłużyła nam za przedmiot do długiój, długiój rozmo- 
wy. AJe przebacz pan długości tego listu, jeśli się wy- 
da za długi!!'' 



Na zakończenie, i dla uzupełnienia niejako stosunku 
mojegozPolem, przytaczam tu wiersz mój poświęcony je- 
mu, z powodu dotkliwych, a niesprawiedliwych potwarzy, 
które nań ręka niegdyś przyjacielska, z niedocieczonój 
przyczyny, rzuciła, choć dobrej sławy jego przez to 
pi*zyćmić nie zdołała; tak, jak żadna stronnicza, pozy- 
tywna krytyka literacka nie zdoła nigdy, w oczach 
ziomków, przyćmić w autorze y^Mohorta i Remi o zie- 
mi naszif chwały narodowego poety. 



WIT STWOSZ V PR:|aXSRZJŁ. 

(DO WINCENTEGO POLA). 



śpiewaku Stwossa! jak w sennćnL widzeniu, 
Duch mu proroczy, w postaci niewieściój, 
(Jak sam opiewasz), w krzyżu i płomieniu 
Zwiastował godło chwały i boleści: 

Tak snąć ku tobie samemu się zbliża, 
W blasku twśj sławy, znak i próba krzyża. 
Bacz więc i czuwaj! abyś sam w tćj próbie 
Dotrwał, i drugim wzór zostawił w sobie: 

„Że krzyż ten tylko zdoła godnie dźwign%ć, 
Kto sam w miłości nie będzie tu stygnąć." 

I choćby nawet brat wziął rolę kata, 
On w kacie nawet nie zapomni brata; 
Aż przyjdzie chwila, że mu to odpłaci 
Bóg, na swym sądzie, i sąd innych braci. — 

Tymczasem, w dowód mych uczuć braterskich. 
Przyj m, eom wyczytał z kronik Norymberskich. 



445 



W Norymberdze gwarno, świetno, 
„Co się stało?**— każdy pyta. 
— „Na rzeźbiarza, Stwosza Wita, 
Pod pręgierzem kładą, piętno." — 

— „Za co? Jak mógł? Czśm przewiniło 
On, eo przez swój żywot cały 
Strzegł zakonu, a co czynił. 
To dla Bożój, naszój chwały?**— 

— „Kacerz! Apostata w wierze! 
Wszystkich zbrodni stek i zaród! 
Z Lncyperem wszedł w przymierze, 
Bluźni Bogu, truje naródl**— 

—„Gdzież dowody?** — 

— „Sąd Burmistrza. 
Nie potrzebuje dowodu. 
I ja sam dziś dzieło mistrza 
Spełniam — dla dobra narodu!** — 

Tak w zgiełku miąjskićj hołoty, 
Do tłumu, co go otacza. 
Wołał młodzian, co z ochoty 
Wzi%ł na się rolę siepacza. 

Sam on rzeźbian, i niedawno 
Uczeń Stwosza— gdy w zapale 
Wielbiąc jego przeszłość sławną, 
€hciał mu tylko zrównać w chwale. 

I widząc, jak po mistrzowsku 
Tworzył; nieraz na podziękę, 
Z rozczuleniem, po synowsku. 
Usta kładł na jego rękę 



PRZYPISY. 



l^spomnienie z przeszłości. 29 



(Przypis do str. 85). 



Drogi Syztusie! tyś od lat dzieeinnych 
Był mi kolegą, przyjaeielem, bratem: 
Kiedyi, dla Boga! przestanę z ust innyeh 
Słyszeó a słyszeć, żeś stał się warjatem? 

Niegdyś ta nazwa bywała nam wspólną, 
Gdyśmy wał z śniega zlepiwszy śród zimy, 
Wierszami z Tassa uezyH młódź szkolną, 
Brać w nim, lub bronić mar Jerozolimy, 

Łub wiosną, kręgle złocistym papierem 
I kognoiemi okleiwszy pióry, 
Gwałtem w nieh drogim kazali z Homerem 
Widzieć Aehille, Ajaxy« Hektory. 

Pomnisz, jak wtedy Professor Wymowy, 
Śmiał się, ai płakał, z nas i z naszych braci, 
A Matematyk, xiądz Prefekt surowy, 
Trząsł głową, mówiąc: „Poeci-warjaci!" 

Np! dajmył na tol Nazwa ta poecie 
Służy jak tytuł dziedziczny u świata. 
Alei ty wierszy nie pisałeś przecie — 
Tak!-— ale czyny poety-warjata!!! 



29^ 



t^ 



452 

Najprzód na wojnę: — nie wiedzieć zkąjd? czemu? 
Od xią.żki raptem skoczyć do bułata, 
By, coś gdzie czytał, doświadczyć samemu! — 
Wybacz! i jam cię miał za pół-warjata. 

Potom na wojnie: — pod gradem kartaczy, 
Raz wraz dobranćj przodkując czeredzie, 
Gnać się z hordami Tureckich rębaczy, 
I pewno w myśli marzyć o Tankredzie! 

Aż gdyś syt wreście chwały Paladynów, 
Wracał jąć radło i pług Cyncynnata, 
Półk twój, do wieńca nabytych wawrzynów. 
Wplótł ci i nazwę: śmiałego warjata. 

Potćm po wojnie: — kiedy ci swatano 
Famillantkę, i z wianem bogatćm: 
Tyś wzi^ sierotę — biedną, lecz kochaną! — 
Świat — nie ja — znów cię osądził warjatem. 

Był czas zaprawdę, gdy widząc w twym domu 
Miłość, i pokój, i anielskie dziecię. 
Sędziowie twoi zamilkli od sromu, 
I coś nad złoto poczuli na świecie. 

Sen to był krótki! — i gdyś, przyjacielu! 
Chęć nawet szczęścia zamknąwszy z Nią w grobie, 
W ojcu już tylko i obywatelu 
Żył powinności, krajowi — nie sobie. 

Gdyć urząd tylko był polem do pracy, 
A wiadza służbą krzywdzonych od świata: — 
O! przyjacielu! czyż nie byli tacy, 
Co cię i wtenczas brali za warjata? — 

Lecz Pan snąć z góry upodobał w -tobie, 
I jak zwykł czynić z wybranśmi Swćmi, 
By duch twój całkiem obrócić ku Sobie, 
Wzłf^ł ci ostatni skarb serca na ziemi. 



453 

I daeh twój poj^ł świętą, wolę Pańską, 
"Wziął krzyż — i wesół po nad ziemię wzlata: 
Gdy na cudowną siłę chrześcijańską 
Tłum woła: „Exaltacya warjata!" — 

O! przyjacielu! jeśliś z twój pamięci 
I braci serca nie rugował z światem: 
Modlitwą twoją dopomóż mśj chęci. 
Bym mógł być takim, jak dziś Ty, warjatem! 

18Ł7. 



aO TE&ÓŻ- 

w dzień jego prymicyi^ U Czerwca 1853 r. 



Chwała nawysokości Bogu! a na ziemi 
Pokój ludziom, co idą drogami Bożemi, 
Niosąc swój krzyż i brzemię do wieczności progu! 
Pokój — nie śmierci w grobie, ale życia w Bogu! 

Syxtusiel tyś dziś stanął na tój świętej drodze; 
Dziś Bóg cię przyjął między sługi Swe, a wodze 
Nas, błądzących po świata rozdrożach; — dziś chwała 
Panu na wysokości, z ust twoich zabrzmiała 
Przed ołtarzem i ludem; dziś sam w ręku twojśm 
Chrystus stał ci się żywym chlebem i napojem, 
I dał moe dłoni twojój, na spółbliźnich czoła 
Rozlać błogosławieństwo Nieba i Kościoła' 

Cześć więc na wysokości Panu! cześć i dzięki. 
Za każdy kielich łez twych; za każdy krzyż męki 
Życia twojego: w sercu, i w myśli, i w duszy! 
Boś się obmył w boleści; boś się wzmógł w katuszy; 
Boś ogniem skruchy ducha wypalił swe grzechy; 
Boś zdobył sam, i odtąd masz nieść skarb pociechy 



454 

Nam, grzesznym braeiom twoim, mdlejącym od z&ojn. 
Skarb Nadziei, Miłoóci, Wiary, i Pokoju, 
Co go wziąć tylko moie i dać z łaski Pańskićj, 
W prawowiernym Kościele kapłan ehrześcijańskil 

O! i błogosławione czasy i narody. 
Gdzie Bóg dobrych pasterzy poszle dla sw^* trzody, 
I gdzie ich trzoda ze czcią i miłością słucha! 
Tam wtedy tylko z góry świeci światłość ducha, 
Tam tylko widać drogę do Bożego celu. 
Tak Jehowa przed wieki władał w Izraelu, 
Tak Kościół Apostolski wzniósł na gruzach Romy. 
I tak w dziejach narodów rządzi niewidomy. 
Którym wyrył na sercu i włożył na skronie 
Znak ludu wybranego w Krzyżowym Zakonie. 

Spójrz w ich dzieje! — ilekroć wierne Pańskićj woli 
Szły nieść pomoc narodom, zbawiać od niewoli. 
Świat zasłaniać piersiami przed dziczą pogańską. 
Lub zaszczepiać i krzewić wiarę chrześcijańską: 
Patrz, jak obok ich królów, śród ich rad, w senacie, 
W obozach, stoją święte kapłańskie postacie> 
Podpory majestatu, prawd i swobód stróże. 
Lub przewodnicy na śmierć, za kraj, w imię Boże! 

Lecz gdy naród, niestety! zbyt często niepomny 
Cnót ojców: krnąbrny, płochy, albo Wiarołomny, 
Miał zboczyć z diróg Miłości, Wiary— ach! i Łaski: 
W Kościele gasły najprzód cnót kapłańskich blaski. 
I był to zawsze w dziejach klęski znak proroczy, 
Jako przed burzą najprzód firmament się mroczy. 

Aż gdy pod ręką gniewu Bożego, znów skrucha 
Upokorzyła serca, ożywiła ducha: 
Kto pićrwszy zgubne sidła odszczepieństwa targa, 
JeśH nie święty kapłan-obywatel, Skarga? 
Kto, gdy naród naprawić idzie czyn zdradziecki. 
Da wzór—jeśli nie kapłan-bohater, Kordecki? 
Kto w Krzyżu odkupienie i żywot obwieszcza. 
Gdy nie głos Ojca Marka, głos kapłana- wiesze-^* 



455 

I 00 snae pewnićj wróży Utośó sądów l^ańskieb, 

Jak mnożące się w mroku gwiazdy onót kapłańskich? 

Śród nich odtąd, Syxta8ie! obyś i ty społem 
Świecił długo pomiędzy ludem a Kościołem, 
Aż przyjdzie 3óg Zbawiciel, zwió z was wieniec nowyy 
Dla Swćj Niebieskiej Matki, a naszój Królowój! 

A dziś, módlmy się społem, w proch schylając czoła: 
My lud, o dobry przykład i chwałę Kościoła, 
A ty, w gronie śłng jego, za nas lud, Syxtu6ie, 
O Wiarę, i Nadzieję, i Miłość w Chrystusie! 



r 



(Przypis do sir. 296). 

LISTY lUm MICEIEWICZA 

DO A. E. ODYŃCA. 



Kijów (6 Lutego 1825 r). 
Kochany mój Edouardl „I unosisz, i łajesz, i ję- 
czysz, i krzyczysz!" Dla czego nie pisałem, spytaj 
mego brata Alexandra, bo tu nie chcę exkuzami za- 
bierać małśj ćwiarteczki. Jestem zdrów, jadę z pół- 
nocy na drugi koniec Eui'opy, w dobrym humorze. 
Dziś, dnia 5 Lutego, biwakowałem w Kijowie, a ile 
razy wspomnę o Litwie, bądź pewien, że ty jeden 
z najpiórwszych stajesz przede mną. Myślałem wiele 
o tobie w Petersburgu, ale ze smutkiem wyznam, nie- 
najpomyślniejszy był wypadek moich rachunków. Oryen- 
talizm wymaga kutój na cztery nogi pracy i kosztu 
na rok jeden. Piórwsze i di'ugie dla ciebie nie wióm 
czy łatwe; wszakże mam nadzieję, że do tamtego ty 
się skłonisz, a to da się jeszcze ułatwić. O wszyst- 
kiom napiszę do ciebie, gdy będzie co pewnego. Z d 
giśj strony może się uda znaleźć miejsce w Lice 
Odeskióm, ale ja sam jeszcze tam nieosiadły nic wi 
sić i obiecywać nie umiem. Zawsze bądź cierpli 



• 457 . 

i jpewien że o tobie nie zapominam, i jeśli nic więcój 
nie mogę, to ciebie przynajmniój kocham. 

Pisz do mnie do Odessy pod adi^esem Cybulskie- 
go aptekarza, i przypomnij mnie moim znajomym, 
a szczególniśj pani Guttowśj, pani generałowśj Pą- 
gowskiśj i całemu jej domowi; pani Macewiczowój, 
i mojśj szanownój pannie Józi. Jak tylko przyjadę 
do Odessy, będzie miała list ode mnie, chociaż mnie 
już jest dłużną parę odpowiedzi. 

Olesiowi i Juljanowi pokłoń się; tobie i im kła- 
nia się Franciszek. 

II. 

Moskwa, d.22 Ltdego 1826 r. 
Jest zawsze trochę bałamuctwa w rozmowie 
iistnśj czy pisanój między ludźmi różnego charakteru, 
a co gorsza, wieku. Jeden drugiego na swoje skalę 
mierzy. Tak sobie tłómaczę twoje długie żale i za- 
klęcia. Podług ciebie, czy kto pisze czy milczy, zawsze 
musi mióć powód w namiętności, kochaniu, gniewie, etc. 
etc; lenistwo, okoliczności postronne, nie wchodzą, w ra- 
chunek! Jeśli koniecznie szukałeś hypotezy na obja- 
śnienie milczenia, lepiśj było przypuścić, jak inni, żem 
już umarł; byłby na tóm koniec, i hypoteza od di-u- 
giój nie fałszywsza. Więc tedy powtarzam, żem się 
zgoła niegniewał. Wszakże była mała przyczynka je- 
szcze zawieszenia koiTespondencyi, po odebraniu listu 
twego z Wilna w Odessie. Rozpisałeś się tam nieco; 
nie umiałem cię w biegu zatrzymać, i nie chciałem 
dalój w pole wyprowadzać. Trzeba ze starymi ludź- 
mi bai'dzo powoli i uważnie rozmawiać, na humor ich 



458 

mieć baczenie! Trudno mi tłómaczyó się jaśniój; wi- 
działbyś w tóm Howe dziwactwo. Koniec końców, nie 
gniewałem się na ciebie. 

Słyszałeś zapewne o moich knrsacli lądowych i wo- 
dnych; nió mam ochoty rozg^isywaó się nad niemi. Ciekaw 
jestem niektórych okoliczności twojój podróży do War- 
szawy, Napisz mnie obszemiój o Ursynie^ czy nie utwo- 
rzył czego nowego? o Brodzińskim Jeśliś go poznał, co zacz 
jest? o Zaleskim, etc. Bardzo rad jestem z pism obiecanych; 
ale y^Bibliotdd Polskt^^^ jakoby z listem posłanój, dotąd nie 
odebrałem; może zjawi się jeszcze na poczcie. 

Co się tyczy moich poezyj drukowanych zaocznie, 
piórwszy raz ujrzałem je w Charkowie, z niemałym gnie* , 
wem. Nie chcii^em nigdy wierzyć, abyś zrobił takie dzie- 
ciństwo. Owa bazgranina do Olesia, błaha, śmieszna na- 
wet, gdzie się porównywam do orła,— bardzo skromniet! 
Powinieneś był protestować publicznie, że to apokryt 
Jakoż nie wierzę, abym choć po winie mógł tak nikczemne 
robićwiersze,jakich tam jest kilka. Skoro odbiorę d^sieu- 
iuk,poszlę sam ztąd protestacyę. 

Dobrze, żeś przyjechał, lubo nie wióm po coś 
jeździł, i co teraz robisz, i czy w Wilnie zostaniesz? * 
Weź moje interesa po zacnym Mary anie (Piaseckim^, 
który, jak słychać, ma je porzucić dla o4]ą;zdu. Po- 
mów o tóm z Alexandrem, lubo nie wióm czy się kiedy 
razem na co zgodzicie. 

Moja muza długo niema, zaczną wreście ru- 
szać się trochę w Odessie, ale w tym zaraz momencie 
odebrałem rozkaai^ wyjazdu. Tam żyłem jak basa^a, ^^ 
jak ostatni janczar. Nie mam osobnój kwatery, si 
najlichszy, wina nie słychać, kawy nawet dobrój nie t 
Nadzieja poprawy jest na waszych obrotach bankowa 



459 

Listek tu załączony odnieś pannie Józi, i nkłoń 
się jej pięknie ode mnie. Jeśli będzie pani Kowalska 
w Wilnie, zapytaj się czy doszły moje dwa listy? 
W jednym z nich był bilecik do Józi; na żaden nie 
odebriJ:em odpowiedzi Józi. 

Adam, 



SPIS RZECZY. 



str. 

liiat do Redaktorki Kroniki Rodsinnej 7 

I , . . 17 

n. Czasy szkolne 22 

ni. Czasy uniwersyteekie 86 

IV 262 

Kazinlerz Brodziński 3X1 

Stefan Witwieki i Stefan Garezyński 350 

Józef Bohdan Zaleski 411 

Wincenty Pol 427 

Przypisy 449 



I 



1